26 lat temu, po tragicznej śmierci matki, mała Zeinab Hashmat-Pache i czworo jej rodzeństwa trafili do domu dziecka, a ich ojciec Egipcjanin został oskarżony o przemoc. Historią tej rodziny żyła cała Polska. Nikt jednak nie słuchał przerażonej dziewczynki, dlatego teraz Zeinab w swojej książce oddaje jej głos.
- Zeinab Hashmat-Pache, córka Polki i Egipcjanina, w książce „Córka dwóch światów” opowiada o tym, jak wyglądało jej dzieciństwo, naznaczone przemocą ze strony ojca.
- Po śmierci matki, bitej przez swojego męża, mała Zeinab czuła się zobowiązana do przejęcia opieki nad młodszym rodzeństwem.
- Dziewczynka została w Polsce, w domu dziecka, jej rodzeństwo trafiło do ojca, lecz ona nigdy nie zrezygnowała z walki o lepsze życie dla nich.
- Autorka „Córki dwóch światów” wyjaśnia również w wywiadzie, dlaczego postanowiła napisać książkę o swoich doświadczeniach. Jak podkreśla: „Chciałam dać małej Zeinab poczucie sprawczości, bo nie ma nic ważniejszego niż to, żeby móc głośno powiedzieć o swojej krzywdzie i być wysłuchanym”.
Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 02/2026.
Izabela Nowakowska-Teofilak: Gwałtowne wyrwanie z domu egipskich dziadków, w którym byłaś kochana, przeprowadzka do Polski, przemoc ojca, śmierć mamy, dom dziecka, rozdzielenie z rodzeństwem. Twoje dzieciństwo jest pełne niesamowicie trudnych wspomnień. Co sprawiło, że postanowiłaś do nich wrócić, przeżyć to wszystko jeszcze raz, pisząc książkę „Córka dwóch światów”?
Zeinab Hashmat-Pache: Tak naprawdę cały czas niosłam w sobie tę historię, ale kiedy w 2015 roku za pomocą mediów społecznościowych odnalazłam w Egipcie rodzeństwo, z którym zostałam rozdzielona jako dwunastolatka, wszystko to, co przeżyłam, wróciło do mnie ze zdwojoną siłą. Do wspomnień doszły opowieści sióstr i brata, którzy w Egipcie pod opieką ojca mieli koszmarne dzieciństwo. Część z tego, czego doświadczyli, była mi znana, bo jako najstarsza, pierwsza poznałam bezwzględną przemoc ojca.
Miałam niespełna cztery lata, kiedy zostałam wyrwana z domu egipskich dziadków, którzy dali mi mnóstwo miłości, wolności i zwykłej dziecięcej radości. Rodzice, o których istnieniu nie miałam dotychczas pojęcia, zjawili się znienacka, nie widziałam, kim są i dlaczego zabierają mnie z miejsca, w którym czuję się bezpiecznie.
Później, po przeprowadzce do Polski, kraju mamy, zaczęła się regularna przemoc, wieczne obowiązki, a później odpowiedzialność za rodzeństwo. Tak zwana normalność była incydentalna, chwilowa, bardzo ulotna, bo niemal wszystko mogło wyprowadzić ojca z równowagi.
Co było pierwszym przełomem w tej – jak mówisz – tak zwanej normalności?
Kiedy mama trafiła do szpitala, w którym zmarła po trzech miesiącach, miałam osiem lat i byliśmy już w domu dziecka. Początkowo, przerażona tą nową sytuacją, broniłam ojca, ale później zrozumiałam, że kiedy do niego wrócimy, możemy skończyć jak mama. I to był moment, w którym za wszelką cenę postanowiłam walczyć o siebie i o swoje rodzeństwo, ale niestety nikt nie słuchał kilkulatki.
Tym bardziej że jedyną moją sojuszniczką w tej walce była babcia od strony mamy, której oskarżenia zawsze miały podtekst rasowy i religijny, łatwo więc było zarzucić jej zwyczajny rasizm i niechęć do zięcia Egipcjanina.
Natomiast ojciec był dobrym aktorem i dość szybko przekonał do siebie wielu ludzi, autorytety, również z mediów. Taki elegancki, uroczy mężczyzna o nienagannych manierach, złamany bólem po stracie żony. Artysta, fotograf, poważny człowiek, który wykładał sztukę na uniwersytecie w Stanach Zjednoczonych. Jak ktoś taki mógłby bić do utraty przytomności, przypalać, zamykać, katować?
Ostatecznie pozwolono mu zabrać dzieci do domu. Ja jednak postanowiłam wtedy zostać w domu dziecka. Robiłam wszystko, by ratować rodzeństwo, ale nikt nie wierzył małej Zeinab, dlatego po latach postanowiłam oddać jej głos, chciałam pokazać tę historię z perspektywy tego, co przeżyła, żeby jej prawda o tym, co działo się w naszym domu, wybrzmiała. To było dla mnie bardzo ważne i uwalniające.
Co się zmieniło w tobie podczas pisania?
Podczas pracy nad książką zaszło we mnie bardzo dużo procesów. Pisałam ją przez pięć lat, a kolejne cztery przeleżała w szufladzie. Kiedy wracałam do tych najbardziej przemocowych wydarzeń, czułam je aż do kości. Pomimo upływu lat do czegoś takiego trudno nabrać dystansu. Czasem po napisaniu jednej strony musiałam sobie zrobić miesiąc przerwy, bo przecież w tym czasie toczyło się normalne życie. Miałam pracę, która wiązała się z dużą odpowiedzialnością, musiałam więc jakoś prosperować, trzymać się w ryzach. Korzystałam z pomocy psychologicznej, a przez ostatni rok pracowałam z moją terapeutką nad tym, by przygotować się do publikacji książki, bo napisanie to jedno, a podzielenie się swoją historią ze światem to już zupełnie inna kwestia.
Myślę, że dla wielu osób, które poznały mnie już w dorosłym życiu, odkrycie tego, czego doświadczyłam, może być szokujące, bo mimo wszystko mam bardzo radosne podejście do życia i często się uśmiecham. Moja powierzchowność nie współgra więc z tym wewnętrznym światem. Musiałam dojrzeć do tego, by go ujawnić i przeczytać jeszcze raz wszystko to, co opowiada mała Zeinab.
Umiejętność wyłuskiwania z życia drobnych radości, wybuchania szczerym śmiechem, nawet jeśli codzienność jest niewesoła, czyli coś, co wydaje się wielkim zasobem człowieka, dla ciebie było przekleństwem. Piszesz o tym, że nie wierzono w twoje słowa, bo mówiono, że nie wyglądasz jak ofiara przemocy.
To prawda i, co gorsza, ten stereotyp nadal pokutuje. Za każdym razem, kiedy się z nim zderzam, pytam: a jak ma wyglądać człowiek doświadczający przemocy? Żyjemy jakimiś schematami, nie dajemy sobie przestrzeni na to, żeby poznać drugą osobę, posłuchać, co ma nam do powiedzenia, być uważnym na to, co między słowami. A przecież przemoc rodzinna to nie tylko bieda czy alkoholizm. Dochodzi do niej nawet w domach osób znanych publicznie, podziwianych i szanowanych.
Nie mydlmy sobie oczu oderwanymi od rzeczywistości wyobrażeniami, że jak ktoś jest piękny, wykształcony, bogaty czy uśmiechnięty, to nie ma prawa do przechodzenia traum, że przemoc go nie dotyka.
Myślę, że każdy z nas przeżywa swoje mniejsze lub większe dramaty. Przemoc może dotknąć każdego i wszędzie. Chciałabym, żeby moja książka po prostu przypomniała ludziom o empatii.
A dla ciebie to jest bardziej książka rozliczeniowa czy terapeutyczna?
Moim celem nie było rozliczanie kogokolwiek. To nie miałoby żadnego sensu, bo przecież moi rodzice i dziadkowie od dawna już nie żyją. Chciałam natomiast dać małej Zeinab poczucie sprawczości, bo nie ma nic ważniejszego niż to, żeby móc głośno powiedzieć o swojej krzywdzie i być wysłuchanym.
Chciałam też dotrzeć do prawdy, bo jako dziecko często słyszałam, że coś sobie wyobrażam, że zmyślam, jestem zmanipulowana przez babcię, z którą w istocie miałam bardzo trudną relację. Zbierając materiały, dotarłam do twardych dowodów, które, nie wiedzieć czemu, były wtedy bagatelizowane. Jedna z osób, które pracowały przy sprawie, powiedziała, że była sporządzona opinia lekarza, który diagnozował mamę po przyjęciu do szpitala i napisał, że wewnętrzne obrażenia są ewidentnie wynikiem wieloletnich pobić i maltretowania. Dotarłam też do licznych raportów pisanych przez wychowawczynie z domu dziecka, z których wyraźnie wyłania się obraz maltretowanej dziewczynki. Bóle brzucha, które mogły ukoić tylko zastrzyki rozkurczające, dygot całego ciała i ataki histerii przed spotkaniem z ojcem czy chociażby fakt, że podczas jego wizyt zawsze prosiłam o to, by towarzyszyły mi dwie opiekunki. Jedna miała czuwać nade mną, a druga pilnować taty. Takie objawy somatyczne i tak wielki strach nie może być efektem manipulacji.
Jak to więc możliwe, że nikt z ekspertów, wychowawców, psychologów, psychiatrów nie połączył tych kropek?
Jedna z dziennikarek, która robiła reportaż na temat mojego ojca, napisała mi, że nie wie, dlaczego dała się tak zmanipulować, dlaczego nie wierzyła w moje słowa. Tłumaczyła to tym, że na początku broniłam taty i twierdziłam, że mama biła się sama.
Oczywiście tak było, ale jak ośmiolatka miała w takiej sytuacji nie bronić ojca, skoro przez całe swoje życie widziała, jak matka go kryje? A przecież do tego doszedł jeszcze zwykły instynkt przetrwania: trudno mówić źle o tym, od kogo jest się zależnym, dziecko nigdy więc nie wini rodziców, tylko siebie. Ta pierwsza reakcja była też efektem przerażającego strachu, bo przecież wiedziałam, że nie mogę powiedzieć prawdy, bo jeśli ktoś zdecyduje, że jednak mamy wrócić do domu, to się dla mnie bardzo źle skończy.
Trudno jednak mieć pretensję do dziennikarzy, którzy stracili czujność, skoro nawet specjaliści nie słuchali lub bagatelizowali objawy, a dom dziecka również czasem był bezradny wobec decyzji sądu. Przez kilka lat, gdy toczyła się sprawa o pozbawienie ojca praw rodzicielskich, na wniosek sędziego regularnie jeździliśmy na badania psychiatryczne do rodzinnego ośrodka diagnostyczno-konsultacyjnego.
Na podstawie moich odpowiedzi powstały liczne raporty. W jednym z nich na przykład badająca mnie pani psycholog stwierdziła, że obgryzam paznokcie z zazdrości o ojca. W rzeczywistości robiłam to ze stresu i strachu, bo byłam jak gazela uciekająca przed lwem, walczyłam o swoje życie.
Miałam zaledwie osiem lat, ale doskonale wiedziałam, że od kiedy zaczęłam mówić o tym, co się działo w domu, musiałam zrobić wszystko, żeby tam nigdy nie wrócić, bo mogłabym tego nie przeżyć. Dlatego tak zażarcie walczyłam, choć dla tej małej dziewczynki było to niewyobrażalnym stresem. Moje siostry były wtedy dużo młodsze ode mnie, ale pamiętam, jak podczas jednego z przesłuchań uderzały lalkami o stolik. Zapytane, dlaczego to robią, odpowiedziały: „bo tatuś tak robił mamusi”, ale nikt się nad tym nie pochylił. Ojciec przekonał do siebie powszechnie szanowane wówczas autorytety.
Czy któryś z obrońców twojego ojca odezwał się do ciebie po publikacji książki i przyznał, że popełnił błąd?
To się wydarzyło dużo wcześniej. Czasami ojciec przychodził do nas, do domu dziecka, ze swoim przyjacielem Kipkimojo, który był bardzo ciepłym, serdecznym człowiekiem o wielkim sercu. Jako Kenijczyk i muzułmanin sam doświadczył w Polsce rasistowskich zachowań i pewnie dlatego tak bardzo zaangażował się w pomoc ojcu. Jednak po wielu latach, kiedy już poszłam na studia, zadzwoniła do mnie wicedyrektorka domu dziecka z informacją, że ten człowiek skontaktował się z nią i prosił, żeby przekazać mi słowa: „przepraszam, że go broniłem”. Byłam wzruszona, że o mnie pamiętał. Poza tym nigdy nie udało mi się spotkać z osobami zaangażowanymi w tę sprawę. Skontaktowała się ze mną tylko dziennikarka, o której już wspominałam. I kilka koleżanek mamy z młodości, które nie brały udziału bezpośrednio w tej całej historii, ale pisały mi, że gdyby Jola dała jakikolwiek sygnał, że coś się dzieje, to postarałyby się bardziej.
Nie oczekuję od nikogo przeprosin czy posypywania głowy popiołem. Bardziej zależy mi na tym, żeby ta książka stała się momentem zatrzymania. Może ktoś, kto ją przeczyta, zada sobie pytanie, jak łatwo czasem ulec czyjejś narracji i jak bardzo w takich sytuacjach potrzebna jest uważność na głos osoby słabszej.
Jeśli dzięki temu choć jedna osoba następnym razem zdecyduje się posłuchać, sprawdzić, zareagować, to już będzie realna zmiana.
Skąd w małej Zeinab było tyle siły, że po śmierci mamy była w stanie samodzielnie postawić się ojcu, który się nad nią znęcał, i wytrwać w tej batalii mimo braku wsparcia dorosłych? Z jakich zasobów czerpałaś?
Potężnym zasobem byli egipscy dziadkowie, którzy obdarzyli mnie ogromem miłości podczas pierwszych lat życia w Kairze. I myślę, że właśnie ta miłość, bliskość, rodzina, wspólne posiłki, poczucie społeczności, wszystko to pokazało mi, jak powinno wyglądać życie, na co zasługuję.
To był ogromny skarb. Pielęgnowałam go w sobie w całej tej tragedii, która się później wydarzyła. Dzięki temu miałam w sobie to światło, nadzieję, której tak się trzymałam, że w końcu mój świat będzie lepszy. Myślę, że napędzały mnie też strach i odpowiedzialność, jaką nałożyła na mnie mama tuż przed śmiercią, mówiąc, że teraz ja mam być matką dla swojego rodzeństwa. To spowodowało we mnie potrzebę walki, buntu i ujawnienia prawdy. Za wszelką cenę chciałam uratować „swoje dzieci”.
Zastanawiasz się czasem, jak to możliwe, że dziadkowie, którzy dali ci tyle miłości i dobra, jednocześnie wychowali twojego oprawcę?
Oczywiście. I dziś znam już odpowiedź na to pytanie. Im częściej jeżdżę do Egiptu, tym więcej się dowiaduję. Okazuje się, że babcia, którą tak bezkrytycznie kochałam i podziwiałam, była bardzo przemocowa wobec mojego ojca. Znęcała się nad nim psychicznie od czasu, kiedy pozostawiła pod jego opieką nowo narodzoną córkę, a kiedy wróciła do domu, okazało się, że dziewczynka nie żyje.
Nikt nie wie, co tam się tak naprawdę wydarzyło, ale cała odpowiedzialność spadła na mojego dwuletniego wówczas ojca, który za śmierć siostry zapłacił swoim dzieciństwem. W moim odczuciu winny był przede wszystkim ten, kto zostawił dziecko pod opieką dziecka. Ojciec do końca miał bardzo niezdrową i toksyczną relację z babcią. Zdarzało się, że podnosił na nią rękę, a kiedy byliśmy w Polsce, dzwonił do niej i opowiadał o tym, co złego mi zrobił, żeby ona również poczuła ten ból. Nie jestem psychologiem, ale być może ta bezgraniczna miłość babci, którą mi dała, wynikała z tego, że widziała we mnie swoją utraconą córkę. Zawsze nosiła przy sobie moje zdjęcie, ale jednocześnie z opowieści rodzeństwa wiem, że w stosunku do nich była raczej oschła. To pokazuje, że jesteśmy sumą różnych doświadczeń naszych przodków.
Nienazwana trauma wędruje z pokolenia na pokolenie, dopóki nie zdamy sobie z tego sprawy i świadomie czegoś nie zmienimy.
Podobną historię mogłabym opowiedzieć o mamie i babci Alfredzie, która, zasłaniając się wielką miłością, trzymała swoją córkę pod kloszem, wyznaczała jej surowe zasady moralne, nawet wtedy, gdy ta była już dorosła. Potrzeba uwolnienia się z tego rodzinnego więzienia sprawiła, że mama wpadła w ramiona ojca, z deszczu pod rynnę.
Co z tych doświadczeń odcisnęło największe piętno na twoim życiu: akty przemocy, poczucie bezsilności, samotność w tym doświadczeniu, a może parentyfikacja i hiperodpowiedzialność, którą zostałaś obarczona?
Wszystko, co wymieniłaś, latami przepracowywałam z terapeutami. Największym piętnem nie była sama przemoc, ale to, że jako mała dziewczynka musiałam dźwigać odpowiedzialność, na którą żadne dziecko nie jest gotowe. Kiedy moje rodzeństwo zostało wywiezione do Egiptu, nie było nocy, żebym nie myślała o tym, czy są bezpieczni. Towarzyszyło mi nieustające poczucie winy, że w domu dziecka bawię się z rówieśnikami, mam swoje nastoletnie życie w szkole, a oni tam pewnie cierpią. Cały czas robiłam więc krok w tył, żeby nie być za bardzo szczęśliwą. Pilnowałam się.
Długo nie mogłam wyjść z narzuconej mi roli matki swojego rodzeństwa. Moje ciało i umysł, wręcz na poziomie biologicznym, reagowały tak, jakbym te dzieci naprawdę urodziła.
Do tej pory, kiedy coś się dzieje i w ich życiu, muszę się pilnować, by przyjąć to jak siostra. To znaczy mogę coś podpowiedzieć, doradzić, pomóc, ale nie muszę rzucać wszystkiego i walczyć jak lwica. Wiem, że to nie jest moja rola, ale wciąż muszę to sobie powtarzać. Nadal pracuję nad pewnością siebie.
Od ojca ciągle słyszałam, że jestem zła, brzydka, okropna, a w domu dziecka też nie było miejsca ani czasu na indywidualne podejście przy setce dzieci. Cały czas musiałam utrzymywać samą siebie w wierze, że robię dobrą robotę, a trudno jest doceniać to, co się robi, jeśli nie ma się wsparcia, miłości i miękkiego lądowania w postaci bliskich.
Dlatego, kiedy teraz w różnych sytuacjach spotykam tą małą wewnętrzną Zeinab, powtarzam jej jak mantrę: rób swoje, jesteś bezpieczna, tworzysz piękne życie.
Masz w sobie wciąż żal do ludzi, którzy cię wtedy zawiedli?
Żal przyszedł do mnie późno i dotyczył raczej tego, co straciłam, na przykład wszystkich lat z rodzeństwem. Jak byłam mała, miałam w sobie przede wszystkim dużo buntu, czułam ogrom złości i niezrozumienia. Uważam, że w naszej orbicie znalazło się zbyt dużo ludzi, którzy mieli dużo do powiedzenia, a niekoniecznie byli w stanie dostrzec istotę problemu.
Pamiętam, że nieustannie w mojej głowie pojawiały się pytania: Dlaczego ludzie mi nie wierzą? Dlaczego nikt nic nie robi?
Nie mogłam zrozumieć, jak to się stało, że on po prostu te dzieci dostał i mimo zakazu opuszczania kraju mógł zabrać całą rodzinę na wakacje do Egiptu, skąd nigdy nie wrócił, co było zresztą do przewidzenia.
Dziś jestem już pogodzona z tą historią, ale przez lata terapii musiałam przejść przez wszystkie etapy złości, nienawiści, wściekłości, przez koktajl emocji, żeby odpuścić. Jednak czasami wciąż jest mi smutno, na przykład kiedy myślę sobie, że może miałabym lepsze relacje z rodzeństwem, gdybyśmy dorastali razem.
A może wcale nie? Tego się już nie dowiem.
Zeinab Hashmat-Pache, absolwentka arabistyki i kulturoznawstwa na Uniwersytecie SWPS. Zawodowo zajmuje się PR i komunikacją w branży rozrywkowej oraz w organizacji pozarządowej działającej na rzecz dzieci. Autobiografia „Córka dwóch światów” to jej debiut literacki