na włościach
-
boska ewolucja
Pochwycić źrenicą ziarenko piasku na plaży i rozległy horyzont, brzeg kontynentu. Ogarnąć tyle co nic. A jeśliby skurczyć się do rozmiarów tego ziarenka, czy nie wstąpiłoby się w nowe światy? A gdyby ów horyzont przekroczyć jedną stopą, czy nie otworzyłyby się zaświaty? Do jakiego kształtu skurczyłby się wtedy kosmos… Odrywasz się od ziemi, wzrastasz od niej, przebijasz się przez kolejne warstwy atmosfery, jak przez rzednącą mgiełkę. Wystawiasz głowę w czarny wszechświat, jak przez właz do kanału. Wybijasz łokciem z grawitacji piłeczkę księżyca (ogromny cień przesłania ziemianom słońce). Nurkujesz wśród koralików gwiazd (niezidentyfikowane ciało niebieskie w okach teleskopów). Strzepujesz pyłek Drogi Mlecznej z rozrzedzonej materii gigantyczniejącego ciała. Powoli przenikasz się w bolesnym ukłuciu z supernową, a w depresyjnym zawieszeniu z kuszącą czarną dziurą. Wreszcie, wchłaniasz galaktyki w osobiste tkanki; wbudowujesz w twarzoczaszkę atom Układu Słonecznego, w oko – proton Ziemi i elektron Księżyca, a niezidentyfikowaną cząstkę kwantu piasku – jako składową źrenicy. Pupilla z czułością strzeże dziedzictwa. Na tyle przynajmniej, na ile dostrzega ją kątem i na ile byłaby to strata dla potężnej istoty. Ot, opatrzność.