1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Katarzyna Butowtt: „Dałam świadectwo tego, że można się odwrócić od rodziny, nie wynosić na piedestał zmarłych”

Katarzyna Butowtt: „Dałam świadectwo tego, że można się odwrócić od rodziny, nie wynosić na piedestał zmarłych”

Katarzyna Butowtt (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)
Katarzyna Butowtt (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)
Psycholożka i terapeutka Fundacji Dr Clown, rozpoznawalna modelka i aktorka Katarzyna Butowtt złamała największe społeczne tabu. W napisanej z Wiktorem Słojkowskim książce „Oddycham, odkąd moi rodzice umarli” opowiedziała o domu pełnym przemocy, przekonując, że ani miłość, ani szacunek nie należą się tym, którzy krzywdzą. Dla wielu stała się lustrem, dzięki niej odważyli się nazwać swoje emocje.

Spis treści:

  1. Katarzyna Butowtt o swojej książce i reakcjach czytelników
  2. Katarzyna Butowtt: „Nic nie mówiłam, bo nie chciałam współczucia”
  3. Czytelniczka: „To było nam wielce potrzebne”
  4. Katarzyna Butowtt o przemocy i uzależnieniu w rodzinie
  5. Katarzyna Butowtt o aktorstwie i uwalnianiu emocji
  6. Kiedy dziecko staje się odpowiedzialne za rodzica
  7. „Moda nigdy mnie nie interesowała”. Katarzyna Butowtt o pracy modelki
  8. Katarzyna Butowtt: „Całe życie żyje się z upokorzeniem”

  • W rozmowie z Remigiuszem Grzelą Katarzyna Butowtt opowiada o przemocy w domu, współuzależnieniu i o tym, dlaczego nie wybaczyła rodzicom.
  • „Bite dziecko musi przestać myśleć, że to jego wina” – dodaje Katarzyna Butowtt, wspominając o traumie, która wracała przez całe życie.
  • Jak dodaje: „Nie muszę być lubiana”. Odpowiada, wyjaśniając, dlaczego postanowiła przestać chronić rodzinne tajemnice.
  • Modelka i psycholożka opowiada również o swoim życiu zawodowym – zaczynając od wybiegów, a kończąc na szpitalnych korytarzach i wolontariacie w Fundacji Dr Clown.
  • „Całe życie żyje się z upokorzeniem” – przyznaje Katarzyna Butowtt i opowiada o próbie odzyskania poczucia własnej wartości.

Katarzyna Butowtt szczerze mówi także o modelingu, aktorstwie i książce „Oddycham, odkąd moi rodzice umarli”, która wywołała poruszenie wśród czytelników.

Wywiad ukazał się w magazynie „Zwierciadło” 04/2026

Katarzyna Butowtt o swojej książce i reakcjach czytelników

Remigiusz Grzela: Chciała pani coś zmienić w społeczeństwie?

Katarzyna Butowtt: Na pewno był to główny powód, może jedyny, bo opowiadać o sobie za bardzo nie chciałam. W końcu nic aż tak ciekawego w życiu nie zrobiłam. Na spotkania o książce przychodzi bardzo wielu ludzi, odnajdują siebie w moim dzieciństwie.

Zdecydowałam się na coś, co nie było powszechne. Że nie będę mówić dobrze o rodzicach, nie będę ich dobrze wspominać, nawet nie mam na to ochoty.

Więcej ludzi reaguje pozytywnie?

Nie „więcej”, wszyscy. Ci, którzy nawiązują ze mną kontakt, utożsamiają się z moją historią. W metrze, w tramwaju. Ostatnio zaczepiła mnie pani w sklepie. „Walczyłam ze sobą, czy do pani podejść. Jestem prawniczką, karnistką. A nie umiałam poukładać własnej sprawy”. Dzięki mnie zrozumiała, że może myśleć źle o własnej matce. I zamieniła w telefonie wizytówkę „mama” na „pieprzyć Inowrocław”, bo stamtąd pochodzi. Zdecydowała więcej nie spędzać z nią świąt.

Panią te reakcje zaskakują?

Już nie. Spodziewałam się, że to problem uzależnienia wywoła odzew. Jednak o tym się już trochę w Polsce mówiło, temat jest oswojony. Ale chyba nikt tak otwarcie nie mówił o swoim dzieciństwie. O tym, jak je zniszczyli rodzice. I że im nie wybaczy. Dotąd mówiło się, że to albo niezręczne, albo nie wypada, albo nie chcemy mówić źle, bo to także w nas bije.

Katarzyna Butowtt i Remigiusz Grzela (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films) Katarzyna Butowtt i Remigiusz Grzela (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)

Katarzyna Butowtt: „Nic nie mówiłam, bo nie chciałam współczucia”

Rozmawiając z Wiktorem Słojkowskim, była pani gotowa powiedzieć wszystko?

Wiedziałam, co chcę powiedzieć. Powiedziałam nawet trochę więcej niż to, co się ukazało. Te rozmowy wiele mi uświadomiły.

Że nie jest pani ofiarą? Nie opowiada pani z tej pozycji.

Nigdy wcześniej o tym nie mówiłam, nikt o moim dzieciństwie i mojej młodości nie wiedział, właśnie dlatego, żebym nie czuła się ofiarą. Bo bite dziecko, nawet po latach, musi w sobie znaleźć siłę, żeby przestać myśleć, że to jego wina.

Nie mówiłam, bo nie chciałam współczucia, rozmów na ten temat. Wypieramy zło dla własnego zdrowia. Stąd brało się moje chorowanie.

Ta książka na pewno dała mi poczucie sprawczości. Piszą do mnie terapeuci, że oddychają z każdym pacjentem. Polecają książkę albo ją cytują.

Dała pani świadectwo?

Tak, dałam świadectwo tego, że można się odwrócić od rodziny, nie wynosić na piedestał zmarłych, choć się utarło, że o zmarłych się źle nie mówi. Z wiekiem stwierdziłam, że będę mówiła to, co myślę, bez kombinowania i przymilności. Nie muszę być lubiana.

Nie chciała pani się dłużej czuć tą laleczką, którą mama wymyśliła sobie dla dekoracji?

I się nią nie czuję.

Czy ta książka to jest też pani rozmowa z rodzicami, z siostrą?

Na pewno nie.

Czytelniczka: „To było nam wielce potrzebne”

Za ich życia nie powiedziała im pani, co czuje, ani nie zarzuciła im tego, co pani zrobili?

Powiedziałam mamie, już po śmierci ojca. Siostrzenica broniła kiedyś mojego ojca: „Dziadek nie chciał”. Okej. Dla niej to był cudowny, słodki dziadek. Dla mnie kiedyś taki sam był mój dziadek. Aż zaszantażował mnie, że pobije mojego psa za moje zachowanie. I bił siostrę mojej mamy. Tak samo jak ja moja siostrzenica nie była w stanie zrozumieć, że dziadek coś złego chciał powiedzieć. Po prostu mnie deprecjonował na rodzinnym spotkaniu. Dziecko niczego nie oczekuje, jest bezbronne i chłonie jak gąbka, dobro albo zło.

Jakaś pani napisała do mnie, że bardzo mi dziękuję za książkę. Jej małżeństwo wisiało na włosku, bo mąż nie poprzerabiał tego, co się wydarzyło u niego w domu. Napisała: „Mój mąż czyta i płacze. To było nam wielce potrzebne”.

Ona też lepiej rozumie, co się z nim działo.

A mój mąż na przykład nic nie wie. Nie wie i nie chce wiedzieć…

Nie czytał tej książki?

Nie czytał, nie ogląda podcastów na jej temat, nie czyta wywiadów. Mówi, że to dla niego niezrozumiałe, bo jest z rodziny serdecznej, pełnej akceptacji, wspierającej. Będącej przeciwieństwem mojej. Jest pewnym siebie facetem, wiadomo, skąd się to bierze. Nazywam go plasterkiem na całe zło.

Dlaczego nie chce wiedzieć?

Odpowiem pokrętnie. Reżyser Blaise Grisson, mieszkający w Gwatemali, u którego niedawno zagrałam w filmie „No pasado, no futuro, solo verbos” [Bez przeszłości, bez przyszłości, tylko czasowniki] i któremu wysłałam książkę, odpisał, że tak bardzo nie chce jej czytać, bo nie chce, żeby ktoś mnie krzywdził. Mój mąż był świadomy moich relacji z rodziną, wiedział, że można mnie bardzo łatwo skrzywdzić. I chronił mnie, jak mógł.

Jedyna osoba, którą ta książka mogła zaboleć, to pani siostrzenica. Rodzice nie żyją, pani siostra też.

Właściwie za jej namową to opowiedziałam. Siostrzenica czytała rozdziały jako pierwsza. Ale też myślałyśmy, że alkoholizm jej matki będzie tym bulwersującym czytelników tematem. Nie jest, chociaż jestem zapraszana na konferencje o współuzależnieniu.

Katarzyna Butowtt o przemocy i uzależnieniu w rodzinie

Czuła się pani współuzależniona?

Oczywiście, z moim pierwszym mężem i z siostrą. Tkwiłam w tym 40 lat, długo.

Pisze pani, że była na każde zawołanie siostry, o każdej porze dnia i nocy. Często jechała do niej z ojcem. Próbował coś ratować po latach katowania was?

Nie. To pochodna dulszczyzny. Jak się coś złego dzieje, trzeba pojechać i posprzątać, uładzić sprawę. Żeby ludzie nie mówili. Kto go wysyłał? Mama, która w tym czasie siedziała z drinkiem w ręku.

Mama, która nie reagowała, jak was w dzieciństwie bił. Uciszała was, żeby sąsiedzi nie wiedzieli. Ojca pani rozlicza ostro, wobec mamy jest pani bardziej wyrozumiała?

Wręcz przeciwnie. Ojcu mogłabym ewentualnie wybaczyć, a mamie nie. To, co robiła, było pokrętne, była współwinna wszystkiego. Bo świadoma. Natomiast Blaise Grisson, jak w końcu książkę przeczytał, powiedział, że zaczął rozumieć trochę tę mamę. Że to, czego doświadczała w domu, gdzie była niewidzialna, taka cichutka, żeby nie oberwać, zagłuszała później alkoholem. Jej ojciec bił jej siostrę, która mając 15 lat, uciekła na roboty do Niemiec, a ona ratowała się milczeniem.

Pani zrozumiała siebie z dzieciństwa, opowiadając tę historię?

Zawsze siebie rozumiałam. Miałam ze sobą bardzo dobry kontakt i mam dalej, bo siebie lubię. Nie mam do siebie żadnych zastrzeżeń.

Byłam supermiłą, grzeczną, słodką, bardzo dzielną Kasią. Ale moje dzieciństwo to były lata 60., było przyzwolenie na przemoc. Nikt nie patrzył albo jak patrzył, to nie widział. To komu ja się miałam skarżyć?

Katarzyna Butowtt o aktorstwie i uwalnianiu emocji

Jest taka scena w filmie „Jezioro Słone”, w której grana przez panią Helena przeraźliwie krzyczy w obecności męża, do niego, przeciw niemu, decydując się zmienić życie. Łatwo było pani z siebie wydobyć ten krzyk?

To teraz będzie pan musiał zobaczyć mój następny film. Tak strasznie wrzeszczę...

Na planie „Jeziora Słonego” uświadomiłam sobie, że ten mąż bardzo moją bohaterkę poniża, sekuje. Mówi: „Dziecko, ty nigdy nie przepracowałaś jednego dnia, co ty wiesz?!”. I nagle zdałam sobie sprawę, że grając, wlazłam w małżeństwo moich rodziców.

Ten wrzask był moją niezgodą na to. Po tej scenie uciekłam na pomost. Reżyserka Kasia Rosłaniec wiedziała, że musi poczekać, aż dojdę do siebie.

Bo to był pani krzyk?

Tak.

Pierwszy raz pani krzyczała?

Tak. Ja w ogóle nie podnoszę głosu. Nie lubię, jak ktoś mówi podniesionym głosem, od razu się cała kulę. I teraz w filmie w Gwatemali znów wrzeszczałam jak opętana. Grałam matkę alkoholiczkę. Jedzie po ciało syna, architekta, który tam zginął na budowie. Nie zdążyła się z nim pogodzić, chyba też tego nie chciała. Usiłuje go ściągnąć do Polski, choć on chciał być tam pochowany. Jest pogubiona, nagle wszystko na nią spadło. Sama wymyśliłam sobie tę scenę. Wychodzę z przyjęcia z kieliszkiem, na wielkim tarasie nikogo nie ma, dopala się ogień w palenisku, rzucam kieliszkiem w ogień i wrzeszczę, ale tak strasznie wrzeszczę, że aż ekipę zatkało.

I to znowu był prywatny krzyk?

Był mój. Za chwilę wychodziła książka. Stale miałam telekonferencje z wydawnictwem. Nawet chciałam się wycofać z jej wydania, bo bardzo się wystraszyłam. Przeszłość wracała. Ale było już za późno, książka szła do druku...

Na szczęście jestem wielozadaniowa, wiedziałam, że muszę wstać o czwartej rano, bo w następnej scenie będę się gramoliła na wulkan, żeby się tam pożegnać z synem. Wiedziałam, że to się wszystko musi poukładać. Więc niech tak będzie, niech się spełni – myślałam. Reżyser, obsadzając mnie, nie znał mojej historii. Nie znał „Jeziora Słonego” ani tytułu mojej książki. Tymczasem Ewelina Flinta napisała dla mnie do tego filmu piosenkę „Oddycham”, bo gram gwiazdę z lat 90. Kiedy się o tym dowiedziałam, pomyślałam, że to chichot losu.

Już pani oddycha?

Mam nadzieję.

Kiedy dziecko staje się odpowiedzialne za rodzica

Dotąd nieustannie była pani dorosłym dzieckiem ratownikiem. Ogarniała pijącą siostrę. Zajmowała się umierającym ojcem. Bez sporu ze sobą?

Taka jest moja natura. Mam naturę wojownika... od zawsze. Opowiadała mi ciotka, siostra mojej mamy, że biegając na podwórku, zawsze opiekowałam się innymi dziećmi. Jeśli któreś się przewróciło, ocierałam mu kolano. Więc w sumie powinnam mieszkać na wsi i mieć dużo dzieci. Mówiła, że byłam serdecznym i pogodnym dzieckiem, co jakiś czas przybiegałam do mamy, żeby się przytulić.

I mama pozwalała?

Ciotka siedziała, ludzie widzieli. Powiem szczerze: ja nie kojarzę, żeby tak było. Chciałam, ale bałam się rodziców, więc nie garnęłam się do nich. Kiedy rodzice byli starsi i bezradni, miałam w sobie potrzebę, aby im pomóc. Moja siostra nie. Mówiłam, że jadę do chorej mamy, a ona pytała, po co. „A o czym ty z nią rozmawiasz?” „Siedzę z nią”.

Siostra była w tym silniejsza?

Nie. Odcinała się alkoholem, żeby nie myśleć. Tylko tak sobie radziła.

Wiedziała pani, że nie uratuje siostry?

Zawsze liczymy na cud. W końcu postawiłam granicę. Poprosiłam, żeby się do mnie nie odzywała, jeśli nie zacznie się leczyć. Karała mnie, udając, że mnie nie poznaje na ulicy, odwracała się. I się już nie odezwała.

Ją pani kochała?

Na swój sposób tak.

Była trzy lata starsza, ale to ja ją chroniłam. Nie była dla mnie ani obroną, ani pocieszeniem. Kiedy wrzeszcząc na mnie, trzasnęła drzwiami tak, że wyleciała z nich szyba, wzięłam żyletkę i pocięłam sobie dłoń, żeby powiedzieć rodzicom, że to ja zbiłam.

Dlaczego? Ona mi się wydawała zawsze bardziej krucha, eteryczna. Zaczytana mała dziewczynka. W takim domu coś jest ratunkiem? Nic. Pytał pan o moją potrzebę ratowania innych… Kiedy moja siostra dowiedziała się, że poszłam jako wolontariuszka do Fundacji Dr Clown, napisała mi SMS-a: „Co teraz? Będziesz, kurwa, chciała, żeby mówili o tobie, że jesteś pierdolona matka Teresa”.

„Moda nigdy mnie nie interesowała”. Katarzyna Butowtt o pracy modelki

A pani wolała być klaunem niż modelką?

Rozmawiałam z jedną z przyjaciółek, z którymi studiowałam psychologię. Powiedziała: „Ty się zastanawiasz, bo tam dzieci umierają?”. Zastanawiałam się, czy dam radę wyjść przed nie, żeby je rozśmieszać. Po studiach miałam praktyki w przedszkolu z dziećmi z porażeniem mózgowym. Jego dyrektorka powiedziała, że czeka na mnie z otwartymi ramionami, bo jak mało kto się nadaję do tej pracy. I ja to czułam, i dzieci czuły, i personel czuł. Natomiast co ja robiłam? Najgłupszą rzecz na świecie, czyli modę, reklamy. To było życie bez sensu. Choć chyba nie bez sensu, bo teraz załatwiam dla fundacji wiele spraw dzięki temu, że jestem rozpoznawalna. Ale zdarzało się, że ktoś pisał: zamieniła wybiegi na korytarze szpitalne. Więc dawałam radę wychodzić przed te dzieciaki przez 10 lat, kilka razy w tygodniu. Rozmawiałam z ciężko chorymi, bardzo długo, bardzo poważnie i bardzo niepoważnie.

Psychologia dała pani narzędzia?

Nie wiem, czy na to się można przygotować. Nie ma gotowego scenariusza, jak wygląda wejście do szpitala, bo dziecko można spotkać już w korytarzu bądź w pokoju, jest rodzic, dziadek, jest puste łóżko, dziecko na operacji, inne wymiotuje...

Wchodzi pani i co robi?

Mówię: „Klauna nikt nie zamawiał, sam przyszedł”. No i miałam sztucznego gila, najczęściej chodziłam i kichałam z tym wiszącym gilem. Dzieci wrzeszczały, wiadomo, la, la, la. No i byłam Doktor Guzik, wymyśliłam sobie klauna, któremu nic nie wychodzi, a dzieci lubią klauna nieudacznika, więc na tym patencie jechałam.

Albo wchodzę do sali, leży wielki młody facet, myślę, że śpi. Macham jego mamie przez szybę, czy mogę zostawić nasze atrybuty klaunowskie, ona otwiera i mówi: „Proszę wejść, Grzesio jest w śpiączce”.

No więc wiadomo, stoję z mamą i rozmawiam długo, długo, długo, bo nie wyjdę. Trzeba być bardzo mocnym, żeby przez to przejść. A ja czekałam na następny raz, chciałam jeszcze więcej.

Bo dawała pani jasność w tym smutnym dzieciństwie?

Odrobinę normalności. Miejsce dziecka jest na placu zabaw, nie w szpitalu. Dzieci chorują doroślej niż rodzice. I doroślej umierają. Śmierć dziecka jest dla mnie niewyobrażalna.

Naprawdę pani tak się odcina od tamtego świata, od modelingu? Była pani w samym jego środku.

Nigdy nie byłam całkiem w środku. Bardzo się cieszyłam, mogąc poznać wielu wspaniałych ludzi. Barbarę Hoff, Grażynę Hase, Jerzego Antkowiaka, Wowo Bielickiego. Modę Polską i jej barwne postaci. Hoff podpisywała swoje modelki w „Przekroju” i ciągle jej się myliło moje nazwisko, bo pracowałam pod panieńskim, potem nazwiskiem pierwszego męża, drugiego. Usłyszałam: „Mężów można zmieniać, ale nazwiska nie”. Niedawno czytałam książkę Janusza Głowackiego, kurczę, ja z nim piłam wódkę w SPATIF-ie jako gówniara. Gdyby nie moda, nie miałabym możliwości być wśród tych ludzi, czego wtedy chyba nie doceniałam.

Bo to nie był pani świat?

To nie była moja bajka, nigdy. Zawsze byłam wywrotowcem. Grażyna Hase kazała nam na przykład jakoś ułożyć włosy, a ja długie obcinałam na całkiem krótkie pomiędzy pokazami. Kazała mi stale mówić do siebie: pani Grażyno. To była najgorsza kara. Ciągle przechodziła ze mną na „ty” i to odwoływała. Moda to branża numer 3 na świecie, po farmacji i zbrojeniówce, co jest dla mnie absurdalne. Byłam w tym z rozpędu. Miałam 15 lat, kiedy Tomek Sikora zwrócił na mnie uwagę i zrobił zdjęcia. Już w tym zostałam. To nie był mój świadomy wybór.

Nie była pani szczęśliwa?

W modzie? Było mi to obojętne. Traktowałam ją zarobkowo.

Frajdą były podróże, byli ludzie, ale moda nigdy mnie nie interesowała i nie interesuje. Nie lubię się stroić, przebierać. Zamiast błyszczeć, wolę się odcinać. Zawsze miałam swój wewnętrzny świat. Musiałam się jakoś ratować. Wolę siedzieć w książkach, rozkminiać poezję Norwida, którego kocham nad życie.

W „Jeziorze Słonym” moja dojrzała bohaterka wchodzi do świata mody. Mnie też pytano: „No, to chyba teraz pani wróci, bo wszystkie siwe już są w modzie”. „I niech sobie wszystkie siwe będą. Ja nie muszę”. No, ale potem pomyśla - łam: a może zobaczę? Chociaż już mnie to średnio bawi. Ktoś mówi: „Byłaś znana, kochana”. Odpowiadam: „I co z tego?”.

A piękno?

I co z tego? Mogę się zachwycać obrazem, ale tylko dlatego, że myślę o tym, jak został stworzony.

Katarzyna Butowtt: „Całe życie żyje się z upokorzeniem”

Jak długo żyje się z upokorzeniem?

Całe życie. Bo jak siebie przekonać, że naprawdę jestem wartościowa? Próbuję to sobie uświadomić krok po kroku. Także na spotkaniach z czytelnikami. Zdarzają się rozmowy przy całej sali, jak w grupie terapeutycznej. To jest oczyszczające, bo próbujemy siebie wzajemnie wyrwać z pętli smutku. To mi dużo daje, ale potem bardzo źle śpię. Następnego dnia idę do pociągu w Zduńskiej Woli, Międzyzdrojach, Rybniku, jakaś pani rzuca mi się na szyję i mówi, że przepłakała całą noc.

Nie mogę się nadziwić, że ta smutna historia mnie w życiu spotkała. Wiem, że oczywiście najgorszy psycholog powie: inni mają gorzej. Ale dla każdego z nas własny problem jest tym największym. Ja swój chyba umniejszałam, umniejszam nadal.

Ale to silna kobieta uratowała tamtą dziewczynkę.

Bo bezwolność i bezradność czynią z człowieka upadłego anioła. Cały czas mam przed oczami siostrę, która się nie uratowała. I ona tak strasznie epatowała tym, co ją spotkało.

Czcić ojca swego i matkę swoją?

Czcijmy, ale tych naprawdę dobrych rodziców. Nie potwory.

Granej przez siebie bohaterce gwatemalskiego filmu dała pani jasność?

Tak, o tak. Dałam ludzką twarz temu potworowi.

Dlaczego?

No właśnie, dlaczego?

Katarzyna Butowtt, modelka (prezentowała m.in. kolekcje Barbary Hoff, Grażyny Hase, Jerzego Antkowiaka), psycholożka, wolontariuszka i rzeczniczka Fundacji Dr Clown. Zagrała w kilku filmach, m.in. główną rolę w „Jeziorze Słonym” w reż. Katarzyny Rosłaniec, a ostatnio w polsko-gwatemalskim „No pasado, no futuro, solo verbos” w reż. Blaise’a Grissona. Z Wiktorem Słojkowskim wydała książkę „Oddycham, odkąd moi rodzice umarli” (Wydawnictwo Luna). Nominowana przez „Wysokie Obcasy” do tytułu Superbohaterki 2025.

Remigiusz Grzela w cyklu swoich rozmów prezentuje osoby, które mają odwagę, znajdują siłę i zmieniają świat. Autor książki „Poszukiwany Franz Kafka”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE