1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Julia Roberts: "To uśmiech czyni cię atrakcyjną"

Julia Roberts: "To uśmiech czyni cię atrakcyjną"

Julia Roberts od lat sprzeciwia się niezdrowej obsesji piękna. (Fot. Brinson+Banks/NYT/East News)
Julia Roberts od lat sprzeciwia się niezdrowej obsesji piękna. (Fot. Brinson+Banks/NYT/East News)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Za każdym razem, kiedy ktoś określa ją „piękną”, ktoś inny jednocześnie mówi: „Ona?! Z tą końską twarzą i wielkimi stopami?!”. Wprawdzie uroda rzecz względna, jednak w dzisiejszym świecie, skupionym na dążeniu do perfekcyjnego wyglądu, nie wystarczy już ignorować krytykę. Trzeba sprzeciwiać się obsesji piękna! Julia Roberts robi to od lat. Dziś aktorka kończy 53 lata, a my sprawdzamy na czym polega sekret jej atrakcyjności. 

"Wierzę, że to, czy jesteś zadowolona ze swojego życia, ostatecznie zapisuje się na twojej twarzy" – powiedziała kiedyś w wywiadzie. I tego stanowiska trzyma się za każdym razem, kiedy jest pytana o swoją urodę i to, jak do niej się odnosi. A dzieje się to – trzeba przyznać – dosyć często. Tak jakby jej pierwszy i największy kasowy hit „Pretty Woman”, czyli „Piękna kobieta”, uczynił ją nie tylko ikoną, ale i rzeczniczką piękna.

Dwanaście razy trafiała na listę najpiękniejszych kobiet magazynu „People”, w tym aż pięć razy została uznana za najpiękniejszą. Jak się z tym czuje? Mówi, że dziwnie, że jej to czasem schlebia, ale nie należy zbytnio przywiązywać się do tego typu tytułów. „Wspomnę o tym w bożonarodzeniowej kartce do Clooneyów” – zażartowała, kiedy została najpiękniejszą kobietą 2017 roku. Zapytana niedługo potem przez Ellen DeGeneres, gospodynię „Ellen DeGeneres Show”, jaki jest jej przepis na zachowanie urody, jej „beauty tips”, najpierw lekko się skrzywiła, a potem odpowiedziała:

„To kombinacja dobrych genów i bycia otoczonym przez ludzi, którzy są pozytywnie nastawieni do świata i którzy cię kochają. Chodzi o to, by jak najczęściej okazywać sobie miłość i być dobrym dla siebie”
Trudno się z tym nie zgodzić, choć pewnie trudno w to uwierzyć, kiedy mówi to osoba związana z show-biznesem. A jednak Julia Roberts niejeden raz udowodniła, że nakręcana przez media i celebrytów obsesja piękna jest jej obca.

Skromnisia, buntowniczka, abnegatka

Nigdy nie wystąpiła nago w filmie. „Po prostu nie chciałabym, by mój nauczyciel matematyki dowiedział się, jak dokładnie wygląda moja pupa” – mówiła. „Poza tym ludzie naprawdę nie chcą oglądać mnie w scenach seksu. Ja jestem królową pocałunków i gry wstępnej” – tłumaczyła w „Marie Claire”. Kiedy Oprah Winfrey na łamach swojego magazynu zapytała ją, czy kiedyś się rozbierze przed kamerą, odpowiedziała: „Nie, to nie wchodzi w grę”. „Nawet gdyby rola tego wymagała i musiałabyś to zrobić?” – drążyła Oprah. „Ale ja niczego nie muszę, naprawdę. I nigdy nie czułam presji w tej kwestii” – zripostowała. „Kiedy w filmie mam na sobie ubranie, to rzeczywiście możemy mówić, że się w kogoś wcielam, gdybym była bez ubrania, to byłby to już film dokumentalny” – zauważyła kiedy indziej. I rzeczywiście nie rozebrała się nawet do roli „Pretty Woman”, w końcu jakby nie było prostytutki, a na plakacie reklamującym film do ciała jej dublerki „doklejono” głowę aktorki.

Kadr z filmu 'Pretty Woman'. (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Pretty Woman". (Fot. BEW Photo)

Szczupła, wysoka wysportowana – nigdy nie czuła się źle w swoim ciele, ale też nigdy nie chciała nim epatować ani zabiegać o popularność. Zawsze miała swój styl, trochę męski, obfitujący w kamizelki i marynarki. Na łamach „Elle” wspominała niedawno: „Pamiętam, jak poszłam na rozdanie Złotych Globów w garniturze i krawacie od Armaniego. Nie wiedziałam, jak należy się ubrać, a były to jeszcze stare dobre czasy, gdy wybierało się samemu coś fajnego. Chciałam czuć się bezpiecznie, a garnitur ma dla mnie coś ze zbroi. Daje poczucie, że cokolwiek by się działo, poradzę sobie, z kolei w sukni czy sukience czuję się bardziej podatna na ciosy. Lubię męskie ubrania. Wtedy byłam za to krytykowana, na szczęście dziś się to podoba”.

Raz spróbowała botoksu. „Byłam permanentnie zdziwiona przez kilka miesięcy i nie był to dla mnie przyjemny widok” – mówiła w wywiadzie dla „Access Hollywood”. – „Mam trójkę dzieci i sądzę, że powinny widzieć, co czuję. Ale nie chcę nikogo oceniać, niech każdy robi to, co dla niego jest dobre. Jeśli chcesz mieć policzek podniesiony aż do czoła, jeśli to sprawi, że będziesz się czuła lepiej, proszę bardzo” – dodała. Sama jednak nie chce tego powtórzyć.

„Twoja twarz opowiada historię i nie jest to powód, aby wybierać się do chirurga. Niestety, żyjemy w społeczeństwie, w którym kobiety nawet nie chcą zobaczyć siebie jako starszej osoby”
Nigdy nie miała problemu z tym, by oprócz efektownych lub uroczych, grać też bohaterki ze skomplikowaną przeszłością i nieoczywistą urodą. Jej Jess z filmu „Sekret w ich oczach” jest szara, zmęczona życiem, bez makijażu. W wywiadzie dla „Zwierciadła” tak mówiła o tym doświadczeniu: „Pytasz, czy to wyzwalające nie czuć tej presji piękna, będąc na planie zdjęciowym? Na pewno było to ekscytujące. Moim obowiązkiem jako aktorki jest być autentyczną w każdym możliwym aspekcie mojej pracy. Swoją drogą prawda jest taka, że wystarczy, że znana osoba ma nieuczesane włosy i zdawkowy makijaż, a już traktuje się ją jak nieatrakcyjną wersję samej siebie”.

Dwa razy udało jej się zszokować publiczność, pierwszy raz w 1999 roku na premierze „Notting Hill” w Londynie. Przyszła na uroczystość w czerwonej, błyszczącej sukience z rękawami, ale kiedy podniosła rękę, oczom fotoreporterów i gapiów ukazała się jej nieogolona pacha. Nawet dzisiaj wywołałoby to oburzenie, co dopiero wtedy. Zaskoczona reakcją mediów, mówiła „Na co dzień nie poświęcam moim pachom aż tyle uwagi”.  Ponad dekadę później paparazzi zrobili jej zdjęcia na plaży na Hawajach, kiedy wychodzi z morza w kostiumie kąpielowym i, o zgrozo, znów ma nieogolone pachy. Tak jak poprzednim razem media nie wiedziały, jak to skomentować. Jako abnegację? Bunt? Manifestację? A może po prostu jako najnormalniejszy na świecie dowód na to, że to ona decyduje o tym, jak chce wyglądać, zamiast kierować się narzuconymi odgórnie normami.

Drugi szok – tym razem już zdecydowanie pozytywny – zafundowała mediom i organizatorom 69. Festiwalu Filmowego w Cannes w 2016 roku. Jak pisał o tym wydarzeniu portal tvn24.pl, „aktorka, która po raz pierwszy pojawiła się na czerwonym dywanie najważniejszego festiwalu filmowego świata, zaszokowała wszystkich swoim wyglądem, a konkretnie... brakiem obuwia. Gdy Roberts wchodziła po schodach i rozchyliła dół sukni Armani Privé, wszystkim ukazały się jej bose stopy, wzbudzając konsternację i zachwyt jednocześnie”. To była jej reakcja na tzw. aferę obcasową, kiedy to rok wcześniej nie wpuszczono na pokaz filmu „Carol” około 50 kobiet tylko dlatego, że miały płaskie buty, które organizatorzy festiwalu uznali za nie dość eleganckie. W oświadczeniu napisano, że „obuwie na wysokim obcasie jest obowiązkowe dla wszystkich kobiet podczas pokazów z czerwonym dywanem”.  Gest aktorki, będący sprzeciwem wobec wpychania kobiet w ramy jedynie słusznego wyglądu, media uznały za bohaterski. „Julia Roberts zdeptała regulamin i wyrzuciła go przez okno” – podsumowywał zachwycony serwis mirror.co.uk. „I miała gdzieś, czy to wypada”.

Jest jedną z największych gwiazd współczesnego kina, pierwszą kobietą, której zaproponowano niebotyczną jak na tamte czasy stawkę 20 milionów dolarów za rolę w oscarowej „Erin Brockovich”, a jednak odkąd skończyła 50 lat, jest pytana głównie o to, jak znosi upływ czasu i jak radzi sobie z procesem starzenia. I to też jej się nie podoba. W wywiadzie dla „Elle” mówiła:

„Podtrzymuje się stereotyp, że męskie starzenie się ma w sobie wdzięk, a kobiece – nie. Nie zgadzam się z tym. Nie tyle istotny jest wiek, ile to, kim się jest. Wrzucanie wszystkich kobiet do jednego worka pt. »borykają się z wiekiem« jest trochę głupie. I zawsze wypływa to w wywiadach, choćby nawet chodziło o rodzaj kremu, jakiego się używa. Nie sądzę, by George’a Clooneya pytano, czym się nawilża!”

Jak ona to robi?

No więc, czym się nawilża Julia Roberts? Mimo że aktorka za każdym razem ucina pytania o to, jak dba o urodę lub zbywa je zabawnymi odpowiedziami w stylu tej, że przed wielkim wyjściem zawsze maluje się, leżąc na plecach, bo nie tylko ją to relaksuje, ale wygląda wtedy naprawdę gładko – dziennikarze nie ustają w dociekaniu, co takiego robi Julia Roberts, że w wieku 50 lat wygląda na 30. Oto, co udało im się ustalić:

Julia Roberts je węglowodany. W „The Independent” wyznała, że nie jest w stanie przejść na dietę bezwęglowodanową, bo za bardzo lubi chleb. Podobno uwielbia awokado i jak podaje E!Online dodaje je do wszystkich posiłków. Na deser je zawsze ciastko. „Jeszcze nie trafiłam na ciastko, którego bym nie polubiła” – mówiła w „Vanity Fair”.

To samo „Vanity Fair” ustaliło też, że na rancho w Nowym Meksyku aktorka nie ma ani służby, ani niani, ani kucharki. Wszystkie posiłki przygotowuje sama, a nawet robi zakupy na lokalnym targu. Gotuje dla siebie, męża i trójki dzieci – bliźniaków Phinnaeusa i Hazel oraz najmłodszego Henry’ego. Dzieci uczy, by jadły uważnie i zdrowo, „musicie jeść dobre rzeczy, by spotykały was dobre rzeczy” – powtarza im.

Trenuje cztery razy w tygodniu przez godzinę. Najchętniej jogę, pilates i ćwiczenia w basenie, ale podobno lubi też trening pliometryczny, polegający na dynamicznym wykonywaniu określonej liczy ćwiczeń przez określony czas i wzmacniający mięśnie. Jak sama wyznała w wywiadzie dla „The Independent”, nie przepada za ćwiczeniami, ale lubi to, jak się po nich czuje. „Siła, radość, przypływ energii, satysfakcja, jasność umysłu – właśnie to daję sobie poprzez trening i szukam tego we wszystkim, co robię”.

Zęby szczotkuje sodą oczyszczoną, tak jak robił jej dziadek, który dzięki temu sekretowi miał tylko jeden ubytek przez całe życie. W kwestii kosmetyków stawia na minimalizm. „Jestem szczęśliwa, jeśli uda mi się wklepać w twarz krem nawilżający (a jednak!) i położyć pomadkę ochronną na usta” – mówiła w wywiadzie dla „In Style”. „Jeśli rano musisz ogarnąć jeszcze trzy inne osoby, na coś zawsze nie starczy ci czasu”. W „Vivie” wspominała jeszcze o kremie ochronnym przed słońcem. W „Vogue” o oliwce na bazie oliwy z pierwszego tłoczenia, którą wmasowuje w ciało.

Podobno lubi wspinaczkę i robienie na drutach (zawsze ma w torebce włóczkę i druty), ostatnio pokochała grę w madżonga. „Wszyscy domownicy umieją w nią grać, jest przenośna, mieści się w małej walizeczce, zabieramy ją na wyjazdy. Gram w nią co tydzień z przyjaciółkami” – zapewniała w „Elle”. Lubi o sobie mówić „mama” i „gospodyni domowa”. „Nie miałabym śmiałości dawać komukolwiek rad, jak robi to Gwyneth Paltrow na swojej stronie poświęconej prowadzeniu domu. Ale sztuki domowe to moja specjalność. Jestem boginią ogniska domowego” – mówiła w jednym z wywiadów.

„Na pewno jest wiele cudownych rzeczy, jakie udało mi się osiągnąć w życiu zawodowym i chętnie osiągnęłabym jeszcze więcej, oczywiście po to, by zaimponować dzieciom i mężowi, ale wiecie co, życie już mnie wystarczająco rozpieściło”
Choć dość późno spotkała tego jedynego – Daniela Modera, operatora filmowego, to są razem już prawie 20 lat i jak twierdzi, jest bardzo szczęśliwa. Choć dzieci też urodziła stosunkowo późno, bo bliźnięta przyszły na świat, gdy miała 37 lat, twierdzi, że dopiero odkąd została mamą, zrozumiała sens swojego istnienia. Na kilka lat zupełnie wycofała się z życia zawodowego, do dziś gra dość rzadko i strzeże prywatności dzieci. Wystąpiła z petycją do Baracka Obamy o prawny zakaz robienia zdjęć dzieciom sławnych ludzi. „Wściekłam się, kiedy pewnego wieczoru zobaczyłam w Internecie zdjęcie bliźniaków, którego sama nigdy nie widziałam. Potem przeczytałam komentarze w stylu: »O, to jest całkiem ładne, ale tamto potwornie brzydkie«. Jak można tak mówić o dzieciach? A przecież nam z Dannym i tak udaje się chronić nasze dzieci przed mediami i żyć niemal normalnym życiem” – tłumaczyła.

Rok temu zapytana przez „In Style”, jaki jest jej przepis na szczęście, odpowiedziała: „Poślubić właściwą osobę, urodzić rudzielca i mieć cudowne przyjaciółki”. Rudzielec to jej starszy syn, Phinnaeus, a właściwa osoba… „Małżeństwo z moim mężem nie niesie wielu wyzwań. Uważam go za superczłowieka. Łatwo go kochać, jest dowcipny, świetnie się razem bawimy. Cieszę się za każdym razem, kiedy staje w drzwiach. To szalenie istotne”, mówiła w „Elle”. Na pytanie dziennikarki: „Wierzysz, że można znaleźć kogoś na całe życie?”, odpowiedziała: „Tak. Może kiedyś nie dałabym sobie za to obciąć ręki, ale teraz owszem, jestem za”.

Tajemnica uśmiechu

Niejako podsumowując to wszystko, w edytorialu zeszłorocznego wydania magazynu „People”, w którym tradycyjnie redakcja ogłasza subiektywną listę najpiękniejszych ludzi na świecie, redaktor wydania Jess Cagle, napisał, że piękno Julii Roberts nie bierze się tylko z dobrego wyglądu, ale z pewności siebie, inteligencji i poczucia humoru. Że potrafi dojrzewać, nie tracąc swojego dawnego uroku. A wcielając się w kolejne postaci i opowiadając nowe historie, zabiera nas w rejony, w jakich nigdy nie byliśmy. Pomimo pokus wynikających z jej uprzywilejowanej pozycji w świecie i mimo statusu gwiazdy stawia na pierwszym miejscu rodzinę. „Nic nie rozpala skuteczniej jej słynnego uśmiechu niż wieczór gier z dziećmi” – zakończył.

No właśnie, uśmiech Julii Roberts. Choć jest przeciwieństwem tajemniczego, delikatnego uśmiechu Mony Lizy, ma podobnie magnetyczną siłę przyciągania. Szacuje się, że to właśnie dzięki niemu filmy z jej udziałem zarobiły do tej pory ponad 3 miliardy dolarów. Sama właścicielka podobno ubezpieczyła go na sumę 30 milionów dolarów. Jest w nim radość, spontaniczność, odrobina romantyzmu i nieposkromiona żywotność. I tak, jest w nim piękno. Nie na darmo w 2004 roku archeolodzy nadali nazwę „Julia Roberts” wykopanemu w Bułgarii szkieletowi kobiety liczącemu sobie 9 tysięcy lat. Miał idealnie zachowane zęby. Jak twierdzili naukowcy, jest wielce prawdopodobne, że kobieta miała równie perfekcyjny uśmiech jak aktorka.

Nie ma też wielkiej przesady w twierdzeniu, że to uśmiech czyni ją zarówno atrakcyjną, jak i lubianą przez widzów. Badania potwierdzają bowiem, że patrzenie na uśmiechnięte osoby uruchamia w naszym mózgu ośrodek związany z nagrodą. W eksperymencie z 2014 roku udowodniono, że uśmiechnięte twarze są uznawane za o wiele bardziej atrakcyjne niż te o idealnych proporcjach, ale mniej wesołe.

Prawdziwe piękno

Jest w tej historii jednak mały zgrzyt. W 2012 roku Urząd ds. Standardów w Reklamie Wielkiej Brytanii (Advertising Standards Authority – ASA) zakazał publikowania reklamy podkładu marki Lancôme z aktorką, dlatego, że jej zdjęcie było poddane zbyt daleko idącemu retuszowi komputerowemu. W ocenie pracowników ASA reklama wprowadzała konsumentki w błąd. Jak pisał „The Guardian”, ASA nie mógł ocenić, w jakim stopniu przekształcono zdjęcia, bo umowa z Roberts zakazuje udostępniania oryginalnej wersji fotografii nawet instytucjom nadzorującym rynek reklamy. ASA zakazał też publikacji reklamy kremu L’Oréal z aktorką Rachel Weisz oraz reklamy z modelką Christy Turlington, która promuje kosmetyki Maybelline. Wszystko na skutek petycji brytyjskiej parlamentarzystki Jo Swinson, której fragmenty zacytowało BBC: „Zmanipulowane zdjęcia mogą mieć wpływ na to, jak postrzega siebie jednostka. W reklamie nie wolno oszukiwać. We współczesnym świecie już połowa kobiet między 16. a 21. rokiem życia jest przekonana do chirurgii plastycznej. Wciąż obserwujemy nowe przypadki zaburzeń odżywiania. Dziś to wielki problem. Nadmierny retusz stał się wszechobecny w naszym społeczeństwie i przyczynia się do powstawania tych problemów”.

Swinson dodała, że Christy Turlington i Julia Roberts są pięknymi kobietami, które nie potrzebują tak silnego retuszu. „Nastolatki, patrząc na podobne zdjęcia, wyrastają w przekonaniu, że tylko idealne ciało może się podobać. Musimy pomóc chronić dzieci przed tą presją i powinniśmy zacząć zabraniać przeróbek graficznych w reklamach skierowanych do nich” – mówiła. „Nikt tak naprawdę nie ma idealnej skóry, włosów czy figury, ale kobiety i młode dziewczęta coraz częściej czują, że piękne jest tylko to, co szczupłe i bez skazy”.

I choć aktorka nigdy nie skomentowała zamieszania, trzy lata później na Instagramie zamieściła swoje zdjęcie bez makijażu z adekwatnym komentarzem. „Perfekcjonizm wyglądu zewnętrznego stał się chorobą ludzkości. Kobiety nakładają na twarze tony makijażu, by ukryć niedoskonałości. Pozwalamy sobie wstrzykiwać botoks, głodujemy, by osiągnąć idealne kształty. Za wszelką cenę chcemy siebie naprawić, ale nie da się naprawić czegoś, czego nie widać. To nasze dusze potrzebują pomocy. Nadszedł czas, by sobie to uświadomić. Jak możemy oczekiwać, że ktoś nas pokocha, jeśli same siebie nie kochamy? (…) Publikuję dziś swoje zdjęcie bez makijażu. Wiem, jak wyglądam, wiem, że mam zmarszczki, ale dzisiaj chcę popatrzeć głębiej. Chcę zajrzeć w swoją duszę, zauważyć swoje prawdziwe Ja, to, kim jestem naprawdę. Chciałabym, byście i wy dostrzegły i uszanowały swoją najgłębszą i najprawdziwszą istotę, pokochały siebie takimi, jakimi jesteście”. Piękne podsumowanie całego tego zamieszania wokół piękna.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Retro

Lise Meitner – wybitna naukowczyni, o której świat nie chciał usłyszeć

Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Nie uczą o niej w szkołach. Nie ma jej na liście laureatów Nagrody Nobla, choć jej badania pomogły rozszczepić jądro atomu. Lise Meitner, posiadaczka jednego z najtęższych umysłów swojej epoki, dla potomności wywalczyła wiele. Dla siebie – niemal nic.

W wiedeńskim domu Meitnerów łatwo było zginąć w tłumie. Lise, trzecia z ósemki dzieci Philippa i Hedwig, chętnie z tego korzystała. W hałaśliwej, rozdyskutowanej rodzinie, do której ciągle przychodzili goście i przyprowadzali jeszcze więcej dzieci, nikt nie zwracał uwagi na nieśmiałą dziewczynkę, która podbierała starszemu bratu książki do matematyki. „Chowała je pod poduszką, żeby rodzice nie przyłapali jej na lekturze do późnej nocy” – wspominała jej siostra Frieda. Prawnik i wolnomyśliciel Philipp Meitner zachęcał wszystkie swoje dzieci do nauki. Nie dlatego, że tak kazano w synagodze, bo Meitnerowie przeszli z judaizmu na protestantyzm. Jak przystało na przedstawicieli wiedeńskiej klasy średniej, równą wagę przywiązywali do osiągnieć akademickich co do polityki starzejącego się cesarza i najnowszego wykonania „Wesela Figara” w operze.

„Słuchaj matki i ojca, ale myśl samodzielnie. Doskonal swój talent, jakikolwiek by był” – wpajała dzieciom Hedwig Meitner.

Suknia krępuje ruchy

Lise próbowała pójść za radą matki, tyle że czasy nie bardzo temu sprzyjały. Zdaniem ówczesnych elit edukacyjnych kobiety nie były stworzone do nauk ścisłych. Nikt nie miał nic przeciwko uczeniu się matematyki w szkole, ale liczyło się głównie to, by Lise zdobyła odpowiedni zawód. Mogła przecież wybierać: zostać nauczycielką gry na pianinie? Francuskiego? Dla świętego spokoju padło na francuski. „Austria była wówczas tak boleśnie patriarchalna, że kobiety były skazane na cierpienie” – napisze Meitner wiele lat później. „Każda część żeńskiej anatomii musiała być okryta strojem tak krępującym ruchy, że nie sposób było samodzielnie się ubrać. Zachowanie wymagane od kobiet było równie nienaturalne. A społeczeństwo nie zezwalało im na edukację powyżej poziomu, który uważano za niezbędny.

Obowiązkowa edukacja dziewcząt kończyła się, gdy miały 14 lat. Nie mogły pójść do gimnazjum, które przygotowywało kandydatów na uniwersytet.

Kiedy w 1899 roku kobietom w Austrii pozwolono studiować na wyższej uczelni, Philipp Meitner zacisnął pasa. Nie będzie łatwo, ale jego córki będą jednymi z pierwszych studentek. Wydatki na prywatnych nauczycieli opłaciły się, starsza Gisela dostała się na medycynę. Lise, po kilku latach pracy jako nauczycielka, zdała prywatnie maturę i dostała się na wymarzoną uczelnię. Tu będzie studiować ukochaną fizykę. Świat nauki stanie przed nią otworem – wtedy naprawdę w to wierzyła.

Żadnych pytań

Na uczelni profesorowie sami wybierali sobie pupilów. Ci, którzy im się spodobali, mieli szansę zajść wysoko. Inni, którzy nie spełniali prywatnych kryteriów mentorów, nigdy nie wychodzili poza asystenturę. Lise się udało. Może pomógł fakt, że nie interesowała się niczym poza nauką. Jej siostry twierdziły, że nie umiałaby flirtować nawet pod groźbą śmierci. Inteligentna, rzeczowa, nie zdradzała się z poczuciem humoru. Profesorowie traktowali ją prawie na równi z jej kolegami. Prawie, bo wymagali od niej znacznie więcej. Codziennie musiała udowadniać, że spódnica nie przeszkadza jej w myśleniu. To właśnie ją Anton Lampa, dyrektor jednego z laboratoriów, wysyłał zawsze po lód niezbędny do eksperymentów. Zdrapywała go z ośnieżonych chodników, bo w prymitywnym zakładzie nie było chłodni. Na jej szczęście Ludwig Boltzmann, fizyk badający strukturę i właściwości atomów, nie miał rozterek, czy przyjąć do pracowni bystrą kobietę, która za wszelką cenę chciała pracować pod jego skrzydłami. Przyjmował każdego, kto akceptował kontrowersyjną jak na te czasy teorię struktury atomowej materii. Lise szybko dała się też poznać nie tylko jako doskonała studentka, ale i wymarzona członkini zespołu badawczego. Nie była gwiazdą: skoro chodziło o powodzenie eksperymentu, wolała działać na rzecz wspólnego dobra. Koledzy chętnie korzystali z jej notatek i traktowali ją jak kumpla. Po jakimś czasie dali sobie też spokój z podrywaniem jej.

Lise nigdy nie reaguje na żartobliwe zaczepki, nie umawia się z nikim na spacery. Od weekendowych zabaw ciekawsze jest przewodnictwo cieplne materiałów ciał stałych. Nie cierpi, gdy pytają ją o życie prywatne. Może dlatego, że prawie go nie ma. „Druga kobieta z naukowym tytułem doktora w 500-letniej historii Uniwersytetu Wiedeńskiego ma 28 lat. To Lise Meitner” – doniosła austriacka gazeta codzienna w 1906 roku. Philipp Meitner oprawił ją w ramki i powiesił u siebie w gabinecie.

Ciekawostka

Samobójstwo Boltzmanna było dla niej ciosem. Straciła mentora i przyjaciela, kierunek badań. Nic nie wydawało się wystarczająco ciekawe. Jakieś eksperymenty z zakresu optyki, kilka publikacji. Wreszcie nowy trop: radioaktywność. Przecież tak mało o niej wiadomo. Meitner uważała, że to, co robi małżeństwo Curie w Paryżu, jest niezmiernie ciekawe. Stefana Meyera, nowego dyrektora Instytutu Fizyki, który zastąpił Boltzmanna, też interesowała ta dziedzina. Wśród wspomnień Lise z tamtych czasów znajdzie się takie: „Pamiętam, jak robiłam eksperyment z promieniami alfa. Ilekroć Stefan był w pobliżu, wkładał rękę w strumień promieni i śmiał się, że na pewno jest radioaktywny. To niesamowite, jak bardzo byliśmy wtedy nieostrożni, ale tak się wówczas pracowało”.

Prawdziwie interesujące rzeczy działy się jednak gdzie indziej. W Berlinie Max Planck, opierając się na pracach pewnego urzędnika patentowego ze Szwajcarii Alberta Einsteina, opracował teorię kwantową. Lise znała dokonania ich obu. Gdyby tylko udało się pojechać do Plancka na stypendium, nie tylko miałaby wreszcie szansę na odkrywcze badania, ale ulżyłaby rodzicom. Chociaż na pół roku! Wyprowadziłaby się z domu. Nie musieliby odpowiadać na pytania sąsiadów, czy ich nieszczęsna 29-letnia córka wreszcie ma narzeczonego. Philipp Meitner znów sięgnął do kieszeni. „Opłacę ci pokój w przyzwoitym pensjonacie i dam miesięczną pensję, ale musisz regularnie donosić nam o swojej pracy”.

Berlin – wymarzone intelektualne i naukowe centrum Europy. Tygiel idei, nowych teorii naukowych. Szkoda tylko, że nie dla kobiet. W Reichstagu, podczas debaty o kobiecej edukacji, jeden z posłów zawyrokował, że „nic nie da się zrobić, aby zachęcić kobiety do samodzielnego myślenia i działania”. Słynny chemik Wilhelm Ostwald twierdził, że kobiety mają prawo do zdobywania wiedzy, ale z racji tego, że tak niewiele z nich wybiera naukę, powinny być traktowane jak anomalie i w żadnym wypadku nie warto ich do niej zachęcać.

Max Planck całkowicie się z nim zgadzał. Pannę Meitner przyjął na swoje wykłady z czystej ciekawości. Może nada się na asystentkę? Jest w wieku jego córek – bliźniaczek – mogą się nią zaopiekować. Lise, z typową dla siebie skromnością, nie chwaliła się swoimi publikacjami naukowymi, a on nie pytał.

Nie wzniecać pożaru

Szybko zrozumiała, że nikt nie będzie jej prowadził za rękę. Musi sama znaleźć sobie pole do eksperymentów, wychodzić ścieżki do laboratoriów. Zapukała do każdych drzwi, za którymi mówiło się o radioaktywności. Zrobi studia postdoktoranckie, otworzy przewód habilitacyjny. „Pół roku minęło, ale ojciec zgodził się, abym została dłużej. Przekonałam go, że jestem na dobrej drodze” – pisała. Sama miała jednak wątpliwości. Dyrektor Instytutu Fizyki Eksperymentalnej przyjął ją w końcu do zespołu, ale wymagał, aby pracowała dla niego. Znowu ma pracować na cudze konto? Już miała grzecznie odmówić, kiedy do sali wszedł nowy członek tego samego zespołu, chemik doktor Otto Hahn. Przekonał ją, aby po godzinach pracowali razem. Przecież interesują ich te same zagadnienia, choć reprezentują inne dziedziny. Zgodziła się nie dlatego, że był uroczym gentlemanem. Po prostu potraktował ją serio.

Mówili do siebie per Herr i Fräulein. Najpierw na serio – Lise nalegała na zachowanie profesjonalizmu – a potem na żarty. Hahn prędko zrozumiał, z jakimi uprzedzeniami musiała zmagać się Meitner. Nie wolno jej było wchodzić do laboratorium, kiedy mężczyźni – członkowie instytutu i studenci – przeprowadzali w nim eksperymenty. Otto musiał osobiście prosić o pozwolenie dla Lise i dostał je, gdy obiecał dyrektorowi, że Meitner „nie pójdzie do laboratorium chemicznego, gdzie pracuje się z otwartym ogniem. Żeby nie spaliła sobie długich włosów i nie spowodowała pożaru”. Ze wstydu jej tego nie powtórzył.

W zagospodarowanym przez Hahna starym warsztacie stolarskim na prymitywnym sprzęcie pracowali z izotopami. Meitner nie wyobrażała sobie ciekawszych eksperymentów i lepszego partnera do badań. Przenosiny zespołu do Instytutu Cesarza Wilhelma (KWI) też były wybawieniem od zatęchłych uprzedzeniami korytarzy Uniwersytetu Berlińskiego. Jak długo jednak mogła wymagać od ojca, aby ją finansowo wspierał? Nie miała zamiaru zakładać rodziny ani łapać bogatego męża, ale w KWI znów nie oferowano jej pensji. Była wolontariuszką u boku zarabiających normalnie kolegów.

Pierwszą wypłatę jako etatowy naukowiec dostanie dopiero pięć lat później, jako 35-latka. I to tylko dlatego, że uczelnia w Pradze oferowała jej posadę profesora, a Niemcy nie chcieli być gorsi.

Pierścionek z diamentem

Odkrycie przez zespół Hahn – Meitner trwałego izotopu protaktynu w 1917 roku zaczęło dobrą passę. O przyznaniu jej Medalu Leibniza przez Berlińską Akademię Nauk mówiono w kręgach naukowych w całej Europie. Własna katedra fizyki w KWI, aż wreszcie profesura na Uniwersytecie Berlińskim. „To niemiecka Marie Curie!” – pisał o niej Albert Einstein.

Duet Hahn – Meitner działał dalej. W latach 30., na fali odkrycia neutronu, poświęcili się próbom stworzenia pierwiastka cięższego niż uran. Rok 1933 i dojście Adolfa Hitlera do władzy zastały Lise pogrążoną w pracy do tego stopnia, że postanowiła nie zauważać zwolnień swoich kolegów. Ci z pochodzeniem żydowskim znikali z dnia na dzień. Rezygnowali, wyjeżdżali za granicę. Zamiast protestować, przestała niemal wychodzić z laboratorium. Spędziła tak kolejne sześć lat. „To, że nie wyjechałam natychmiast, było nie tylko głupie, ale i złe” – napisze później. W lipcu 1938 roku nie miała już czasu na zastanawianie się. Za pożyczone od Hahna pieniądze dojechała do granicy holenderskiej. Dał jej też zaręczynowy pierścionek z diamentem swojej matki. „Przekupisz straż graniczną” – tłumaczył. Przeszła ją na piechotę, mając w portfelu dziesięć marek. Znajomi naukowcy pomogli jej przetrwać, ale nie mogli zagwarantować pracy. Ze Sztokholmu doszły wieści, że jest dla niej posada. Tym razem nie wahała się ani chwili.

Nobel, którego nie było

Hahn i Meitner nie dawali za wygraną. Eksperymenty nad bombardowaniem uranu strumieniem neutronów prowadzili niezależnie, a efektami dzielili się w listach. Hahn jako pierwszy miał wymierny rezultat, ale nie potrafił go zinterpretować. Nie było szans, aby mogli razem opublikować wyniki w Niemczech. Hahn wysłał więc swoje wyniki do publikacji, a Meitner i jej siostrzeniec powtórzyli eksperyment i ogłosili go w „Nature” dwa tygodnie później. Świat dowiedział się, że jądro uranu można rozbić na mniejsze części – pierwiastki bar i krypton. Meitner wiedziała też, że to tylko początek. Rozszczepienie jądra atomu było reakcją łańcuchową. Jej potencjał wybuchowy był tyleż wielki co przerażający.

Naukowcy wiedzieli, co może zrobić bomba atomowa, i wiedzieli, że Niemcy mają klucz do technologii jej produkcji. „Dziękuję, ale nie chcę mieć nic wspólnego z żadną bombą” – odpisała Meitner na list z Ameryki. Było to zaproszenie do pracy nad konstrukcją amerykańskiej broni jądrowej w Los Alamos.

„Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii za rok 1944 otrzymuje Otto Hahn za badania nad rozszczepieniem jądra atomu” – ogłosił komitet noblowski w listopadzie 1945 roku. O pracującej za rogiem, w instytucie fizyki, Meitner nikt się nie zająknął. Hahn, internowany w Anglii, o nagrodzie dowiedział się z gazety. Odebrał ją rok później. „Całkowicie mu się należała. To wybitny chemik i do rozszczepienia jądra uranu użył tylko chemicznych metod” – tłumaczyła mediom Lise. Ale ich przyjaźń (biografowie powątpiewają, czy było to coś więcej, Hahn miał żonę) nigdy nie odżyła. Meitner odmówiła powrotu do Niemiec i spędziła kolejne 20 lat w Szwecji. Bywała też w Ameryce, gdzie wykładała na Harvardzie.

Nigdy nie wyszła za mąż. Ostatnie lata życia spędziła w Anglii, gdzie mieszkała większość jej rodziny. Nazwiskiem Lise nazwano pierwiastek chemiczny meitner, asteroid, kratery na Księżycu i Wenus.

Korzystałam z książki „Lise Meitner: The Dawn of the Nuclear Age” Patricii Rife i z monografii „Lise Meitner” Anne Hardy i Lore Sexl.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

  1. Kultura

Filmy na długi weekend poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)
Jakie filmy na długi weekend? Jeśli myślicie o wybraniu się do kina, decyzja może być niełatwa, bo po tygodniach lockdownu namnożyło się nam premier i znakomita większość z nich jest warta zobaczenia. A może by tak spojrzeć na najnowsze kinowe produkcje czysto użytkowo? Czego się dzięki nim dowiecie? Czym was zaskoczą? Jakie drzwi przed wami uchylą? Oto trójka filmów ciekawostek, dzięki którym trochę inaczej spojrzycie na świat.

„Ludzki głos”

Przez ponad 40 lat reżyserowania filmów Pedro Almodovar wyraźnie dał publiczności do zrozumienia, jakie historie i postacie go interesują. Niewielu jest filmowców równie charakterystycznych, o „almodovarowskim klimacie” mówimy, kiedy na ekranie emocje sięgają zenitu, a namiętność uwikłanych w najdziwniejsze uczuciowe układy bohaterów prowadzi ich do niechybnej zguby. Plus wspaniałe kobiece role i dziko kolorowe stylowe wnętrza – oto Almodovar w czystej postaci. W „Ludzkim głosie” nie brakuje żadnego z wyżej wymienionych składników, a jednak to w twórczości reżysera rewolucyjne posunięcie. Po pierwsze Tilda Swinton na ekranie – twórca „Kiki” czy „Wszystkiego o mojej matce” nigdy wcześniej nie nakręcił anglojęzycznego filmu. Celowo nie piszę, że Tilda występuje tu w głównej roli, bo to właściwie filmowy monodram. Występuje tu jeszcze tylko sprzedawca w sklepie z narzędziami, od którego bohaterka grana przez Swinton (kobieta porzucona, na skraju załamania nerwowego) kupuje siekierę, żeby dać upust swojej rozpaczy. I jeszcze długość „Ludzkiego głosu” – pół godziny. Co z pozostałą prawie godziną? Po tym, jak wybrzmi ostatnia scena filmu, w ramach seansu zaglądamy z wizytą do mistrza hiszpańskiego kina i do ikony kina brytyjskiego. Zgodnie z nową pandemiczną tradycją, rozmawiają online, każde od siebie z domu. Chcecie wiedzieć jak mieszka Almodovar, a jak Tilda? Które z nich ma leniwie pozującego do kamery kota, a które psy? Jak się dogadują, jak powstawał film i co jeszcze wspólnie szykują? Wpadajcie do kina na „Ludzki głos”.

Kadr z filmu 'Ludzki głos'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ludzki głos". (Fot. materiały prasowe)

„La Gomera”

Kryminalna historia gangsterska, opowiadana po części całkiem serio, po części z przymrużeniem oka. Jej reżyser Corneliu Porumboiu to uznany twórca rumuńskiej Nowej Fali, dotychczas kręcił filmy o i w swojej ojczyźnie, tym razem wziął się za produkcję międzynarodową. Jest tu wszystko, czego można się po tego typu kryminalnej historii spodziewać: skorumpowani policjanci, narkotyki, wielkie pieniądze, bezwzględne czarne charaktery, tajemnicza femme fatale. Ale są tu też wątki, których w takim filmie nie spodziewalibyście się wcale. Skąd w tytule „La Gomera”? To właśnie na tej jednej z Wysp Kanaryjskich gangsterzy mają dobić targu. A cała filmowa intryga opiera się na tutejszym el silbo. Czyli tradycyjnym języku tutejszych mieszkańców – gwizdanym. Na mało zaludnionej, a pokrytej dolinami i wzniesieniami, zamglonej i wietrznej Gomerze powstał system porozumiewania się na odległość inny niż rozpalanie ognisk czy bicie w tam tamy, skuteczniejszy i bardziej dokładny. Gwiżdże się głośno, przeciągle i bardzo melodyjnie. Całe sylaby. Dowolne zdanie, nazwy własne, wszystko. Dziś el silbo kultywuje się jako część tradycji regionu, jest wśród obowiązkowych przedmiotów w szkole. A w filmie „La Gomera” przybyłe z Bukaresztu typy spod ciemnej gwiazdy uczą się go jako szyfru, żeby porozumiewać się między sobą i uniknąć wpadki. Oryginalny pomysł? Tak jak i sam film, który niejednego widza skłoni do wycieczki na nie tak popularną – zupełnie niesłusznie – kanaryjską Gomerę.

Kadr z filmu 'La Gomera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)

„Ojciec”

O tym filmie wiele mówi się w kontekście rewelacyjnej roli Anthony’ego Hopkinsa i Olivii Coleman i rzeczywiście oboje są świetni. A już szczególnie wznoszący się na wyżyny aktorstwa Hopkins: jeśli wydawało wam się, że znacie wszystkie jego genialne zagrania, możecie wyjść z kina zaskoczeni. Ta rola ma tym większy ciężar, że jest niezwykle osobista, Hopkins gra starszego schorowanego człowieka, w wywiadach sam przyznaje, że czerpał z doświadczeń własnego ojca, ale też oglądając go w tej roli nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w jakimś sensie 84-letni brytyjski aktor odgrywa scenariusz, który może przytrafić się także jemu. Jego filmowy imiennik coraz mniej pamięta, coraz częściej mylą mu się fakty, gubi przedmioty, traci orientację. Tak, o starości i demencji opowiadano i w teatrze („Ojciec” to ekranizacja sztuki) i w kinie mnóstwo razy, a jednak ten film zaskakuje. Nakręcono go trochę jak thriller czy kryminał, tak, żeby każdy z nas mógł się wczuć w sytuację głównego bohatera. Razem z nim próbujemy odróżnić prawdę od tego, co tylko się wydaje, rozpoznać, kto jest kim, gdzie się w ogóle znajdujemy. Mieszkanie za każdym razem jest trochę inne, przedmioty zmieniają swoje miejsce. Czy córka Anthony’ego mieszka z mężem czy sama? Komu można ufać? Jaka jest kolejność zdarzeń? Odpowiedzi szukamy aż do finału, kiedy zagadka się rozwiązuje. Genialny pomysł, projekcje „Ojca” powinny być obowiązkowe dla wszystkich , którzy zajmują się bliskimi zmagającymi się z demencją czy chorobą Alzheimera. A właściwie dla każdego z nas, bo to poza wszystkim także po prostu film o byciu z drugim człowiekiem, wspieraniu go, nawet jeśli zupełnie nie rozumiemy jego zachowania.

Kadr z filmu 'Ojciec'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ojciec". (Fot. materiały prasowe)