„Gnojenie było immanentną częścią mojego dzieciństwa. 10 lat terapii longiem, a i tak jeszcze pracuję nad sobą” – mówi Bartłomiej Kotschedoff w podcaście Beaty Biały „Mężczyzna jest człowiekiem”. 10 lat terapii longiem, a i tak jeszcze pracuję nad sobą”. W tych kilku słowach kryje się doświadczenie coraz większej grupy mężczyzn, którzy próbują uwolnić się od wzorców wyniesionych z domu: nakazu bycia silnym za wszelką cenę, tłumienia emocji i przekonania, że z każdym problemem trzeba poradzić sobie samemu. Aktor opowiada o dzieciństwie naznaczonym surowością, o lęku przed bliskością, który przez lata sabotował jego relacje, oraz o terapii, dzięki której zaczął odzyskiwać kontakt ze sobą.
Niektóre zdania słyszane w dzieciństwie zostają z nami na zawsze. Wracają w ważnych momentach życia, wpływają na decyzje, relacje i sposób, w jaki patrzymy na samych siebie. Bartłomiej Kotschedoff dorastał w domu, w którym najważniejszymi wartościami były praca, wytrwałość i samodzielność. Kiedy wraca pamięcią do tamtych lat, nie mówi o beztrosce czy dziecięcej lekkości. Mówi o wysiłku.
Najbardziej zapamiętał rodziców pracujących ponad siły i przekonanie, że człowiek nie powinien liczyć na pomoc z zewnątrz. Jak wspomina, z dzieciństwa pozostał mu obraz ciężkiej pracy na wsi oraz przekaz, że „nikt ci nie da, sam musisz wszystko zrobić”. W tym jednym zdaniu zawiera się doświadczenie całego pokolenia wychowanego w przekonaniu, że proszenie o wsparcie jest oznaką słabości.
Towarzyszył temu jeszcze jeden komunikat, równie silny i równie wymagający. W domu słyszał, że trzeba „walczyć, walczyć, walczyć”, bo jeśli okaże się słabość, „to ci nikt ręki nie poda”. Dla chłopca taki przekaz staje się instrukcją obsługi świata. Problem zaczyna się wtedy, gdy okazuje się, że życie wymaga nie tylko siły, ale również wrażliwości.
Choć z zewnątrz wiele osób wydaje się świetnie funkcjonować, ich wewnętrzny świat bywa znacznie bardziej skomplikowany. Kotschedoff nie próbuje dziś łagodzić wspomnień ani opowiadać o przeszłości w sposób wygodny dla słuchacza. Przeciwnie. Mówi o niej z rozbrajającą szczerością.
Przyznaje, że „gnojenie było immanentną częścią mojego dzieciństwa”. Nie używa wielkich słów ani psychologicznych definicji. Wystarcza jedno zdanie, by pokazać skalę doświadczeń, które zostawiają ślad na długie lata.
Ten ślad nie zawsze jest widoczny. Często przybiera formę przekonań o własnej niewystarczalności, chronicznego poczucia winy albo wewnętrznego krytyka, który nieustannie podważa własną wartość. Jak sam przyznaje: „Od dziecka czułem się ofiarą”. Zaraz potem dodaje jednak coś jeszcze ważniejszego: „Najgorsze są wewnętrzne blizny i one nie znikają”.
To właśnie te niewidoczne rany stają się często najtrudniejszym przeciwnikiem. Nie widać ich na zdjęciach, nie pokazują się podczas zawodowych sukcesów, ale potrafią wpływać na każdą sferę życia.
Wychowanie do nieustannej walki ma swoją cenę. Czasem okazuje się nią niemożność zbudowania bliskiej relacji z drugim człowiekiem. Kotschedoff długo nie rozumiał, dlaczego mimo szczerych intencji tak trudno mu odnaleźć się w związkach.
Przełom przyszedł dopiero wtedy, gdy zakończyła się jego pierwsza poważna relacja. Dziś wspomina ten moment jako bolesne, ale niezwykle ważne doświadczenie. Mówi, że był w pierwszym długim związku, który ostatecznie się rozpadł, ponieważ sam „zupełnie się rozpadł” i nie wiedział już, kim jest.
Za tym kryzysem kryło się coś więcej niż tylko rozstanie. Krył się lęk przed bliskością, który przez lata pozostawał nierozpoznany. Jak przyznaje, był to „jeden z największych problemów w życiu”. Bo bliskość wymaga odsłonięcia siebie, a tego nikt go wcześniej nie nauczył. Nauczono go za to wytrzymałości, kontroli i radzenia sobie samemu.
Jednym z najbardziej poruszających momentów rozmowy jest ten, w którym Beata Biały pyta aktora o rolę matki w jego życiu. Odpowiedź pada szybko, ale zostaje w pamięci na długo. „Mama była od bania się o mamę” – mówi Kotschedoff i dzieli się doświadczenie dziecka, które zbyt wcześnie przejął odpowiedzialność za emocje dorosłych. Zamiast czuć się bezpiecznie, uczył się troszczyć o innych. Zamiast otrzymywać wsparcie, same stają się wsparciem.
Takie doświadczenie często sprawia, że człowiek w dorosłym życiu bierze na siebie więcej, niż powinien. Trudniej mu odpoczywać, prosić o pomoc czy uwierzyć, że ktoś może zaopiekować się również nim.
W historii Bartłomieja Kotschedoffa nie ma jednego spektakularnego momentu przełomu. Jest za to proces. Długi, wymagający i czasem niewygodny. Aktor przyznaje, że na terapię poszedł zaraz po ukończeniu studiów. Wówczas nie przypuszczał jeszcze, jak wiele lat zajmie mu porządkowanie doświadczeń wyniesionych z domu.
Dziś widzi jednak efekty tej pracy. Mówi, że udało mu się „uporać z rzeczami z domu, które nawiedzały go cały czas”. To nie oznacza, że trudne wspomnienia zniknęły, tylko przestały kierować jego życiem.
Największa zmiana dotyczy sposobu, w jaki myśli o sobie. Jeszcze kilka lat wcześniej negatywne emocje potrafiły przejmować nad nim kontrolę na długie tygodnie. Dziś, jak mówi, „nie zasysa go już niskie poczucie wartości na całe tygodnie i miesiące”. Nie wraca też tak często głos, który przekonywał go, że jest zerem. Wewnętrzny krytyk nie zniknął całkowicie, ale przestał być najważniejszym głosem w jego życiu.
Historia Bartłomieja Kotschedoffa pokazuje, że największą odwagą nie zawsze jest walka. Czasem jest nią przyznanie, że przez lata było się zagubionym. Czasem jest nią prośba o pomoc. A czasem decyzja, by po raz pierwszy odłożyć broń i pozwolić sobie po prostu być człowiekiem.