Zwykłe wymoczenie nóg w misce z gorącą wodą, solą i olejkami może przynieść wiele korzyści dla zdrowia, nie musisz wyjeżdżać do sanatorium – przekonuje dr n. med. Monika Czerska, neurolożka i balneolożka, która w swojej praktyce wykorzystuje również filozofię medycyny chińskiej oraz ajurwedę.
- Balneologia to, jak wyjaśnia dr n. med. Monika Czerska, „nauka, która tłumaczy, jak wykorzystywać surowce naturalne do leczenia”, m.in. wody mineralne, borowinę czy gazy lecznicze, takie jak dwutlenek węgla i radon.
- Jak podkreśla neurolożka, natura daje szerokie możliwości terapeutyczne, a zabiegi uzdrowiskowe mogą wspierać leczenie chorób reumatycznych, krążeniowych, skórnych, a także pomagać w redukcji stresu i bezsenności.
- W wywiadzie ekspertka tłumaczy, jak balneologię można przenieść do codziennego życia – wystarczą proste domowe rytuały, jak moczenie stóp czy naprzemienne prysznice ciepło–zimne.
- Rozmowa dotyka też szerszego podejścia do zdrowia: łączenia medycyny akademickiej z holistycznym spojrzeniem Wschodu, gdzie kluczowe są równowaga, styl życia i praca z energią organizmu.
Artykuł pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 04/2026
Magda Rosłaniec: Jesteś neurolożką, ale zrobiłaś również specjalizację z balneologii – czym zajmuje się ta dziedzina medycyny?
Monika Czerska: Balneologia to nauka, która tłumaczy, jak wykorzystywać surowce naturalne do leczenia. Są to głównie wody mineralne, które można pić albo robić w nich kąpiele, ale też składniki pochodzące z ziemi, jak borowina, błoto czy torfy stosowane do okładów. Wykorzystujemy również gazy lecznicze (dwutlenek węgla, radon).
Natura daje nam mnóstwo niezwykłych lekarstw. W Polsce mamy wiele uzdrowisk i sanatoriów na bardzo wysokim poziomie, na przykład w Ciechocinku, Busku, czy Lądku-Zdroju. Pracowałam w kilku z nich i widziałam wspaniałe efekty zdrowotne.
Komu mogą pomóc zabiegi balneologiczne?
Leczniczo stosuje się je w chorobach reumatycznych i zwyrodnieniowych stawów, przy bólach kręgosłupa, chorobach skóry, problemach krążeniowych, odpornościowych, hormonalnych oraz oddechowych. Wsparcie znajdą również pacjenci onkologiczni, z chorobą otyłościową, a także pacjentki z chorobami kobiecymi. Lista wskazań jest bardzo długa. Balneologia pomoże każdemu, kto ma napięte ze stresu ciało, cierpi na bezsenność, chce wesprzeć swoją odporność i marzy o relaksie. Kąpiele siarkowe czy solankowe są doskonałym remedium na zmęczenie i stres.
W sanatorium myśli się o regeneracji holistycznie, dlatego po kąpieli pacjent dostaje odpowiednio dobraną inhalację, owijany jest w ciepły koc, żeby mógł zrelaksować się przez ciepło, zapach, ale też światło i muzykę.
Balneologia sprawdza się zwłaszcza jako profilaktyka, dlatego miałam kiedyś marzenie, żeby otworzyć swoje sanatorium tu, w Węgrowie, z kąpielami siarkowymi, solankowymi, borowinowymi, okładami kolagenowymi. Może jeszcze kiedyś uda mi się zrealizować ten projekt. Na razie otworzyłam kameralną klinikę holistyczną – zalążek koncepcji sanatorium w mieście.
Czy można balneologię zastosować w codziennym życiu? Nie każdy może sobie pozwolić na wyjazd do uzdrowiska.
Oczywiście, można robić sobie kąpiele mineralne w domu. Na przykład z solą Epsom (magnezowa), która rozluźnia mięśnie. Sole jodowo-bromowe działają relaksująco i wspomagają tarczycę. A sole siarczkowe pomocne są przy bólach stawów. Można je zamówić bezpośrednio w uzdrowiskach, na przykład z Solca czy Buska-Zdroju, albo kupić w aptekach zielarskich.
Jeśli ktoś nie ma wanny, nawet wymoczenie nóg w misce z solą może przynieść korzyści. Ciepła kąpiel stóp z dodatkiem olejku rozmarynowego czy z imbiru połączonego z goździkowcem przyjemnie rozgrzeje i zadziała przeciwbólowo.
W domu można też zrobić sobie okłady i maski na ciało z borowiny lub glinki. Można je kupić w aptece w postaci plastrów i stosować na stawy, mięśnie oraz skórę, mają działanie przeciwzapalne i regenerujące.
Wody lecznicze możemy również pić.
Krenoterapię stosuje się w uzdrowiskach od lat. Jest to kuracja polegająca na piciu mineralnych wód leczniczych, takich jak wody kwasowo-węglowe, siarczkowe, żelaziste, szczawy, by oczyścić układ pokarmowy, wzmocnić błonę śluzową żołądka, odkwasić organizm czy uzupełnić niedobory minerałów, jak magnez wapń czy jod. Tych wód jest bardzo dużo i są łatwo dostępne, ale ich stosowanie należy skonsultować z lekarzem.
Jednym w mocniejszych trendów w branży wellness w tym sezonie są terapie naprzemienne ciepło-zimne. Komu je polecasz?
Każdemu, a zwłaszcza osobom, które narzekają, że nie mają energii i skarżą się na bolące z napięcia ciało. To jest bardzo proste do zastosowania na co dzień.
Wystarczy, żeby zwykły ciepły prysznic, który bierzemy każdego dnia, zakończyć zimnym strumieniem wody. Polewanie chłodną wodą najlepiej zacząć od stóp w kierunku serca, czyli uda, brzuch, ramiona i na koniec głowa. Zimny finisz może trwać nawet 10 sekund i da super efekty.
Każdy może się przekonać, jak szybko można poprawić samopoczucie i rozluźnić ciało. Nie namawiam do morsowania, to nie jest dobre zwłaszcza dla kobiet, ale kilkanaście zimnych sekund w ciągu dnia to booster energii i świetne ćwiczenie dla naszego układu nerwowego oraz nauka życia w dyskomforcie.
Okazuje się więc, każdy może sobie zrobić sanatorium we własnym domu.
Polecam. Nie musimy lecieć na drugi kraniec świata i zamykać się w klasztorze, żeby zmienić swoje życie. Nie trzeba jechać do Peru i pić mleka z lamy, żeby realnie poprawić kondycję naszego organizmu. Każdego dnia możemy całkiem sporo dla siebie zrobić.
Niestety, obserwuję wśród pacjentów, że na co dzień szkoda im czasu na to, żeby należycie zadbać o swoje ciało i ducha. I to się potem mści. Zanim wyrobimy w sobie nawyk dbania o siebie, polecam, żeby wpisać w swój kalendarz czas na dobre śniadanie, spacer, seks, medytację czy modlitwę i pachnącą kąpiel.
A jak zaciekawiłaś się medycyną Wschodu?
Często w życiu bywa tak, że w sytuacjach kryzysowych lub problemach zdrowotnych, gdy standardowe sposoby nie pomagają, zaczynamy szukać mniej oczywistych rozwiązań. Sięgamy po wszelkie dostępne metody. Tak było i u mnie. Niedługo po urodzeniu Zosi, mojej córki, zaczęłam się gorzej czuć, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, ale nie była to depresja poporodowa. Połóg jest czasem regeneracji dla organizmu, ale moja sytuacja była nietypowa. Czułam, jak zmieniało się moje ciało, miałam zimne poty, nie mogłam w nocy spać, brakowało mi sił. Byłam coraz słabsza, a łączyłam wtedy role mamy, córki, żony, czekały mnie trudne egzaminy specjalizacyjne. Wiedziałam, że coś jest nie tak. Zrobiłam badania i okazało się, że moje hormony przysadkowe FSH i LH są bardzo wysokie, natomiast estrogen niski.
Po kolejnych badaniach i konsultacjach dostałam diagnozę przedwczesnej menopauzy. Miałam wtedy 29 lat. Byłam w szoku, bo marzyłam o dużej rodzinie, miałam ambitne plany zawodowe i raptem usłyszałam coś, co brzmiało jak koniec świata.
Pamiętam, jak po wyjściu od lekarza, który dość bezwzględnie przedstawił moją sytuację, nie odzywaliśmy się do siebie z mężem przez całą powrotną drogę do domu.
To było 20 lat temu, o menopauzie mówiło się jako o czasie przekwitania, a nie o naturalnym etapie w życiu kobiety i „nowym początku”. Jako lekarka doskonale zdawałam sobie sprawę, co to oznacza dla mojego organizmu: ryzyko osteoporozy, szybsze wiotczenie ciała, łatwiejsze tycie, problemy z koncentracją, wahania nastrojów. Dostałam hormonalną terapię zastępczą, ale moje samopoczucie nie poprawiało się. I wtedy za namową rodziców, którzy korzystali z akupunktury oraz ziołolecznictwa, wybrałam się do Centrum Medycyny Chińskiej w Warszawie. Przyjęła mnie lekarka, która zbadała mi puls, obejrzała język i w ramach wywiadu zadała mi kilka pytań, które pamiętam do dziś: „Jak ty się naprawdę czujesz? Czy masz wsparcie w ludziach? Czy nie bierzesz na siebie za dużo?”.
Zwykle lekarz pyta: z jakim problemem przychodzisz? Co cię boli?
Właśnie, dlatego urzekło mnie jej podejście, bo pokazało, że człowiek to nie jest jedynie ciało, ale też emocje, uczucia, sposób życia. OK, przed genetyką nie uciekniemy, ale ona decyduje o naszym zdrowiu jedynie w 20 procentach, 80 procent zależy od nas samych i naszego stylu życia.
Dowiedziałam się wtedy, że powinnam wzmocnić swoje qi, czyli siłę, która sprawia, że organizm żyje i potrafi się regulować. W tradycyjnej medycynie chińskiej qi krąży w ciele kanałami energetycznymi (meridianami) – jeśli płynie swobodnie, mamy energię, jeśli jest zablokowane lub osłabione, pojawiają się choroby, ból, zmęczenie. Dostałam w zaleceniach akupunkturę, zioła i wytyczne w sprawie odżywiania – wszystko to miało wzmocnić moje zasoby, żebym miała więcej sił. Usłyszałam też, że nie jestem chora, a jedynie żyję w dysharmonii, którą trzeba się zająć. Dostałam perspektywę dobrego, spokojnego zdrowienia. Poczułam, jakby ktoś dmuchnął mi w skrzydła. Nie mówiąc już o tym, że moje ciało po jakimś czasie wróciło do sił.
Chyba nie mamy zachodniego odpowiednika qi. Co mogłoby nim być? Metabolizm? Krążenie? Układ nerwowy?
Nie ma sensu szukać odpowiednika qi, bo medycyna chińska to zupełnie inny sposób myślenia o zdrowiu. Na Zachodzie koncentrujemy się na konkretnych chorobach i ich biologicznej przyczynie. Wschód patrzy na człowieka całościowo, skupia się na równowadze energii oraz zapobieganiu zaburzeniom. Tam zdrowie rozumie się jako harmonię ciała, umysłu i ducha. I wierzy, że emocje, styl życia oraz poczucie sensu istnienia mają realny wpływ na stan fizyczny człowieka.
Od lat obserwuję w gabinecie i w szpitalu ten sam schemat – ludzi zmęczonych, przeciążonych, z objawami, których nie da się wyjaśnić jedną diagnozą. Chodzimy do lekarzy od serca, żołądka, macicy, głowy, każdy specjalista leczy swoje, ale w konwencjonalnej medycynie przeważnie nie ma przestrzeni, żeby pytać o emocje i samopoczucie.
Moje podejście jest próbą połączenia tych światów: medycyny akademickiej z uważnością na człowieka jako całości. Bo zdrowie nie zaczyna się w aptece ani w gabinecie lekarskim, tylko w codziennych wyborach, sposobie życia, odżywianiu, kontakcie z ciałem i duchowością.
Żyjemy w kulturze, w której rządzą umysł i ciało. O emocjach mówimy coraz chętniej. Ale duchowości w mainstreamie Zachodu jakby nie było. Czym jest dla ciebie?
Dla mnie duchowość to odnalezienie swojego wewnętrznego wyższego ja. Nauczenie się kochania siebie takiego, jakim się jest, i nieszukanie swojego alter ego. Chodzi o odkrycie w sobie takiej wewnętrznej siły, głosu, przestrzeni, w której będziemy się czuć bezpiecznie, gdzie odnajdziemy sens i połączenie z samym sobą, ale też z czymś większym. Ja codziennie rozmawiam ze swoją duszą, modląc się. Daje mi to poczucie spokoju i siłę. Żyjąc w pośpiechu i w świecie gloryfikującym umysł, łatwo odłączyć się od własnego ciała, odizolować od emocji, zagłuszyć wewnętrzny głos. Dusza jest najgłębszą częścią naszej istoty łączącą nas z wszechświatem, z wyższą energią, dla niektórych z Bogiem. Duchowość to osobiste doświadczenie i praktyka, które mogą istnieć bez dogmatów.
Neurologia, twoja pierwsza specjalizacja, nazywana jest nowym mistycyzmem. Dlaczego?
Neurologia może się wydawać „mistyczna” nie przez wiarę, lecz przez to, że dotyka granic świadomości, tożsamości i sensu, czyli obszarów, które przez wieki należały do duchowości. To, co dawniej było opisywane językiem duchowym (przemiana, oświecenie, uzdrawianie), dziś da się opisać językiem mózgu, neuroplastycznością, regulacją emocji, redukcją stresu.
Na przykład medytacja wywodząca się z tradycji duchowych i filozoficznych realnie zmienia aktywność mózgu, wycisza ciało migdałowate działające w trybie alarmu i wzmacnia korę przedczołową odpowiedzialną za kontrolę emocji – są na to liczne badania naukowe.
Zwróć uwagę, jak wielu ludzi, również w social mediach, lubi zajmować się tematami mózgu, umysłu, nerwu błędnego. A w związku z tym, że nie do końca to rozumieją, tworzą różne własne teorie. Używają dobrze brzmiących haseł typu „neurony lustrzane”, niestety, często w nieodpowiednich kontekstach. Ale to ludzi fascynuje. I przybliża ich do tej niematerialnej, nieracjonalnej sfery życia.
Pociągające jest również to, że neurologia jest jedną z najszybciej rozwijających się dziedzin medycyny. Wciąż dowiadujemy się czegoś nowego.
Na przykład dopiero od niedawna mówi się o neuroplastyczności mózgu, czyli tworzeniu nowych ścieżek neuronalnych, dzięki którym możemy się uczyć, ale też oduczać różnych rzeczy. Ja na swoich studiach się jeszcze tego nie uczyłam.
Dziś już wiemy, że jeśli trenujemy głowę, ucząc się nowych rzeczy czy rozwiązując sudoku, integrujemy obie półkule poprzez ruchy naprzemienne, prawidłowo oddychamy i dobrze się odżywiamy, to możemy utrzymać mózg w dobrej kondycji przez całe życie.
Staram się w publikacjach w mediach społecznościowych przekazywać wiedzę o neurologii w przystępny i praktyczny sposób, taki, który można wykorzystywać na co dzień.
Na przykład?
Kilka świadomie wykonanych oddechów z wydłużonym wydechem, może szybko przełączyć nas z systemu współczulnego, odpowiedzialnego za działanie, stres i mobilizację, na przywspółczulny, który daje nam spokój i regenerację. Warto mieć świadomość, że mamy dwa tryby autonomicznego układu nerwowego i możemy nim sterować.
Inny przykład: helioterapia, czyli wystawianie się na słońce, żeby poprawić wchłanianie witaminy D oraz zwiększyć syntezę serotoniny, która jest regulatorem spokoju i odporności psychicznej.
Uwielbiam aromatoterapię, która działa błyskawicznie, bo zapachy mają „drogę na skróty” do emocji i pamięci. Z opuszki węchowej sygnał trafia od razu do układu limbicznego, wpływa na emocje i pamięć szybciej niż jakakolwiek tabletka.
Polecam też, żeby codziennie rano na czczo wypić szklankę ciepłej wody, która łagodnie obudzi układ nerwowy, trawienny i krążenia – bez szoku dla organizmu. Ciepło w jamie ustnej i przełyku pobudza nerw błędny i aktywuje układ przywspółczulny, działając uspokajająco, a jednocześnie skutecznie stymuluje perystaltykę jelit. Porcja ciepłej wody rano rozrzedzi też naszą krew, będziemy mieć lepszy przepływ w mózgu.
dr n. med. Monika Czerska, lekarka z ponad 20-letnim doświadczeniem, specjalistka neurologii, balneologii i medycyny fizykalnej. W swojej praktyce łączy medycynę zachodnią z medycyną chińską, ajurwedą i naturoterapią, autorka książki „Cztery komnaty. Klucz do życia w równowadze. Umysł. Ciało. Emocje. Duch”