1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. „Wszyscy jesteśmy opowieściami, dopóki nie staniemy się zapomnieniem”. Rozmowa z M.L. Stedman o książce „Odległe życie”

„Wszyscy jesteśmy opowieściami, dopóki nie staniemy się zapomnieniem”. Rozmowa z M.L. Stedman o książce „Odległe życie”

M.L. Stedman (Fot. Johnnie_Pakington)
M.L. Stedman (Fot. Johnnie_Pakington)
W 2012 roku M.L. Stedman zadebiutowała „Światłem między oceaniami”, które z miejsca stało się światowym bestsellerem i doczekało się ekranizacji. Teraz, po latach, autorka wróciła z powieścią o rodzinie MacBride’ów, równie intymną i poruszającą. „Odległe życie” zabiera nas w emocjonalną podróż, która obnaża sekrety ludzkiej natury. Przy okazji premiery rozmawiamy m.in. o pamięci i zapomnieniu, winie, która nie daje się łatwo osądzać, Australii Zachodniej oraz o tym, jak pogodzić się czymś, co jest nieodwracalne.

Klaudia Mizerska: Choć „Światło między ocenami” okazało się międzynarodowym sukcesem, kolejna książka ukazała się dopiero kilkanaście lat później. Zastanawiam się, czy „Odległe życie” dojrzewało w Pani powoli przez ten czas, czy przeciwnie – pojawił się jeden moment, impuls, który wszystko uruchomił?

M.L. Stedman: Ta książka dojrzewała bardzo powoli – nie było jednego konkretnego momentu ani impulsu. Miałam ogromne szczęście, że nie ograniczały mnie żadne terminy, więc mogłam dać tej historii tyle czasu, ile potrzebowała, żebym mogła odkryć, czym właściwie jest. Autorzy pracują na różne sposoby – znam wiele osób, które najpierw wszystko dokładnie planują, a dopiero potem ubierają to w słowa. U mnie jest odwrotnie: dopiero w trakcie pisania dowiaduję się, o czym naprawdę piszę. To bardzo organiczny i niezbyt szybki proces.

W „Odległym życiu” losy bohaterów splatają się w jedną spójną opowieść, w której mocno wybrzmiewa motyw wspólnoty. Jednocześnie to wspólnota, w której nie do końca można pokazać swoje prawdziwe ja, bo inaczej istnieje ryzyko wykluczenia. Bohaterowie są w niej naprawdę razem – czy raczej tylko obok siebie, pilnując, by nie przekroczyć niewidzialnych granic?

To świetne pytanie. Każdy z nas przynależy do wielu różnych wspólnot – rodziny, szkoły, pracy, sąsiedztwa i tak dalej. Mam poczucie, że w każdej z tych przestrzeni pokazujemy trochę inną część siebie, więc być może zawsze istnieją jakieś niewidzialne granice, których nie przekraczamy. Wystarczy pomyśleć o sekretach, które dzieci regularnie ukrywają przed rodzicami, i tych, które rodzice ukrywają przed dziećmi – a przecież to wcale nie musi oznaczać, że nie są ze sobą mocno związani. Ta książka bardzo uważnie przygląda się naszemu wewnętrznemu życiu – temu, jaką rolę odgrywa i na ile chronienie tego, co najgłębiej skrywane, nam pomaga, a na ile staje się przeszkodą.

Równie dużo uwagi poświęca Pani opisom przestrzeni – Australia staje się tu niemal osobnym bohaterem. Czy krajobraz jest tu milczącym świadkiem ludzkich wyborów, czy może raczej siłą, która te wybory współkształtuje?

Myślę o krajobrazie w obu tych kategoriach. W książce jest konkretny moment, gdy Matt znajduje pewne ukojenie w tym, że krajobraz trwa mimo wszystkiego, co go spotkało – niewzruszony i jakby niezdolny do wstrząsu. Ale ten krajobraz niewątpliwie także współkształtuje bohaterów: izolacja, upał, walka o to, by ziemia dawała utrzymanie, a później jeszcze kwestia minerałów ukrytych pod powierzchnią i wszystkiego, co wiąże się z próbą ich wydobycia. Miejsce jest dla mnie w pisaniu ogromnie ważne i bardzo często to właśnie ono staje się punktem wyjścia dla historii. Krajobraz Australii Zachodniej, gdzie się urodziłam i wychowałam, dużo rzadziej trafia na strony książek niż choćby pejzaże wschodnich stanów Australii. To potężne tło i stałe przypomnienie o tym, jak kruche i ulotne jest każde ludzkie życie. Dla mnie jest w tym coś zarazem kojącego i wzbogacającego.

Ta kruchość życia wiąże się też z pamięcią i „zapomnieniami”. Niewiedza jest tu formą ciężaru – Andy bardzo chciałby się dowiedzieć, kto jest jego ojcem – ale też niejako wolności. Gdyby chłopiec wiedział to, co Rose i Matt, jego życie nieodwracalnie by się zmieniło. Czy Pani zdaniem niewiedza bywa czasem formą łaski?

Myślę, że w pewnych okolicznościach zdecydowanie tak bywa. Jak mówi Pete Peachey: „zapomnienie to darmowa przepustka”. Jeśli zaś chodzi o to, co wiedzą Matt i Rose – gdyby ktoś jeszcze znał tę prawdę, przynajmniej w realiach epoki, w której toczy się ta historia, nieodwracalnie zmieniłoby się życie całej rodziny, nie tylko Andy’ego. Ta książka stawia pytanie o to, kto ma prawo zachowywać sekrety, a kto ma obowiązek je zachować. Jak mówi Matt: „są tajemnice, które nie należą do nas”. To bardzo współczesne zjawisko – oczekiwanie, że będziemy mogli wiedzieć wszystko: o świecie, o innych ludziach, a nawet o własnym życiu. Jednym kliknięciem chcemy dotrzeć do najdrobniejszych szczegółów każdego faktu czy zdarzenia. Może więc i ta frustracja, że czegoś nie wiemy, jest czymś bardzo współczesnym.

Matt jest chyba najlepszym przykładem postaci, która wymyka się prostym ocenom. Łatwiej mu współczuć, niż go osądzać. Czy zależało Pani na stworzeniu postaci, która podważa nasze intuicyjne poczucie moralności i zmusza do zadania sobie pytania: gdzie właściwie przebiega granica winy?

Interesowało mnie pojęcie „niewinnej winy”. To, co dzieje się z Mattem, rozgrywa się w bardzo szczególnych okolicznościach i z punktu widzenia odpowiedniego prawa on prawdopodobnie nie ponosi odpowiedzialności za swoje czyny. Ale to wcale nie sprawia, że to, co się wydarzyło, jest mniej druzgocące dla wszystkich, których to dotknęło. Bardziej niż na samym rozstrzyganiu, kto jest „winny” czego, zależało mi chyba na przyjrzeniu się temu, jak żyjemy dalej, jak godzimy się z ułomnością wpisaną w bycie człowiekiem. Kiedy dzieją się rzeczy, których nie da się naprawić ani cofnąć, jak mimo to przeżyć życie, które ma sens?

Skoro o tym mowa, mam wrażenie, że w „Odległym życiu” jest dużo niespełnienia: u Rose, Matta, Pete’a, Humpty’ego czy Myrtle. Jednocześnie między wierszami wybrzmiewa też to, co dobre, pełne nadziei. Czy właśnie o to chodzi – by mimo trudnych doświadczeń zawsze szukać tego światełka w tunelu?

Moja pierwsza powieść, „Światło między oceanami”, opowiadała o odnajdywaniu szczęścia mimo tego, że nie dostaliśmy czegoś, bez czego – jak nam się wydawało – nie zdołamy żyć. Ta z kolei jest raczej o odnajdywaniu szczęścia mimo czegoś, z czym – jak nam się wydawało – nigdy nie zdołamy żyć. Zastanawiam się jednak, czy trafnie byłoby opisywać niektóre z wymienionych przez Panią żyć jako niespełnione. Kluczowe jest tu zdanie Humpty’ego o tym, żeby „znaleźć swój obszar wolności we wnętrzu tego, co jest twoim więzieniem”. Myślę, że on prowadzi bardzo spełnione życie mimo swoich fizycznych ograniczeń. Pete Peachey także jest, powiedziałabym, głęboko spełniony – w jakimś niemal duchowym sensie. Umiejętność odnajdywania spokoju i zadowolenia w życiu, które zostało nam dane, ze wszystkimi jego trudnościami, to wielki dar – albo może umiejętność, którą można w sobie wypracować.

A Rose? Według mnie to najbardziej tragiczna bohaterka, która choć nie uczestniczy w wypadku bezpośrednio, ponosi jego najcięższe konsekwencje. Jej postać pokazuje, jak bardzo poczucie winy może zniekształcić opowieść o własnym życiu. Czy uważa Pani, że to właśnie narracja – a nie same wydarzenia – ostatecznie decyduje o tym, kim jesteśmy? W końcu „może wszyscy jesteśmy tylko opowieściami”…

Biedna Rose. Nie tylko poczucie winy ją przygniata – musi się też mierzyć z potwornie trudnymi, bardzo praktycznymi problemami, i to wszystko razem wypacza jej istnienie do czegoś, czego ona sama nie jest już w stanie unieść. Często mówimy o „historiach, które sobie opowiadamy”, ale w tej książce równie ważne jest przecież to, czego nie opowiadamy. Myślę też, że jest różnica między historiami, które opowiadamy sobie o nas samych, a tymi, którymi dzielimy się z innymi. A z czasem wszyscy stajemy się już tylko opowieściami – na poły zapamiętanymi, kiedy nas zabraknie, dopóki – jak wszystko – nie staniemy się zapomnieniem.

W kontekście tego, czego o sobie nie mówimy, chciałabym poruszyć kwestię męskości, której portret – cichej, zamkniętej, często właśnie pozbawionej języka do mówienia o emocjach – pojawia się w powieści. Matt, Pete, Miles – każdy z nich niesie w sobie coś niewypowiedzianego. Czy to właśnie ta niemożność wyrażenia była dla Pani kluczowa przy ich tworzeniu?

Przyznam, że kiedy pisałam tę książkę, właściwie w ogóle nie myślałam w kategoriach „męskości” ani „kobiecości”. Każda z tych postaci wyłaniała się dla mnie jako osobny byt, a nie jako reprezentant jakiejś grupy. Matt na początku jest kimś bardzo ciepłym i otwartym, a dopiero po wypadku jego osobowość się zmienia. Nie jestem pewna, czy chodzi tu o brak języka do wyrażania emocji, bardziej chyba o brak gotowości, by je wyrażać. Myślę, że Miles prawdopodobnie świetnie rozumie emocje i potrafi je nazwać, ale okoliczności sprawiają, że bardzo się pilnuje. Podejrzewam też, że żaden z nich po prostu nie czuje potrzeby, by o niektórych rzeczach mówić. Przekonanie, że ludzie powinni cały czas i z każdym omawiać wszystkie swoje emocje, to dość nowe podejście – i nie jestem pewna, czy zawsze szczególnie pomocne. Chyba lepiej, kiedy to jest dobrowolne, a nie obowiązkowe.

A gdyby „Odległe życie” miało trafić na ekran i podążyć śladem „Światła między oceanami”, czy ma Pani w wyobraźni twarze swoich bohaterów?

Ha! Zrobienie filmu zwykle trwa tak długo, że niespecjalnie ma sens obsadzać sobie w wyobraźni obecnych aktorów, bo kiedy produkcja naprawdę dochodzi do skutku, oni są już po prostu w nieodpowiednim wieku. Z tego, co wiem, od momentu wykupienia praw do realizacji filmu do jego powstania mija średnio około 10 lat. Bardzo możliwe, że aktor, który kiedyś zagra Matta, dziś jeszcze chodzi do szkoły, a ten, który miałby zagrać małego Andy’ego, jeszcze się nawet nie urodził. Więc mam jeszcze sporo czasu, żeby to sobie wyobrażać.

M.L. Stedman, australijska pisarka. Urodziła się i wychowywała w Perth w Australii Zachodniej, ale od wielu lat mieszka w Londynie, gdzie do 1997 roku pracowała jako prawniczka. Jest autorką dwóch powieści: „Światło między oceanami” z 2012 roku (w 2016 do kin trafiła ekranizacja z Alicją Vikander oraz Michaelem Fassbenderem w rolach głównych) i „Odległe życie”, wydanej w 2026 roku.

M.L. Stedman, „Odległe życie”, przekład: Janusz Ochab, Wydawnictwo Albatros M.L. Stedman, „Odległe życie”, przekład: Janusz Ochab, Wydawnictwo Albatros

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE