Radykalna, bezkompromisowa, odważna - tak właśnie kojarzy się profesor Jadwiga Staniszkis, wybitna socjolożka. Malowała usta na czerwono, by odciągnąć uwagę od blizny po wypadku (wpadła pod ciężarówkę, gdy jechała do chłopaka na rowerze). Przez lata wspierała politykę braci Kaczyńskich, później stała się zagorzałą krytyczką Jarosława. Profesor Jadwiga Staniszkis pełna była sprzeczności. Także w życiu prywatnym. Jej związek z pisarzem Ireneuszem Iredyńskim był jedną z najbardziej burzliwych i legendarnych relacji w świecie warszawskiej inteligencji lat 60. Poznali się w 1962 roku, a ich małżeństwo trwało siedem lat, wypełnionych skrajnymi emocjami – od wielkiej intelektualnej fascynacji po burzliwe kłótnie. Iredyński, znany z trudnego charakteru, skłonności do alkoholu i prowokacji, wprowadził w życie młodej asystentki uniwersyteckiej chaos, ale też artystyczną intensywność. Staniszkis wspominała po latach, że był on miłością jej życia, choć ich relacja była naznaczona przemocą i destrukcją.
Fragment książki „Radykalna. Wszystkie sprzeczności Jadwigi Staniszkis”, Krzysztof Katkowski, Wydawnictwo Otwarte
Z jednej strony – silna kobieta, intelektualistka publiczna, która nie boi się tykać nazwisk świętych dla każdego przeciętnego akademika. Z drugiej – kobieta, o której jako ofierze przemocy domowej po salonikach warszawskiej bohemy chodziły liczne plotki. Przez kilka lat pozostawała w związku z Ireneuszem Iredyńskim – wybitnym pisarzem i dramatopisarzem.
Marek Sołtysik, pisarz i malarz, wspomina:
„Ireneusza poznałem w 1975, gdy już odchodził od Jadwigi Staniszkis. Panią Staniszkis widziałem dwa razy: raz w SPATiF-ie, kiedy weszła pod koniec obiadu, żeby odciągnąć Irka od towarzystwa. Nazywana przezeń docencicą, zapewniała go, że w domu są wszystkie gazety (tygodniki kulturalne, wówczas liczne, ukazywały się w czwartki), była to więc pokusa, bo był inteligentnym pożeraczem prasy. Widziałem ją wtedy może przez kwadrans negocjacji, a następnym razem, także w Warszawie, na ulicy na krótko przed jej śmiercią. To tyle.
Iredyński był alkoholikiem i przemocowcem, który nad Jadwigą znęcał się tak psychicznie, jak i fizycznie. Wcześniej był w więzieniu – po tym, jak został oskarżony o zgwałcenie młodej dziewczyny i skazany.
Staniszkis często mówiła otwarcie o tym, że była ofiarą przemocy. Co dokładnie działo się w ich relacji z Iredyńskim? Opisują to głównie plotki. Ona sama w opowieściach na temat swojego życia prywatnego często kluczy, miesza różne wątki. Fakty, tak jak w jej książkach teoretycznych, nie zawsze są dla niej istotne. W jednym z wywiadów powie o Iredyńskim:
Uderzył mnie kilka razy. Uważał, że go zdradzam. Pamiętam, raz rąbnął mnie kluczami, aż mam bliznę, raz smyczą – też mam bliznę. Ale nie było tak, że on wracał pijany i mnie katował. Nie, ja w tym widziałam też coś ciekawego. To mi pozwoliło spojrzeć na przemoc jako na sposób komunikowania.
Osoby, które miały wtedy z nimi kontakt, często odmawiają przytaczania plotek, którymi żyło wtedy warszawskie środowisko literackie. „To były dziwne powiastki erotomanów z okolic ulicy Foksal” – słyszę od jednego z rozmówców.
„Pamiętam, że się o nią wtedy martwiliśmy, to był temat, który poruszaliśmy w zespole Witka Morawskiego” – opowiada mi Paweł Kuczyński, obecnie wykładowca Collegium Civitas. – „Jadwiga jednak rzadko o tym mówiła. Ona w ogóle rzadko przyznawała się do błędów”.
Czytaj także: Nie daj się oszukać. Przemoc ma dziś nową twarz – i może być twoim stylem życia
Agata Zapora, psycholożka i diagnostka, wyjaśnia:
„Prof. Staniszkis można by próbować diagnozować dokładnie tak samo, jak każdą inną osobę – w procesie klinicznym, w oparciu o wystandaryzowane narzędzia i kryteria klasyfikacji diagnostycznych. Jednak podejmowanie takich prób na podstawie kilku tekstów, wypowiedzi, domysłów, a nawet anegdot jest nie tyle nietrafne, co niezgodne z etyką zawodową. Samo spektrum autyzmu jest złożonym zagadnieniem, konieczna jest diagnoza neurorozwojowa (a więc mająca swoje podstawy w procesie rozwoju układu nerwowego), która wymaga nie tylko dokładnego przyjrzenia się sposobom manifestacji objawów w życiu dorosłym, ale też w okresie dzieciństwa. Dodatkowo objawy, które na pierwszy rzut oka ocenimy jako spektrum autyzmu, mogą tak naprawdę wynikać z innego zaburzenia, chociażby z zaburzenia osobowości, z grupy psychotycznych, cPTSD czy innych rozpoznań z grupy zaburzeń neurorozwojowych.”
„Ja. Próba rekonstrukcji, książka, którą dość przypadkiem (na wakacjach, z braku innych lektur pod ręką) przeczytałem w wieku nastoletnim, była dla mnie niezwykłym spotkaniem z autobiografią innego typu – taką, w której traktuje się samego siebie nie do końca jak wspominający własny los podmiot, lecz bardziej jak przedmiot podlegający zdystansowanej analizie” – mówi mi Maciej Papierski, poeta i psychoterapeuta. – „Stała się dla mnie w ten sposób pewnym wzorcem myślenia o własnej tożsamości jako o czymś, na co można patrzeć z badawczym spokojem i ciekawością, a niekoniecznie z emocjonalnym przywiązaniem”.
To w tej książce autorka opisuje swój autyzm – brak zrozumienia dla intersubiektywności, a także to, że emocje, „zanim się je poczuje”, trzeba „pomyśleć”. Mówi też wprost o braku empatii i możliwości współodczuwania – o budowaniu odruchów na bazie racjonalnej analizy. Pisze o „odkrywaniu” uczuć, ale nie „odczuwaniu”.
(...) Ryszard Bugaj – działacz opozycji demokratycznej w czasach PRL, ekonomista i publicysta, później aktywny politykie, założyciel m.in. Unii Pracy:
„Po 1981 roku mieszkałem z Jadwigą w tej samej kamienicy przy alejach Jerozolimskich; dwie klatki dalej. To nie był dobry okres w jej życiu. Związała się z pisarzem, Ireneuszem Iredyńskim. On, niestety, bardzo lubił zaglądać do kieliszka. W tamtym czasie zaglądałem do niej, tak więc kontakty mieliśmy wtedy dość częste... Choć przyznam, że raził mnie sposób, w jaki Iredyński się do niej zwracał. Jak się zwracał? Nie będę cytował, powiem tylko, że niestosownie.”
(...) Joanna Wojciechowicz, jedna z najbliższych przyjaciółek Jadwigi Staniszkis:
„Dla wszystkich była serdeczna i życzliwa. Dla najbardziej obcych, takich ludzi ze wsi, to ona też była taka właśnie serdeczna i życzliwa. I tak było zawsze, że nawet wyróżniała tych biedniejszych, traktowała ich lepiej niż swoich znajomych. Pamiętam, jak Jacek Kuroń się nad nią litował, mówił, jak przykro było patrzeć na jej posiniaczoną twarz, kiedy mieszkała z Irkiem Iredyńskim i w nocy odbywała pielgrzymki po knajpach, szukając go. A kiedy już go znalazła… nierzadko dochodziło do rękoczynów. Stąd zresztą jej opowieści o kluczach, których lepiej nie trzymać na widoku – zdarzyło się bowiem, że tymi kluczami oberwała. Jej przyjaciele i jej nieprzyjaciele podobnie nie mogli zrozumieć, co ona w tym Iredyńskim widziała. Ja ją spotkałam po kilku latach przerwy, kiedy już była wolna od tej okropnej miłości i od wtedy do końca jej życia byłyśmy bardzo blisko. Wcześniej zaś, kiedy ją spotkałam, Jadwiga była jak egzotyczny ptak pośród wróbli i szpaków. Tylko że te szare ptaki mogłyby ją zadziobać…”