Okazuje się, że w cieplejszym klimacie ludzie popełniają więcej błędów i częściej reagują agresywnie, a to utrudnia traktowanie się z empatią i współpracę. Zatem – jak zauważa neurobadacz Clayton Page Aldern – kryzys klimatyczny szkodzi nie tylko środowisku naturalnemu, lecz także naszej psychice oraz relacjom.
Artykuł pochodzi z magazynu „Sens” 02/2026.
Ziemia, horyzont, niebo, czyli środowisko postrzegane zmysłami, to zdaniem neurobadacza Claytona Page’a Alderna nasz punkt odniesienia. Kiedy dochodzi do nas, że on się zmienia – i niekoniecznie chodzi o bezpośrednie doświadczenie, bo wystarczą informacje z mediów, obrazy pokazujące powódź, tajfun, pożary czy wyciek ropy – pojawia się lęk. Im częściej to się dzieje, tym bardziej nasila się w nas tak zwany lęk klimatyczny, który w książce „Ciężar natury” Aldern porównuje do wszechogarniającego, przewlekłego stanu zmartwienia.
Ten lęk czujemy w ciele, można powiedzieć, że to nasz wewnętrzny kryzys klimatyczny. Jest on odzwierciedleniem zewnętrznego kryzysu, który wydarza się teraz, każdego dnia, z różnym natężeniem w różnych miejscach planety.
Zespół stresu pourazowego wywołuje nie tylko wojna, lecz także gwałtowne huragany czy na przykład bycie świadkiem śmierci miliarda skorupiaków na północno-zachodnim wybrzeżu Lytton w Kanadzie, gdy podczas fali upałów temperatura osiągnęła rekordowe 49,6°C.
Katastrofalne skutki globalnego ocieplenia obejmują coraz więcej istot. W wodach zwiększa się liczba „mózgożerczych ameb”, które wywołują śmiertelnie niebezpieczną negleriozę. Zbyt wysokie temperatury nocą sprawiają, że nie możemy głęboko zasnąć, w konsekwencji cierpimy na bezsenność, która często przekłada się na problemy z koncentracją, pamięcią, trudności w codziennym funkcjonowaniu. Spirala lęku się nakręca.
Badania przytaczane przez Alderna udowadniają, że w gorące dni sędziowie migracyjni są bardziej skłonni, by odrzucić wnioski o azyl, a arbitrzy sportowi częściej podejmują błędne decyzje. W cieplejszym klimacie, przy podniesionym poziomie stresu, ludzie częściej reagują impulsywnie. Agresja utrudnia współpracę, budowanie relacji oraz traktowanie się z empatią. A to przekłada się na tak zwany społeczny koszt kryzysu – nie tylko środowiskowego, lecz także międzyludzkiego, psychicznego i cywilizacyjnego. W efekcie w gabinetach psychoterapeutycznych coraz więcej osób nie tylko przeżywa osobiste historie, lecz także próbuje poradzić sobie ze wspomnianym lękiem klimatycznym oraz żałobą klimatyczną i melancholią środowiskową. Wszystko to związane jest z miłością do domu i traceniem tego domu.
Każdego roku od 30 do 40 milionów ludzi zostaje uchodźcami klimatycznymi – to liczba porównywalna z populacją Polski. A prognozy mówią, że do końca stulecia może to być miliard osób! W tym nasze dzieci. Będą wysiedlane z powodu degradacji środowiska, zalewu terenów uprawnych przez rosnący poziom mórz, susze, pożary, burze, cyklony.
„Istnieje jakościowo odrębny ból, który towarzyszy tym powodowanym przez klimat migracjom. Nie jest to jedynie nadwyrężenie spowodowane podróżą czy rozpacz związana z opuszczeniem dobrze znanych okolic. To dysonans pomiędzy naszą wrodzoną tęsknotą za domem – za ciągłością – a koniecznością przetrwania w zmieniającym się świecie. Każde wygaszone ognisko domowe narusza ciągłość przeżywanego doświadczenia i pamięci międzypokoleniowej, budząc echo straty tak głębokiej jak wyginięcie gatunku” – czytamy w książce. Jak zatem radzić sobie z ową stratą i lękiem klimatycznym?
Mnóstwo wrażliwych i czujących osób mierzy się z lękiem klimatycznym, czują, że nie mają realnego wpływu na los świata, własnego domu. Albo uwierzyły, że tego wpływu nie mają.
To paradoks, bo prawie wszyscy z nas kochają lub lubią naturę w różnych odmianach: wspinanie się po górach, pływanie w morzu, spacery w lesie. Jednak mało kto czuje się tak naprawdę odpowiedzialny za środowisko i ma przekonanie, że może na nie pozytywnie oddziaływać.
„Złożone systemy załamują się, kiedy grzęzną w stałym punkcie lub kiedy zaczynają niekontrolowanie oscylować i się rozplątywać” – zauważa Aldern. Zatem jak zachować ten złożony system, jakim jest zdolna do życia Ziemia?
„Powiedziałbym, że częścią celu powinno być stanie się nieco nieprzewidywalnym. Musimy być rozedrgani” – odpowiada nieco przekornie badacz. A rozedrganie leży na antypodach tak zwanego ogromnego wpływu, który ma... no ile osób? Zwykle jeden lub kilku decydentów mówi za tysiące albo miliony ludzi.
Autor „Ciężaru natury” zachęca do odważnego budzenia świadomości klimatycznej. Nie ma co chować głowy w piasek, nie ma sensu udawać, że kryzys klimatyczny nie trwa właśnie teraz, w 2026 roku, i nie przybiera na sile. Rozwiązaniem jest rozszerzenie świadomości społecznej, i to w taki sposób, by osoby z ogromnym wpływem zaczęły uwzględniać głos aktywistek i aktywistów ekologicznych.
Filozof Timothy Morton z Rice University w Houston wystąpił niedawno z obroną oblewania van Gogha zupą: „Ludzie przyzwyczajają się do zupy, w której żyją. O to właśnie chodzi, żeby nagle wszystko stało się osobliwe celowo lub nie, żeby zatrzymać ludzi i sprawić, by spojrzeli na sprawy inaczej”.
Sam od sześciu lat próbował doprowadzić do zakazu stosowania spalinowych dmuchaw do liści w swojej okolicy. Kilka godzin po tym, jak napisał do urzędu, który zarządzał również kolekcją sztuki, jak świetnym narzędziem jest protest z zupą, dmuchawy zostały zakazane. Aldern pomysł niszczenia dzieł sztuki, by zainteresować niezainteresowanych kryzysem klimatycznym, nazywa durnym, jednak dodaje, że aby mieć ogromny wpływ i być zdrowo rozedrganym – „musisz działać dziwaczniej i durniej niż ci od zupy”.
Każdy ma swoje zdanie o ludziach oblewających zupą dzieła sztuki. Ale co z niszczeniem dzieł natury, jak niedawne ścięcie 337-letniej jodły w Polsce?
Przez długi czas powstawały raporty i badania nawołujące, by adaptować się do nadciągających zmian klimatu, i ma to sens. Jednak ważna jest również adaptacja do teraźniejszości. Bo nasze potrzeby wydarzają się w tej chwili. Clayton Page Aldern sugeruje, że depresja klimatyczna może stać się schronieniem. Zamiast żyć w iluzji, że ten kryzys nie będzie narastał, lepiej nawiązać bardziej realną więź z obecnym światem. Brzmi może paradoksalnie, ale jest to kierunek w stronę spokoju i zdrowia psychicznego.
Badacz podpowiada, by w umysłowej i emocjonalnej bliskości z przyrodą widzieć portal do rozumienia świata i narzędzie do tworzenia głębokich więzi, a zatem i wolności od poczucia osamotnienia. Skoro bowiem czujemy smutek, a nawet wpadamy w rozpacz, to znaczy, że coś kochamy, że to, co się z tym dzieje, nie jest nam obojętne.
„Kiedy uznajemy istnienie tych sił, które nas popychają i przyciągają, kiedy naprawdę czujemy kontury wiatrów manipulujących niczym lalkarz naszymi czułymi strunami, działania zmian klimatu nie są już abstrakcyjne i obce” – pisze Aldern, zauważając, że to empatia międzypokoleniowa, międzygatunkowa i międzykontynentalna. „I wierzę, że może stanowić kanał, poprzez który w końcu zareagujemy na kryzys klimatyczny” – puentuje.