-
Między Nami
Zima
Przez pierwsze kilka dób kląłem do imentu syberyjskie powietrze, niosące trzeszczące skostnienie świata za oknem. Byłoby ze mną naprawdę źle, gdybym jak każdy poczciwy człowiek musiał co rano wydreptywać ścieżynkę wokół rozkładu jazdy na autobusowym przystanku w nadziei, że może dziś bóg nie pozostanie obojętnym na me cierpienia i sprawi że niskopodłogowiec przyjedzie o czasie. Archiwizacja życia zapisująca się na dysku w łepetynie, przebiega w każdym zdrowym organizmie podłóg kapitalnej zasady, wyłącznie pozytywnych wspomnień. Nie sposób wydobyć z owego mentalnego podpiwniczenia czegoś, co zawiera ból i przygnębiający obraz dawnych wspomnień. Toteż całkowicie zrozumiałe jest to, że nie byłem wstanie odtworzyć zimowej golgoty komunikacyjnej, na jaką byłem skazany przez większość życia. Glejt upoważniający mnie do prowadzenia samochodu, wydany przez zastępy urzędników wydziału przy ul. Wiktorskiej posiadam zaledwie od pięciu lat. Jednak tyle czasu wystarczyło by dawne zziębnięte emocje, zmieniły we mnie stan ze stałego w lotny i naturalnie wyparowały. Dzięki sublimacji, której istotę wpaja się czwartoklasistom, moje czucie chłodu przeniosło się na inne obszary, ale niestety wcale nie zmalało.
Będąc już w miarę ustatkowanym człowiekiem, mam szafy powypychane do ościeżnic ubraniami na każdą pogodę. Rosnące jak na drożdżach (istotę fermentacji omawia się już chyba w klasie siódmej) dzieci, zapewniają ograniczoną przepustowość szuflad i półek, bowiem co rusz ich garderoba staje się kusa i wnet trzeba pędzić do sklepu po nową. Kiedy spikerzy w telewizji zaczynają pogodowy lament, moje maluchy opatulam kolejnymi warstwami odzienia, pocąc się przy tym i sapiąc niekiedy jak zdyszany maratończyk. Nie zapominam zrazu samemu oblec się futrem i puchem. Mój kontakt z rzeczywistością poniżej zera jest tymczasem mocno ograniczony. Z domu wchodzimy wprost do windy, zjeżdżając do garażu. Samochodem wyjeżdżamy na oblodzone ulice, kiedy wnętrze nie zdążyło się jeszcze porządnie wyziębić. Przełomowy moment następuje wówczas kiedy zaparkowawszy przy przedszkolnej bramie, wyskakuje na ulice i pędzę oswobodzić córkę z pasów fotelika. Po krótkiej chwili czuję już na twarzy mróz. Trwa to moment, bo po kilku sekundach uderza mnie gorąc szatni i holu sal wykładowych. Z powrotem do samochodu. Jeszcze tylko postój przed bazarem. Niestety trwa to już nieco dłużej i gdyby nie czapa w stylu Moskwiczanina, jaką przez przypadek znalazłem na dnie garderoby przysypaną butami, łachami i milionem chomikowanych bibelotów czekających na wyniesienie w stulitrowym worze, zapewne zawróciłbym do auta. Zaopatrzywszy się w kaloryczne frykasy, wracam pokrzepiając się gorącą świadomością że już nosa wyściubiać nie muszę.
Słońce świeci tak jak życzyłem sobie tego od listopadowych słód, ale mimo to ani myślę absorbować długich promieni będąc jednocześnie przeszywanym czerstwym mrozem. Aklimatyzowałem się cały tydzień, po którym doszliśmy do wniosku że czas na sanki. Na kopie górującej nad Doliną Służewiecką ścigaliśmy się i walczyliśmy z zimnem. Zakładałem że nie skapituluje pierwszy. Myliłem się. Niesamowite jak przymarzający gil, nie jest w stanie zniweczyć białego szaleństwa małej dziewczynki. Na sygnale opuszczaliśmy popularne miejsce ursynowskich saneczkarzy.
Było to ostatnie tak wariackie wyjście jakie zafundowaliśmy sobie z córką. Od następnego dnia zaczęliśmy arktyczne koczowanie. Dzieci w przedszkolu wychodzą jeśli temperatura nie przekracza -10 st. Dlatego biedne maluchy muszą kisić się całe dnie we wnętrzu. Syna też nie wystawię na spacer w wózku za okno. Bałem się że nadchodzący weekend będzie koszmarnie nudny i zmulony.
Pogodowe ekstremum spowodowało jednak coś, czego w żaden sposób się nie mogłem spodziewać. Przenieśliśmy się w jakiś inny świat, jakby ferie dla dorosłych w których absolutnie odcięta jest rzeczywistość. Całe dnie oglądamy animowane filmy, bawimy się z dziećmi, dogadzamy goframi, naleśnikami, ciasteczkami, hektolitrami bitej śmietany i wszystkim co zapycha żyły. Klocki Lego przeżywają drugą młodość. Autentycznie uwielbiam układać je w kolorowe budowle.
Wieczorem muszę niestety wyjść na mróz i jechać do radia. Ale znowu postaram się przemknąć tak by na dworze, nie stać dłużej niż 20 sekund.
Tomasz Kin
Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan: 2012-02-05 13:55:16 · Wyświetl
Oj, troszkę się Pan zapętlił w czasie
Teraz nie ma siódmej klasy
I ciekawie Pan osłodził słoty listopadowe. Lego i gofry też lubimy, ale najchętniej po mroźnym marszowym spacerze
a blisko wybrzeża Bałtyku właśnie minus 27 … przy tej wilgotności to niewyobrażalne niemalże … świat zamarza … przetrwamy do jutra?