Nowy survivalowy thriller z Charlize Theron i Taronem Egertonem zgromadził w miniony weekend miliony widzów na Netflixie, detronizując tym samym poprzedni hit platformy, „Morderczy żywioł”. Ci, którzy widzieli już tę produkcję, podkreślają jednak, że chociaż jest to seans intensywny, trzymający w napięciu i pełen emocji, przez cały czas wydaje się również... bardzo dziwnie znajomy.
Nowy tydzień, nowy numer 1 na Netflixie. Tym razem widzowie masowo sięgnęli po survivalowy thriller „Alfa”, i wcale nas to nie dziwi. Jego twórca, Baltasar Kormákur, ma bowiem niemałe doświadczenie w tworzeniu thrillerów (reżyserował m.in. „Everest” i „Bestię”), a grający w rolach głównych Charlize Theron i Taron Egerton to wybitni aktorzy, który potrafią podnieść poziom każdego materiału, jaki trafi w ich ręce. I to najpewniej dlatego produkcja stała się w miniony weekend takim hitem.
(Fot. materiały prasowe)
Warto też zaznaczyć, że „Alfa” została przyjęta o wiele cieplej niż poprzedni przebój platformy, thriller „Morderczy żywioł”, który zgromadził zaledwie 24% pozytywnych ocen na Rotten Tomatoes, ale i tak utrzymywał się w topce najchętniej oglądanych filmów na platformie przez dobrych kilka dni. Nie oznacza to jednak, że poprzeczka zawieszona jest wysoko. „Alfa” jest bowiem niczym jazda rollercoasterem – satysfakcjonująca i pełna wrażeń, ale jednocześnie znikająca z pamięci zaledwie kilka godzin po seansie.
Czytaj także: Charlize Theron – przegląd najlepszych kreacji aktorskich
Sasha (Charlize Theron) to poszukiwaczka mocnych wrażeń, ale i kobieta pogrążona w żałobie, która chcąc w końcu uwolnić się ze szpon głębokiego smutku, postanawia sprawdzić granice swojej wytrzymałości w nieznającej litości australijskiej dziczy. Spływając rwącymi rzekami i wspinając się po klifach, bohaterka spotyka jednak dziwnego mężczyznę (Taron Egerton), który emanuje wyjątkowo złymi wibracjami. Wkrótce okazuje się, że poza walką siłami natury kobieta musi wykorzystać rówież wszystkie swoje umiejętności przetrwania i spryt, aby zmierzyć się z zabójczym drapieżcą.
(Fot. materiały prasowe)
Nic więc dziwnego, że „Alfa” wywołuje u widzów kolektywne wrażenie déjà vu. Pogrążona w żałobie i bliska rezygnacji z życia bohaterka odnajduje siłę, aby walczyć dalej w obliczu ekstremalnej sytuacji – to bowiem jeden z najbardziej klasycznych punktów wyjścia dla thrillera o przetrwaniu. Oryginalność nie jest więc mocną stroną twórców filmu, którzy czerpią z innych produkcji na taką skalę, że momentami graniczy to z bezwstydem. Efekt końcowy to zatem to, co najpewniej otrzymalibyśmy, miksując ze sobą „Nie patrz w dół” i netflixowy „Paraliż” – gęsta mikstura bez wyraźnego smaku.
„Alfa” ma jednak to szczęście, że może skorzystać z talentów Theron i Egertona. Sasha nie rzuca co prawda wyzwania Theron, ale aktorka i tak z werwą oddaje emocjonalne katharsis swojej postaci, nawet w obliczu tragedii. Egerton gra tu natomiast psychopatę w pełnym tego słowa znaczeniu. I chociaż oglądanie aktora w roli niezrównoważonego prześladowcy jest naprawdę satysfakcjonujące, „Alfa” nie zagłębia się w szczegóły dotyczące jego postaci, a sam jej odtwórca momentami ociera się o karykaturę. Oczywiście, największą bolączką filmu jest przewidywalność fabuły, ale warto oddać mu honor za trzeci akt, który obiera znacznie ciekawszą ścieżkę. Na koniec „Alfa” i tak wraca jednak do wcześniejszej narracji, aby szybko doprowadzić do zakończenia, które każdy, kto widział w życiu choćby kilka thrillerów, uzna zapewne za skrajnie nietrafione.
(Fot. materiały prasowe)
Są jednak tacy, którym „Alfa” nad wyraz przypadła do gustu. „Survivalowe kino grozy z nutą szaleńczego zapału”; „napięcie i emocje od początku do końca”; „bardzo dobrze rozegrany, piękne plenery, sprawnie poprowadzona akcja”; „solidna porcja rozrywki”; „90 minut czystej adrenaliny bez zbędnych zapychaczy”; „nakręcone z dużą dbałością o realizm”; „Taron sprawia, że mam ciary na plecach, a nogi jak z waty”; „niektóre sceny wywołują potliwość dłoni”; „można się nieźle wciągnąć”; „dobrze się ogląda, nie nudzi, dostarcza rozrywki” – to tylko część z wielu pozytywnych recenzji, które znajdziemy w sieci.
(Fot. materiały prasowe)
Okazuje się jednak, że nawet „niedzielni widzowie” zdołali dostrzec w nowym przeboju Netflixa pewne mankamenty: „Rzetelne kino survivalowe, które stawia na surowość, ale nie wychodzi poza utarte schematy gatunku”; „Reżyser świetnie wykorzystuje krajobrazy do budowania napięcia, jednak scenariusz momentami zbyt mocno polega na uproszczeniach”; „Sprawny technicznie i wizualnie atrakcyjny, ale brakuje mu iskry oryginalności”; „Solidna rzemieślnicza robota, która dostarcza emocji, ale nie rzuca na kolana”. Innymi słowy: do szczytu gatunku mu bardzo, bardzo daleko.
Pomimo wielu zastrzeżeń, „Alfa” nie jest więc do końca nieudanym filmem. To po prostu niezbyt wyróżniająca się na tle innych thrillerów produkcja, którą obejrzysz i za moment o niej zapomnisz. Do plusów z pewnością warto zaliczyć ścisłe trzymanie się gatunkowej konwencji, malownicze ujęcia australijskiego pustkowia, intensywną grę aktorską Charlize Theron i Tarona Egertona, którzy dają z siebie wszystko i sprawiają, że produkcja trzyma widza w nieustannym napięciu aż do samego końca, a także czas trwania (95 minut to dla żyjącej w ciągłym biegu publiczności wprost idealny metraż).
Czytaj także: Włączasz Netflixa, a i tak siedzisz z nosem w telefonie? Nie przy tych filmach – te tytuły całkowicie pochłoną twoją uwagę
W ostatecznym rozrachunku „Alfa” to jednak archetypowy film Netflixa, który zgromadził miliony widzów w krótkim czasie, ale raczej nie pozostawia po sobie oszałamiającego wrażenia, i już za kilka tygodni, gdy raz na zawsze wypadnie z topki serwisu, raczej utonie w morzu podobnych produkcji, a słuch o nim najpewniej zaginie. Wielka szkoda.