1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Ignacy Liss o „Proud”: „W pierwszym polskim serialu queerowym główną rolę gra katolik. Uważam, że to genialne”

Ignacy Liss o „Proud”: „W pierwszym polskim serialu queerowym główną rolę gra katolik. Uważam, że to genialne”

(Fot. Aleksandra Zaborowska)
(Fot. Aleksandra Zaborowska)
Są spore szanse na to, że długo wyczekiwany serial „Proud” będzie sensacją tego lata. Natomiast to niemalże pewne, że Ignacy Liss, aktor grający w nim główną rolę, z miejsca wskoczy do topki waszych ulubionych ludzi w polskim show-biznesie. Jeśli już go tam nie ma…

Spis treści:

  1. Ignacy Liss: „Dla mnie aktor to zawód zaufania publicznego”
  2. Ignacy Liss o serialu „Proud”: „To serial, który cię trzyma za twarz”
  3. Ignacy Liss: „Tak naprawdę każdy film jest o miłości”
  4. Ignacy Liss o życiu aktora
  5. Ignacy Liss o żonie i dziecku
  6. Ignacy Liss o pracy nad serialem „Proud”

  • W rozmowie ze „Zwierciadłem” Ignacy Liss opowiada m.in. o roli młodego geja Filipa, w której występuje w serialu „Proud”.
  • Jak wyjaśnia aktor: „To serial o rodzicielstwie, o poświęceniu. Także o tym, że każdy z nas ma szansę na zmianę i że nie można zbyt pochopnie oceniać ludzi. Dla mnie jego przekaz jest megachrześcijański”.
  • Ignacy Liss w wywiadzie mówi jednak nie tylko o „Proud”, ale i swojej żonie i synku, o podziale obowiązków domowych i zawodowych w młodym małżeństwie.
  • Swoją uwagę poświęca również zawodowi aktora. Jak zaznacza: „Kiedy mówię, że aktor mierzy się na planie z jakimiś emocjami, po czym wraca do domu i musi znaleźć dla nich ujście, żeby nie zaszkodzić bliskim – to robię to z myślą o młodych chłopakach czy dziewczynach, którzy wkraczają w ten świat”.

Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 07/2026.

Ignacy Liss: „Dla mnie aktor to zawód zaufania publicznego”

Joanna Olekszyk: Jestem pod wielkim wrażeniem waszego serialu, ale też twojej w nim roli. I nie jestem w tym odosobniona. Na festiwalu Séries Mania w Lille nie tylko wygraliście Grand Prix, a ciebie nagrodzono za główną rolę, ale byliście prawdziwą sensacją tej edycji.

Ignacy Liss: To prawda, nikt z nas nie spodziewał się takiego sukcesu. Nie będę kłamał: wprawdzie gdzieś obiła mi się o uszy nazwa festiwalu, ale nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak wielką ma on rangę. Tymczasem to jeden z najważniejszych festiwali na świecie, po ceremonii wręczenia Oscarów świat filmowy przenosi się właśnie tam. Nagle siedzisz przy jednym stole z producentami takich hitów jak „Sherlock” czy „Sceny z życia małżeńskiego”, a do zdjęć na ściance pozuje z tobą Chase Infiniti. To było megaabstrakcyjne.

Cały czas próbowałem sprowadzać się na ziemię. Na zasadzie: fajnie, że tu jesteśmy, ale raczej w roli przybyszy z dalekiego Wschodu. Naprawdę do końca nie wierzyłem, że mamy jakiekolwiek szanse. To pierwszy raz, kiedy polski serial wygrywa jakikolwiek międzynarodowy festiwal, w dodatku zgarnia dublet.

I wiesz, stwierdziłem, że będę się tym chwalił, bo to jest naprawdę duża rzecz dla naszego kraju – dla naszej branży filmowej i serialowej, ale i dla nas osobiście.

Dotykacie wielu wciąż kontrowersyjnych tematów. Filip, młody chłopak, gej, pracujący jako model, imprezujący i korzystający garściami z życia, nagle musi bardzo szybko dorosnąć i przejąć opiekę nad małym dzieckiem. Opis brzmi karkołomnie, a jednak jako widz od razu wierzysz w jego historię.

Myślę, że ten serial kupuje ludzi świeżością. Znudziło nam się już oglądanie kryminałów, stęskniliśmy się za dobrymi serialami obyczajowymi. Paradoksalnie takie jest właśnie najtrudniej zrobić. Trzeba mieć dużo instynktu, gustu, smaku. Ale jak to wszystko się spotka…

…dostajemy jedną z najbardziej wyczekiwanych premier tego lata. „Proud” to dla mnie kolejny powiew świeżości w polskiej kinematografii, poprzedni poczułam po obejrzeniu „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” Emi Buchwald. Zresztą z grającym w nim Bartkiem Deklewą zawodowo i prywatnie się przyjaźnicie.

Tak, poznaliśmy się na planie filmu „Idź pod prąd”, potem zrobiliśmy razem „Światłoczułą”, od tego czasu nasze ścieżki zawodowe i prywatne zaczęły się przeplatać. Z Bartkiem po prostu nadajemy na tych samych falach. I na tym chyba polega ten powiew świeżości, o którym mówisz. Pojawiają się nowi ludzie, którzy myślą w podobny sposób, którzy nie szukają blichtru, którzy nie chcą być znani tylko z tego, że są znani, i którzy wierzą w to, że słowo aktor może jeszcze coś znaczyć. Jeszcze niedawno wszyscy przestrzegali, że teraz w filmach będą grali influencerzy. Pewnie przez jakiś czas tak będzie, ale to się skończy.

Dla mnie aktor to zawód zaufania publicznego, w końcu uzurpujemy sobie prawo do mówienia ci o tym, co jest dobre, a co złe, na co masz zwrócić uwagę w swoim życiu, na co się uwrażliwić.

Trochę słodzę tutaj sobie i Bartkowi, ale uważam, że obaj wywodzimy się z pokolenia, które nie patrzy już na liczbę followersów, mimo że wszyscy dookoła straszą, że inaczej nie będzie się miało pracy.

(Fot. Aleksandra Zaborowska) (Fot. Aleksandra Zaborowska)

Ignacy Liss o serialu „Proud”: „To serial, który cię trzyma za twarz”

Co cię najbardziej ujęło w tym projekcie?

Scenariusz. Przeczytałem go jednym tchem i nie mogłem uwierzyć, jak dobrze jest napisany. Potem myślałem już tylko o tym, żeby tego nie zepsuć. Karol Klementewicz włożył w ten projekt mnóstwo pracy, stworzył kilka wersji scenariusza, w sumie zajęło mu to dwa lata.

No więc najpierw ujęło mnie to, jak to zostało napisane, ale potem pojawiły się wątpliwości. To jest – jak mówisz – wciąż kontrowersyjny temat, obawiałem się, czy my, aktorzy, nie zostaniemy tu w jakiś sposób użyci do stworzenia czegoś, z czym się nie identyfikujemy.

Ostatecznie po prostu zaufałem Karolowi, zaufałem twórcom. I okazuje się, że to była najlepsza zawodowa decyzja w moim życiu.

Jestem potwornie dumny z tego, co udało się nam stworzyć. Myślę, że ta nagroda nam się należała. Widzisz, zaraz chcę się tu cenzurować, ale nie zrobię tego, bo obiecałem sobie, że nie będę epatował fałszywą skromnością. Mam świadomość, że zrobiliśmy bardzo dobry serial, taki, jakiego w Polsce jeszcze nie było. Serial, który cię trzyma za twarz, który opowiada o prawdziwych emocjach, który nie wieje żadną tandetą czy sztucznością.

Widziałeś już wszystkie odcinki? Pytam, bo jako jeden z niewielu aktorów przyznajesz się, że lubisz oglądać siebie na ekranie.

Lubię. Po to chyba to robimy.

Quentin Tarantino, który miewa dość kontrowersyjne wypowiedzi, powiedział kiedyś fajną rzecz – że on robi swoje filmy właściwie dla siebie i że bardzo lubi je oglądać. I choć nie zawsze się z nim zgadzam, jak wtedy gdy powiedział o Paulu Dano, że jest nieciekawym, słabym aktorem, to tu mam bardzo podobnie.

To zawsze miłe uczucie zobaczyć siebie na ekranie, ale nie traktuję tego jako największej nagrody za swoją pracę.

Udaje ci się zapomnieć, że ty to ty?

Tak, ale dopiero podczas któregoś z kolei seansu. Pierwszy jest najtrudniejszy. Patrzysz na to, co wyszło ci dobrze, a co nie do końca tak, jak chciałeś, więc nie jesteś w stanie śledzić akcji. Za drugim razem pojawia się już większy spokój, bierzesz oddech i zaczynasz wchodzić w ten świat jako widz.

Coś ci wyznam i odbierz to jako komplement. Od początku kibicuję twojej karierze, podoba mi się sposób, w jaki grasz. Myślę, że to coś związanego z twoim głosem. Że nawet kiedy kogoś udajesz, grasz, to mam poczucie, że słyszę, widzę w nim prawdziwego ciebie. Podobałeś mi się nawet w filmach, które mi się nie podobały. Natomiast w „Proud” te dwie rzeczy się cudownie połączyły.

Bardzo ci dziękuję i chyba też tak uważam. Mam wrażenie, jakbym znał tego chłopaka, rozumiem go, czuję. Ale aby wiarygodnie oddać tę postać, musiałem najpierw zebrać całe to wcześniejsze doświadczenie. Gdyby to była moja pierwsza główna rola, pewnie mógłbym się potknąć już na starcie. Bardzo wiele mnie nauczyła praca na planie „Idź pod prąd” – wtedy po raz pierwszy byłem aż tak obecny na ekranie, praktycznie w każdej scenie. To mi pozwoliło stanąć na wysokości zadania w „Proud”.

Po drodze była jeszcze nowa wersja „Znachora” i „Światłoczuła” Tadeuszy Śliwy – film, który bardzo dobrze poradził sobie zarówno w kinach, jak i w streamingu.

Duża w tym zasługa nagrody w Gdyni dla Matyldy Giegżno, która tchnęła nowy wiatr w jego żagle.

Ignacy Liss: „Tak naprawdę każdy film jest o miłości”

Rola Matyldy, ale i jej postać są tu bardzo jasne i ożywcze, natomiast mam zastrzeżenia co do twojego Roberta, nie do tego, jak go grasz, tylko do tego, co nim kieruje, co go napędza, jak stereotypowo rozumie miłość.

Niestety Robert jest w tej kwestii bardzo wsobny, egoistyczny, ale właśnie o to w tym filmie chodziło. Nie wiem, może powinienem go bardziej ocieplić, żeby nadawał się do polubienia… Natomiast sama „Światłoczuła” w moim ujęciu wyłamuje się z ram klasycznego, stereotypowego melodramatu już choćby przez to, że akcja dzieje się zimą, że mamy śnieg, deszcz, czasem bardzo ciemne, nocne ujęcia. Wszystko dzięki wielkiej wrażliwości Tadeusza Śliwy.

Zresztą od dłuższego czasu nie było w polskim kinie takiego romansu z prawdziwego zdarzenia, filmu, który koncentruje się wyłącznie na uczuciu pomiędzy dwojgiem głównych bohaterów. I „Światłoczuła” tę lukę wypełniła.

Jest tu parę rzeczy, które dla mnie są bardzo sexy. Osobiście mam do tego filmu wielki sentyment, był jednym z pierwszych, w którym naprawdę od początku do końca świadomie konstruowałem postać, którą gram.

A ty sam lubisz oglądać filmy o miłości?

Tak naprawdę każdy film jest o miłości. Natomiast jeśli mówimy o melodramatach, to uważam je za świetny gatunek do eksplorowania dla filmowców. A w Polsce prawie z tego nie korzystamy. Po „Światłoczułej” dostałem wiele ciepłych słów i recenzji, podchodzili do mnie na ulicy ludzie, którzy mówili, że to piękny, prawdziwy film. Jeśli ktoś dziś mnie w ogóle z czegoś kojarzy, to głównie ze „Znachora” i ze „Światłoczułej”. Film dostał wszystkie możliwe nagrody publiczności na polskich festiwalach. To pokazuje, jak bardzo ludzie są spragnieni takiego kina i takiej tematyki.

Skoro już skomplementowałam to, jak grasz, muszę skomplementować też twoje wywiady.

Naprawdę? Staram się mówić w nich po prostu z sensem.

I mówisz! Nie tylko na temat filmów czy zawodu aktora, ale też na temat związków, miłości, wartości, które są dla ciebie ważne. Na przykład twój odcinek w podcaście „Pierwsza randka” Natalii Kusiak…

Bardzo dużo osób go skomentowało, w ogóle komentowano to, że wypowiadam się tak szczerze na różne tematy, że może jestem zbyt otwarty.

Ignacy Liss o życiu aktora

A ja myślę, że to nie tylko piękne, ale też bardzo dzisiaj potrzebne.

I ja tak uważam. Argumentem niektórych osób jest to, że opowiadam o kwestiach prywatnych, dotyczących też mojej żony czy naszego życia rodzinnego. Na przykład mówię, że praca potrafi czasem wejść do domu. Udzieliłem niedawno takiego wywiadu i ktoś mnie spytał: „Stary, a ty nie boisz się gadać takich rzeczy?”. Tylko że mnie towarzyszy poczucie misji.

Kiedy mówię, że aktor mierzy się na planie z jakimiś emocjami, po czym wraca do domu i musi znaleźć dla nich ujście, żeby nie zaszkodzić bliskim – to robię to z myślą o młodych chłopakach czy dziewczynach, którzy wkraczają w ten świat.

Ktoś chce zrobić z tego sensację, to ją zrobi – że jestem niezrównoważony psychicznie, że nie wiadomo, co w tym domu się dzieje. Nie oczekuję od kogoś, kto nie jest z branży filmowej, że teraz w stu procentach zrozumie życie aktora. Bo żeby być aktorem, trzeba być trochę jednak walniętym, a żeby spotykać się z aktorem – tym bardziej…

Ale poczekaj, twoja żona Maria Wende też wywodzi się z branży…

Zgadza się, moja żona jest charakteryzatorką, zna ten świat. A dlaczego nie boję się mówić o naszym związku? Bo jesteśmy blisko i gadamy na wszystkie tematy na bieżąco. Wracając do misyjności, uważam, że trzeba mówić głośno o zagrożeniach czy pułapkach w naszym zawodzie, nie tylko o jego jasnych stronach. Ja jako dwudziestokilkulatek przychodziłem na plan i działy się tam ze mną różne rzeczy, nie wiedziałem, jak się w tym odnaleźć, kogo słuchać. My przecież pracujemy na własnym organizmie. Mówiąc o tym, jaki wpływ ma moja praca na mój związek, nie naruszam niczyjej prywatności, tylko tłumaczę, jak jest. Może kiedy to usłyszą inni, będą mieli refleksję: „Aha, w takim razie to jest normalne, inni też tak mają”.

Kiedyś aktorzy czy aktorki wchodzili w bardzo trudne czy ciemne stany na potrzeby roli bez jakiegokolwiek wsparcia, ale też bez pomocy przy wychodzeniu z tych stanów. Dlatego też często historie wrażliwych i utalentowanych artystów kończyły się tragicznie. Dziś jesteśmy już po wielkiej fali #MeToo, jesteśmy po debacie na temat przemocy w szkołach artystycznych, na planach są koordynatorzy intymności, jest opieka coacha czy psychologa. Czy bycie aktorem to dla ciebie bardziej zawód czy powołanie? Gdzie byś się ustawił między tymi dwoma biegunami?

Dokładnie pośrodku. Dlatego mam pewien problem z tym, co robią z aktorstwem w sferze publicznej niektórzy koledzy po fachu, kiedy mówią, jak wiele psychicznie ich ten zawód kosztuje. My przecież na pewnym etapie sami go wybieramy.

Ja nie mam ciężko, dokładnie tego oczekiwałem od tej pracy – była we mnie potrzeba atencji, bycia zauważonym, docenionym, potrzeba wyrażenia siebie i dania upustu artystycznej ekspresji. Ten zawód mi to wszystko daje.

Jest megaciężki w kontekście emocjonalnym – wpędzamy się w różne, czasem bezsensowne stany po to, by kogoś bardziej uwrażliwić. Nie róbmy z siebie męczenników, ale jak są problemy, to o nich mówmy. Dla mnie dobrą formą terapii jest na przykład to, że teraz udzielam ci wywiadu i wiem, że to pójdzie w świat, że się poniesie.

(Fot. Aleksandra Zaborowska) (Fot. Aleksandra Zaborowska)

A czy powiedziałbym, że aktor jest osobą godną podziwu i naśladowania? Nie wiem. Uważam, że godny podziwu jest ojciec, który wstaje o świcie i idzie do huty czy kopalni albo siada za kierownicą autobusu czy dostawczaka, by zarobić na życie. Mówię tu o zawodach pełnych znoju, trudu, rutyny. Nikt tych ojców nie słucha, kiedy opowiadają, jak ciężkie mają życie, bo oni po prostu dają radę. A my? My zwyczajnie mamy bardzo duże potrzeby względem życia, a to kosztuje. Ale zdarzają się naprawdę piękne chwile, tak jak z nagrodą w Lille czy jak zdarza się za każdym razem, kiedy twoja rola kogoś wzrusza, zmienia czy po prostu daje mu radość.

Jeśli jakaś osoba dzięki naszemu serialowi pomyśli: „Hm, może warto nie mieć takiej skrajnej opinii na temat gejów? Może warto z kimś o tym porozmawiać?” – będę bardzo szczęśliwy.

Ignacy Liss o żonie i dziecku

Mówiłeś o potrzebie bycia zauważonym, docenionym – aktor, który ma rodzinę, musi te potrzeby odłożyć na bok, kiedy wraca do domu. We wspomnianym podcaście powiedziałeś, że chciałeś mieć żonę, dziecko, żeby właśnie mieć kotwicę, która będzie cię osadzała w prawdziwym życiu.

Uśmiecham się, bo na TikToku wywiązała się spora dyskusja wokół tych moich słów. A dowiedziałem się tego od mojej żony. Podobno taka wypowiedź świadczy o tym, że jestem red flagiem, bo jak można traktować drugą osobę jako kotwicę…

I co na to twoja żona?

Śmiała się. Wiem, że rozumie prawdziwy sens mojej wypowiedzi.

Ja go też zrozumiałam. Ludzie, których kochamy, są naszymi kotwicami, bo nam przypominają, co jest w życiu naprawdę ważne. Ale chciałam cię spytać o ślub – ten temat za mną ostatnio chodzi. Do niedawna byłam jego zdecydowaną przeciwniczką, ale ostatnio zastanawiam się… Jeśli jest autentyczną potrzebą dwójki ludzi, a nie przymusem czy konwencją i gdyby udałoby się go wyjąć z tej patriarchalnej narracji… Wy, chłopaki, w ogóle o tym myślicie, marzycie?

Ależ oczywiście.

Wielu chłopaków marzy o spotkaniu tej jednej jedynej, o pięknym ślubie, o dzieciach. Na przykład ja zawsze o tym marzyłem, a jednocześnie wiedziałem, że to nie będzie najłatwiejszy wybór, bo jest na zawsze.

Prościej się żyje bez zobowiązań. Masz swoją kasę, nie musisz o nikogo dbać, nie musisz uzgadniać z nikim swoich planów. Pomimo tego, że gadałem wszystkim dookoła, że to jest moje marzenie, bardzo długo się zbierałem do jego zrealizowania. I dopiero kiedy wydarzyło się kilka rzeczy w moim życiu, otrząsnąłem się z tego marazmu i powiedziałem sobie: „Ale ja tego naprawdę chcę”.

Czyli tym wszystkim, którzy cię wciąż pytają, czy to nie za wcześnie brać ślub w wieku 26 lat, odpowiadasz, że i tak długo to odwlekałeś?…

Zbyt długo nawet. Nie, to nie jest za wcześnie. Tak, da się odłączyć ślub od patriarchatu – to jest po prostu kwestia umowy między dwojgiem ludzi.

Tylko między tym dwojgiem? A co z rodziną?

Rodzina nie ma prawa wtrącać się w małżeństwo! To jest największa zbrodnia! Trzeba na to bardzo uważać, bo to prędzej czy później cię dotknie, dlatego musisz to jak najszybciej ukrócić. „Hej, rozumiem, że się martwisz, możesz nawet to wyrazić na głos, posłucham albo nie, ale pamiętaj, że to jest moje małżeństwo i tylko my będziemy decydowali o sprawach, które nas dotyczą”.

Moim zdaniem większość małżeństw się rozpada właśnie dlatego, że wpuszczamy do nich osoby, które wcale nie powinny w tym uczestniczyć. To dzieje się czasem na zasadzie prostego odruchu: „Źle się czuję, zadzwonię do mamy”. I w tym momencie trzeba zrobić stop i zacząć inaczej: „Kochanie, chyba źle się czuję”. „Kochanie, kto gotuje najlepiej: ja czy twój tata?”. Pytanie jest podchwytliwe, bo wiadomo, że ja, nie porównuj mnie do swojego taty, choć to super gość.

Ale znam też takie przypadki: oboje przed ślubem dużo rozmawiają. Umawiają się, że będą się nawzajem wspierać, że praca jest dla nich ważna, a opieką nad dzieckiem będą się dzielić po połowie. Ale jednak po ślubie wszystko powraca do ustawień fabrycznych. On wraca z pracy i dziwi się, że nie ma obiadu. Co wy w ogóle macie z tymi ciepłymi obiadami?

Ja to rozumiem jako pewien gest, jako wyraz miłości. To się źle kojarzy, jako powrót do tradycyjnego porządku, że kobieta musi ugotować, a facet musi zarobić. Ale spróbujmy na chwilę wyłączyć z tej codziennej sytuacji opinię publiczną i myśl feministyczną i zastanówmy się nad człowiekiem. Na przykład moja żona jest teraz w domu, bo mamy kilkutygodniowego synka. Ja pracuję, bo jedno z nas musi, a nie mogę z nim zostać, bo go nie karmię. Jak tylko żona przestanie go karmić, to na pewno zrobię wszystko, by miała czas dla siebie, a ja będę siedział z nim jak najdłużej. Jednocześnie jak każdy facet mam potrzebę… Zresztą nieważne: facet czy kobieta, jak jesteś poza domem i wracasz po całym dniu, to chcesz wiedzieć, że ta druga osoba o tobie myślała, że tęskniła, czekała. I ten ciepły obiad jest takim gestem, który ci to potwierdza. Nie wiem, może to dlatego, że tak byłem wychowany, że moja mama była w domu, jak chodziłem do szkoły, i ten wspólny obiad był momentem spojenia całej naszej rodziny, celebrowaniem wspólnoty.

Łapię się czasem na tym, że moja pierwsza myśl jest taka: „Nie ma obiadu? Dlaczego nie ma obiadu?”. Ale zaraz przychodzi druga: że mogę sobie go sam zrobić – naprawdę, Ignaś, zajmie ci to tylko 20 minut. Albo zamówić. Nie chodzi więc o to, że ja oczekuję, że ktoś mi zrobi obiad, tylko że jak ktoś mi go zrobi, to jest to tak zajebiście miłe, że aż się rozpływasz.

To jak przynoszenie kwiatów. Jak chodzenie na randki do kina. To nie musi się dziać codziennie, ale jak było, a potem znika, to może ci tego brakować.

Ale chciałem jeszcze skomentować to, co mówiłaś o przedślubnej umowie, że oboje będą pracować i oboje będą się zajmować dzieckiem. To jest niemożliwe. Jeśli ktoś zakłada, że tak będzie, to na bank będzie potem niezadowolony.

Poza tym zdarza się, że planujesz szybki powrót do pracy, a potem dziecko przychodzi na świat, a ty orientujesz się, że nie chcesz jeszcze wracać. Że tak jest właśnie idealnie.

Inni czasem niepotrzebnie to oceniają – jako brak ambicji, stłamszenie, brak własnego zdania, co jest bardzo krzywdzące. Na przykład ja bardzo kibicuję Marysi, chciałbym, by dalej pracowała w swoim zawodzie, robiliśmy wspólnie parę filmów i było cudownie, ale uszanuję jej decyzję, jeśli będzie chciała odwlec ten moment. Dziś podział ról w naszym małżeństwie wydaje się bardzo tradycyjny: Marysia siedzi w domu z dzieckiem, a Ignacy pracuje i udziela wywiadu dla „Zwierciadła”. Tylko to jest o wiele bardziej skomplikowane, niż wygląda na pierwszy rzut oka.

Wróćmy jeszcze do aktorstwa. Bardzo ciekawie mówisz o pracy z ciałem, o różnych metodach, jakimi dzisiaj się to odbywa. O metodzie śniącego ciała, neutralizacji dotyku. Rozwiniesz trochę ten temat?

Neutralizacja początkowo wydała mi się trochę szamańska, ale zrozumiałem, że z punktu widzenia fizjologii jest w tym dużo sensu. Zobacz, gdybym teraz cię dotknął, to ten dotyk byłby pierwszy, więc byłby nieznany, dziwny, nowy. To byłby o wiele silniejszy bodziec, niż gdyby dotknął cię ktoś, kogo znasz od lat. Dlatego jeśli jako aktorzy przystępujemy do pracy z kimś, kogo nie znamy, a z kim mamy stworzyć na ekranie pewną intymność, ważne jest, by się tyle razy dotknąć, by ten dotyk zneutralizować.

Z kolei metodą śniącego ciała pracowała z nami Aneta Jankowska przy „Światłoczułej”. Niektórzy nazywają to pewnego rodzaju transem, inni stanem silnego skupienia. Ja bym powiedział, że to jest moment, w którym starasz się odciąć wszystkie bodźce z zewnątrz i pozwolić sobie na reagowanie. To tak, jakbyś miała 15 lat, puściła sobie w pokoju ulubiony kawałek i wygłupiała się do niego tak, jak potrafią tylko nastolatki. I to samo robisz ze swoim filmowym partnerem czy partnerką – słyszysz jakieś polecenia od osoby prowadzącej ćwiczenie, ale generalnie chodzi o to, żebyście dali się ponieść tej sytuacji, wyłączyli oceny.

To potem kojarzy się z konkretnymi kolorami – kiedy pojawia się jakaś emocja, prowadzący mówi na przykład: fioletowy. Jak byliśmy na planie i potrzeba było wywołać w sobie konkretną emocję, wystarczyło, że Aneta nam mówiła: „I tu jest właśnie fioletowy”, a ciało do tego stanu wracało.

Ignacy Liss o pracy nad serialem „Proud”

A jak pracowaliście z ciałem przy „Proud”?

Nie mieliśmy żadnej konkretnej metody, na planie była po prostu koordynacja intymności. Ogromnym wyzwaniem było dla mnie, by Filip wyglądał wiarygodnie jako model, więc mało jadłem i dużo ćwiczyłem. To był prawie rok przygotowań. Druga sprawa to sceny seksu homoseksualnego, które były jeszcze większym wyzwaniem. Wymagały ode mnie – nie wiem, jak to nazwać – innego przekroczenia niż zwykle.

Za każdym razem, gdy kręcimy scenę intymną jest to jakieś przekroczenie, ale kiedy coś znasz, łatwiej jest ci się przełamać. Tym razem czułem się bardzo stremowany.

Zwłaszcza w scenie grupowego seksu, jednej z pierwszych w serialu. Bardzo potrzebnej, bo nadającej rys całej mojej postaci.

Pokazującej, w jakim miejscu się znajduje Filip. Przygodny seks, imprezy, narkotyki. Jego siostra mówi, że on w ten sposób się krzywdzi.

Spotkałem się też z takimi opiniami na temat naszej produkcji. Że pokazujemy osobę homoseksualną w stereotypowy sposób – jako uzależnioną od narkotyków, rozwiązłą.

A ty jak to widzisz?

Wysłuchałem tych ocen, ale dla mnie bez tego nie byłoby naszej historii, nie byłoby dramatu. W Polsce samotnemu facetowi trudniej zaadoptować dziecko, ale nie jest to niemożliwe. Ale facetowi, który jest uzależniony i który zmienia partnerów jak rękawiczki?

Fakt, że Filip jest gejem, to silny komentarz społeczny, próba sprowokowania do dialogu na temat kondycji polskiego prawa. Ale w moim odczuciu my nie opowiadamy o tym, jak to jest być gejem w Polsce, tylko o miłości między dwójką ludzi.

To serial o rodzicielstwie, o poświęceniu. Także o tym, że każdy z nas ma szansę na zmianę i że nie można zbyt pochopnie oceniać ludzi. Dla mnie jego przekaz jest megachrześcijański.

A wiesz, co mówisz.

Tak, sam jestem chrześcijaninem, wiem, z jakimi się to wiąże wartościami. W pierwszym polskim queerowym serialu główną rolę gra katolik – uważam, że to jest genialne. Najwyższa pora, żebyśmy zaczęli się jednoczyć, zamiast się polaryzować. Skoro już papież myje nogi osobom transpłciowym podczas liturgii Wielkiego Czwartku i toczy się szczera rozmowa między Kościołem a osobami LGBT+, to jako katolicy nie mamy żadnej wymówki, żeby się na ten dialog zamykać.

W jakim stopniu twoje wartości, to, jaki jesteś – ukształtował twój rodzinny dom, a w jakim stopniu świat?

Dom był bazą, do której się wracało. Ze światem raczej się konfrontowałem, niż z niego czerpałem. Dom to były wartości, a świat był miejscem na bunt, na to, by się z czymś nie zgadzać, czasem zupełnie niepotrzebnie… Często wracałem do tego domu zły, z pretensją do taty: „A właśnie, że jest inaczej, niż mówiłeś”, po czym długo rozmawialiśmy i znów wychodziłem w świat, by się z nim wykłócać, ale tym razem z nową energią i argumentami.

Tak mówię o tacie, jakby był jakimś prawakiem albo konfederatą, a nie jest. Jest twardo stąpającym po ziemi przedsiębiorcą, jednocześnie głęboko wierzącym katolikiem. To on mnie nauczył otwartości na świat, co mnie ostatecznie uratowało przed byciem konserwą.

Może cię to zaskoczy, ale historia, którą opowiadamy w „Proud”, jest dla mnie bardzo osobista. Moja mama prowadziła swojego czasu restaurację. Jeden z jej pracowników, Damian, który też był gejem, próbował po śmierci rodziców zaadoptować swoje rodzeństwo. Mówię „był”, bo już nie żyje, ale pamiętam jego zmagania z polskim prawem, z biurokracją. W całym procesie bardzo pomagała mu moja mama. Bo wszystkie uprzedzenia, które masz, na przykład dotyczące adopcji dzieci przez homoseksualistów czy ślubów gejowskich, znikają, kiedy spotykasz drugiego człowieka. I o tym chciałem tą rolą opowiedzieć.

Narodziny waszego syna, Benia, Benedykta, zmieniły cię jako człowieka? Jeszcze bardziej zakotwiczyły?

Na pewno po narodzeniu dziecka zmienia się jedna rzecz – człowiek o wiele mniej śpi. Nie ma czasu na randki, nie ma czasu na to, by obejrzeć wspólnie film, gdzieś wyjść. W jakimś głębszym sensie zmienia się wszystko. To jest jak miłość od pierwszego wejrzenia. Cała twoja uwaga nagle skupia się tylko na tej małej istocie. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że trzeba będzie sobie z tym poradzić, przecież nie może być tak, że teraz do końca życia dziecko będzie dla nas najważniejsze. Nie, najważniejszy ma być nasz związek, no ale można się zachłysnąć tą miłością. Więc na razie się zachłystujemy.

Ignacy Liss, rocznik 1998. Aktor najbardziej znany, jak sam mówi, z roli hrabiego Czyńskiego w nowej wersji „Znachora” oraz ze „Światłoczułej”. Uzdolniony muzycznie, śpiewa, gra na klarnecie, perkusji i pianinie. Od 2023 należy do zespołu Teatru Polskiego w Warszawie. Nagradzany serial „Proud” zadebiutuje na HBO Max w czerwcu.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Okładka Zwierciadlo

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE