1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Filmy
  4. >
  5. Cannes 2026: Moralność Thomasa Manna. „Ojczyzna” Pawlikowskiego to opowieść o stanie ojczyźnianego zawieszenia [Recenzja]

Cannes 2026: Moralność Thomasa Manna. „Ojczyzna” Pawlikowskiego to opowieść o stanie ojczyźnianego zawieszenia [Recenzja]

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
„Ojczyzna” („Fatherland”) Pawła Pawlikowskiego był zapowiadany jako film drogi. Przez zrujnowane wojną Niemcy, z amerykańskiego Frankfurtu, do sowieckiego Weimaru. Jednak droga zamiast prowadzić nas po zbombardowanych ulicach, wiedzie raczej przez moralne wypaczenie, wąsko, pomiędzy sprzecznymi interesami urzędasów. Pomiędzy ambicją wielkiego pisarza, a ludzką przyzwoitością.

Zamiast kina drogi, dostajemy kino salonowe. Thomasa Manna i jego córkę Erikę (Hanns Zischler i Sandra Hüller) obserwujemy głównie na wystawnych przyjęciach, organizowanych na cześć noblisty powracającego z emigracji w Kalifornii, jego osiągnięć, a tym samym budowanej od zera niemieckiej reputacji. Zabawiający gości dziecięcy chór śpiewa o pokoju, ale wojna wciąż trwa, tylko teraz na zimno, nad szampanem i kawiorem, w cygarowym dymie.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Po stronie amerykańskiej, w duchu kapitalizmu, każdy toczy własną walkę. Goście pocą się nad kołnierzami smokingów przy wybielaniu swojej niedawnej przeszłości, licytacjach wzajemnych przewinień i przeciąganiu historycznej liny. Po stronie sowieckiej starania są kolektywne. Teza nowych Niemiec jest już gotowa, trzeba tylko z gracją, przy pełnym przepychu obiedzie, odkroić wszystko, co do niej nie pasuje. Dokładnie na środku, pomiędzy Zachodem, a Wschodem, dwoma wadliwymi ustrojami, Thomas Mann ze swoją wizją „dobrych Niemiec” wpada w tożsamościową dziurę.

Ci którzy spodziewają się pogłębionej biografii noblisty mogą wyjść z kina zawiedzeni. Życie Manna jest tutaj jedynie punktem wyjścia, by opowiedzieć o stanie ojczyźnianego zawieszenia i wynikającej z niej obojętności. Pisarz nie popiera żadnej ze stron, ale też nie mówi „nie”. Cieszy uszy brawami, przyjmuje nagrody, kolejne zaproszenia i zaszczyty, zasiada do stołu i daje się fotografować z aparatczykami władzy. W upychaniu niewygodnych tematów poza kadrem swojej świadomości dostrzegam podobieństwo do innego canneńskiego filmu. Tak jak w „Strefie interesów” kamera jest skierowana na burżuazję, ale prawdziwa historia rozgrywa się tam, gdzie wzrok nie sięga. U Jonathana Glazera bohaterowie zaprzedają duszę za awans społeczny, u Pawlikowskiego, choć tematy klasowe też są poruszane, waży się przede wszystkim odpowiedzialność moralna artysty.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Próba pozostania neutralnym sprawia, że Thomas Mann nie jest już autorytetem, a przerzucaną między Frankfurtem i Weimarem marionetką. Polski reżyser podkreśla bezosobowość pisarza, oddając go w ręce córki. Erika wozi tatę, goli go, poprawia jego przemówienia, czyta listy. Jest jego uszami i oczami, żeby on mógł pozostać ślepy.

Niecałe półtorej godziny to odświeżający metraż wśród często przydługich festiwalowych seansów. Pawlikowski jest mistrzem kondensowania złożonych historii. Jednym spojrzeniem, krótkim dialogiem opowiada o tematach, których nie da się zawrzeć w pojedynczym zdaniu. W sedno trafia dystansując się emocjonalnie od swoich bohaterów. Podobny chłód był obecny w poprzednich częściach powojennej trylogii Pawlikowskiego, ale pod czernią i bielą wciąż buzowały emocje. W „Fatherland” dysocjacja jest znacznie mocniejsza. Może dlatego nie porusza na równi z „Idą” czy „Zimną wojną”. Erika zamknięta w trójkącie miłosnych powinności – między swoim ojcem, a bratem, Klausem Mannem (August Diehl), jest fascynującą bohaterką, z którą chciałoby się zostać trochę dłużej.

Kino polskiego reżysera nie traci jednak urody. Zaklęte w czasie zdjęcia Łukasza Żala hipnotyzują, na twarz Sandry Hüller mogłabym gapić się godzinami. Jednym ze stałych komponentów filmowego języka Pawlikowskiego jest także muzyka. O zagubionej tożsamości opowiada poprzez przyśpiewki ludowe, niepokojąco zgodne wojskowe i dziecięce chóry, które przywodzą na myśl „Tommorow Belongs to Me” z „Kabaretu” Boba Fosse, mimo że teoretycznie jest to już całkiem nowa rzeczywistość. W jego uniwersum musi też obowiązkowo pojawić się Joanna Kulig, której kojący głos kontrastuje z politycznym obłędem. Esencję „Fatherland” wyraża zmiana stacji radiowych gdy bohaterowie jadą samochodem, tuż przy granicy. Pomiędzy propagandową pieśnią, ale amerykańskim swingiem jest tylko cisza.

Czytaj także: „Fatherland” Pawła Pawlikowskiego dostał 6-minutowe owacje na stojąco w Cannes. Jakie szanse ma film na wygranie Złotej Palmy?

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE