„Chcę”, „potrzebuję” i „mogę”, zamiast „powinnam”. Wiem, kim jestem. Decyduję się, zamiast wypełniam polecenia. Działam nie tylko dla innych, ale przede wszystkim dla siebie. O tym, czym jest kobieca sprawczość i gdzie jest jej prawdziwe źródło, rozmawiamy z psychoterapeutką Małgorzatą Sokołowską.
- Czy kobieca sprawczość musi oznaczać niezależność za wszelką cenę? Psychoterapeutka Małgorzata Sokołowska tłumaczy, dlaczego wiele kobiet myli ją z kontrolą, nadodpowiedzialnością i „zbroją silnej kobiety”.
- Dlaczego tak wiele kobiet „robi wszystko”, a mimo to nie czuje się szczęścia i spełnienia? Ekspertka mówi o „programie zasługiwania”, perfekcjonizmie i życiu podporządkowanym oczekiwaniom innych.
- Psychoterapeutka wskazuje również, jak odzyskać kontakt ze sobą, emocjami i własnymi potrzebami.
- Małgorzata Sokołowska wyjaśnia, dlaczego dojrzała sprawczość zaczyna się od świadomości siebie i odwagi zadawania pytań: „Kim jestem i czego chcę?”.
- W rozmowie pojawia się także temat kobiecej seksualności i pracy z ciałem. Ekspertka przekonuje, że seksualność to „potężna energia życiowa”, związana z kreatywnością, radością życia i poczuciem sprawczości.
Artykuł pochodzi ze specjalnego wydania magazynu „Sens” 03/2025
Agnieszka Radomska: Sprawczość rozumiem jako umiejętność podejmowania decyzji, dokonywania wyborów, wiarę we własny wpływ na kształt swojego życia. Myślę jednak, że czasem łatwo ją pomylić z nadmierną kontrolą i niezależnością od kogokolwiek. Czym ona jest dla ciebie?
Małgorzata Sokołowska: Sprawczość jest dla mnie osobiście ważnym tematem. Po pierwsze dlatego, że sama jestem kobietą i przeszłam długi, głęboki proces rozumienia i czucia, czym ona właściwie jest, a po drugie, bo to element świadomej, dojrzałej kobiecości, którą odkrywam od lat w pracy z kobietami.
Sprawczość jest dla mnie związana bezpośrednio ze świadomością siebie i dojrzałością emocjonalną. Zgadzam się z tobą, że można ją pomylić z próbą kontrolowania ‒ która bezpośrednio wynika z wewnętrznej, niezaspokojonej potrzeby decydowania o sobie.
Taka tendencja u kobiet nie wzięła się jednak znikąd. Przez lata byłyśmy wychowywane do uległości, całe pokolenia kobiet doświadczały przemocy ‒ i to słowo nie jest przesadą ‒ w wielu obszarach: społecznym, emocjonalnym, finansowym. Gdy w końcu wywalczyłyśmy prawo głosu i prawo do samostanowienia o sobie, kobieta niezależna stała się bardzo mocną figurą, przy której przycupnęło część z nas na wiele lat, trochę na zasadzie odwetu, trochę z lęku, trochę z braku pomysłu, jak można inaczej.
Myślę, że jest to to rodzaj odpowiedzi kobiet, pochodzący z tej części skrzywdzonej, pod hasłem „ja już nigdy nie pozwolę, by ktokolwiek mnie skrzywdził, zarządzał mną. Teraz rządzę ja!”. To jest w pewnym sensie bunt przeciwko temu, czego doświadczały nasze babki i matki. Tak rozumiana sprawczość oznacza często walkę, obudowanie się, wzmożoną czujność i brak zaufania ‒ co bardzo utrudnia budowanie relacji partnerskich z mężczyzną.
Dlaczego?
Pod podszewką takiej postawy wcale niekoniecznie leży wiara we własne siły i własną moc, a raczej lęk przed jakąkolwiek współzależnością, która przecież jest niezbywalnym elementem każdej bliskiej relacji.
Nadmierna niezależność bywa odruchem obronnym kobiet, które nigdy tak naprawdę nie doświadczyły zdrowej zależności, a więc bycia w dobrej relacji, opartej na wzajemnym szacunku, zaufaniu i wsparciu.
Kieruje nimi często ogromny strach przed tym, żeby nie powtórzyć scenariusza, albo obserwowanego w życiu swoich mam czy babć, albo w swoim własnym, w którym występują w roli ofiary, osoby całkowicie uległej, która nie ma wpływu na swoje życie, której się nie pyta o zdanie, która nie jest w stanie decydować. Takie kobiety z lęku zakładają zbroję, która owszem, przed czymś je chroni, ale jednocześnie coś im odbiera. Ten konstrukt daje im iluzoryczne poczucie, że już nigdy więcej nikt ich nie skrzywdzi, ale może oznaczać skazywanie się na samotność, bo bycie w relacji zawsze jest formą zależności.
Takie kobiety często są samotne także dlatego, że bardzo często w pakiecie z nadodpowiedzialością, która z poczucia całkowitej niezależności się rodzi, idą takie mechanizmy jak bardzo wysokie standardy odnośnie partnera, oczekiwania, których spełnić nie sposób. Tę roszczeniową postawę z jednej strony można oczywiście racjonalnie i przekonująco uzasadnić, ale w gruncie służy ona temu, żeby w relację nie wejść i nie dopuścić do siebie nikogo z obawy przed tym, że ten ktoś zechce przejąć władzę.
Poczucie sprawczości powinno nam służyć, pomagać w życiu, ułatwiać je. Tymczasem nadodpowiedzialnością i dążeniem do całkowitej niezależności robimy sobie krzywdę?
Tak, bo przyjmując taką postawę dajemy światu informację: „ja nikogo nie potrzebuję, nie chcę waszego wsparcia”. Oczywiście taka kobieta bardzo by chciała być blisko, ale wszystkie komunikaty, które wysyła na zewnątrz, raczej odstraszają. Tam nie ma furtki, którą można by wejść, nie ma przestrzeni na dobrą relację.
Priorytetem jest bycie absolutnie niezależną po to, by ktoś jej nie stłamsił, nie odebrał jej autonomii. Zamyka wrota do swojego życia ze strachu, że straci coś, co jest dla niej bardzo ważne. Gdzieś w środku takiej kobiety jest skulona mała dziewczynka, która nie umie sobie z tą sytuacją poradzić. Oddawanie jej głosu to zaprzeczenie emocjonalnej dojrzałości, o której wspomniałam w związku ze sprawczością na początku naszej rozmowy.
Jaka w takim razie jest kobieta emocjonalnie dojrzała, a więc także sprawcza?
To kobieta, która jest w kontakcie z samą sobą. Wie, kim jest, co czuje, co lubi, a czego nie lubi, jakie ma poglądy. Ma także kontakt ze swoim ciałem, bo ono jest rodzajem radaru, jeśli chodzi o relacje i wszelkie przekroczenia. Pierwsze informuje o tym, że coś wokół mnie dzieje się nie tak, jak być powinno, jak chciałabym, by się działo.
Jeśli kobieta jest blisko siebie, w dobrej ze sobą relacji, nie musi się uzbrajać, wiecznie stać w gotowości do walki z mieczem w dłoni i przyjmować postawy wojowniczki. Dojrzałości nie da się osiągnąć bez rozpoznawania własnych reakcji emocjonalnych, to jest właściwie podstawa.
Potrzebujemy wiedzieć, kiedy pojawia się w nas strach, złość czy smutek, a kiedy radość albo ekscytacja. Tymczasem ludzie, którzy trafiają do mojego gabinetu, a w większości są to kobiety, najczęściej nie potrafią określić, co czują, nie znają nawet podstawowych emocji. Najczęściej słyszę od kobiet, że są zmęczone albo ewentualnie zdenerwowane. Złość wysuwa się na pierwszy plan, ale dobrze wiedzieć, że ona jest emocją wtórną, pod nią skrywają się głębsze uczucia i właśnie do nich trzeba się dokopać.
Nie odkryję w tym miejscu Ameryki, mówiąc, że ten problem z nazywaniem emocji w przypadku kobiet ma wiele wspólnego z wychowywaniem do uległości, o którym już wspomniałam. Tych kobiet, gdy były małymi dziewczynkami, najczęściej nikt w ogóle nie pytał, co one czują, nikt nie był tym zainteresowany.
Czuły się niewidzialne. To, co myślą i czują, było bagatelizowane, więc i one przestały się tym zajmować, bo uznały, że to nie jest ważne. Tymczasem podstawą dojrzałej sprawczości jest umiejętność określenia własnych potrzeb, a tego nie da się zrobić, jeśli nie ma się kontaktu ze swoimi emocjami.
Chyba jednak można powiedzieć, że ten problem dotyczy bardziej kobiet. W latach 60. ub. w. David Bakan, jeden z twórców psychologii humanistycznej, pisał, że podstaw spostrzegania innych ludzi i samych siebie leżą dwa główne wymiary: sprawczość, o której rozmawiamy, i wspólnotowość. Pierwsza z nich to koncentracja na sobie, druga zaś to skupienie na innych ludziach. Obie mogą przyjmować skrajną postać, która przestaje nam służyć ‒ niepohamowana sprawczość oznacza koncentrację na sobie i własnych celach tak silną, że wręcz negującą relacje z innymi, zaś niepohamowana wspólnotowość to takie skupienie na potrzebach innych, które prowadzi do zanegowania własnej sprawczości ‒ dla samego siebie i własnych celów człowiek nie robi wówczas nic. Nie zaskoczyło mnie, że zgodnie z wynikami badań kobiety ujawniają silniejszą wspólnotowość i wspólnotowość niepohamowaną niż mężczyźni, natomiast mężczyźni dokładnie odwrotnie. Przywołuję te fakty, by uzasadnić potrzebę mówienia o sprawczości, a właściwie o jej odzyskiwaniu, przede wszystkim w przypadku kobiet.
To pokazuje obraz kobiety, o którym już rozmawiałyśmy: archetyp dobrej żony i matki, utrwalany latami wzorzec, w którym kobieta ma być przede wszystkim dla innych, nie dla siebie. Wspólnotowość to wrażliwość na innych, ciepło, troska, poświęcenie. To mężczyzna wychodził i działał, to on był sprawczy. Ona miała dbać o niego i o wszystkich innych ludzi. Ten wzorzec, choć coraz częściej i coraz śmielej kwestionowany, nadal jest w naszym społeczeństwie bardzo silny, przechodzi z pokolenia na pokolenie.
Trudno się nauczyć od własnej matki sprawczości, zdrowego myślenia o sobie, skoro ta matka zaniedbywała siebie, stawiając się na tzw. końcu kolejki. Nigdy nie pokazała, co to znaczy być ważną dla siebie, traktować się z szacunkiem i godnością, realizować własne cele i marzenia.
Myślę, że nie chodzi tylko o to, że jesteśmy naturalnie zdeterminowane do takiej roli, raczej o to, że innej nikt nas nie nauczył. Dlatego odzyskiwanie sprawczości to budowanie na nowo świadomości własnych potrzeb. Skoro nie wydarzyło się to w dzieciństwie, zadanie polega na tym, by nauczyć się tego w dorosłości. Nawet jeśli jako małej dziewczynce nie dawano mi wyboru, czy chcę założyć takie czy inne rajstopki, to nie znaczy, że jako dorosła kobieta nie mam prawa podejmować decyzji, które będą zgodne z tym, czego pragnę. Tyle że najpierw potrzebuję wiedzieć, jakie są moje pragnienia.
Jeśli sprawczość to skuteczność w działaniu na własną korzyść, to trudno ją sobie wyobrazić bez poczucia własnej wartości. Czy to nie jest trochę o zasługiwaniu?
Jeśli kobieta wiele robi dla innych, pracuje, gotuje, sprząta, ogarnia, odwozi dzieci do szkoły, a w między czasie robi zakupy i tak dalej, to jest w tym jakaś sprawczość, a przynajmniej tak można nazwać podobne działania. Tyle tylko, że motywacja do takich działań może pochodzić z różnych źródeł. Bardzo często pochodzi ona nie od dojrzałej kobiety, która decyduje, że właśnie tak chce żyć, że tego jej potrzeba, a od małej dziewczynki, która czeka na pochwałę, akceptację, uznanie za to, co robi, bo wierzy, że dzięki temu będzie kochana i widziana. Jest w stanie zrobić wiele, by to dostać. Spełni oczekiwania społeczne, męża, rodziny, bo wierzy, że wtedy zostanie zauważona, ktoś jej powie, że jest wspaniała, ktoś ją doceni. Na tym będzie budować swoje poczucie wartości, a nie na tym, by dotrzeć do głębokiej prawdy o sobie. Różnica jest ogromna, bo w pierwszym przypadku żyje się cudzym, a w drugim swoim własnym życiem.
Wiele kobiet, które są „sprawcze” w rozumieniu tej krzątaniny w interesie wszystkich wokół, to kobiety na głębszym poziomie nieszczęśliwe, z poczuciem ogromnego braku czegoś, co trudno im nawet nazwać.
Często cierpiące na depresję, która ujawnia się po latach. Niestety nam jako społeczeństwu w ogóle brakuje refleksyjności. Nadal zadawanie pytań fundamentalnych, dotykających głębokiego sensu życia, jak: kim jestem i czego chcę?, czy żyję tak, jak żyję, bo taki jest mój wybór, czy też wpadłam w program zasługiwania i funkcjonuję już automatycznie? ‒ bywa określane jako psychologizowanie, szukanie dziury w całym. Jest dobrze tak, jak jest, po co drążyć i robić problem? Będę jednak konsekwentnie podkreślać, że dojrzałość polega m.in. właśnie na odwadze postawienia samej sobie podobnych pytań.
Choć coraz więcej mówi się o byciu wystarczająco dobrą, nadal się takie nie czujemy?
Każdego dnia w swojej pracy spotykam wspaniałe kobiety, które są zalęknione w środku, pełne kompleksów, czują się nieszczęśliwe, nie potrafią cieszyć się z faktu bycia kobietą ‒ bo nikt ich nie nauczył, że są ważne i piękne… I mimo tego, że są kreatywne, tworzą niezwykłe rzeczy, zajmują odpowiedzialne stanowiska, zakładają firmy, osiągają obiektywny sukces, zarabiają pieniądze, wygrywają maratony, wychowują dzieci, prowadzą z powodzeniem dom ‒ nadal nie wierzą w siebie. Potrzebują potwierdzenia swojej wartości z zewnątrz, wciąż porównują się z innymi. Bardzo źle znoszą porażki, błędy, odrzucenie ‒ bo znowu wyszło na jaw, że nie są idealne, bez skazy.
Bardzo często właśnie dlatego usiłują wymusić lub wyżebrać od partnera to wszystko, czego same sobie nie dają. Są głęboko nieszczęśliwe, że on się nie domyśla, nie odpowiada na ich potrzeby, których one często albo nie są świadome, albo nie śmią wypowiedzieć.
Szukają w jego oczach uznania, akceptacji, docenienia i potwierdzenia wartości ‒ choć same siebie w zasadzie nie znają, nie lubią i unieważniają się na każdym kroku.
Jak zacząć pracę nad odzyskiwaniem sprawczości?
Pracę z kobietami zaczynam od tego, aby stały się autentycznie ważne dla siebie. Nikt i nic z zewnątrz nie sprawi bowiem, że staniesz się wartościową kobietą. Nikt nie powie ci, kim naprawdę jesteś.
Poznanie i pokochanie tej osoby z drugiej strony lustra to twoje osobiste zadanie, zadanie życia.
I tylko od ciebie zależy, czy otworzysz szeroko drzwi do tego, co wyparłaś z siebie, czego się wstydzisz w sobie, którymi aspektami siebie pogardzasz, co blokujesz w rozwoju, bo uważasz, że ci się nie należy. Na co sobie nie pozwalasz, bo to głupie, lekkomyślne, egoistyczne... Przestaniesz być wtedy chaosem, wstydem, lękiem obleczonym w pozę silnej kobiety. Staniesz się wówczas prawdziwa, a w tym jest siła, piękno i z tego wypływa autentyczna sprawczość.
Zachęcam więc kobiety do odkrywania i pokochania siebie ‒ by budowały głęboką, świadomą siebie, by nie bały zadawać sobie pytania: kim ja właściwie jestem? By zajrzały wgłąb i zobaczyły siebie w pełni. Nie tylko w roli matki, żony, pracownicy, ale jako osobę. Te z pozoru łatwe pytania prowadzą do poszukiwania odpowiedzi o sens istnienia, szczęścia, spełnienia.
Trzeba odłożyć na bok wszystkie te patologiczne wzorce kobiecości, którymi karmiono nas od dzieciństwa, nakazujące znosić, ile się da, żyć powinnościami, wytrzymywać, w oczekiwaniu na nagrodę, która nigdy nie nadchodzi.
Przez wieki było zapotrzebowanie na nieświadome niewiasty, lekkomyślne księżniczki, blade i zwiewne rusałki, uległe i nieznające swojej wartości Kopciuszki, uśpione królewny, czy zamknięte w wieży i czekające na swego wybawcę Roszpunki… Dziewczynki masowo karmione były takimi właśnie wzorcami kobiecości, gdzie sprawczość była poważnie okaleczona. Czas zmierzyć się z mitem Kopciuszka, który cierpi, znosi kolejne upokorzenia i czeka, bo przecież w końcu przybędzie książę i wynagrodzi jej te wszystkie krzywdy. Nawiasem mówiąc, bajki zwykle kończą się w tym momencie i nikt nie wie, jak się Kopciuszkowi żyje w zamku. Pewnie nadal sprząta, tylko ma trochę więcej areałów do ogarnięcia miotłą… Właśnie dlatego pierwszy krok to wyłączenie programu zasługiwania, bo jeśli się tego nie zrobi, można w tym trybie spędzić całe życie, często z depresją i szeregiem chorób psychosomatycznych w pakiecie.
Myślę, że dość łatwo dyskutować o kobiecej sprawczości z pozycji wygodnego fotela niezależnej, przynajmniej ekonomicznie, kobiety z dużego miasta. Jednak trochę trudniej wejść w taką narrację kobiecie w innej sytuacji, z mniejszej miejscowości, a więc z ograniczonymi możliwościami, często finansowo zależnej od partnera czy rodziny. W takim położeniu rozmowa o sprawczości wydaje się dyskusją o niebieskich migdałach...
Doskonale rozumiem, o czym mówisz, i naprawdę daleko mi do ignorowania pewnych realnych zewnętrznych ograniczeń. Tyle tylko, że na sesje, które prowadzę w Warszawie, trafiają kobiety ‒ nieszczęśliwe w związkach ‒ całkowicie finansowo niezależne, świetnie wykształcone, zarabiające niejednokrotnie lepiej niż ich partnerzy, zajmujące wysokie stanowiska, i niemal wszystkie mówią jedno: „jak się z nim rozwiodę, to sobie nie dam rady”. Dlatego jestem przekonana, że to nie jest tylko kwestia obiektywnych czynników, z którymi liczyć się trzeba, a nasze głębokie przekonanie.
Wdrukowano nam to, bo w patriarchalnym podejściu i strukturze związku my mamy sobie nie dawać rady.
Takie kobiety często myślą w ten sposób w wyniku manipulacji, którym są poddawane przez środowisko. Wmawia się im, że niezależnie od tego, ile zrobią i zarobią, to i tak za mało, więc zaczynają w to wierzyć i tym nasiąkają ‒ przekonaniem o własnej niewystarczalności ‒ bo kilka razy powtórzone kłamstwo staje się prawdą. Właśnie dlatego tak ważne jest bycie w kontakcie ze sobą, bo bez znajomości siebie, swoich mocnych stron, możliwości, bez zadawania sobie pytań o własną tożsamość, nie sposób oddzielić przekonań na swój temat, które zostały nam włożone do głowy przez innych, od prawdy. Łatwo też paść ofiarą manipulacji i nigdy nie dokopać się do swojego prawdziwego potencjału.
A jak wygląda to dokopywanie się do prawdy o sobie od strony praktycznej? Prowadzisz nie tylko terapię indywidualną i par, ale także warsztaty rozwojowe dla kobiet, na których temat sprawczości często się pojawia.
Wspomniałam już, że pierwszym krokiem na tej drodze jest odzyskiwanie utraconej świadomości siebie. Nazywam to odzyskiwaniem dostępu do kobiecej mocy.
Wcale nie chodzi o to, żeby kontrolować wszystko i mieć władzę, wręcz odwrotnie ‒ to budowanie takiej postawy wewnętrznej w sobie, dzięki której niezależnie od tego, co będzie się działo w moim życiu, mam wewnętrzne przekonanie, że dam sobie radę i umiem skorzystać ze wsparcia.
Oczywiście dziać się może bardzo dużo i nie zawsze są to rzeczy dobre, a na wiele z nich nie mam wpływu, ale jeśli dowiem się, kim jestem, jaka jestem, co potrafię, czego się mogę jeszcze nauczyć, wyciągnę wnioski ze swoich dotychczasowych doświadczeń, to w ten sposób zbuduję głęboką i bliską relację z samą sobą, w której zacznę autentycznie troszczyć się o siebie. Chodzi o to, by o samej sobie myśleć z życzliwością: umiem korzystać z tego, co mi życie przynosi, potrafię tworzyć sobie życie, w którym czuję się dobrze. Ważna jest w tym procesie świadomość, że dostępu do kobiecej mocy nie da się zyskać w oddzieleniu od siły własnej seksualności.
Co to znaczy? Przyznam, że gdy słyszę, że mam budować swoją sprawczość na seksualności, to się trochę niepokoję...
Energia seksualna to nie tylko seksapil, a dużo, dużo więcej. To potężna energia życiowa. Odpowiadając na twoje zaniepokojenie: w wykorzystywaniu seksualności nie chodzi o to, żeby wpływać na mężczyzn, mieć nad nimi władzę, a o to, by mieć głęboki kontakt ze sobą. Podczas warsztatów wykorzystuję elementy pracy metodą Lowena, a więc pracy z ciałem.
Wyjątkowym obszarem kobiecego ciała są biodra. To tam mieszka nasza wewnętrzna siła, energia seksualna i co za tym idzie ‒ kreatywność życiowa.
Lowen, mówiąc o gracji kobiecej w poruszaniu się, miał na myśli właśnie wykorzystanie w ruchu energii płynącej z bioder. Jeśli biodra kobiece są zablokowane, to nie ma ani życiowej radości, pasji, ani sprawczości. Dlatego tak ważne jest, by mieć świadomość swojej seksualnej energii, cieszyć się nią , rozwijać się w niej. Seksualne potrzeby kobiet przez wieki były zawstydzane, więc wszelkie blokady w obszarze bioder są w pewnym sensie naszym niechlubnym społeczno-kulturowym spadkiem.
To takie dosłownie fizyczne blokady?
To zablokowane poczucie kobiecości, brak radości z bycia kobietą. Podczas warsztatów czasem proszę uczestniczki, by przyniosły na spotkanie spódnice, takie, które umożliwiają swobodny ruch.
W trakcie zajęć proszę, by każda z nich przeszła w spódnicy przez środek sali i spróbowała pokazać, że cieszy się z tego, że jest kobietą. Choć na sali są same kobiety, większość uczestniczek czuje się zawstydzona takim zadaniem, chowa się gdzieś w kącie, by go uniknąć.
Tłumaczą to różnie, tym, że są już matkami i żonami, więc po co w ogóle eksplorować tę swoją kobiecą seksualność, wstydzą się tego, jak wyglądają, jak się poruszają. Żadnej z nich raczej na początku pracy nie przychodzi do głowy, że to wcale nie chodzi o uwodzenie, a właśnie o związek seksualności z życiową energią i ze sprawczością. Bardzo wiele badań naukowych potwierdza związek męskiej seksualności i sprawczości ‒ ci mężczyźni, którzy są sprawczy i odnoszą sukcesy biznesowe, najczęściej są seksualnie bardzo aktywni. U kobiet ten związek jest nieco inny jeśli chodzi o mechanizm, ale niezaprzeczalnie to, jak przeżywamy swoją seksualność, przekłada się na to, jak w ogóle przeżywamy życie. Zaznaczam jednak, że nie chodzi tu o wykorzystywanie swojej seksualności do manipulowania innymi na zasadzie „pójdę z kimś do łóżka i dzięki temu dostanę lepszą pracę” czy do kupczenia swoim ciałem. Kobieta, która jest faktycznie świadoma swojej seksualności, mocy i energii, nie będzie w ten sposób siebie traktować, bo ma do siebie szacunek. Potrzebuje też rozwijać się w tym obszarze również z mężczyzną, który ją kocha i szanuje, docenia to, kim ona jest. Ta świadomość siebie jest zintegrowana z bliskością, miłością i relacją, bo tego nie da się rozdzielić. Seksualność jest związana z miłością, rozwija się wraz z umiejętnością kochania ‒ i siebie, i drugiego człowieka.
Pracując z ciałem, możemy dotrzeć do zasobów, których się w sobie nawet nie spodziewamy?
Dokładnie tak, bo od tego wszystko się zaczyna.
W naszym ciele jest zapisana cała nasza historia. Życie ludzkie zaczyna się od kontaktu z ciałem matki, od przytulenia, dotyku, zapachu, jedzenia. Potem w trakcie całego procesu socjalizacji gubimy kontakt z samym sobą, ze swoją wewnętrzną mądrością, intuicją.
W tego rodzaju pracy terapeutycznej chodzi o to, by wrócić na nowo do pełnego kontaktu ze sobą, świadomości przeżywania tego, kim jesteśmy. Tam się rodzi poczucie sprawczości, a w ślad za nim dumy z tego, jakich dokonuję wyborów, zamiast umniejszania sobie. Świadomość siebie, która zaczyna się na poziomie ciała, sprawia, że przestajemy robić w życiu rzeczy w nadziei, że ktoś nas doceni, zauważy, by na coś zasłużyć. Wykonujemy swoją pracę, bo wiemy, że ona ma wartość, jest potrzebna. Wykonujemy ją dobrze i wreszcie przestajemy swoje dokonania i zasługi wrzucać do studni bez dna, a zaczynamy je widzieć, bez fałszywej skromności, mówiąc o sobie „zrobiłam to świetnie i jestem z siebie dumna”. Takie podejście zmienia wszystko, bo świat i reakcje ludzi są lustrem tego, co ty sama nosisz w sobie. A samo lustro, nota bene, też wykorzystuję w pracy z kobietami.
Zgaduję, że chodzi o ćwiczenie samoakceptacji?
Przede wszystkim chodzi o to, żeby siebie w ogóle zobaczyć ‒ na początek fizycznie. Bo jeśli nawet fizycznie siebie nie widzisz, nie patrzysz na swoje ciało, jak masz zobaczyć swoje wnętrze, zauważyć sukcesy, dostrzec umiejętności, emocjonalne zasoby, wartości, które nosisz w sobie i w zgodzie z którymi chciałabyś żyć? Od czegoś trzeba zacząć widzenie samej siebie, a ćwiczenie z lustrem jest bardzo dobrym początkiem, choć niemal u każdej kobiety, którą do tego zachęcam, na początku pojawia się opór.
Gdy pytam: „czy masz w domu duże lustro?”, zawsze pada odpowiedź: „oczywiście”. Ale gdy pada pytanie: „a czy patrzysz na siebie, stojąc przed nim nago”, pojawia się zdziwienie i wstyd, choć przecież proszę, by to ćwiczenie wykonywać w samotności, gdy w domu nie ma nikogo.
„Jak to nago, po co mam tak stać przed lustrem?!” ‒ to najczęstsza reakcja. No właśnie po to, by wyrobić sobie nawyk zauważania siebie, taką, jaka jesteś.
Jeszcze trudniejsze niż samo przyglądanie się sobie w lustrze okazuje się powiedzenie do siebie trzech dobrych rzeczy, jak „jesteś mądra”, „jesteś piękna”, „jesteś wartościowa”. Samo wyobrażenie prawienia komplementów samej sobie często jest dla kobiet dosłownie paraliżujące, ale jestem przekonana, że gdyby zadanie polegało na powiedzeniu do siebie i o sobie trzech złych rzeczy, bez wahania niemal każda wyrzuciłaby z siebie potok słów o tym, co w życiu zrobiła źle, co jej się nie udało, jakie ma w sobie braki. Od tego warto zacząć budowanie własnej sprawczości ‒ od zauważenia u siebie tego, co chcemy, by widzieli w nas inni. Jeśli same tego nie dostrzeżemy, możemy dostać z zewnątrz tysiące słów uznania, a i tak ich nie usłyszymy. Nie przerzucajmy jako kobiety odpowiedzialności za swoje życie na świat, bo to się zwykle obraca przeciwko nam.
Małgorzata Sokołowska, psychoterapeutka, trenerka, wykładowczyni. Autorka koncepcji „Love in Business” i projektów: „Kobieta Czterech Żywiołów”, „Jak rozwinąć skrzydła?” oraz wielu autorskich warsztatów i treningów terapeutycznych. Wraz z mężem prowadzi Ośrodek Psychoterapii i Rozwoju Osobistego „Sokołowscy” w Szczecinie.