Pożegnanie z alkoholem to pierwszy krok. Niezbędny, choć często dopiero te kolejne okazują się wyzwaniem. Trzeba zbudować życie na nowo, zamienić relacje z alkoholem na relacje z ludźmi. Jak to zrobić? Nie ma jednego przepisu, choć pewne rzeczy są wspólne.
Artykuł pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 2/2026.
Najważniejsze to przestać pić. Potem wszystko się ułoży. Życie się ułoży. Prawda? Rzeczywiście najpierw trzeba przestać pić, to warunek konieczny. Tylko czy wystarczający? Bo na pewno życie samo się nie ułoży. Trzeba je ułożyć. A to trudne zadanie. Zawsze. Choć każda historia jest inna.
Juliusz Strachota razem z Jakubem Żulczykiem od siedmiu lat prowadzą podcast o nieco prowokacyjnym tytule „Co ćpać po odwyku”. Zapraszają tam ludzi takich jak oni – z historią uzależnienia. Zapytałam Julka, jak żyć po odwyku (do „ćpania” jeszcze tu wrócimy), o to, co dzieje się z człowiekiem, który podjął taką decyzję. – Mamy tu do czynienia z przedziwnym konglomeratem, który trudno jest zrozumieć komuś, kto nie walnął głową w ziemię.
Po pierwsze, człowiek mierzy się wtedy ze stratą życia, które miał, ale które okazało się życiem niewłaściwym, zmierzało nie w tę stronę. Po drugie, ja tego doświadczyłem, ale też wielokrotnie słyszałem to samo od innych: ponieważ było to życie niewłaściwe, a toczyło się przez 10, 20 czy 30 lat picia, w związku z tym nie zdarzyło się życie wymarzone. To, które człowiek sobie projektował, będąc dzieckiem, nastolatkiem, na studiach. Spędziłem 30 lat na pragnieniu tego życia, nie na realizowaniu go, a jednocześnie na roztapianiu się w tych wszystkich substancjach.
Czyli są już dwa życia, jedno się nie udało, drugie się nie wydarzyło, a tu okazuje się, że przed tobą jest jeszcze trzecie życie, którego nie umiesz i nie chcesz, a które musisz stworzyć. Zbudować właściwie od zera. – Pojawia się ogromny lęk i ogromna niepewność, bo terapeuci każą ci prowadzić dorosłe życie, a ty tego nie robiłeś przez 33 lata! I budzi absolutny opór – tłumaczy. – Chciałem mieć życie bajkowe, niepodlane substancjami, wymarzone, a tu czeka mnie znój, próba znalezienia pracy, próba znalezienia mieszkania, konieczność oddawania długów i żadnego elementu bajkowego nie będzie, nie będzie żadnej ulgi, nawet chwilowej związanej z substancjami, bo tego sobie zakazałem. No kurwa mać, to wszystko miało wyglądać inaczej! To jest punkt zero. Punkt, który strasznie trudno obsłużyć.
Czytaj także: „Pije się tam, gdzie nie chce się czuć drugiego człowieka. Również przy świątecznym stole” – mówi Robert Rutkowski
Darek zaczął pić i ćpać w gimnazjum. Na odwykach, różnych, spędził mniej więcej 15 lat. Uciekał z nich, wracał do picia i ćpania, znowu odwyk, znowu próba. Jego brat powiedział mi kiedyś: „On z tego nie wyjdzie, bo nie ma do czego wracać. Nie ma motywacji”. Nie ma pracy, nigdy nie miał, poza sporadycznymi drobnymi zleceniami porządkowania ogródków, nie miał przyjaciół czy znajomych, bo oni szli dalej, on został z butelką. Dziewczynę miał w gimnazjum, potem nie związał się z nikim. W końcu trafił na odwyk na drugim końcu kraju. Poznał tam kobietę starszą od niego o kilka lat, też walczącą z uzależnieniem. Zbliżyli się do siebie, może nawet zakochali, choć oboje bali się tego słowa. Ale na pewno każde z nich stało się motywacją dla tego drugiego. Od roku mieszkają razem w mieście, które nie jest rodzinnym miastem żadnego z nich, uznali, że tak będzie łatwiej. Oboje pracują. Zarabiają słabo, lata, w których ludzie konstruują swoje CV, oni przepili. Ale budują życie na nowo. – Nie robię planów na za rok, na za dwa lata, najdalej sięgam myślą do kolejnego urlopu, a i to ostrożnie – mówi Darek. – Raz, że nie za bardzo mamy kasę na robienie planów, a dwa, że się boję. Nie do końca mam do siebie zaufanie. Nawet nie chodzi o to, że mam ochotę się napić, właściwie nie myślę o piciu. Ale historia mojego życia to historia tego, że się nie udawało więcej razy, niż umiem policzyć, nie za bardzo nawet wszystkie te razy pamiętam. Żyję więc z dnia na dzień. Tak zresztą radził mi terapeuta.
Ilustracja Marta Róża Żak
Juliusz Strachota potwierdza: – Trzeba skrócić perspektywę do tu i teraz. Zanim stało się to modne, w AA już wymyślili, że alkoholik słabo radzi sobie z perspektywą wsteczną, bo ona mu się zlewa ze wstydem, żalem, że sobie nie poradził, z kolei perspektywa daleko do przodu budzi opór, przerażenie, lęk, masę różnych trudnych uczuć, a to dla osoby uzależnionej jest zgubne. Każdy pewnie częściej czy rzadziej rozmyśla, co będzie za 10 lat czy co było gównianego 10 lat temu, tak działa umysł, ale dla osoby uzależnionej to jest o tyle niebezpieczne, że powoduje ciężar trudny do udźwignięcia. A wtedy chcemy ulgi. Natychmiast. I organizm podpowiada tę ulgę z automatu. Ponieważ uczucia związane z tymi zbyt długimi perspektywami są nie do uniesienia, to na terapii w AA, i nie tylko tej, alkoholik uczy się programu 24 godzin, zajmowania się wyłącznie tym, co dzisiaj. To oznacza, że nie ma specjalnie co za dużo rozmyślać. Taka perspektywa działa zbawiennie, bo ucina tę rozbuchaną neurozę. Mam tylko parę rzeczy do zrobienia, nie muszę zastanawiać się nad tym, że powinienem napisać 30 listów do banku, bo dzisiaj napiszę tylko jeden, nie muszę myśleć, ile lat będę spłacał wszystkie długi, bo dziś mam do odebrania tylko jeden list od komornika, nie muszę nad masą różnych rzeczy się zastanawiać, bo tylko na parę spraw mam dziś wpływ i tylko te mam dziś załatwić. Ogromna ulga. Do zrobienia były tylko małe kroczki, ale w dobrą stronę. Problem z małymi kroczkami polegał na tym, że robisz jeden, dwa, trzy, cztery i specjalnie nie widzisz drogi, którą pokonałeś. Dopiero po dwudziestu stawała się wyraźna.
Zbyszek jest abstynentem od 20 lat. – Jest po terapiach, ale ja swoją zaczęłam nawet wcześniej niż on – mówi Ela, jego żona. – Mąż jeszcze pił, kiedy ja już próbowałam pomóc sobie. Trafiłam na wspaniałą terapeutkę. Często ludzie myślą, że problem ma tylko osoba uzależniona, a to niecała prawda. Ja dawałam mu komfort picia, ściągałam z jego barków wiele rzeczy. Przejmowałam obowiązki, kryłam, tłumaczyłam. Takie mechanizmy są częste, żony, matki, ojcowie to robią, bronią dobrego wizerunku osoby uzależnionej. Ja to musiałam przerobić, zobaczyć, że to nie jest OK, że trzeba dać mu ponieść konsekwencje uzależnienia. Terapia mi pomogła.
Pomogli też przyjaciele. – Od lat na Górze Iglicznej w Sudetach raz w roku spotykają się na otwartych mityngach osoby uzależnione. Przyjaciele poprosili męża, żeby pojechał tam jako kierowca – mówi Ela. – Zgodził się. Łaziliśmy po górach i tak „mimochodem” znaleźliśmy się na tej polanie. Kiedy Zbyszek usłyszał, co ludzie mówią, dotarło do niego, że jest taki sam. To był przełom. Od tego momentu zaczęła się droga leczenia, jeszcze nie trzeźwości, ale zrozumienia. Wcześniej, to zresztą typowe, słyszałam, że nie ma problemu, były pokrętne tłumaczenia, wymówki. A tu, na górskiej polanie, stanął wobec ludzi, którzy otwarcie o swoim uzależnieniu mówili, i zobaczył, że pod wieloma historiami mógłby się podpisać.
Co, kiedy znika alkohol? Ela: – Jak mąż przestał pić, nie było fajnie. Każde z nas miało swoje demony. W końcu usiedliśmy i powiedzieliśmy sobie otwarcie, jakie są nasze potrzeby, co chcemy dalej robić. W związku, w życiu. Ela uważa, że uzależniony „traci” alkohol, ale współuzależniony też coś traci – poczucie kontroli, jakiegoś rodzaju dominacji. Partner w abstynencji, potem trzeźwieniu też zaczyna inaczej patrzeć na świat, życie, pracę. – Dużo rozmawialiśmy. Musieliśmy oboje otworzyć się na potrzeby drugiej osoby. Jeździłam z mężem na mityngi, chciałam usłyszeć osoby uzależnione, żeby zrozumieć i sobie z tym poradzić. W domu wprowadziliśmy podział obowiązków, daliśmy sobie przestrzeń na budowanie własnych zainteresowań. Nie było kontroli. Ale postawiłam granice, mąż wiedział, że jak mi się coś nie będzie podobało, to powiem. Mamy dobrą komunikację, nie nosimy w sobie zadr ani fochów. Może ktoś pomyśli: akurat, taka sielanka, co ta baba gada – ale tak jest. Nie wszystko nam się podoba, ale o wszystkim rozmawiamy.
– Pożegnanie z piciem to początek. Ale jeśli to jest tylko odstawienie alkoholu i pominięcie funkcji, jaką ten alkohol pełnił w życiu osoby uzależnionej, może skończyć się tak, że będzie ona w jakimś sensie funkcjonować po staremu. Bo alkohol czy inna używana substancja nie bierze się znikąd, jest objawem, na przykład trudności w regulacji emocji, w kontakcie z ludźmi czy problemów w systemie rodzinnym – mówi certyfikowana terapeutka uzależnień Karolina Srebrna (z zespołu Znaczenia. Psychoterapia). – I jeśli ktoś, kto zaczyna być trzeźwy, nie podejmuje pracy nad sobą, a picie pomagało mu radzić sobie ze smutkiem, to kiedy przestanie pić, może mieć stany depresyjne.
Może mieć żal do najbliższych, gdy mówią mu, co im przeszkadza w kontakcie z nim: „O co ci chodzi, przecież nie piję!”. Tego typu napięcie może być związane z głodem substancji.– Człowiekowi ciężko uzależnionemu, który odstawia alkohol, jest trudno na wielu płaszczyznach – mówi Robert Rutkowski, certyfikowany psychoterapeuta uzależnień. – Musi nastąpić regeneracja nie tylko kory przedczołowej, ale całego organizmu, regeneracja do imentu, wręcz do procesów jelitowych. Alkohol jest rozpuszczalnikiem. Co dzieje się z kimś, kto przez lata rozpuszcza sobie trzewia, wlewając w nie alkohol? Efektem, między innymi, mogą być problemy psychiczne, depresja. Przywołuję tu wiedzę, która jest dziś powszechna: jelita to drugi mózg, tam produkowana jest największa ilość serotoniny. Trzeba lat regeneracji na poziomie czysto fizycznym, Amerykanie mówią o pięciu. To też bezpieczny okres, po którym raczej nie powinien nastąpić powrót do tej obsesji. Przypomnijmy: pięć lat to także okres, po którym onkolodzy uznają, że chory jest wyleczony. Wolny od raka.
– Lęki osłabły, kiedy zobaczyłem, że to jest pierwszy w moim życiu zwrot we właściwą stronę, że los dał mi okazję, że mogę spróbować – mówi Juliusz Strachota. – Głupio zabrzmi, ale jak bank mi odroczył spłatę jakiejś pożyczki, to powodowało taki strzał dopaminowy, że większego haju nie potrzebowałem. Czułem nagle, że mam sprawczość, że potrafię trudne sprawy, przed którymi nie uciekam, ogarnąć. I że brak ucieczki jest już pewnym rodzajem wyzwolenia.
Jak wyznaje, w tym naprawdę trudnym na pierwszy rzut oka położeniu, w jakim się jest po wyjściu z odwyku, zdarza się wiele takich chwil. Oczywiście kłopot polega na tym, że trzeba dojść do momentu, w którym człowiek się odbije od dna, a można tego, mówiąc brutalnie, po prostu nie dożyć. – Nigdy nie cieszyłem się tak świeżym, trzeźwym spojrzeniem jak wtedy, kiedy nie miałem nic, nie miałem pracy, nie miałem gdzie mieszkać, nie miałem kumpli, straciłem żonę. I nigdy nie miałem takiej chęci poznania samego siebie – mówi.
Ela opowiada, że na początku najtrudniejsza była praca z emocjami u męża – niepotrzebnym, nieadekwatnym do sytuacji podenerwowaniem, niepokojem. – Teraz prowadzimy spokojny tryb życia, udzielamy się mocno w stowarzyszeniu abstynenckim, nasz dom jest otwarty, choć wiele relacji nam się przetasowało, niektóre odpadły, zyskaliśmy nowe. Ale ciężkie sprawy mamy poprzerabiane, wytłumaczone. Tamten etap zamknęliśmy, choć temat życia w trzeźwości jest istotny i obecny cały czas.
Pamiętamy, co było złe, nie wracamy jednak do tego często, nie wykorzystujemy tego w trudnych sytuacjach wobec tego drugiego. Mam poczucie, że czujemy wdzięczność, codzienną, każde z nas ma swoją. To była bardzo mocna lekcja, która nas zahartowała i związała. Choć oczywiście są związki, które się rozpadają.
Słuchaj także: „Jako dziecko myślałam: będę bardziej atrakcyjna niż alkohol". Magdalena Kicińska o byciu DDA | „W czułym zwierciadle”
Karolina Srebrna: – Można odbudować relację, można stworzyć znowu szczęśliwy związek, ale on już będzie inny. Bo nie jest tak, że o tym da się zapomnieć. Bywa, że w kryzysach temat wraca i to też wymaga wzajemnej pracy, ale nigdy nie powiedziałabym, że relacja z osobą uzależnioną na pewno się nie uda i trzeba uciekać. Znam takie pary – otwarte na siebie, dojrzałe, gdzie obie strony potrafią mówić o sobie, o emocjach, odsłaniać się, mało tego, może być im łatwiej to robić niż wcześniej, bo psychoterapia uczy większego kontaktu z uczuciami.
Marta, dziennikarka, związała się z Pawłem, ten był już kilka lat po terapii uzależnień. – Na imprezach nie pił, to nie pił, nie zastanawiałam się nad tym specjalnie – mówi Marta. – Kiedy w końcu powiedział mi, że uważa się za niepijącego alkoholika, pierwsze, co poczułam, to zdziwienie. Ale teraz właściwie o tym nie myślę. Nie szukałam w literaturze, nie słuchałam podcastów, nie robiłam reaserchu, jakie są cechy osoby z problemem alkoholowym. Widzę, że Paweł ma czuły wewnętrzny barometr. Kiedy w życiu, w dowolnej dziedzinie, dzieje się gorzej, on idzie na spotkanie AA. Mówi, że musi złapać pion.
Juliusz Strachota z kolei od jakiegoś czasu nie chodzi na mityngi. W jego życiu ożywczą i autoterapeutyczną rolę gra podcast. – Daje mi kontakt z innymi uzależnionymi, a to przywraca poczucie przynależności. Takie, jakie odkryłem kilkanaście lat temu, kiedy jako człowiek wiecznie wyobcowany nagle pierwszy raz się odnalazłem w AA, w grupie ludzi, i poczułem się rozumiany. Nić porozumienia między uzależnionymi nawiązuje się w sekundę, to jest proste i satysfakcjonujące, bo błyskawicznie przeskakuje się ponad pierdoły, ponad small talk, którego ja zupełnie nie potrafię prowadzić. Kontakt z osobą, której się nie zna, staje się z automatu pogłębiony, i to jest super. Dodaje, że dzięki podcastowi pozwolił sobie na bycie sobą. – A to jest bardzo ważny element trzeźwienia. Ja, człowiek zakompleksiony, niepewny siebie, z niskim poczuciem własnej wartości, z przekonaniem, że nie dorastam intelektualnie do rozmówców, pogodziłem się, że tak mam. Wcześniej im bardziej chciałem to ukryć, tym bardziej pogłębiało się moje uzależnienie.
Ilustracja Marta Róża Żak
„Zachowywał się, jakby był w jakiejś sekcie trzeźwiejących alkoholików – on osiągnął oświecenie, a ja, głupia, niczego nie pojmę swoim małym rozumkiem. Nigdy nie byliśmy tak daleko od siebie. Alkoholizm był naszym wspólnym problemem, trzeźwienie już tylko jego. On miał wsparcie grupy, a ja zostałam z tym sama”. To słowa jednej z bohaterek książki Marka Sekielskiego „Współuzależnione”. Typowa sytuacja? – Tak bywa – mówi Karolina Srebrna. – Można się zatrzymać na tym, że ten ktoś pozjadał wszystkie rozumy, że jest pełen pychy, zbuntować się i odejść. Ale dla mnie jest ciekawe, co siedzi pod spodem. Takie „oświecenie” może wynikać z mechanizmów obronnych, chroniących przed przeżywaniem różnych uczuć. Osoby uzależnione mają surowe superego, co oznacza, że myślą o sobie źle, dużo od siebie wymagają i może być tak, że kompensują sobie wstyd czy poczucie winy w związku z piciem postawą oświeconego. W tym fragmencie widać, jak bardzo może to oddalać od relacji partnerskich. Ja wiem, ty nie wiesz. Pojawia się nierównowaga, a wtedy trudno o bliskość. I osoba uzależniona ma pozornie silniejszą pozycję.
A przecież partner czy partnerka nie mają łatwo, są zmęczeni tym, co było wcześniej, wydawało się, że teraz będzie OK, a tu nowe, nieoczekiwane wyzwanie. – Pojawiają się myśli: ile jeszcze dam radę wytrzymać? Najpierw on pił, a teraz jeszcze to – mówi Karolina Srebrna. – Przychodzi zmęczenie, dużo intensywnych emocji, jak strach, wściekłość, przerażenie, smutek, ale też problemy z zaufaniem, podejrzliwość, nieustanna czujność, bo w takich relacjach było dużo kłamstw, minimalizowania problemów, obietnic, że będę pił mniej, że na pewno od jutra, od poniedziałku itd. To się nie wydarzało, bo takie jest uzależnienie: upośledzona jest kontrola, więc nawet kiedy wydaje się, że w końcu się udało, to przecież echo tych doświadczeń słyszymy w głowie, czujemy niepokój, jesteśmy podejrzliwi.
W dodatku w uzależnienia wpisane jest ryzyko nawrotu, czyli powrotu do wcześniejszych, problemowych wzorców używania substancji, mogą być też jednorazowe wpadki. – Groźnie bywa w ważnych czy trudnych momentach, w których pojawiają się silniejsze uczucia, zarówno przyjemne, jak i nieprzyjemne: rodzi się dziecko, syn czy córka wychodzą z domu, ktoś traci pracę, trzeba zmienić mieszkanie. Każda z takich sytuacji może powodować głód alkoholowy, bo w trudniejszych sytuacjach mózg człowieka wraca do tego, co dobrze zna – zauważa terapeutka.
Słuchaj także: „Uwolnić się od alkoholu. Rozmowy z Robertem Rutkowskim”.
Wracamy do tytułu podcastu Strachoty i Żulczyka. Prowokującego, ale jednak znaczącego. Czy organizm domaga się substytutu? – Oczywiście, że się domaga – mówi Strachota – to była pierwsza nasza myśl, stąd ten tytuł. Ja do dziś jestem przekonany, że coś trzeba znaleźć, bo czy człowiek uzależniony, czy nie, nie może się w życiu nudzić. To wymaga uważności, bo ludzie wpadają w rzeczy równie czy podobnie zgubne jak substancje, które zdemolowały ich życie, mogą to być innne uzależnienia, także behawioralne, i często alkohol jest przez coś zastępowany. – Nasza idea polegała na tym, żeby alkohol zastąpić rzeczami, które zgubne dla nas nie są. I czuję, że we mnie samym cały czas zachodzi zmiana, coraz mniej kompulsywnie w pewne rzeczy wchodzę – zauważa Strachota. – Kiedy zaczynaliśmy podcast, nałogowo podróżowałem, miało to zastąpić moje uzależnienie od substancji. Od czasu, kiedy mam dwójkę dzieci, wystarcza mi wyjazd raz w roku na tydzień, dostaję wychodne od żony i tyle. Im dalej w las, tym to się bardziej w moim życiu wygasza.
Wydaje się jednak, że nie wygasza się u wszystkich. Typowym zdrowym zastępnikiem alkoholu jest sport. Zwłaszcza bieganie. To chyba OK? – Starałabym się różnicować, choć nie zawsze łatwo to zrobić, gdzie jest pasja, a gdzie uzależnienie – mówi Karolina Srebrna. – Miałam pacjentów, którzy zaczynali biegać, i można to widzieć wielorako. Oczywiście lepsze bieganie niż używanie alkoholu, ale pytanie, jak to wpływa na życie człowieka. Bo zdarza się, że niektórzy z picia i nieuprawiania sportu przechodzą do biegania ultramaratonów górskich, ryzykownych, wykańczających biegów, wchodzą w katorżnicze aktywności, zapamiętują się w tym, działają na poziomie ekstremalnym.
Jak więc to rozróżnić? – Powiedziałabym, że uzależnienie budzi cierpienie i zwykle izoluje od życia, a pasja życie wypełnia. Pasja to witalność – mówi terapeutka. – Pamiętam historie pacjentów, gdzie właśnie bieganie pełniło funkcję integrującą, ludzie poznawali się w grupie terapeutycznej, zaczynali wspólnie biegać, jeździć razem na zawody, to łączyło, ekscytowało i ożywiało. Ale faktycznie trzeba być uważnym, obserwować, czy to nie idzie w kierunku katorżniczego traktowania swojego ciała, czasem zmuszania innych do tej aktywności, bo bywa i tak.
Czytaj także: Trwamy w iluzji, że alkohol jest obojętny dla zdrowia. Jak procenty wpływają na mózg – wyjaśnia psychiatra Andrzej Silczuk
Paweł realizuje w swoim trzeźwym życiu ideę umiaru. Złotego środka. Marta przyznaje, że podejmowała próby wyprowadzenia go z równowagi. Nie udało się ani razu. Pewnie ten stoicki spokój sprawia, że Paweł jest ścianą płaczu dla wielu znajomych i przyjaciół, pytają go o radę, proszą o wsparcie w trudnych chwilach. Ale jest jeden aspekt rzeczywistości, który wymyka się umiarowi. To praca. Paweł jest informatykiem, kiedy ma nowy projekt, głuchnie i ślepnie na resztę świata. Marta: – Słynna jest w rodzinie historia, jak kiedyś, gdy był pogrążony w robocie, rozpętała się burza z piorunami, wywaliło w domu okno, donica z parapetu zleciała na podłogę, a on tego w ogóle nie zauważył. Wróciłam i zastałam pobojowisko, kiedy mu je pokazałam, był szczerze tym widokiem zaskoczony.
Ela też mówi, że zapamiętywanie się w pracy to cecha charakterystyczna także dla Zbyszka po odwyku. – Wiele osób uzależnionych wpada w pracoholizm, u męża także to zauważyłam. W końcu zaprotestowałam, stwierdziłam, że trzeba znaleźć balans, pracowaliśmy nad tym. Ale ciężko było, bo mam wrażenie, że on po wyjściu z picia chciał udowodnić, że na polu zawodowym się sprawdza. Po jakimś czasie mu odpuściło. Teraz są godziny pracy i te po pracy.
– Uzależnienie zajmuje dużo czasu i ten czas potem zostaje – mówi Karolina Srebrna. – Osoba uzależniona musi wrócić z relacji z substancją do relacji z człowiekiem. Pustkę, która się pojawi, może wypełniać pasja, ale też mogą kontakty z ludźmi.
Mówi Robert Rutkowski: – Ćpanie to oczywiście figura retoryczna, równie dobrze można powiedzieć: rozsmakowanie się, zachwyt. A te możemy znaleźć niemal wszędzie. Przykład? Proszę bardzo. Mój przyjaciel mieszka w innej części Polski, dzwoni kiedyś: „Co robisz jutro?”. „Nic szczególnego”. „OK, to do ciebie przyjadę”. „A jaki jest plan?” „Chciałem z tobą pomilczeć”. To cała historia. Opowiedziałem ją, bo myślę, że człowiek może ćpać, smakować, pochłaniać ciszę. Może ćpać spacery w lesie. Patrzenie na zieleń. Możemy „ćpaniem” nazywać wszystko to, co wcześniej nie było w naszym życiu aktywne. Musieliśmy szukać protezy chemicznej, narkotycznej, żeby dobrze się poczuć, a tak naprawdę mamy wszystko na wyciągnięcie ręki: ogrody, ławki, na których możemy usiąść i patrzeć, zamiast cały czas bombardować się magmą informacyjną niskiej jakości. Kiedy bywam gdzieś w świecie, to chętniej chodzę po parkach niż po muzeach. Proponowałbym taką odezwę do narodu: marsz do parków!
Czytaj także: 30 dni bez alkoholu? Spróbuj, będzie lepiej, niż myślisz – przekonuje Marta Jaskulska, autorka projektu „Ciekawiej”
Kiedy zaproponowałam Robertowi Rutkowskiemu rozmowę o osobach wychodzących z ciężkiego uzależnienia, powiedział, że wolałby całkiem zmienić perspektywę. – Osoby odstawiające alkohol, takie, które odbiły się od dna, często nadają temu aktowi wymiar wręcz poetycki. Mówią o wyjściu z uzależnienia jak o przeżywaniu żałoby. Przy czym zwracam uwagę: zwykle o żałobie mówimy, gdy żegnamy ukochaną osobę, marzenia czy nadzieje. Tu zgroza polega na tym, że żegnamy się z substancją narkotyczną, którą personifikujemy, z której robimy boga, której nadajemy wymiar magiczny. W ten sposób traktujemy alkohol jako coś normalnego, atrakcyjnego, wręcz niezbędnego w przestrzeni publicznej, a jedynie zbyt częste używanie go czy też używanie w zbyt dużych ilościach jest niepożądane. Niejako narzuca się nam koncepcję, żeby mówić, że alkohol jest zły wyłącznie w kontekście ciężkiego uzależnienia. Którego nie chcę, rzecz jasna, bagatelizować, to jedna z istotnych przestrzeni tego problemu. I oczywiście możemy o tym rozmawiać. Jednak ja bym wolał mówić o alkoholu nie wyłącznie w kontekście ciężkiej, samobójczej obsesji, bo problemy z alkoholem zaczynają się nie od momentu pojawienia się histerycznego, narkotycznego uzależnienia, ale już na poziomie tak zwanego zwyczajowego konsumowania tej substancji.
Niedawno ukazała się książka Roberta „Alkoiluzja. Wyjście z alkoholowej sekty”. Jej podstawowa teza brzmi: alkoholizm to nic innego jak alkoholowa narkomania. – Alkohol, czyli etanol, działa identycznie jak pozostałe substancje narkotyczne, na identyczne obwody serotoninergiczne i dopaminergiczne– tłumaczy. – A w nas głęboko tkwi przekonanie, że alkohol nie jest narkotykiem, że staje się niebezpieczny dopiero po przekroczeniu jakiejś magicznej granicy. „The Lancet”, najbardziej prestiżowe czasopismo medyczne świata, opublikował w 2018 roku informację, że jedna lampka wina wypita do kolacji czy jedno piwo wypite do obiadu może działać kancerogennie, czyli uaktywnić duplikacje uszkodzeń DNA, uruchomić proces nowotworzenia.
Nie trzeba uzależnienia, wystarczy pić niewielkie ilości, żeby ten proces zaistniał. Zafiksowaliśmy się na terminie „uzależnienie”. Powtórzę: nie trzeba się uzależnić, żeby zdemolować życie sobie, swojej rodzinie, swoim dzieciom. Wystarczy samo używanie danej substancji, żeby wystąpiły problemy na poziomie somatycznym, psychologicznym, społecznym czy rodzinnym.
Stan naszej wiedzy się zmienia. Robert Rutkowski przywołuje scenę z filmu „Poszukiwany, poszukiwana”. Marysia, grana przez Wojciecha Pokorę, stoi przed Pałacem Kultury, z tyłu za nią widzimy wielką reklamę palenia papierosów jako… ćwiczenia zwiększającego pojemność płuc. – Nie, to nie żart, nie happening, takie brednie pojawiały się w przestrzeni publicznej – mówi terapeuta. Dziś nikt przytomny nie powie, że palenie ma jakiekolwiek prozdrowotne właściwości. Ale ciągle nie życzymy sobie przyjąć do wiadomości trudnej prawdy o alkoholu. Sytuacji nie poprawia to, że mimo jasnego od paru lat stanowiska WHO niektórzy lekarze ciągle twierdzą, że czerwone wino ma pozytywny wpływ na serce, a piwo to wspaniały elektrolit.
Czytaj także: Co alkohol robi nam z mózgiem? Wyjaśnia dr Asia Wojsiat
Robert Rutkowski mówi wprost: chcemy ćpać legalnie. I tu akurat słowo „ćpać” należy rozumieć dosłownie. Mało tego, chcemy tworzyć z tego ćpania pewnego rodzaju rytuał. Celebrujemy picie „szlachetnych” trunków, drogich win czy koniaków. To ma stworzyć przepaść między nami a panem, który w sklepie osiedlowym kupuje pół litra. Choć na dobrą sprawę w trunkach drogich i tanich jest ta sama substancja. Etanol. – Prawda jest brutalna: pijemy, bo mamy problemy w relacjach społecznych, bo jesteśmy zakompleksieni, wycofani, chcemy podlewać zwoje mózgowe tą substancją, żeby wzmocnić pewność siebie – mówi Robert Rutkowski. – Z punktu widzenia medycznego to jak sięganie po lekarstwo na fobię społeczną, na blokady, które w sobie nosimy, na pęknięcia. Tyle że lekarstwo bierze chory, a my chcemy się „uleczyć”, poprawić sobie nastrój, złagodzić twarde kontury życia, nadal występując jako osoba zdrowa. Choć płacimy cenę w postaci zakłóceń na poziomie funkcji poznawczych, percepcji, zdolności do oceny sytuacji. I dodaje: – Sądziłem, że jak się ludziom da wiedzę, a ja w „Alkoiluzji” serwuję potężną porcję wiedzy, to będą wdzięczni. Pomyliłem się. Jest takie zjawisko jak efekt odrzutu: im bardziej komuś tłumaczymy szkodliwość jakichś zachowań, tym mocniej możemy je utrwalać. W książce przedstawiam to, do czego doszła nauka. Ja jestem tylko nudnym, irytującym dla wielu pasem transmisyjnym, który póki żyje, będzie te fakty przywoływał. Posłańców złych wiadomości dziś się nie morduje, ale się ich deprecjonuje. Jaki jest najlepszy sposób na takiego typa jak Robert Rutkowski? – pyta Robert Rutkowski. – Określić go słowem radykał. Z radykałami się przecież nie rozmawia. A może jednak zaczniemy?