1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Piękne miejsca
  4. >
  5. Zanim powstał film z Tomaszem Ziętkiem. Wielka Warszawska i jej wielka historia

Zanim powstał film z Tomaszem Ziętkiem. Wielka Warszawska i jej wielka historia

Gracze obserwują wyścig, 1964 (Fot. Andrzej Wiernicki/Forum)
Gracze obserwują wyścig, 1964 (Fot. Andrzej Wiernicki/Forum)
Podobno dla szanującego się Warszawiaka liczyły się trzy daty: własnego ślubu, rocznicy powstania i finałowej gonitwy na Torze Wyścigów Konnych. W dzisiejszym renesansie popularności Wielkiej Warszawskiej widać tęsknotę za światem, którego już nie ma.

Spis treści:

  1. Służewiec: historia słynnego toru wyścigów konnych
  2. Łukasz Ostoja-Kasprzycki: Projekt toru na Służewcu był niezwykle innowacyjny
  3. Wyścigi konne na Służewcu w PRL: tumy, zakłady, emocje
  4. Lata 90. na Służewcu: gangsterzy i upadek dawnego prestiżu
  5. Wielka Warszawska: najważniejsza gonitwa sezonu
  6. Przyszłość Wielkiej Warszawskiej: moda powraca

Artykuł pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 02/2026

Służewiec: historia słynnego toru wyścigów konnych

Nie wszystko, co się kończy, było dobre. „Wielka Warszawska”, najnowszy lm Bartłomieja Ignaciuka z Tomaszem Ziętkiem w roli głównej [rozmowa z aktorem w dziale Wywiady – przyp. red.] to opowieść zaciekle romantyczna, wręcz superbohaterska, tyle że pelerynę wymieniono tu na jeździecką koszulę z jedwabiu, który nic nie waży. Twórcy filmu zaglądają za autentyczne kulisy stołecznych wyścigów konnych.

W latach 90. tor na warszawskim Służewcu był miejscem szemranych interesów, bukmacherzy bogacili się na nielegalnie przyjmowanych zakładach, lokalni gangsterzy ustawiali gonitwy, zastraszali sędziów i zawodników. Film Ignaciuka nie jest wprawdzie kinem reporterskim, ale punktem wyjścia do żwawej fantazji o patologiach niekontrolowanego hazardu i zorganizowanej działalności przestępczej ( jako efekcie ubocznym gospodarczych przemian) mimo wszystko była rzeczywistość.

– Po otwarciu, czyli po 1939 roku, na wyścigach bywali wysoko postawieni wojskowi, politycy, ludzie kina, muzycy, kabareciarze – opowiada Łukasz Ostoja-Kasprzycki, Warszawiak, który z pasją opowiada o historii miasta, założyciel edukacyjnego projektu PoWarszawsku, organizator spacerów po ważnych historycznie częściach stolicy, m.in. właśnie po Torze Wyścigów Konnych Służewiec.

Film „Wielka Warszawska” znakomicie pokazuje, jak w latach 90. zmieniło się towarzystwo obecne na wyścigach. Kręciło się tam sporo szemranych osób, a o przekrętach i zakładach na bardziej korzystny procent niż ten, który obowiązywał w oficjalnych kasach Totalizatora Sportowego, krążyły różne legendy.

Dziś Wielka Warszawska odzyskuje dawny prestiż, a na trybunie honorowej znów można zobaczyć osoby z pierwszych stron gazet, polityków i artystów. Wracamy do najlepszych czasów wyścigu.

(Fot. Grzegorz Press/materiały prasowe Next Film) (Fot. Grzegorz Press/materiały prasowe Next Film)

Łukasz Ostoja-Kasprzycki: Projekt toru na Służewcu był niezwykle innowacyjny

Były wyścigi, brakowało toru z prawdziwego zdarzenia. Ten przy Polu Mokotowskim, gdzie wcześniej odbywały się zawody jeździeckie, przestał wystarczać. Ciasno, w dodatku w centrum rozkwitającego miasta. – Gdy szukano nowej lokalizacji, brano pod uwagę m.in. Okęcie i Rakowiec. Ostatecznie postawiono na Służewiec – mówi Łukasz Ostoja-Kasprzycki.

W 1925 roku Towarzystwo Zachęty do Hodowli Koni w Polsce kupiło 125 hektarów ziemi pod budowę infrastruktury potrzebnej do organizacji wyścigów konnych na europejskim poziomie. Już wtedy wielką estymą cieszył się wyścig o Nagrodę Łuku Triumfalnego organizowany na paryskim torze Longchamp, a brytyjska rodzina królewska w asyście równie wystrojonych arystokratów i arystokratek ochoczo pojawiała się w swojej loży na torze w Ascot.

– Służewiec wcale nie był oczywistym wyborem – kontynuuje Ostoja-Kasprzycki. – Teren był dość podmokły. Płynęła tam nieduża rzeczka. Ale architekci i inżynierowie nie zniechęcali się. Wręcz przeciwnie. Zaczęli jeździć po Europie, oglądać inne tory, podpatrywać najlepsze rozwiązania. Projekt był niezwykle innowacyjny, bo choć Tor Wyścigów Konnych Służewiec był budowany w latach 20. ubiegłego wieku, to konstruowano go, biorąc pod uwagę wszystkie potencjalne zmiany, które nastąpią w kolejnych dekadach. Weźmy parking.

Nawet dziś, 100 lat później, przyjeżdżając na Wielką Warszawską czy inne wydarzenie organizowane na torze, raczej bez problemu znajdziemy miejsca dla auta, a przecież tor był projektowany, gdy miasto nie było jeszcze tak zmotoryzowane. Wtedy pewnie można było zmieścić na tym parkingu wszystkie samochody w Warszawie.

Tor na Służewcu był w tamtym czasie jedną z najbardziej kosztownych inwestycji w mieście, na projekt autorstwa zespołu, który prowadził architekt Zygmunt Plater-Zyberk, i budowę wydano kilka milionów złotych, wówczas kwotę zawrotną. Nikt nie protestował, wszyscy kibicowali, bo nowoczesny tor wyścigowy był symbolem ekonomicznego progresu po I wojnie światowej, realizował marzenia mieszkańców i mieszkanek miasta o spokojnej, bezpiecznej przyszłości w dobrobycie.

Zdjęcie z wystawy fotograficznej „Hazard”, 1968 (Fot. Woody Ochnio/Forum) Zdjęcie z wystawy fotograficznej „Hazard”, 1968 (Fot. Woody Ochnio/Forum)

– Warszawa w okresie międzywojennym bardzo szybko się zmieniała, powstawały restauracje i kawiarnie na światowym poziomie, pojawiły się pierwsze plany budowy metra. Globalny kryzys w latach 30. odczuwano również w Polsce, ale mimo to mieszkańcy chcieli, żeby publiczne pieniądze wydawać na prestiżowe inwestycje – opowiada twórca PoWarszawsku. – Ściągano owce, żeby strzygły murawę, bo podobno nie ma niczego lepszego niż naturalne strzyżenie trawy. Zbudowano przejścia podziemne, niespotykane nigdzie indziej. W ten sposób można było pod ulicami prowadzić konie na sam padok.

Europejskie studia architektoniczne stawiały w tamtym czasie na wysoki funkcjonalizm, użytkowanie obiektów miało być komfortowe, intuicyjne. I w zgodzie z tym trendem powstał także tor na Służewcu.

– Zbudowano tu całe miasteczko wyścigowe. Ludzie, którzy tam żyli i pracowali, wychodząc z toru, mówili, że jadą do miasta. To potwierdza, jak osobnym bytem były wówczas wyścigi. Bo to nie tylko dwa tory i trybuny, ale też mieszkania dla osób pracujących tam na co dzień.

I nie zapominajmy o wieży ciśnień, która sprawiała, że to miasto w mieście było samowystarczalne – dodaje Ostoja-Kasprzycki.

Służewiecki tor wyścigów konnych otwarto późną wiosną 1939 roku, pierwsza gonitwa odbyła się 1 czerwca, kolejną zaplanowano na 1 września, w dniu wybuchu II wojny światowej. Teren wyścigów przejęły wojska niemieckie, w 1944 roku stacjonowała tam kawaleria SS i lotnicy.

To też legenda – tak barwna jak domniemane fortuny wygrane na nielegalnych zakładach u buka. Po stłumionym powstaniu warszawskim Niemcy wysadzali wszystko, co istotne dla tożsamości miasta, żeby ukarać Warszawiaków i Warszawianki za bunt. Tor zaminowano, jednak podobno dwóch brawurowych lokalsów przekonało dowódcę oddziału odpowiedzialnego za zniszczenie terenu, że Służewiec to przecież nie Warszawa. Nie wiadomo, czy właśnie dlatego tor ocalał w stanie w miarę przyzwoitym.

– Mieliśmy trochę szczęścia w tym nieszczęściu. Ponieważ na terenie wyścigów stacjonowało wojsko, Niemcy dbali o tor. Ucierpiała w zasadzie wyłącznie wieża ciśnień, powalona najprawdopodobniej dlatego, że przeszkadzała przy startach i lądowaniach myśliwców – wyjaśnia Łukasz Ostoja-Kasprzycki. – Konie zostały wywiezione, więc po wojnie trzeba było je ściągnąć z powrotem i odzyskać władzę administracyjną nad torem. Służewiec wrócił bardzo szybko, a ten powrót był bardzo potrzebny Warszawie. Ludzie chcieli mieć miejsca, w których mogli być razem. Bawić się. Rozmawiać bez strachu. Spotykać nie tylko przy kapliczce w podwórku, nie musieć się chować.

Bufet, 1962 (Fot. Bogdan Łopieński/Forum) Bufet, 1962 (Fot. Bogdan Łopieński/Forum)

Wyścigi konne na Służewcu w PRL: tumy, zakłady, emocje

To oczywiste, że historia miejsca zarządzanego przez kolejne spółki skarbu państwa jest mocno uwikłana w politykę, a jego kondycja zależy od interesów osób sprawujących władzę. Z początkiem lat 50. ubiegłego wieku prywatne stajnie upaństwowiono, w miejsce Towarzystwa Zachęty do Hodowli Koni w Polsce utworzono Państwowe Tory Wyścigów Konnych i paradoksalnie to pozwoliło przetrwać wyścigom kilka dekad bez większego szwanku.

Gonitwy konne cieszyły się zresztą w tamtym czasie gigantyczną popularnością. Z Placu Defilad odjeżdżał autobus specjalnej linii „W”, jadący na tor na Służewcu. Żeby do niego wejść, trzeba było odstać swoje w kolejce.

Na najważniejszej gonitwie sezonu, Wielkiej Warszawskiej, w PRL-u zbierało się nawet 30 tysięcy osób. Nie można było dopchać się do kas. Jedni wygrywali wielokrotność pensji, inni przegrywali oszczędności życia.

Lata 90. na Służewcu: gangsterzy i upadek dawnego prestiżu

Po 1989 roku nieremontowany tor zaczął coraz bardziej podupadać.

– Całe życie mieszkam na Mokotowie, więc Służewiec od zawsze był mi bardzo bliski. Gdy miałem 16, 17 lat, przychodziliśmy tu z kumplami. Szukaliśmy przygód. Był koniec lat 90., może początek dwutysięcznych. Nikt wtedy nie sprawdzał, kto wchodzi na wyścigi, gdzie się kręci, więc korzystaliśmy z basenu przeciwpożarowego albo przesiadywaliśmy w zniszczonej wieży ciśnień. Braliśmy własnego grilla, koce i szliśmy oglądać wyścigi. Teren był całkowicie otwarty – wspomina Łukasz Ostoja-Kasprzycki. – Tor nie był wtedy w najlepszym stanie. Obdrapane budynki, wszędzie śmieci.

W 2008 roku Tor Służewiec został wydzierżawiony przez Totalizator Sportowy, który sprawuje pieczę nad wyścigami do dziś. – Teren ogrodzono, pojawiła się ochrona, a ludzi zaczęło przybywać. Pojawiła się nowa widownia, bo wcześniej tłumy ściągała tylko Wielka Warszawska, a na mniej znaczących gonitwach zbierali się głównie stali bywalcy. Panowie w skórzanych kurtkach, którzy całymi dniami przy mocniejszym trunku rozmawiali o koniach, przy okazji obstawiając zakłady, niekoniecznie na duże kwoty – dodaje twórca PoWarszawsku.

Gala Derby, 2013 (Fot. Joanna Borowska/Forum) Gala Derby, 2013 (Fot. Joanna Borowska/Forum)

Wielka Warszawska: najważniejsza gonitwa sezonu

– Dla prawdziwego Warszawiaka najważniejsze są trzy daty: ślubu, powstania i Wielkiej Warszawskiej. To cytat z popularnego w latach 80. serialu telewizyjnego „Jan Serce”. Raz na kilka lat media z entuzjazmem ogłaszają powrót mody na wyścigi. I ten „powrót mody na wyścigi” można rozumieć na dwa sposoby.

Choć na Służewcu nie obowiązuje żaden oficjalny dress code, to wypada się wystroić, zwłaszcza na najważniejszą gonitwę sezonu. Tak, można w kapeluszu. Vintage są nie tylko stylizacje, ale i kuchnia w miejscowym barze. Warto wejść w ten świat w stu procentach, nawet jeśli dania serwowane dziś nie mają zbyt wiele wspólnego z tym, czym zajadały się towarzyskie elity na pierwszych edycjach Wielkiej Warszawskiej.

Flaki i śledź to raczej już współczesne menu. Kuchnia dawnej Warszawy była bardzo eklektyczna, światowa, a zwłaszcza dania podawane gościom trybuny honorowej musiały być eleganckie – opowiada Łukasz Ostoja-Kasprzycki. – Były problemy z lodem, ale to nie przeszkadzało nam, żeby sprowadzać z Francji świeże ostrygi.

Do Warszawy zjeżdżali artyści z całej Europy, ludzie z innych krajów przenosili się tu do pracy. Na przykład Włosi. I wszyscy przywozili swoje produkty, więc w przedwojennej Warszawie niezwykłą popularnością cieszył się parmezan. Zapiekano pod nim zupę, którą znamy jako flaki po warszawsku.

Przyszłość Wielkiej Warszawskiej: moda powraca

Czy dziś Wielka Warszawska faktycznie ma szansę regularnie znajdować młodszą publiczność, która wejdzie w pewną konwencję z autentycznie odczuwaną nostalgią za dawną Warszawą, nawet jeśli to świat znany jej wyłącznie ze starych filmów, fotografii i podręczników do historii?

Tak, to zresztą znacznie szerzej praktykowany sentyment, a tęsknotę za tym, co tradycyjnie warszawskie, widać też chociażby w dobrze przyjmowanej działalności takich projektów muzycznych jak Warszawskie Combo Taneczne, dowodzone przez Jana Młynarskiego, które wykonuje utwory z repertuaru niegdysiejszych orkiestr ulicznych. Albo w próbie odświeżenia miejsc kojarzonych ze starą Warszawą, jak kawiarnia w hotelu Bristol, które z coraz większą świadomością kierują ofertę do młodszej klienteli.

Mówi się, że nostalgia definiuje popkulturę lat 20. XXI wieku, ale sprowadzanie jej wyłącznie do estetyki jest zbyt dużym uproszczeniem. Za tą głęboką tęsknotą kryje się potrzeba komfortu, bezpieczeństwa i wspólnoty, którą trudno realizować w chaosie bieżącej rzeczywistości. Jasne, trzeba uważać, za czym się tęskni, bo w starych porządkach reguły gry ustalali toksyczni antyherosi zbijający kapitał na pogłębianiu społecznych nierówności. Ale z drugiej strony zasady życia społecznego wyznaczały często szlachetne wartości.

– W modzie na dawną Warszawę nie chodzi o to, żeby każdy nosił kaszkiet i nucił pod nosem Grzesiuka – mówi Ostoja-Kasprzycki. – Cieszy mnie jednak, że młodzi chcą poznawać historię miasta i rozumieć, ile przeszło. Dzięki temu widzą je jako coś więcej niż tylko powszechne korki, wszędzie tłumy i codzienny pęd.

Kodeks Warszawiaka? – Sąsiedzka społeczność była kiedyś siłą. Jak ktoś brał ślub albo podawał dziecko do chrztu, to całe osiedle składało się na imprezę. A jak się wydało, że któryś uderzył żonę, to mógł zapomnieć o alkoholu na kreskę w miejscowym sklepie. I sąsiedzi też mu nie pożyczyli. Ludzie byli wobec siebie lojalni, wspierali się. Mogło ich wiele różnić, ale w trudnych momentach potrafili się zjednoczyć we wspólnej sprawie. I to widać nie tylko w tej wielkiej martyrologii Warszawy, w opowieściach o walce powstańczej, przecież beznadziejnej i skazanej na porażkę, ale też w zasadach, których przestrzegano na co dzień. Pamiętajmy o tych wartościach, przywracajmy je, żeby nie umarły – dodaje.

Łukasz Ostoja-Kasprzycki, przewodnik warszawski, twórca edukacyjnego projektu PoWarszawsku (na Instagramie, Facebooku, YouTubie i w radiu Kampus), od urodzenia mieszka na Mokotowie

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE