Polka w Berlinie

  • BLOG Awatar

    Stereotypy niestereotypowe

    Odwiedził nas dzisiaj nasz znajomy, Sven, i wzięło nas na rozmowy o Berlinie. Sven stwierdził, że Berlin jest miastem ruchu, miastem ludzi ciągle się przeprowadzających, i że on sam zdążył przeprowadzić się już czternaście razy. Odparłam mu, że w Warszawie i w Nowym Yorku jest podobnie i wzruszyłam ramionami. Jednocześnie pomyślałam o cioci z Gdańska, która zmieniła miejsce zamieszkania tylko jeden raz w życiu: kiedy wychodziła za mąż. A potem odwiozłam Svena do metra i przejeżdżając przez dzielnicę Britz pomyślałam, że też tutaj kiedyś mieszkałam. A także o tym, że w ostatnich dwudziestu latach przeprowadzałam się dwanaście razy, i że za chwilę czeka mnie kolejna przeprowadzka, i że Sven ma chyba racje. Zganiłam się czym prędzej za sztampowe myślenie, które tak mu wypominałam, ale to wszystko działo się w mojej głowie i do swojej głowy ma się, jak wiadomo, stosunek bardziej tolerancyjny.
    Sven wysiadł, a ja znów przejechałam koło osiedla, na którym kiedyś mieszkałam. Osiedle jak osiedle, wybudowane na początku lat pięćdziesiątych, trzypiętrowe bloki, trochę odrapane i szare. Wśród nich parę kolorowych budynków, zadbanych, to te z mieszkaniami prywatnymi, odrestaurowane, lśniące, czyli jak wszędzie.
    Mieszkałam na tym osiedlu przez rok w tych najbardziej szarych blokach z odrapanym tynkiem, ale miałam tam przemiłych sąsiadów. Pode mną mieszkało starsze małżeństwo. Zawsze można było do nich zapukać, pożyczyć cukier albo spytać, czy pan Mayer nie zajrzałby do kaloryferów, bo często się zapowietrzały. Na górze mieszkała samotna starsza pani, której robiliśmy na zmianę zakupy, bo miała złamaną nogę i ta noga nie chciała się zrosnąć. Naprzeciw spokojni ciemnoskórzy państwo z małym pieskiem. Ale jak to bywa, coś tam zawsze jest, co nas drażni: nade mną mieszkał młody chłopak, który słuchał głośnej muzyki i książki czytałam z zatyczkami w uszach.
    Zastanowiłam się, kiedy to było… To musiał być rok 2003/2004. Jakoś właśnie w tym czasie organizowałam z koleżanką i Uniwersytetem Humboldtów finał konkursu literackiego w Instytucie Polskim i Instytucie Węgierskim. Instytuty znajdowały się wtedy jeszcze w samym centrum Berlina przy Karl – Liebknecht –Straße, blisko Alexanderplatz. Laureatów było wielu, bo konkurs obejmował sześć krajów i prace nadsyłano w sześciu językach. Zawsze przy takich spotkaniach prześladował mnie lęk, że gości, mających podziwiać tych zdolnych ludzi, przyjdzie zbyt mało, że laureaci nie zostaną należycie docenieni, oklaski będą zbyt ciche, nagrody nie takie itd. Moją zasadą było więc zapraszanie dosłownie wszystkich, w tym także sąsiadów, znajomych, rodzinę znajomych, znajomych znajomych, sprzedawczynię w sklepie, nawet tego niemożliwego chłopaka z góry. Samo zaproszenie nie polegało jedynie na wysyłaniu zaproszeń i informacji, że spotkanie odbędzie się o tej i o tej godzinie, na tej ulicy i że zapraszam, proszę przyjść. Nic z tych rzeczy. Opowiadałam ze szczegółami o nominowanych, o wyjątkowości autorów, o ich talentach, krajach, z których pochodzą, o miejscu, w którym spotkanie się odbędzie i że koniecznie trzeba przyjść, bo naprawdę warto i … A że sąsiadów widziałam prawie codziennie, więc maltretowałam ich regularnie. Za którymś razem, kiedy tłumaczyłam państwu Mayer jak dojechać do Karl – Liebknecht – Straße , zauważyłam że coś ich gryzie i wyglądają na strasznie zmartwionych. W końcu pani Mayer wyznała, że nie będą mogli przyjechać.
    - Ale dlaczego? – spytałam.
    - Bo my nie jeździmy do Berlina wschodniego.
    Nie rozumiałam, o czym mówi. Był rok 2004, jaki Berlin wschodni? Myślałam, że po upadku muru jest już tylko jeden Berlin, a nie dwa.
    - Nie rozumiem – powiedziałam zgodnie z prawdą.
    - No, my nie jeździmy na wschód.
    - Jaki wschód?
    Pan Mayer wytłumaczył mi wtedy, że mieszkają tu od 1961 roku i starają się nie opuszczać dzielnicy, lekarza mają tutaj, tylko jak trzeba to jadą dalej.
    - Jak trzeba – powtórzył i westchnął.
    Konsekwentnie poruszają się po zachodniej części miasta, tak jak to było od 1961 do 1989 roku, jeszcze przed upadkiem Muru. We wschodnim Berlinie nikogo nie znają, słyszeli że tam (machnął ręką w niezidentyfikowanym kierunku) dzieją się złe rzeczy i dlatego boją się tam jeździć.
    - Wie pani … inni ludzie – zakończył.

    Pogrążona w myślach nie zauważyłam nawet, że dojechałam pod blok państwa Mayerów. Storczyki w oknie, okna wypucowane. Na pewno tu jeszcze mieszkają i żadne upadki murów czy Europy tego nie zmienią. Jednak na spotkanie wtedy do Instytutu Polskiego przyjechali, on we fraku, ona w koronkowej sukni, wyglądali na przejętych, w końcu przyjechali do innego miasta.

    Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan:   2012-01-13 13:13:37 · Wyświetl

    2012-01-13 13:13:37
    • Awatar
      zabizu · 4 mies., 1 tydzień temu

      Kochana heur,zachowujesz się, jak typowa dusza romantyczna,altruistycznie i ponad.Tymczasem Fly zacumowany bardzo blisko T.J. i tak wie za dobrze i za dużo,stąd ta pewność bytu.Wkraczasz jak barwny motyl w żmijowe trzęsawisko.

    • Awatar
      Marika · 4 mies., 1 tydzień temu

      Ja tez zauwazylam, ze Niemcy sa nadal ’w srodku’ podzieleni… Znalam swietnych mlodych ludzi (znam nadal, ale rozjechali sie po swiecie) z Niemiec wschodnich i zachodnich i oni sami mowili o sobie nawzajem z lekka uszczypliwoscia, czasem lekcewazeniem, co mnie bardzo dziwilo…

    • Awatar
      Jakub Marcinkowski · 4 mies., 1 tydzień temu

      Znam ludzi w Warszawie, którzy mieszkając przez 30 lat na Mokotowie nie chcieli pojechać do znajomych na Targówek i przedstawiali podobne motywacje. Nie trzeba zatem berlińskiego muru, wystarczy most na Wiśle, by wyznaczyć granice ”bezpiecznego świata”. Cóż. Wszyscy, mniej lub bardziej, posługujemy się stereotypami, inaczej nie dałoby się uporządkować rzeczywistości. Ja, np. czytając ten tekst musiałem się zmierzyć z innego rodzaju stereotypem. Co bowiem pisze Autorka – wpadł do niej i męża znajomy facet. I to ONA, a nie mąż, odwozi gościa. Wg stereotypu, w który wierzę :) to facet ma zadbać o siebie i swoich kumpli, zwłaszcza jak ciut za dużo wypili. Może pochodzę z innych czasów, ale ani jako mąż, ani jako ów gość, nie czułbym się za dobrze w takiej sytuacji i chyba bym jednak wysupłał parę groszy na taksówkę. Nie wiem, może głupio myślę, przywiązany do tradycyjnych ról, które w dzisiejszym świecie już nie obowiązują…

    • Awatar
      marek wobasz · 4 mies., 1 tydzień temu

      Panie Jakubie… a moze to bylo tak, ze Autorka nie pila alkoholu i latwiej bylo odwiezc goscia do metra niz placic niepotrzebnie za taksowke? I nie o podzial rol tutaj zapewne chodzi, ile o oszczedne zycie…

    • Awatar
      Jakub Marcinkowski · 4 mies., 1 tydzień temu

      Panie Marku, czywiście. Mogło tak być. Może też w ogóle nikt z uczestników nie pił. Może mąż nie ma prawa jazdy – znam takie domy. Może Svenowi popsuło się auto. Sto możliwości. Ja piszę tylko o swoim wrażeniu i swoim mierzeniu się ze nieoczekiwanymi (?) stereotypami. I podziwiam wszystkich, którzy im nie ulegają, nie przejmują się rolą i robią swoje, jak potrafią najlepiej. Autorka do takich osób niewątpliwie należy. Kiedy czytam, jak chodzi po mieszkaniach i zachęca ludzi, by doświadczyli polskiej kultury, to mam wrażenie, że ktoś od attache kulturalnego ambasady w Berlinie powinien wystąpić dla niej o medal. Zgodzi się Pan z taką tezą? Dziękuję i pozdrawiam :)

Zaloguj