Bywa czuły, trzeźwy, szczery. Zwiększa empatię, odporność i hojność. I wcale nie jest przeciwieństwem szczęścia. Brzmi zaskakująco? A jednak argumenty brytyjskiej autorki i dziennikarki Helen Russell zachęcają, by dostrzec, że dopiero zaakceptowanie tej niechcianej emocji pozwala żyć w pełni.
- Helen Russell, brytyjska dziennikarka, autorka książek poświęconych szczęściu, tym razem powraca z książką o smutku.
- „Wszystko, czego nauczyłam się o szczęściu dzięki smutkowi” to publikacja, w której autorka dowodzi, że tytułowy smutek nie jest przeciwieństwem szczęścia, radości, a ich uzupełnieniem.
- Choć kultura Zachodu często uczy tłumienia i unikania smutku, również tego wynikającego z żałoby, Helen Russell podkreśla, że jego akceptacja może prowadzić do pełni emocjonalnej.
- Dziennikarka mówi również o zdrowotnych skutkach tłumienia smutku i wskazuje, jak można sobie radzić ze smutkiem.
Artykuł pochodzi z magazynu „Sens” 02/2026.
Katarzyna Sołtan: Przed książką „Wszystko, czego nauczyłam się o szczęściu dzięki smutkowi” wydała pani „Rok życia po duńsku”, odkrywający sekrety najszczęśliwszego kraju świata – Danii, oraz „Atlas szczęścia”, zgłębiający ideę szczęścia na całym świecie. Co takiego się wydarzyło, że porzuciła pani radość na rzecz smutku?
Helen Russell: Po latach badań nad szczęściem zaczęłam dostrzegać niepokojący schemat: wielu ludzi, których spotkałam, było tak zafascynowanych dążeniem do szczęścia, że panicznie bali się smutku. Osoby, które właśnie straciły bliskich, wciąż pytały, dlaczego nie są szczęśliwe. Coraz wyraźniej uświadamiałam sobie, że sprzedano nam wąską definicję szczęścia – taką, która utożsamia dobre życie z brakiem poczucia przygnębienia. Wydawało mi się to nieuczciwe.
Pisanie tej książki było moim sposobem na dokończenie historii o szczęściu – udowodnieniem, że smutek i szczęście nie są przeciwieństwami, lecz współistniejącymi elementami pełniejszego życia emocjonalnego.
Dlaczego nasza kultura polaryzuje emocje i tłumi te, które są nieprzyjemne?
W wielu społeczeństwach zachodnich smutek i gniew są nadal klasyfikowane jako „złe” emocje, czyli takie do skorygowania lub ukrycia, a nie do przeżycia i zrozumienia. W książce śledzę, jak ta postawa jest częściowo dziedziczona przez pokolenia wychowane w czasach, w których dominowała zasada: „zachowaj spokój i działaj dalej”, gdzie smutek lub trudności mają być znoszone w ciszy, a nie omawiane. Z czasem ukształtowało to normę kulturową: zachowujemy niewzruszony wyraz twarzy, nawet jeśli w środku cierpimy. Sam akt wyrażania smutku staje się społecznym tabu.
Od wczesnych lat uczy się nas, że tłumienie bólu emocjonalnego oznacza bycie silnym. Badania pokazują jednak, że to tłumienie – zwłaszcza tak zwanych negatywnych emocji – może przynieść odwrotny skutek.
Zgłębiając istotę smutku, chce pani pokazać, że może on być kluczem do szczęścia. Dlaczego więc warto nauczyć się być smutnym?
Ponieważ smutek niesie ze sobą pewne informacje. Sygnalizuje stratę, zmianę, ból, żal. Nie jest wadą, ale przesłaniem: takim, które jeśli zostanie usłyszane, może prowadzić przez życie w sposób bardziej szczery i uczciwy. Coraz więcej dowodów wskazuje na to, że pozwolenie sobie na chwilowe odczuwanie smutku – i reagowanie na niego, zamiast tłumienia – pomaga nam zrozumieć, co czujemy, zwiększa empatię, odporność, a nawet hojność.
Historia smutku opisana w książce przeplata się z pani osobistą opowieścią. Towarzyszymy pani w momentach, kiedy traci pani siostrę, a tata i partner znikają z pani życia. Czy zaprosiła pani czytelników do swojego świata, aby mogli poczuć wszystkie odcienie smutku i ich autentyczność?
Czułam, że jeśli chcę walczyć o emocjonalną szczerość, muszę pokazać swoją. Przez lata uczono mnie – zarówno osobiście, jak i kulturowo – że „to, o czym nie mówimy, nie może nas zranić”. Ale to założenie jest błędne. Kiedy terapeuta powiedział mi: „Nic dziwnego, że spędziłaś lata na zgłębianiu tematu szczęścia – bałaś się smutku”, poczułam, jak przychodzi olśnienie. Nie mogłabym prosić czytelników o otwartość, gdybym sama nie była gotowa jej najpierw okazać.
Żeby jednak akceptacja i zrozumienie smutku stały się drogą do szczęścia, najpierw powinniśmy nauczyć się przeżywać żałobę we właściwy sposób. Jak to zrobić?
Żałoba jest głęboko osobista, ale opierając się na licznych publikacjach psychologicznych i własnym doświadczeniu, powiedziałabym, że wymaga rozpoznania. Oznacza to stawienie czoła uczuciom, a nie udawanie, że nie istnieją. Oznacza to również danie sobie przyzwolenia na płacz, refleksję, wspomnienia. I nieizolowanie się. Żałoba jest trudna, ale łatwiej ją znosić wspólnie.
Strata nie jest czymś, co trzeba „przeboleć”, ale czymś, co trzeba zintegrować – zaakceptować fakt, że nas zmieniła. Kiedy na to pozwolimy, uzdrowienie staje się możliwe.
Søren Kierkegaard, duński filozof, powiedział, że „życie nie jest problemem do rozwiązania, ale rzeczywistością, której trzeba doświadczyć”. Jak to się wiąże z postrzeganiem smutku?
We współczesnym świecie zbyt wielu z nas traktuje smutek jak błąd, który trzeba naprawić. Myślę, że pogląd Kierkegaarda wprowadza istotną korektę: smutek, rozpacz, melancholia – to nie porażki, ale część życia. Kiedy traktujemy je jako deficyty, dystansujemy się do rzeczywistości. Ale jeśli postrzegamy je jako zaproszenie do głębszego odczuwania, smutek staje się nie wadą, lecz sygnałem, że zwracamy uwagę na to, co ważne.
W jednym z rozdziałów opisuje pani smutek z perspektywy pokoleniowej. Nasi rodzice, a także ich rodzice nie rozmawiali o trudnych wydarzeniach. To do mnie mocno przemawia, bo obaj moi dziadkowie byli żołnierzami, którzy prawie nie wspominali o tym, co przeżyli podczas II wojny światowej. Nasza kultura darzy uznaniem tych, którzy szybko otrząsają się po trudnych doświadczeniach. Nie chcemy, żeby nasze dzieci cierpiały i czuły ból. Jak więc dostrzec w smutku wartość dla przyszłych pokoleń?
Dorastając, widziałam, jak moje straty z dzieciństwa – w tym utrata siostry – były zamiatane pod dywan. Ludzie przechodzili na drugą stronę ulicy, żeby uniknąć niekomfortowych rozmów na temat tego, co się stało w naszej rodzinie. To milczenie nauczyło mnie, że żałoba jest czymś wstydliwym, że jest słabością. Pisząc książkę, starałam się przełamać to milczenie.
Wierzę, że jesteśmy winni przyszłym pokoleniom inne dziedzictwo: takie, w którym o smutku się mówi, za płacz się nie przeprasza, a dzieci postrzegają szczerość emocjonalną jako coś normalnego.
W ten sposób możemy przekazać im dojrzałość emocjonalną, zamiast pielęgnować szkodliwy wzorzec unikania emocji. Inne kultury na świecie robią to lepiej niż my – traktują smutek nie jako coś tragicznego, ale jako coś znaczącego.
Zwraca pani uwagę, że ignorowanie smutku może prowadzić do dezorientacji, braku poczucia własnej wartości, bólu emocjonalnego, uzależnień. Czy to oznacza, że ignorując cierpienie, ranimy się jeszcze bardziej?
Tak. Tłumienie emocji – zwłaszcza tłumienie nawykowe – wiąże się z pogorszeniem stanu zdrowia psychicznego. Badania pokazują, że osoby regularnie tłumiące tak zwane negatywne emocje częściej cierpią na lęk, zaburzenia nastroju i ogólny niepokój. Krótko mówiąc, szkody nie wynikają z samego smutku, ale z tego, co robimy, aby go uniknąć. To unikanie może prowadzić do otępienia, fragmentacji jaźni, czyli odgrywania ról i problemów z identyfikacją „prawdziwego ja”, odcięcia się od innych, a często do jeszcze większego bólu w przyszłości. Dlatego uczenie się, jak odczuwać smutek – bezpiecznie i świadomie – może nas chronić.
Jakie cechy powinniśmy rozwijać, aby lepiej radzić sobie ze smutkiem?
Ciekawość i życzliwość. Ciekawość, czyli gotowość do pytania siebie, co dane uczucie próbuje nam powiedzieć, zamiast je od razu odrzucać. I życzliwość, czyli traktowanie siebie z delikatnością, a nie krytycznie i osądzająco, w chwilach smutnych i trudnych. Samowspółczucie i otwartość – zamiast wstydu czy tłumienia emocji – pomagają pozostać w psychicznej równowadze. Kiedy uczymy się traktować smutek jako sygnał, a nie piętno, budujemy odporność emocjonalną.
Czy potrzeby i pragnienia, kreowane sztucznie przez media społecznościowe, ograniczają nasz wachlarz emocji, programując nas na szczęście, przyjemność i awersję do bólu?
Wielu z nas wciąż cierpi na emocjonalny analfabetyzm – brakuje nam języka lub poczucia bezpieczeństwa, by nazywać i zgłębiać nasze uczucia. Badania psychologiczne łączą braki w niuansowaniu emocji z tendencją do stosowania nieadaptacyjnych strategii regulacji.
Media społecznościowe – z ich starannie dobranym obrazem szczęścia – wzmacniają przekonanie, że dobre samopoczucie jest równoznaczne z sukcesem, a smutek to usterka. Kiedy na profilach społecznościowych nie ma miejsca na ból, tracimy miejsce na smutek w życiu. W rezultacie zawęża się nasze spektrum emocjonalne, a to ogranicza zdolność do głębokiego odczuwania, autentyczności i budowania więzi.
Bylibyśmy szczęśliwsi, gdybyśmy cofnęli się w czasie, powiedzmy, o 50 lat?
Rozumiem urok tej nostalgii – prostsza technologia, wolniejsze tempo, mniej rozpraszaczy. Nie sądzę jednak, aby mniejsza liczba gadżetów automatycznie nas uszczęśliwiła. Każda epoka niesie ze sobą presję. Tym, co mogłoby nam pomóc, jest pielęgnowanie obecności: głębsze więzi, więcej czasu na refleksję i skupienie, ale nie dzięki wehikułowi czasu, lecz z wyboru. Smutek w tym sensie jest narzędziem obecności – narzędziem, którego wciąż możemy nauczyć się używać.
Mieszka pani w Wielkiej Brytanii. Jak Brytyjczycy radzą sobie ze smutkiem na tle innych krajów europejskich?
Wielu z nas jest mistrzami w odwracaniu uwagi, niedopowiedzeniach i żartach. Zwykle przepraszamy, gdy płaczemy, albo zapewniamy, że „wszystko jest w porządku”, nawet gdy tak nie jest. Z kolei w innych częściach Europy, na przykład w Portugalii, wydaje się panować większa akceptacja dla smutku jako części życia – nastroju, który należy uznać, wyrazić, a czasem nawet uhonorować. W książce przyglądam się kulturom, w których melancholia nie jest wstydliwa, lecz poetycka, żałoba – wspólnotowa, a smutek nie oznacza porażki.
Czy kobiety przeżywają żałobę inaczej niż mężczyźni?
Istnieją pewne wzorce kulturowe: kobiety są socjalizowane do wyrażania emocji, a mężczyźni zachęcani do „bycia silnymi” i rozwiązywania problemów, a nie do odczuwania. Jednak żałoba – podobnie jak smutek – nie ma nic wspólnego z płcią. Niektórzy mężczyźni przeżywają żałobę otwarcie, niektóre kobiety ją internalizują. Nie płeć ma znaczenie, ale to, czy kultura pozwala ją wyrażać. Jeśli poszerzymy zakres akceptowalnych zachowań, smutek stanie się językiem ludzkości, a nie językiem płci.
Światowa Organizacja Zdrowia twierdzi, że za kilka lat depresja stanie się jedną z najczęstszych chorób na świecie. Czy moglibyśmy zapobiec jej narastaniu, gdybyśmy nauczyli się lepiej radzić sobie ze smutkiem?
Możliwe. Depresja jest złożona, ma podłoże biologiczne, społeczne, psychologiczne. Jednak w wielu przypadkach podsyca ją unikanie emocji.
Kiedy zwykły smutek jest ignorowany lub nieakceptowany, może przerodzić się w chroniczną rozpacz. Nauka radzenia sobie ze smutkiem – słuchania, przetwarzania, integrowania – oferuje to, co nazywam higieną emocjonalną.
I choć nie zapobiegnie to każdemu przypadkowi depresji, rozwijanie świadomości emocjonalnej i akceptacji dla uczuć prawdopodobnie osłabia jeden z jej głównych wyzwalaczy.
Smutek jest alienujący. Podpowiada pani, aby nie rzucać się w odmęty problemów samotnie, porównując to do nurkowania, którego główna zasada brzmi: nigdy nie nurkuj sam. Tylko jak rozmawiać z przyjaciółmi, nie stając się dla nich ciężarem?
To zależy od intencji. Jeśli potrzebujesz kogoś, kto cię wysłucha, kto uzna twój ból – to jest przyjaźń. Jeśli dotykamy nieprzepracowanej traumy lub depresji klinicznej, tu otwiera się już przestrzeń dla terapii. Korzystanie z systemu wsparcia koleżeńskiego oznacza powiedzenie: „Nie potrzebuję rozwiązań. Potrzebuję tylko kogoś, kto będzie ze mną, kiedy to boli”. Przyjaciele nie są terapeutami – ale czasami są pierwszą bezpieczną przestrzenią, której potrzebujemy.
Czy w smutku jest piękno?
Tak. Smutek może być czuły, trzeźwy, szczery. Ujawnia troskę, przywiązanie, miłość, stratę. Nadaje wagę wspomnieniom, głębię empatii, bogactwo sztuce. Przypomina nam, że w życiu nie chodzi tylko o sukces czy osiągnięcia – chodzi o sens. Czasem w tych mrocznych chwilach, kiedy smutek jest odczuwany, a nie negowany – wyłania się piękno.
Jak z biegiem czasu zmieniał się pani stosunek do smutku?
Kiedyś smutek był dla mnie słabością i ciężarem. Z biegiem lat, zwłaszcza w obliczu straty i żałoby, nauczyłam się, że smutek może być latarnią. Nadal go nie szukam – nikt tego nie robi – ale już przed nim nie uciekam. Pozwalam mu się pojawić. Staram się słuchać. Wierzę, że po ciszy i łzach może się pojawić klarowność, a nawet spokój.
Helen Russell – dziennikarka, pisarka, mówczyni. Po długim pobycie w Danii wróciła do Wielkiej Brytanii, gdzie jest dziennikarką „Guardiana”. Publikuje również felietony o Danii na łamach dziennika „Telegraph” oraz pisze do innych czasopism
Polecamy: „Wszystko, czego nauczyłam się o szczęściu dzięki smutkowi”, Helen Russell, tłum. Olga Podmiotko, Wydawnictwo Insignis