1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. „Bracia na całe życie”. Szczyl i Bartek Deklewa o przyjaźni, której siłę stanowi brak oczekiwań

„Bracia na całe życie”. Szczyl i Bartek Deklewa o przyjaźni, której siłę stanowi brak oczekiwań

(Fot. Paulina Pawłowska/Anywhere.pl)
(Fot. Paulina Pawłowska/Anywhere.pl)
Tymoteusz Rożynek, znany jako Szczyl, jeden z najbardziej cenionych raperów w Polsce. I Bartłomiej Deklewa, aktor, o którego rolach jest głośno. Są rówieśnikami i nie bez powodu zagrali niedawno w filmie braci. Mimo młodego wieku mają bowiem całkiem długą i solidną historię przyjaźni. Takiej, jak mówią, na zawsze, na całe życie.

Spis treści:

  1. Tymek Rożynek i Bartek Deklewa o początkach swojej przyjaźni
  2. Czym jest prawdziwe braterstwo? „Nigdy nie mieliśmy wobec siebie oczekiwań”
  3. Szczyl: Kształtowałem się przez bunt
  4. Bartek Deklewa: „Był we mnie naprawdę silny paradygmat bycia grzecznym dzieckiem”
  5. Sukces po swojemu. Dlaczego nie chcą iść utartą ścieżką?
  6. „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”. Rożynek i Deklewa braćmi w filmie
  7. Terapia, lęk i życie „tu i teraz”

  • Tymek Rożynek, znany jako Szczyl, i Bartek Deklewa przyjaźnią się od 12 lat, a ich relacja zaczęła się jeszcze w gimnazjum i przetrwała m.in. przeprowadzki i zmianę szkół.
  • Bohaterowie wywiadu dla „Zwierciadła” mówią o sobie „bracia na życie” i podkreślają, że ich więź opiera się na braku oczekiwań i pełnym zaufaniu.
  • W rozmowie Szczyl i Bartek Deklewa i wracają do dzieciństwa, szkolnych doświadczeń i tego, jak bardzo różne mieli podejście do systemu edukacji i buntu.
  • Raper i aktor opowiadają również o drodze do własnych karier w muzyce i aktorstwie oraz o tym, dlaczego nie chcą iść utartymi ścieżkami sukcesu.
  • Wspominają też wspólny film „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”, w którym zagrali braci.

Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 04/2026

Tymek Rożynek i Bartek Deklewa o początkach swojej przyjaźni

Zofia Fabjanowska: Od jak dawna się przyjaźnicie?

Bartek: Od 12 lat, czyli od gimnazjum.

Tymek: Chodziliśmy do tej samej klasy. Choć równie dobrze to się mogło skończyć zupełnie inaczej – dzieci są jednak dziećmi, bywają dla siebie potwornie złośliwe, budują hierarchie, wyczuwają się, sprawdzają, na ile można sobie pozwolić wobec tego drugiego. Do końca podstawówki i jeszcze w pierwszej klasie gimnazjum – bo przyjaźnimy się od drugiej – w ogóle nie miałem przyjaciół, a potem wskoczyłem w tę przyjaźń. Szybko się zżyliśmy i już wtedy potrafiłem to docenić. Przede wszystkim dlatego, że wcześniejsze dzieciństwo kojarzyło mi się z samotnością.

Bartek: Zaprzyjaźniliśmy się akurat w takim wieku, kiedy człowiek zaczyna się mocno zmieniać, a mimo to udało się nam nie stracić kontaktu. Oczywiście były różne momenty, kiedy widywaliśmy się i rozmawialiśmy rzadziej – po gimnazjum każdy z nas poszedł do innego liceum, a przede wszystkim kiedy wyjechałem z Gdyni na studia do Krakowa i zaczęliśmy żyć w innych miastach. Mimo wszystko niezmiennie czułem, że jest między nami więź.

Nieważne, jak długo się nie widzieliśmy, jak daleko od siebie byliśmy, zawsze któryś z nas w pewnym momencie dzwonił, wychodził z tekstem na Messengerze albo z głosówką, że tęskni. Cokolwiek by się działo, nadal mamy wspólne tematy. I też wspólne marzenia.

Jednym z takich marzeń było zresztą właśnie to, żeby zagrać razem w filmie. Co wydawało nam się kiedyś dosyć abstrakcyjne, aż nagle pojawiła się Emi [Buchwald, reżyserka „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” – przyp. red.]. W dodatku zagraliśmy braci, a Tymek, często to powtarzam, jest dla mnie bratem na życie.

(Fot. Paulina Pawłowska/Anywhere.pl) (Fot. Paulina Pawłowska/Anywhere.pl)

Czym jest prawdziwe braterstwo? „Nigdy nie mieliśmy wobec siebie oczekiwań”

Co to właściwie znaczy? Gdybyście mieli stworzyć definicję braterstwa w waszym rozumieniu, to jak by ona brzmiała?

Tymek: Nie mam rodzonego brata, Bartek też nie, za to obaj mamy po dwie siostry. Nie raz przeszło mi przez głowę, jak to by było tego brata mieć, ale tu zupełnie nie chodzi o to, że Bartek jest substytutem kogoś, kogo mi brakuje albo brakowało. Nasza relacja jest nawet czymś więcej niż pokrewieństwem – zapraszasz kogoś do swojego życia, bo zdajesz sobie sprawę, że… kurde, uwielbiasz gościa. Chyba to jest właśnie moja definicja.

Bartku?

Jeśli mówię, że Tymek jest dla mnie bratem na życie, wypowiadam się jako człowiek, który dość długo był jedynakiem. Moja siostra Kalina pojawiła się na świecie, jak kończyłem podstawówkę, po niej urodziła się Kornelia. Więc kiedy poznałem Tymka, ale też innego naszego dobrego przyjaciela Olafa i też Staszka – to jest dla mnie takie najważniejsze przyjacielskie trio – raczej w ogóle nie miałem rozkmin o posiadaniu brata czy braci, bo dopiero zaczynałem rozumieć, jak to jest mieć rodzeństwo. Zaufanie. Chyba o nie chodzi. Jak dzieje się w moim życiu coś ważnego, pierwszą osobą, z którą chcę się tym podzielić, jest Tymek. To najprostsza odpowiedź na twoje pytanie.

Tymek: Ja też uważam, że to relacja na zawsze, na całe życie. Z zastrzeżeniem, że trzeba o nią dbać. Nie wiem, czy to jest oczywiste, bo mam wrażenie, że dorastaliśmy w kulturze, która niespecjalnie sobie przyjaźń ceni, nie mówi się, że takie więzi trzeba pielęgnować, że to ważna część życia, jeden z priorytetów. Ja przynajmniej nie pamiętam, żeby mi mówili coś takiego w domu albo żebym coś takiego widział.

Doszedłem do wniosku, że w gruncie rzeczy w przyjaźni chodzi o wspólny język, to on jest tym czymś najfajniejszym, najcenniejszym. Język, który tylko ty i twój przyjaciel jesteście w stanie zrozumieć.

To są te momenty, kiedy ktoś z zewnątrz nie może zrozumieć, z czego się z Bartkiem śmiejemy, co do siebie mówimy albo dlaczego coś wydaje nam się fajne, a my to po prostu wiemy, czujemy, nie potrzebujemy niczego sobie tłumaczyć.

Bartek: Tak, totalnie się zgadzam. Z drugiej strony, co jest pewnego rodzaju paradoksem, połączyło nas też to, że potrafimy i lubimy spędzać czas w samotności. Dobrze nam sam na sam ze sobą.

Szczyl: Kształtowałem się przez bunt

Czyli połączyło was to, że jesteście do siebie bardzo podobni?

Tymek: Zostaliśmy podobnie wychowani w takim sensie, że w domu przekazywano nam te same wartości. Swoją drogą, śmiesznie, bo nasi rodzice po raz pierwszy widzieli się dopiero niedawno. Poznali się na widowni na pokazie „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”.

A wracając do głównego wątku – na pewno nasze mamy są pod pewnym względem bardzo podobne. U nich liczy się porządek, wszystko musi być zrobione na już, a najlepiej na godzinę temu [śmiech].

Oczywiście nie ma w tym nic złego, mega mamę kocham, ale mówię o tym, bo obserwuję, jak to zadziałało na Bartka: on ma wszystko złożone w kosteczkę, jest porządny, skrupulatny. U mnie nie zadziałało to kompletnie.

(Fot. Paulina Pawłowska/Anywhere.pl) (Fot. Paulina Pawłowska/Anywhere.pl)

Bartek: I to mi się zawsze, Tymek, w tobie podobało! Jak przychodziłem do ciebie, a tam leżały porozrzucane rzeczy, czułem się w tym bardzo dobrze. Dopiero ostatnio wyciągam z tego jakieś wnioski, staram się odejść od mojego „zawsze wszystko w kosteczkę”, bo to poukładanie wpływa też na inne sfery życia i zamienia się chwilami w rodzaj zniewolenia. Tak więc zacząłem coś zmieniać. Oczywiście jak się zajrzy do mojej szafy, nadal są tam równo złożone rzeczy, ale od niedawna więcej jest w moim otoczeniu może nie chaosu, ale takiego lekkiego bałaganu, i jest on miły. Dążę do tego, że może Tymek, jego podejście, ten rodzaj luzu jest częścią, której potrzebowałem? I nie chodzi tylko o porozrzucane rzeczy. Ja nigdy nie miałem mocnego epizodu buntu. Byłem tym grzecznym dzieciakiem, który stara się spełnić oczekiwania rodziców i przynosi świadectwa z czerwonym paskiem.

Rozumiem, że to coś, co was mocno w dzieciństwie różniło?

Tymek: Ja się kształtowałem przez bunt. To taki stały motyw, który się w moim życiu powtarzał. W domu był nacisk na edukację, a mnie nie po drodze było z systemem oświaty.

Czerwonego paska nie dostałem od pierwszych klas podstawówki do końca szkolnego życia. I widziałem w oczach rodziców, że to źle, że postrzegają to jako niepowodzenie.

Nie umiałem tego zmienić, nawet jak próbowałem i dużo się uczyłem. Nie potrafiłem siebie samego przekonać, żeby robić rzeczy, które inni uważali za ważne, skupić się na nich, skoro wiedziałem, że dla mnie ważne nie są. Od zawsze miałem – zwróciłem na to uwagę już bardziej świadomie, jak byłem starszy – silnie rozbudowany świat wewnętrzny. O czym bez przerwy mówili mi nauczyciele, tylko że oni formułowali to w ten sposób, że myślę o niebieskich migdałach. Większą część dzieciństwa spędziłem, wyobrażając sobie rzeczy i sytuacje, niż przeżywając to, co się wokół faktycznie działo.

W pewnym momencie przestałem się przejmować całą tą szkolno-ocenową sytuacją. Spodziewałem się, że rodzice będą na mnie źli, bo czegoś nie zrobiłem albo dostałem złą ocenę, i zacząłem to bagatelizować, traktować jak normę.

To był czas, kiedy nauczyłem się – dziś to jedno z moich ulubionych powiedzeń, prawo Murphy’ego – że „łatwiej o przebaczenie niż o pozwolenie”. Jak już stajesz przed faktem dokonanym, wilk nie jest tak straszny, jak o nim mówią.

Pamiętam, jak pięknym odkryciem były dla mnie wagary. Odkryłem je dość późno, bo dopiero w liceum i całe to wagarowanie polegało głównie na tym, że siedziałem sam w domu i pisałem piosenki. Były strasznie słabe, ale ich pisanie sprawiało mi dużą przyjemność.

Bartek Deklewa: „Był we mnie naprawdę silny paradygmat bycia grzecznym dzieckiem”

Bartek: To ja jeszcze dopowiem, że tak jak Tymek dostawałem w szkole uwagi, że myślę o niebieskich migdałach. Z tą różnicą, że teksty „ucz się więcej”, „przykładaj się bardziej” brałem poważnie. To wyjście również nie było zadowalające, bo jak przynosiłem świadectwa z paskiem, moja mama i babcia od strony mamy były, owszem, zadowolone, chwaliły mnie, ale potem niezmiennie miały oczekiwania, a ja wcale nie miałem spokoju. Dopiero niedawno, ze dwa lata temu, kiedy zaliczyłem jakieś większe aktorskie sukcesy, babcia powiedziała do mamy: „Córko, myśmy go tak cisnęły z tą nauką, a to przecież jest artysta!” [śmiech]. Był we mnie naprawdę silny paradygmat bycia grzecznym dzieckiem. Nigdy nie odważyłem się poważnie na bunt. Co oczywiście ma konsekwencje w teraźniejszości. Zastanawiam się, czy faktycznie chodzi o brak odwagi…

Tymek: Nie wiem, ale uważam, że jedną z najbardziej krzywdzących postaw wobec drugiego człowieka są oczekiwania, że ktoś będzie taki, jaki chcemy, żeby był. W ten sposób psują się przyjaźnie, związki, relacje domowe. Dokładnie w chwili, kiedy pozbywamy się tego rodzaju oczekiwań, życie staje się raz – prostsze, dwa – przyjemniejsze.

Bartek: Jak cię tak teraz, Tymek, słucham, to mam chyba kolejną odpowiedź na pytanie, dlaczego się ze sobą przyjaźnimy. Właśnie do mnie dotarło, że nigdy nie projektowaliśmy na siebie żadnych oczekiwań. Nie przypominam sobie ani jednej takiej sytuacji.

Tymek: Jeśli już, to mieliśmy oczekiwania wobec samych siebie.

Bartek: Inna rzecz, że to w ogóle jest coś wyjątkowego, bo każdy z nas – mówię tu też o naszym wspólnym przyjacielu Olafie – dosyć szybko wiedział, w jaką stronę chce iść, czym się chce zajmować, co mu sprawia frajdę. Mogę nie mieć racji, ale na podstawie mojego skromnego doświadczenia wnioskuję, że ludzie bardzo często tego nie wiedzą. Stale poszukują odpowiedzi.

Skąd wy wiedzieliście?

Bartek: Zawdzięczam to w sumie mojej mamie. Bo to ona, kiedy byłem w drugiej klasie gimnazjum, powiedziała mi, że są warsztaty aktorskie w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Trochę się wahałem, ale mnie przekonała: „Idź, spróbuj, najwyżej zrezygnujesz”. Dzięki warsztatom nagle się zorientowałem, że nie mam problemu z byciem na scenie, szybko uczę się nowych rzeczy i po prostu lubię to robić. Poznałem tam panią Monikę, która przygotowywała mnie potem do szkoły aktorskiej – i tak to poszło. Jestem mamie ogromnie wdzięczny, nawet jeśli wtedy nie wiedziała jeszcze, że jej pomysł będzie miał daleko idące konsekwencje [śmiech].

Podziękowania należą się też mojej babci ze strony taty. Jestem z patchworkowej rodziny, z babcią mamy super relację, uwielbiam nasze długie pogłębione rozmowy. Najwięcej filmów oglądałem właśnie z nią, zabierała mnie do nieistniejącego już gdyńskiego kina w galerii Gemini.

Babcia jest psychoterapeutką, więc po seansach zadawała mi niekonwencjonalne pytania, na przykład o podobieństwa między tym, czego doświadczali bohaterowie, a tym, co dzieje się w moim życiu. Myślę, że to mi się przydało później w aktorskim warsztacie, także prywatnie, oczywiście. Poza tym pokochałem chodzić do kina, jest to dla mnie wyjątkowe miejsce i to się raczej nie zmieni już nigdy. Aha, nie wspomnieliśmy o tym, ale my z Tymkiem w gimnazjum chodziliśmy do klasy o profilu teatralnym. Z tym, że ja wybrałem ją raczej intuicyjnie, chodziło po prostu o klasę humanistyczną.

Sukces po swojemu. Dlaczego nie chcą iść utartą ścieżką?

Patrzę na Tymka, bo zastanawiam się, skąd się w takim razie wziął Szczyl, pisanie piosenek, muzyka…

To jest ta kolejna różnica między Bartkiem a mną. Fundamentalna. Klasa teatralna to był Bartka wybór. Ja się do niej dostałem, bo łatwo było się dostać. Z moimi ocenami mat-fiz, mat-geo czy jakikolwiek inny profil nie wchodziłby w grę. Mówiłem już o moim stosunku do systemu edukacji. Jakiś czas później odkryłem zresztą, że to nie tylko kwestia szkoły. Sprawy rodzinne ułożyły mi się tak, że nie skończyłem liceum i poszedłem do pracy, żeby zarabiać pieniądze. Pracowałem, dostałem awans. Byłem magazynierem, a wylądowałem na stanowisku w salonie sprzedaży, gdzie lądowali ludzie po studiach. I nadal czułem to samo, że szefowie oczekują ode mnie wyników. Próbowałem po drodze kończyć liceum zaocznie, ale to znowu była katorga.

Zrozumiałem, że z tego, co chcę w życiu robić, nie ma wyższej szkoły. Bo raczej nie ma szkoły – może się mylę – z pisania takich piosenek, jakie ja piszę, szlifowania akurat takiego fachu, który ja uprawiam, czy z szeroko rozumianej kreatywności.

W pewnym momencie poszedłem więc na swoje i zaciągnąłem do pracy wspomnianego Olafa [Zażembłowskiego, znanego dziś jako reżyser m.in. oryginalnych teledysków do utworów Szczyla – przyp. red.]. Udało nam się zrobić to wszystko, co się udało, bo nie słuchaliśmy ludzi, którzy mówili nam, żebyśmy szli utartymi szlakami. I straszyli, że grozi nam porażka, że się nie utrzymamy z muzyki. Mój bunt się przydał, bo zanim jeszcze wiedziałem, czego konkretnie chcę, zanim po drodze nauczyłem się różnych rzeczy, wiedziałem już, czego nie chcę. I w ogóle nie brałem pod uwagę przegranej.

Wychodzę zresztą z założenia, że nie ma czegoś takiego jak przegrana, jeśli próbujesz, jeśli o coś ci chodzi. Możesz próbować do końca życia. Albo nie próbować, bo oczywiście niektórzy nie mają w sobie głodu, żeby zrealizować jakieś własne pragnienia i to też jest w porządku.

Jest tyle rzeczy na świecie: malowanie, jeżdżenie samochodem, picie kawy. Absolutnie nie chcę powiedzieć, że jest coś złego w nierobieniu rzeczy wielkich, zwłaszcza że one tak naprawdę nie istnieją. Nie efekt jest ważny, tylko proces. Chodziło mi raczej o to, że najważniejsze to czuć się dobrze w swojej skórze, nauczyć się robić rzeczy w zgodzie ze sobą.

A zdarza się wam, że ktoś traktuje was jak nomen omen szczyli? I czy wy sami czujecie się dorośli?

Bartek: Wiesz, my jednak żyjemy do pewnego stopnia w bańce, w dość hermetycznym środowisku artystycznym, gdzie wiek nie ma takiego znaczenia. W dodatku jeśli robisz swoje, działasz i ci wychodzi, to to cię w jakiś sposób legitymizuje. Wytrąca z rąk ewentualne argumenty, że jesteś za młody, żeby się na czymś znać. A ja sam jak o sobie myślę? Mnie chyba dorosłość nie interesuje. Często się ją myli z dojrzałością i to już jest według mnie ciekawszy temat. Taki, powiedziałbym, niekończący się, bo nie wierzę, że ktoś może o sobie powiedzieć, że to już koniec, dojrzałem czy dojrzałam, nic się więcej o sobie i życiu nie dowiem, pozamiatane.

Tymek: Zgodnie z tym, co Bartek powiedział przed chwilą, z zasady nie dzielę ludzi na starszych i młodszych. Miałem ostatnio nawet taką sytuację. Siedzę sobie na ławce, piję kawkę i jem chałkę, a tu w pewnym momencie dosiada się starszy pan. Głupio mi było jeść przy nim samemu, więc pytam, czy chce kawałek. Od słowa do słowa, opowiedział mi o swoim życiu zawodowym, o pracy non stop, która zawsze była dla niego największą wartością, był przekonany, że tak wygląda życie, że to jedyna opcja.

Już pierwsze zdanie, które do mnie ten starszy pan powiedział, brzmiało: „Chłop najedzony, to do roboty”. A ja byłem na kompletnym chilloucie. Tu i teraz, niebo nad nami. W każdym razie bez względu na to, jak bardzo my dwaj, siedzący na tej ławce, się różniliśmy, jedno było dla mnie absolutnie jasne, że na pewno nie chodzi o wiek, bo akurat pod tym względem nie różnimy się od siebie w ogóle.

Nie ma znaczenia, jak długo dochodzisz do jakichś prawd. Dokonujemy w życiu zmian na lepsze albo na gorsze w wieku 18 i 80 lat.

Wy macie po 25 i w przypadku was obu można mówić o zawodowym sukcesie. Jednocześnie mam przeczucie, że nieważne, jaka sława was jeszcze spotka, nie zmieni to zasad, którymi się kierujecie. Zacznę od Bartka, bo w aktorstwie trudno budować świadomie portfolio, a jednocześnie się z grania utrzymać. Ty, Bartku, jak dotąd, konsekwentnie pojawiasz się w ciekawych projektach. Tak się ułożyło czy to świadoma ścieżka?

Bartek: Fajnie, że to widzisz, bo rzeczywiście bardzo staram się być w zgodzie ze sobą. W tym roku miałem na przykład przestój, skończyła mi się poduszka finansowa, więc szukałem innego zajęcia. Znalazłem, pracowałem jako doradca klienta i nie pamiętam, żebym złapał z tego powodu doła. Cieszyłem się tym, co jest, bo to był mój wybór.

Tymek: Wiem, że Bartek dostawał propozycje ról, które z nim nie rezonowały, ale z których miałby większe pieniądze i może nawet większą sławę. I ja sobie to cholernie w Bartku cenię – że wybiera inaczej, że chce zagrać w dobrym filmie rolę, która go rozwija i którą chce coś przekazać.

Bartek [do Tymka]: Ty też mógłbyś już dawno robić kolabo z różnymi nazwiskami, miałbyś z tego fame, ale z jakichś powodów jest to niekompatybilne z tobą, wolisz robić własną sztukę. Żyjemy, kurde, w takich czasach, że każdy ma być self-made manem i odnosić nie wiadomo jakie sukcesy. Nie uważacie, że pokora jest cnotą trochę zapomnianą? Kiedyś spotkałem się z takim przepięknym wytłumaczeniem tego, czym jest pokora, zostało mi w głowie. Że to jest umiejętność zobaczenia siebie w znacznie szerszym kontekście świata, czyli że na przykład nie dojedziesz do pracy, gdyby nie kierowca autobusu, który cię tam zawozi.

Tymek: Od razu mi się przypomina film „Paterson” [w reżyserii Jima Jarmuscha, w którym grany przez Adama Drivera bohater jest właśnie kierowcą autobusu i poetą – przyp. red.].

Bartek: Tak, o tym, że szczęście jest niekoniecznie tam, gdzie wszystkim wydaje się, że może być. Albo ten inny film, który tak Tymek lubisz…

Tymek: „Paryż, Teksas”?

Bartek: Nie, ale też go wyreżyserował Wim Wenders… Czekaj… „Perfect Days”! O czyścicielu toalet w Tokio. O byciu tu i teraz, pielęgnowaniu wdzięczności.

„Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”. Rożynek i Deklewa braćmi w filmie

Skoro już mowa o filmach, skąd reżyserka Emi Buchwald, która obsadziła w was „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”, wiedziała, że jesteście jak bracia? Kiedy się z Emi poznaliście?

Bartek: Najpierw poznałem Maćka Buchwalda [też reżysera, prywatnie męża Emi – przyp. red.], który kojarzył Tymka. Nie wiem, czy to ja Maćkowi wspomniałem, że się przyjaźnimy, a on powiedział to Emi…

Tymek: Po drodze się jeszcze przecięliśmy prywatnie, na spotkaniu towarzyskim. Wtedy Emi widziała nas po raz pierwszy.

Bartek: Tak, to prawda. A potem zaprosiła nas na casting.

Jaką scenę mieliście do odegrania?

Bartek: Bójki?

Tymek: Bójki! Musieliśmy się pobić.

Kiedykolwiek wcześniej się biliście?

Bartek: No właśnie nie. A w każdym razie nigdy na poważnie, może się kiedyś wygłupialiśmy, ale chyba na castingu wypadliśmy dość wiarygodnie.

Zastanawiałam się, jak to możliwe, że w tym filmie o czwórce rodzeństwa wszystkie postaci wypadają tak wiarygodnie. Jakie emocje musieliście uruchomić, grając waszych bohaterów?

Bartek: Ja, grając Benka, skupiłem się na miękkości, nieporadności, dużej potrzebie bliskości. On cały czas potrzebuje pozostałej trójki. Siostry się nim w jakimś sensie opiekują, ze starszym bratem Frankiem nagle traci kontakt. Widzę Benka jako takiego żółwika – tkwi w swojej skorupie, ale przed rodzeństwem odsłania miękki brzuszek.

Choć jednocześnie czuje się przez starszego brata zraniony i porzucony.

Bartek: Jemu się wydaje, że Franek powinien być zawsze obok. Paradoksalnie i jeden, i drugi muszą się od siebie oddalić, żeby właśnie dojrzeć i poznać siebie. Franek może się wydawać okrutny, ale on chce się odciąć od rodzeństwa po to, żeby mogli się potem zbliżyć na innych zasadach, ułożyć to sobie inaczej, dojrzalej, nie tak, jak to sobie ułożyli w dzieciństwie.

Tymek: Tak, choć ja myślę, że Franek jest w jakimś sensie okrutny. Nie robi tego celowo, jest pogubiony, jego odcięcie od rodzeństwa to bardziej ucieczka niż próba uporania się z problemami.

Było coś w graniu Franka czy w ogóle w pracy na planie przy pełnometrażowym filmie, co cię, Tymku, szczególnie zaskoczyło?

Może to, że udzieliły mi się emocje mojej postaci. Gram bardzo smutną postać, noszącą w sobie dużo bólu. I to ze mną na jakiś czas zostało, nie od razu się otrząsnąłem. Swoją drogą, to był też akurat taki moment mojego życia, dużo się wtedy u mnie działo. [do Bartka] Zresztą przecież u ciebie, Bartek, też.

Terapia, lęk i życie „tu i teraz”

W filmie pojawia się postać baśniowego dusiołka. Nie chcę za wiele odkrywać, ale chodzi o ucieleśnienie lęku – złego ducha, zmorę, która siada nam na piersi i nie pozwala oddychać. Wy też, prywatnie, macie swoje dusiołki?

Bartek: Ech, kurczę, oczywiście, że mam, ale chyba nie bardzo chcę o tym opowiadać.

Żeby się to komuś na coś przydało, może powiem tylko, że sposób na mojego dusiołka jest mianowicie taki, że chodzę na terapię. Ponieważ w pewnym momencie doznałem takiego strachu i takiego związanego z nim cierpienia, że bardzo potrzebowałem dowiedzieć się, skąd to się bierze.

Na terapię poszedłem bez wahania, dzięki babci psychoterapeutce jestem oswojony z tematem. No więc poszedłem i wyciągnąłem z podświadomości na powierzchnię różne prawdy o mnie, co pomaga mi teraz lepiej funkcjonować w życiu codziennym i w pewnych konkretnych sytuacjach. Taaa, chyba właśnie streściłem w jednym zdaniu, czym terapia jest [śmiech]. W każdym razie, polecam.

Tymek: Namówiłeś [śmiech]!

Jak Bartek mówi, że ma swojego dusiołka, który na nim siedzi i nie pozwala oddychać, to ja doskonale wiem, o co mu chodzi – miałem do czynienia z różnymi dusiołkami i próbowałem sobie z nimi radzić sam. Akurat w tym momencie nie mam w sobie specjalnie dużo lęku. Co jest nowym doświadczeniem, bo wcześniej lęk zawsze gdzieś we mnie był. Myślę, że ma to związek m.in. z czymś, co było z założenia ciekawostką, eksperymentem, chciałem spróbować nowego doświadczenia. Przestałem w ogóle pić alkohol, ot tak, z dnia na dzień, nie myśląc o tym, jakie to może mieć konsekwencje. I żyje mi się lepiej. Mam zdecydowanie niższy poziom lęku w sobie, jak nie piję.

Mówiliśmy o pokorze. Ostatni rok to dla mnie właśnie rok pokory. Patrząc na parę ostatnich lat mojego życia, miałem okazję skonfrontować się ze skrajnie różnymi doświadczeniami.

Dowiedziałem się, jak to jest mieć dużo pieniędzy, choć wcześniej nigdy się ich nie miało. I co to znaczy, kiedy byłeś interesujący dla garstki przyjaciół i było to dla ciebie najwyższą wartością, a nagle ludzie, którzy w ogóle się tobą nie interesowali, uważają każde twoje zdanie za święte i każdy twój wybór za właściwy.

Potrzebowałem zawodowej przerwy, podjąłem świadomą decyzję zatrzymania tego pędzącego pociągu. Musiałem się uwolnić od różnych wizji samego siebie, które na siebie projektowałem i które generowały ogromne ilości lęku. Chciałem się odciąć od nieprawdziwego życia, które nie ma nic wspólnego z byciem tu i teraz. Zobaczyłem, że zgubiłem gdzieś po drodze przyjemność z robienia rzeczy, które kocham. Dlatego rozmawiamy teraz w tym miejscu, bardzo dla mnie ważnym. Tutaj mam swoją pracownię, tu maluję, i to są najprzyjemniejsze momenty w ciągu mojego dnia, a przynajmniej są w czołówce najprzyjemniejszych momentów.

Na początku naszej rozmowy padło sformułowanie, że już dawno marzyliście, żeby wystąpić wspólnie w filmie. Dawno, to znaczy od kiedy?

Tymek: To ja może wyjaśnię, że niedaleko domu rodzinnego Bartka była – nadal jest – górka. Organizowaliśmy tam sobie jako dzieciaki ogniska. I na tej górce my dwaj, tacy starzy maleńcy, prowadziliśmy poważne rozmowy o przyszłości. Patrzyliśmy gdzieś hen daleko i mówiliśmy sobie: ja będę muzykiem, a ja aktorem. To właśnie wtedy musiało paść to zdanie – tak, na pewno to było wtedy – że kiedyś razem zagramy w filmie.

A czy któryś z was zapamiętał ten pierwszy moment, kiedy jeden pomyślał o drugim, że fajnie byłoby się kumplować?

Bartek: Mam w głowie takie wspomnienie, jak poszliśmy do Tymka grać na kompie. Tymek miał fajny komputer, u mnie był beznadziejnie słaby internet. Wzięliśmy ze sobą dwulitrowego sprite’a, którego otworzyłem tak, że wybuchł i wylał się na klawiaturę. Pamiętam, że mieliśmy z tego po prostu potężną bekę. A może to był ten moment, kiedy zaczęliśmy chodzić razem na kosza? Tymek był wkręcony w koszykówkę, znał dobrze wszystkie najważniejsze drużyny, sam też grał. I ja któregoś dnia poszedłem za nim. Oczywiście to lubiłem, ale chodziło raczej o to, żeby wspólnie spędzać czas.

Pytałam, czym jest dla was braterstwo. Myślę, że w najbardziej powszechnym, mocno stereotypowym wyobrażeniu, brata się kocha, a przyjaciela bardzo lubi. Jak jest u was? Można powiedzieć, że się kochacie?

Tymek: Tak, jasne, że tak. To właśnie jest miłość.

Tymoteusz Rożynek, raper, piosenkarz i autor tekstów. Laureat Fryderyka (2023) w kategorii Album roku hip-hop za płytę „8171”. Jego debiutancki album „Polska Floryda” (2021) zdobył status platynowej płyty.

Bartołomiej Deklewa, aktor. Do jego najgłośniejszych ról należą te w serialu „Absolutni debiutanci” i w filmie „Światłoczuła”. „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” pojawił się w polskich kinach 13 marca.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE