Magda Cielecka kocha teatr. A teatr kocha Magdę Cielecką. Dowód? Dziesiątki niezapomnianych ról oraz spektakl wyzwanie, którego podejmie się podczas czerwcowego Malta Festival w Poznaniu.
- „Kocham teatr. Choć oczywiście czasem mnie irytuje, czasem ciąży” – mówi Magdalena Cielecka.
- Już w czerwcu (26–27 czerwca, start: 26 czerwca, godz. 18:00) aktorka wystąpi w 24-godzinnym spektaklu „The Second Woman”, w którym 100 razy zagra tę samą scenę z 100 różnymi partnerami.
- „Nie chcę być fałszywie skromna. Bycie docenioną, zauważoną zawsze jest przyjemne” – mówi aktorka.
- W rozmowie Magdalena Cielecka opowiada również o sławie, odwadze, wyjątkowości teatru, swoich najważniejszych rolach.
Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 06/2026.
Joanna Olekszyk: Od tygodni jesteś na ustach wszystkich. Najpierw był teledysk do piosenki Kasi Lins „Sexy doll”, a zaraz potem ogłoszono, że podczas tegorocznego Malta Festival zagrasz w 24-godzinnym spektaklu „The Second Woman”, w którym będziesz powtarzała jedną scenę 100 razy z różnymi partnerami.
Magdalena Cielecka: Nie uwierzysz, ale właśnie jadąc na nasze spotkanie, odbyłam rozmowę na ten temat z panem taksówkarzem, młodym chłopakiem. Chwilę po tym, jak wsiadłam, spytał: „To co, jest już pani po tym spektaklu? Tym ze stu mężczyznami?”. „Nie, to dopiero w czerwcu” – odpowiedziałam. „No bo trąbią o tym i trąbią. W każdym radiu słyszę”. I przez całą drogę mnie dopytywał, był bardzo zainteresowany. „Niech się pan zgłosi” – powiedziałam mu wreszcie. „Nie, to nie dla mnie”. Machnął ręką. Ale dopytywał dalej:
„To jak to będzie? Przecież pani zaśnie w trakcie tego spektaklu. Widziałem ludzi zasypiających pod wodą, naprawdę, na własne oczy. Ciało ludzkie jest nieprzewidywalne”.
Ja na to: „Zgadza się. Na tym właśnie polega to wyzwanie”. „No ale jak oni będą wybierać tych facetów? To będą aktorzy?” „Nie, tylko amatorzy. Na jakiej zasadzie będą wybierani? Myślę, że muszą być otwarci, fleksybilni, no i ciekawi tego zadania”. „Ale jakie to jest zadanie?” „Trzeba zagrać jedną scenę. Nauczyć się kilku kwestii”. „A co to jest za scena? Przychodzą, pani będzie stała, a on będzie siedział?” „Ta scena będzie wyglądała za każdym razem tak samo. Porozmawiamy, napijemy się czegoś, potańczymy, po czym on mi powie: »Zawsze cię kochałem« albo: »Nigdy cię nie kochałem«. Do wyboru”.
Tak się zastanawiam, jak wielki wpływ na ciebie będzie miało to, które zdanie usłyszysz na zakończenie…
Ciekawe… Zupełnie się nad tym nie zastanawiałam. Ale też raczej nie biorę do siebie tekstów, które wypowiadają do mnie aktorzy na scenie…
Magdalena Cielecka: „Ten projekt jest interesujący na tak wielu poziomach, także tym socjologicznym”
Ale oni nie będą aktorami, tylko amatorami, zupełnie prywatnymi osobami. Mogą ci to mówić jako tobie, Magdzie Cieleckiej.
Pewnie będzie można się pokusić o jakąś statystykę. Czy więcej razy usłyszę „Zawsze cię kochałem” czy „Nigdy cię nie kochałem”. Pytanie, o czym to będzie świadczyło. Co to będzie mówiło o nich, co będzie mówiło o mnie…
Ten projekt jest interesujący na tak wielu poziomach, także tym socjologicznym.
Jak będę przez nich odbierana, ale też „używana” do zagrania tej sceny. Jakie mają wyobrażenie o mnie, osobie – bądź co bądź – publicznej, czym dla nich będzie zderzenie tego wyobrażenia z rzeczywistością. Nie wiem, czy oni potem będą udzielać jakichś wywiadów, czy ktoś będzie ich pytał o wrażenia…
Na pewno ja będę o to chciała spytać ciebie. Kiedy myślę, z czym ten projekt się wiąże, przychodzi mi do głowy to, może już wyświechtane, określenie, że jesteś bardzo odważna. Ty sama widzisz w tym odwagę?
Powiem tak: im częściej ludzie mnie o to pytają, im częściej mówią tak jak ty o odwadze albo kiwają głowami i rzucają: „No, szacun” – tym bardziej zaczynam się bać. Chyba dociera do mnie, na co się porywam, na co się zgodziłam. To jedna rzecz. Druga: nie mówcie „szacunek”, nie gratulujcie mi odwagi, ja jeszcze niczego nie zrobiłam.
Im więcej osób mnie o to pyta, tym bardziej zaczynam myśleć: „Może ta decyzja była pochopna”. Ale z drugiej strony jednak mnie to kręci i stymuluje.
Co więcej, czuję się tym zaproszeniem wyróżniona.
To samo chciałam powiedzieć – ono jest potwierdzeniem twojej pozycji w świecie teatru. Może nawet ukoronowaniem twojej dotychczasowej, ponad 30-letniej pracy… Choć nie wiem, czy ukoronowanie nie brzmi, jakby…
…jakby to miał być już koniec? Cóż, Elżbieta II była bardzo młoda, jak została ukoronowana…
Poza tym koronacja jest dopiero początkiem panowania, nie jego zwieńczeniem.
Nie mam nic przeciwko koronacjom, nagrodom, wyróżnieniom – przeciwko całemu temu splendorowi, który na mnie czasem w tym zawodzie spływa. Nie chcę być fałszywie skromna, bo bycie docenioną, zauważoną zawsze jest przyjemne. Między innymi po to ten zawód uprawiamy – dla uznania, poklasku, podziwu, dla nagród też. Za nimi idą nowe propozycje, ale też i sława. Aktor nieznany częściej może mieć jakiś deficyt uwagi.
Kiedyś mówiło się, że jeśli aktor musi się przedstawić z imienia i nazwiska, to znaczy, że coś poszło nie tak albo że nie jest jeszcze na tym etapie czy w tym momencie swojej pracy artystycznej, do którego zmierza.
Dzisiaj oferta kulturalna jest na tyle szeroka, że każdy może sobie wybrać, co chce oglądać i kogo chce znać. Na przykład pan taksówkarz mnie rozpoznał – choć nie do końca jestem przekonana, czy gdyby nie usłyszał o tym projekcie w radiu, to nadal znałby moje imię i nazwisko – ale pani w przychodni lekarskiej rozpoznała tylko mój głos, nazwiska już nie kojarzyła. Trudno wymagać od publiczności, by była na bieżąco ze wszystkimi premierami spektakli, filmów czy seriali.
Jak powiedziałaś o aktorach jeszcze nieznanych, pomyślałam: czy oni czasem nie mają więcej wolności niż ci bardzo znani?
Na pewno nie wolności finansowej. Artystycznie? Też nie do końca. Sama byłam młodą początkującą aktorką i nie pamiętam, żebym miała wtedy swobodę decydowania o tym, co robię i jak to robię. Nie mówiąc już o tym, jak wyglądam. Sadzano mnie na krześle, robiono mi warkocze i wychodziłam na scenę. Nie miałam wolności w kreowaniu postaci, decydowaniu o tym, jaka ona będzie. Teraz to się zmieniło.
Dzisiaj aktor nie jest już laleczką w rękach innych, narzędziem służącym do odtworzenia jakiejś wizji reżysera. My dziś współtworzymy efekt końcowy zarówno w teatrze, jak i na planie filmowym czy serialowym.
Nie ma już czegoś takiego, że reżyser ci mówi: „Tu masz stanąć i nie dyskutuj”. To tak nie działa, a może ja szczęśliwie nie biorę udziału w tego typu projektach.
Natomiast jeśli chodzi o to, czy rozpoznawalność wiąże się z mniejszą przestrzenią na prywatność – cóż, coś za coś. Chyba nikt z aktorów czy aktorek nie zrezygnowałby z tego dyskomfortu czy delikatnej niedogodności, że ludzie się wpatrują w ciebie w metrze albo nie masz chwili spokoju na plaży w Juracie, na rzecz tego, że nie jest znany, że nie jest osobą, która ma swój wizerunek i swój artystyczny podpis.
Niedawno w Teatrze Telewizji widziałam spektakl „Wszystko na sprzedaż” w reżyserii Agnieszki Jakimiak i Mateusza Atmana. Postać, którą tam grasz, jest ikoniczna. Nie tylko dlatego, że w filmie Andrzeja Wajdy grała ją Beata Tyszkiewicz, ale też dlatego, że jest silnie inspirowana tobą. W jednej ze scen ktoś zadaje twojej postaci, a może i tobie, pytanie: „Że tobie się jeszcze chce grać w teatrze?”.
A ja na to mówię: „Kocham teatr”.
„Czyli chodzi o miłość?” – pyta rozmówczyni.
„No na pewno nie o pieniądze”. Potem dodaję, że myślenie o pieniądzach jest niezdrowe, a Magda Koleśnik, która gra postać reżyserki, odpowiada: „Płaczesz o dziewiątej, śmiejesz się o osiemnastej – to dopiero jest niezdrowe”.
No właśnie.
Jest niezdrowe, zgadzam się.
A nie jest niezdrowe granie przez 24 godziny non stop?
Mogę na to odpowiedzieć tylko słowami sztuki: „Kocham teatr”. Oczywiście on czasem mi ciąży, czasem mi dopieka, a czasem jestem na niego bardzo zirytowana. Wielokrotnie zwyczajnie nie chce mi się wychodzić na scenę…
Co ci takiego robi teatr, że bywasz na niego zirytowana?
Może to, że to stała praca. Jestem w Nowym Teatrze na etacie, to mój główny zakład pracy, w związku z tym cokolwiek by się działo, jakiekolwiek bym miała pomysły na siebie, czy to prywatne, czy zawodowe – ja ten teatr w moich planach muszę zmieścić.
Dostosować się do niego, do jego regularności, do tego, że świątek, piątek o dziewiętnastej wychodzę na scenę. To trochę jak z chodzeniem na siłownię – naprawdę czasami bardzo się nie chce wstać z wygodnej kanapy i trudno jest zacząć, ale… potem zawsze czujesz się wspaniale. Z teatrem jest podobnie. Już w trakcie zapominasz o całym znoju, który towarzyszył ci na początku. A nagrodą są endorfiny i dopamina. One wytwarzają się przede wszystkim dzięki widowni, ale też z poczucia pokonania siebie, jak po treningu, spełnienia obowiązku.
Mieszkam w Warszawie, chodzę często do teatru i wyznam, że niemożliwością jest dostać bilet na jakąkolwiek premierę, zwłaszcza w Nowym Teatrze, a za każdym razem, gdy uda mi się kupić bilet, widzę pełną widownię. Wiem, co mi to daje jako widzce. Ale co to daje wam, aktorom? Poczucie więzi? W końcu grasz, nie widząc publiczności, ale odbierasz przecież od niej jakąś energię, wibrację. A może chodzi o przyjemność grania z fajnym zespołem?
O wszystko, o czym powiedziałaś. Dodałabym może jeszcze, że w moim przekonaniu teatr jest ważny, że my robimy w nim coś ważnego. Nawet jeśli to jest coś krotochwilnego, lżejszy repertuar, komedia – teatr zawsze jest w jakiejś sprawie.
To, że ludzie mają ochotę przyjść na te dwie albo trzy godziny wieczorem, kupić wcale nietani bilet, siedzieć i oglądać innych ludzi na scenie, uczestnicząc w niepisanej umowie, w której wszyscy na chwilę zapominamy, że to jest tylko gra, że spełniamy się w jakiejś fikcji – dowodzi, że teatr jest istotny.
Chcemy ulec emocjom, chcemy dać się ponieść losom postaci – tak oni, jak i my, bo przecież my, aktorzy, tymi losami się też przejmujemy. Ja przynajmniej tak mam. To nie jest tylko czysta technika, wchodzisz w emocjonalność postaci, w jej historię. My akurat w Nowym Teatrze, zwłaszcza w spektaklach Krzyśka Warlikowskiego, opowiadamy raczej poważne historie, dotykamy bolesnych miejsc. Kontrowersyjnych, zapomnianych, wypartych. Dotyczących historii, pamięci, cierpienia, dziedzictwa i losu. I ja ten los niosę na scenie, naprawdę to przeżywam. Może nie tak, żebym potem nie mogła spać, mam świadomość, że jestem w pracy, ale jednocześnie chcę jak najpełniej być tym losem, reprezentować postać, którą gram. W tym sensie teatr jest czymś wyjątkowym, że zdarza się tu i teraz, że to się nie powtórzy. Oczywiście powtarzamy spektakle, są widzowie, którzy przychodzą na nie nawet kilka razy z rzędu, ale one nigdy nie są takie same.
Natomiast jeśli chodzi o zgrane zespoły, to, owszem, jesteśmy sobie dobrze znani i obeznani ze sobą, ale też codziennie przychodzimy w trochę innej kondycji, konfiguracja energii na scenie też za każdym razem jest inna.
Łatwo o błąd, chwilę nieuwagi. Z drugiej strony publiczność tylko czeka, by podczas przedstawienia coś poszło nie tak. Zaryzykowałabym nawet twierdzenie, że najbardziej się pamięta właśnie te spektakle, w których coś się zawaliło, ktoś nie wytrzymał i się roześmiał czy zapomniał swojej kwestii.
My to też lubimy, ale wiemy, że publiczność to wprost uwielbia. Ostatnio była taka sytuacja w sztuce Tennessee Williamsa „Nagle, ostatniego lata” w reżyserii Michała Borczucha, że zacięła się zjeżdżająca winda, zresztą z moim wizerunkiem. Za kulisami burza mózgów: co teraz robimy? Ostatecznie stwierdziłam, że wyjdę z mikrofonem, jak przystało na panią domu, bo gram tam amerykańską panią domu, i powiem: „Ciocia V zaraz zjedzie, ale najpierw musimy naprawić dach. Zapraszamy państwa na 20-minutową przerwę”, choć w tym spektaklu nie przewidziano przerw. Wrócili rozentuzjazmowani. Publiczność kocha takie momenty. Potem to krąży w ramach anegdot, ludzie sobie powtarzają: „Byłem na tym spektaklu, gdzie to i to się zepsuło”. Bo to wtedy jest ten jeden jedyny, unikalny spektakl.
Czasami dzieją się dramatyczne czy niebezpieczne sytuacje. Pamiętam, jak lata temu w „(A)pollonii” w reżyserii Krzyśka Warlikowskiego Danusia Stenka była na scenie z Maćkiem Stuhrem i nagle zawalił się na nich dach domku. Było groźnie, ten dach nawet ich trochę poranił. Półtoragodzinna przerwa w spektaklu, który sam w sobie trwa cztery i pół, nie jest czymś codziennym. A jednak wszyscy czekali, czy się uda naprawić dach i co się wydarzy: czy będziemy grać, czy nie. Było to przeżycie niemal wspólnotowe.
Ja sama mam taką epicką historię ze spektaklu „4:48 Psychosis” w reżyserii Grześka Jarzyny, który grałam jeszcze w Teatrze Rozmaitości. Jedna z ostatnich scen, stoję naga na kompletnie ciemnej scenie, mam tylko skierowany na twarz snop światła. Nic nie widzę, mówię ostatni monolog, który bardzo dotyka publiczność, prowokuje ją, bo zwracam się w nim wprost do niej, mówiąc: „Dotknij mnie, kochaj mnie, odezwij się”. Ludzie wtedy zwykle płaczą, krzyczą, reagują różnie, ale podczas tego jednego spektaklu wydarzyło się coś szczególnego. Nagle kątem oka zobaczyłam, a właściwie usłyszałam, jakiś ruch obok. Zbliżał się do mnie mężczyzna. A że aktor ma taki instynkt, że choćby nie wiem co, to gra do końca, dopóki coś mu nie przerwie, to grałam i zastanawiałam się, czy to idzie do mnie inspicjent, by powiedzieć, że coś się wydarzyło i przerywamy, czy może idzie strażak, bo jest jakieś niebezpieczeństwo.
Mężczyzna podszedł do mnie, zdjął marynarkę i próbował mnie nią okryć, mówiąc: „Kocham cię, uratuję cię”. Piękny gest, można powiedzieć, jednak trzeba było pana sprowadzić ze sceny.
Choć jak teraz sobie o tym myślę, to był to chyba jeden z piękniejszych komplementów dla aktora. My robimy naprawdę bardzo wiele, by zbudować iluzję, zburzyć tę czwartą ścianę – i kiedy widzimy, że to się dzieje, to zawsze jest niesamowite uczucie. Bo teatr działa na emocje, od tego jest.
„Hamlet” Krzyśka Warlikowskiego w Teatrze Rozmaitości – Jacek Poniedziałek jako Hamlet w scenie z matką, którą grała Staszka Celińska, był całkowicie nagi. Wtedy, w latach 2000, ten środek artystycznego wyrazu nie był jeszcze tak powszechny jak dziś, kiedy nagość na scenie jest tak oswojona, niemal zużyta, że nie robi już na nikim wrażenia, ale wtedy jedna pani wstała i powiedziała: „Proszę się natychmiast ubrać i grać dalej”. Zostało to na zawsze w annałach anegdot naszego zespołu. Teatr powinien zmuszać do refleksji, zadawać pytania. I wciąż to robi.
Trochę już o tym powiedziałaś, ale chciałam cię spytać o spektakle czy role, które na zawsze z tobą zostaną. Dla mnie takim przedstawieniem był „Magnetyzm serc” w reżyserii Grzegorza Jarzyny w Teatrze Rozmaitości – był jak powiew świeżego powietrza. Zaskakujący, eksperymentujący, bardzo nowoczesny.
Bardzo żywo pamiętam jedno z pierwszych naprawdę „moich” przedstawień – „Iwonę, księżniczkę Burgunda” w Starym Teatrze w Krakowie, też w reżyserii Grześka Jarzyny. Zupełnie inaczej spojrzał na Iwonę, którą do tej pory grało się trochę takim kanonem gombrowiczowskim. Grzesiek wywrócił to do góry nogami, bo postawił ją w centrum. Nie zrobił z niej nieprzystosowanej do życia, głupiutkiej i naiwnej dziewczyny, tylko kogoś, kto ma swój świat, kto jest tajemnicą, swoistym guru, niezrozumiałym dla reszty otoczenia. To był spektakl, z którym zjeździliśmy praktycznie cały świat, graliśmy go naprawdę bardzo długo. Uwielbiałam to robić, dostałam zresztą za tę rolę mnóstwo nagród. A spektakl dla mnie był tym ważniejszy, że nie mówię w nim ani słowa; to wszystko musiało być zbudowane ruchem, ciałem, wewnętrznym stanem.
Wiele jest ważnych dla mnie spektakli, choćby wspomniane „4:48 Psychosis” Sarah Kane, no a potem cała podróż z Krzyśkiem Warlikowskim od „(A)pollonii” po „Europę”. I ta podróż ciągle trwa.
Ze szczególnym wskazaniem na „Kabaret warszawski” i twoją rolę Sally Bowles – co ty robisz na tej scenie! Jak ty tańczysz!
To rzeczywiście było wyzwanie.
Kiedy spektakl miał premierę, miałam 41 lat, pomyślałam, że to chyba niemożliwe, żebym to zagrała, zresztą po co mi to, a okazało się moją szóstą młodością teatralną, dało ogromną satysfakcję, choć kosztowało mnie straszliwy wysiłek.
Narodziła się nowa ja w teatrze Warlikowskiego. W tamtym czasie byłam trochę znużona postaciami, jakie grałam, miałam o to nawet do Krzyśka pretensje, że obsadza mnie tak samo, że to jest przewidywalne dla mnie, w związku z tym też dla publiczności. Odmówiłam po drodze zagrania w jego „Opowieściach afrykańskich według Szekspira”, gdzie miałam zagrać Desdemonę, i zrobiłam trochę skok w bok – zagrałam gościnnie spektakl w Teatrze Narodowym, to była „Kobieta z zapałkami” w reżyserii Oli Koniecznej. Potem wróciłam – jak to bywa z powrotami z takich romansów – z nową energią, a Krzysztof obdarował mnie rolą Sally Bowles, bo chyba też zrozumiał, że potrzebuję czegoś innego.
Wspomnijmy jeszcze o Teatrze Telewizji. Zagrałaś w nim wiele niezapomnianych ról, ale twoja Dulska w moim rankingu przebija wszystko… Kiedy usłyszałam, że Marcin Wrona obsadził cię w roli postaci, o której zwykle myślimy jako o wiekowej matronie, zdębiałam.
Z Marcinem zrobiliśmy wcześniej spektakl „Kolekcja”, znaliśmy się. Zadzwonił do mnie i powiedział, że robi dla Teatru Telewizji „Moralność pani Dulskiej”. Ja na to: „Ekstra, co będę tam grać?”. „Dulską”. „Ale jak to, Marcin?” Aż mnie to zabolało, powiem szczerze. Oczywiście rozumiałam, że on ma na to jakiś pomysł, że właściwie jestem w wieku Dulskiej – byłam od niej nawet trochę starsza – ale kanon grania tej postaci był jednak do tej pory zupełnie inny.
Pomyślałam sobie wtedy: „To już? Gram Dulską, jestem stara”, a przypomnę, że nie miałam wtedy jeszcze czterdziestki.
No i okazało się, że pomysł Marcina był genialny.
Nie mogę nie wspomnieć jeszcze o spektaklu, koncercie czy też performansie, do którego zaprosił mnie Michał Pepol. Przygotowywał ten projekt na otwarcie pawilonu MSN nad Wisłą, towarzyszył wystawie „Syrena herbem twym zwodnicza”. Graliśmy to potem w Nowym, jeździliśmy też z nim po Polsce. To było jedno z takich doświadczeń, które wytrącają cię z komfortu, ale też są cudownym wyzwaniem. Śpiewałam Schuberta po niemiecku i ikoniczne „Song to the Siren”. Kosztowało mnie to mnóstwo nerwów, przypomniałam sobie, czym jest trema, czym są trzęsące się kolana. To jednak zupełnie inna materia niż ta, do której jestem przyzwyczajona.
Ale ja lubię odpowiadać na propozycje, które mnie budzą, gdzie mogę skoczyć na główkę, pokazać kolejną odsłonę.
Tak też było z Kasią Lins, która zaproponowała mi zagranie w teledysku do utworu „Sexy doll”. Od razu się zgodziłam, bo jej Obywatelka K.L. fascynuje mnie od dawna. To też był nie lada challenge, zupełnie nowa dla mnie materia, jestem bardzo szczęśliwa, że to zrobiłam.
Nie chcę cię zanadto wystraszyć przed tą Maltą…
Gwarantuję ci, że zanim zacznie się festiwal, jeszcze nie raz dostanę ataku paniki…
A wystraszyłoby cię porównanie do performance’u Mariny Abramović „Artystka obecna”?
Słyszałam już takie porównania, sama też mam to gdzieś w głowie. Na razie, półżartem, półserio, odpowiadam: „Ale Marina tylko sobie siedziała”, a ja, niestety, będę przez 24 godziny na nogach. Nawet ostatnio tak sobie pomyślałam, czysto praktycznie: „Przecież ja będę non stop w tych samych butach”, a nawet chodząc w bardzo wygodnych adidasach, masz jednak taki moment, że chcesz je zdjąć. Naprawdę, jeszcze nie wiem, jak to udźwignę…
Jeśli ktoś to w ogóle udźwignie, to będziesz to ty, Magdo.
No już nie za bardzo mam inne wyjście.
A spytał cię twój taksówkarz o to, dlaczego to mają być tylko mężczyźni? Czemu nie kobiety?
Taksówkarz akurat nie, ale pytają mnie o to kobiety. „Przyprawie sobie wąsy i przyjdę” – grożą. Ja je rozumiem, rozumiem ich złość na brak równouprawnienia. Ale ta scena, wzięta z filmu Johna Cassavetesa „Opening Night” z Geną Rowlands, jest bardzo archetypiczna, kobieta i mężczyzna są w tej sytuacji kluczowi, a reżyserki spektaklu – Nat Randall i Anna Breckon, wybrawszy właśnie tę scenę, świadomie opowiadają o napięciu między nimi dwojgiem.
Magdalena Cielecka, aktorka teatralna, filmowa i serialowa. Na teatralnych deskach zadebiutowała w 1992 roku. Była związana ze Starym Teatrem oraz Teatrem Rozmaitości (TR), od 2009 roku jest aktorką Nowego Teatru. Zagrała w większości najważniejszych spektakli ostatnich dekad. Najnowszy, „The Second Woman”, będzie można obejrzeć w ramach Malta Festival 26-27 czerwca. Są dostępne bilety 24-godzinne lub slotowe (więcej na malta-festival.pl).