1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Rodzice
  4. >
  5. Lęk rodzicielski to nie jest zwykła troska. Psychoterapeutka wyjaśnia, kiedy zaczyna przejmować kontrolę

Lęk rodzicielski to nie jest zwykła troska. Psychoterapeutka wyjaśnia, kiedy zaczyna przejmować kontrolę

(Fot. Constantin Joffe/Condé Nast via Getty Images)
(Fot. Constantin Joffe/Condé Nast via Getty Images)
Gdy lęk o dziecko splata się z obawą o to, czy jesteśmy dobrymi rodzicami, zaczynamy żyć w ciągłym napięciu. Boimy się nie tylko realnych zagrożeń, których współczesna rzeczywistość dostarcza nam aż nadto, ale przede wszystkim zewnętrznej oceny, że zwyczajnie nie ogarniamy życia. Jak sobie z tym poradzić, by lęk nie zawładnął życiem i naszym, i dziecka – pytamy psycholożkę dr Agnieszkę Kozak.

Spis treści:

  1. Lęk rodzicielski a zwykła troska: jak je odróżnić?
  2. Tłumienie lęku rodzicielskiego w sobie: dlaczego nie warto?
  3. Przyczyny lęku rodzicielskiego
  4. Agnieszka Kozak: „Czasem się śmieję, że każdy jest mistrzem świata w wychowywaniu nieswojego dziecka”
  5. Lęk rodzicielski a porównywanie się do innych rodziców
  6. Czy lęk rodzica przechodzi na dziecko?
  7. Jak radzić sobie z lękiem rodzicielskim?

  • Lęk rodzicielski to nie to samo co naturalna troska – lęk polega na tworzeniu w głowie czarnych scenariuszy, wraz z nim pojawia się poczucie bezsilności i przekonanie, że „na pewno sobie nie poradzę”.
  • Lęk to przewidywanie sytuacji negatywnej, brak zaufania do tego, że sobie poradzę – tłumaczy psychoterapeutka Agnieszka Kozak. Jak podkreśla, tłumienie takich emocji nie pomaga, bo niewyrażony lęk i tak wpływa na nasze decyzje i relacje z dzieckiem.
  • Agnieszka Kozak zwraca również uwagę, że lęk rodziców często wynika nie tylko ze strachu o dziecko, ale też z obawy przed oceną otoczenia, z przekonania, że trzeba być „idealnym rodzicem”.
  • Lęk mówi o tym, że coś w nas potrzebuje opieki, a nie, że coś jest z nami nie tak – podkreśla ekspertka. Dlatego zamiast wzmacniać kontrolę i nadopiekuńczość, warto przyjrzeć się własnym doświadczeniom i źródłom niepokoju.
  • Zdaniem psychoterapeutki najważniejsze jest mówienie o lęku na głos, szukanie wsparcia i budowanie zaufania do siebie. Spokojny rodzic daje dziecku poczucie bezpieczeństwa.

Artykuł pochodzi ze specjalnego wydania magazynu „Sens” 02/2025

Lęk rodzicielski a zwykła troska: jak je odróżnić?

Agnieszka Radomska: Chyba każdy rodzic w momencie narodzin swojego dziecka zaczyna się o nie bać. Mamy mnóstwo zupełnie naturalnych obaw, ale jest, jak sądzę, dość cienka i często subtelna granica oddzielająca uzasadnione zatroskanie od lęku, który w skrajnej postaci może być dosłownie paraliżujący. Jak to odróżnić?

Agnieszka Kozak: To odróżnienie pojęć jest bardzo ważne. Naturalna jest troska pojawiająca się w momencie przyjścia na świat dziecka, ale też wszelkie obawy typu: czy dam sobie radę w roli rodzica? Czy umiem się zająć tą małą istotą? Podobnych rozterek czy wątpliwości nie nazywałabym jednak lękiem.

Lęk to jest przewidywanie sytuacji negatywnej, brak zaufania do tego, że sobie poradzę.

Jeśli mówię, że czuję lęk przed egzaminem, choć jestem do niego przygotowana, to tym samym antycypuję, że mi się nie uda. To coś innego niż stres przedegzaminacyjny czy strach – ten ostatni czuję wtedy, gdy się nie nauczyłam, więc towarzyszy mi zupełnie racjonalna obawa, że to wyjdzie na jaw i egzaminu nie zaliczę. Wracając do lęku rodzicielskiego, mam poczucie, że zewsząd trafiają do nas komunikaty, które mówią nam: nie jesteś wystarczająco dobrym rodzicem. Prawda jest jednak taka, że nikt z nas nie ma wystarczających kompetencji do bycia rodzicem, bo nie jesteśmy do tej roli przygotowywani.

Nie ma szkół dla rodziców, są natomiast matki, teściowe i ciocie, które „wiedzą lepiej”. Wiele osób żyje z wątpliwością, czy są wystarczający jako ludzie, a co dopiero jako rodzice.

To rodzi napięcie dotyczące tego, czy dobrze opiekujemy się własnym dzieckiem, czy właściwie przewijamy, karmimy, a później – wychowujemy, co czasem przybiera skrajną postać. Jedna z moich pacjentek zwierzyła mi się niedawno, że boi się, czy nie funduje swojej córce traumy, bo wczoraj na nią nakrzyczała, więc ta córka pewnie będzie musiała z tego powodu iść na terapię. Nie chcę powiedzieć, że świetnym pomysłem jest krzyczeć na dzieci, ale przecież każdemu rodzicowi zdarza się podnieść głos, stracić cierpliwość, unieść się i to naprawdę nie oznacza, że te dzieci traumatyzujemy. Lęk to jest historia, w której mamy w głowie bardzo dużo negatywnych myśli i snujemy czarne scenariusze. I właśnie tym warto się zająć.

Tłumienie lęku rodzicielskiego w sobie: dlaczego nie warto?

A jeśli ja jako matka czuję lęk, ale go nie pokazuję, nie działam pod jego wpływem, tylko sobie z nim jakoś żyję, jakby go połykam, też powinnam się nim zająć? Bo mnie się wydaje, że problemem jest podejmowanie decyzji pod wpływem lęku, a nie sam fakt, że on w ogóle we mnie jest.

Nie zgodzę się. Pierwsza rzecz jest taka, że lęk kumuluje się w ciele i w którymś momencie wybija, choćby pod postacią chorób psychosomatycznych czy nawet nowotworów. To nigdy nie jest bezkosztowe. Poza tym jeśli się pani tym lękiem nie zajmie, i tak będzie pani działać pod jego wpływem, bo to system naczyń połączonych. Mówi pani o „połykaniu lęku”, więc pociągnę tę metaforę.

Jeśli wypije pani kieliszek alkoholu, to będzie pani pod jego wpływem, czy pani tego chce, czy nie i on będzie rzutował na pani wybory, decyzje, zachowanie. Z lękiem jest tak samo.

Nie warto go bagatelizować, także dlatego, że on zawsze jest ważną informacją. Lęk chce coś do nas powiedzieć, jest echem przeszłości, w której nam mówiono, że coś z nami nie tak.

Załóżmy, że mój lęk dotyczy zdrowia dziecka – paraliżuje mnie myśl, że mogłoby ciężko zachorować. On mnie informuje o czymś innym niż oczywisty fakt, że na świecie są ciężkie i nieuleczalne choroby, które mogą dotknąć moich bliskich?

Myślę, że taki lęk mówi coś bardzo ważnego nie tyle o świecie czy o dziecku, a o pani. Być może boi się pani, że nie udźwignie cierpienia swojego dziecka, że je straci albo że zostanie sama w obliczu jego ciężkiej choroby, co niestety bardzo często się zdarza w takich sytuacjach – ojcowie nie wytrzymują i odchodzą. Taki lęk może także wynikać z jakiejś niezamkniętej, niezałatwionej historii w pani życiu związanej ze stratą, być może z trudności w towarzyszeniu ludziom w cierpieniu. Tu pojawia się ważny temat, który ma wiele wspólnego z lękiem – temat bezsilności.

Nas, kobiety, uczono być dzielnymi i samodzielnymi, zawsze, bez wyjątku. W trudnej sytuacji może się więc pojawić pytanie: czy ja w ogóle mam prawo czuć się bezsilna, nie dawać sobie z czymś rady? Taki lęk może być dosłownie paraliżujący i tym bardziej nie wolno go „łykać”, tylko się nad nim pochylić, zadać sobie pytania: dlaczego ja tak nie znoszę bezsilności?

Dlaczego tak trudno mi myśleć, że ktoś mi najbliższy cierpi? Może się okazać, że ten lęk sporo o pani mówi, choćby o tym, że widzi pani siebie w roli wybawcy, którego zadaniem jest uratować cały świat. Matka, która przeżywa taki stan, w pewnym sensie oddziela się od dziecka. Mówiąc nieco brutalnie, ale językiem psychologicznym, dziecko jest tylko obiektem wyzwalającym w niej lęk, który samego dziecka może wcale nie dotyczyć. Lęk mówi więc o tym, że coś w nas potrzebuje opieki, a nie, że coś jest z nami nie tak.

Przyczyny lęku rodzicielskiego

Zastanawiam się, jakie są przyczyny, przecież nie wszystkim rodzicom towarzyszą takie uczucia. Wielu psychologów powtarza, że dziecko wychowane w lęku staje się lękowym dorosłym.

Wychowanie to rzeczywiście podstawowa przyczyna, a mówiąc bardziej precyzyjnie – wzorce, jakie otrzymujemy, w tym również wzorce językowe.

„Nie biegaj, bo się przewrócisz” wypowiadane do małego dziecka to już klasyka gatunku. A przecież można by to zdanie zamienić na: „biegaj i się przewracaj, bo te doświadczenia dużo nauczą cię o tobie i twoich możliwościach”.

Komunikaty językowe mają ogromną moc, są jak zaklęcia. Jest i druga strona medalu – nasz lęk dziecięcy był często bagatelizowany. To słynne „nie ma się czego bać!” kierowane do małego dziecka, które np. boi się iść do przedszkola, ma być niby motywujące, zachęcające do samodzielności, a w rzeczywistości może spowodować, że dziecko będzie się lęku wstydzić, ukrywać go, przełykać. W efekcie mnóstwo dorosłych ludzi nie potrafi wprost mówić o tym, że się czegoś boją. Piszę właśnie nową książkę, w której są opowiadania terapeutyczne i w jednej z moich bajek pt. „Potworniaczek” lęk jest schowany w szafie. Nie wolno o nim mówić, chodzi się wokół tej szafy na paluszkach... To taki przekaz społeczny: „masz być dzielna czy dzielny!”. Bagatelizowanie lęku powoduje, że my go upychamy w sobie, w środku, jak w tej szafie. Wtedy on puchnie i przejmuje nad nami władzę, jakby się w nas rozpychał od środka. Nie rozmawiamy o tym, a przecież lęk mówi o wielu ważnych potrzebach.

Mówienie o nim na głos coś zmienia?

Czasem wszystko. Pamiętam jedną z moich pacjentek, która wiele lat była w przemocowym związku z mężem o cechach narcystycznych, a może nawet psychopatycznych. Tkwiła w tej relacji, bo jej największą obawą było, że jeśli zdecyduje się na rozwód, to nie dość, że ze wszystkim zostanie sama, to jeszcze otoczenie zlinczuje ją za tę decyzję. Pracowała jako katechetka w szkole i była przekonana, że jeśli rozstanie z mężem wyjdzie na jaw, zostanie wyrzucona z pracy. Zaczęłyśmy powoli i merytorycznie o tym rozmawiać. Pokazałam jej, że w dzisiejszych czasach podobne scenariusze wydarzają się rzadko, zachęcałam też, by porozmawiała o tym z życzliwymi ludźmi ze swojego otoczenia, co było dla niej trudne nawet do wyobrażenia. Odważyła się jednak i po jakimś czasie okazało się, że bardzo wiele osób nie tylko się od niej nie odwróciło po tej informacji, a wręcz zadeklarowało pomoc w razie potrzeby.

Odwaga mówienia o lęku to narzędzie do pokonania poczucia bezsilności. Tylko w ten sposób można dostać bezcenne w takiej sytuacji wsparcie i siłę płynącą z obecności innych.

Agnieszka Kozak: „Czasem się śmieję, że każdy jest mistrzem świata w wychowywaniu nieswojego dziecka”

Lękiem rodzicielskim warto się dzielić także po to, by usłyszeć, że inna mama czy tato ma podobnie, że nie jest się samotną wyspą?

Oczywiście, tym bardziej że pod lękiem o to, że coś zaniedbamy, zrobimy dziecku krzywdę, bardzo często czai się lęk przed oceną. To jest nawet podświadoma obawa o to, że jeśli coś złego stanie się mojemu dziecku, to wszyscy powiedzą, że jestem złą matką. Podam typowy i naprawdę częsty przykład. Większości matek zdarzyło się, że ich malutkie dziecko spadło z łóżeczka, wysunęło się z rąk czy przewrócił się wózek. Oczywiście jest to sytuacja mrożąca krew w żyłach, bo rzeczywiście niebezpieczna. Tyle że to się po prostu zdarza. W takiej sytuacji zupełnie uzasadniony strach o zdrowie dziecka, o to, czy ten upadek nie będzie miał poważnych konsekwencji, miesza się z dramatycznym lękiem przed oceną z zewnątrz. Bo przecież wówczas może przemówić chór innych oburzonych rodziców, grzmiący: „co to za matka, że doprowadziła do takiej sytuacji! Jak można być tak nieodpowiedzialnym!” albo w ogóle padnie wyrok ostateczny: „ty się nie nadajesz na matkę”.

Czasem się śmieję, że każdy jest mistrzem świata w wychowywaniu nieswojego dziecka.

Bardziej niż realnych zagrożeń boimy się więc tego, jak zostaniemy ocenieni?

Myślę, że bardzo często tak jest. Lęk rodzica jest lękiem o utratę akceptacji i przynależności, często niestety podsycanym przez inne matki, ciotki, babcie i „przyjaciółki”. Dodatkowo kiedy rodzi się dziecko, matka jako człowiek jakby znika.

Gdy cała rodzina zjawia się, by zobaczyć tego malutkiego, różowego bobaska, czy ktokolwiek przynosi prezent jego mamie?

Chyba niekoniecznie, najczęściej obdarowany zostaje tylko noworodek, a tej kobiety nikt nawet często nie zapyta, jak ona się czuje, czy nie jest wyczerpana, czy nie potrzebuje pomocy. Ma być szczęśliwa i zadowolona z faktu narodzin małego człowieka. Tymczasem my, matki, potrzebujemy być widziane, ważne i uznane. Ponieważ jednak od małego jesteśmy wychowywane do uległości, do ustępowania, do poświęcania się i bycia niewidzianymi, to potem ciśnie i obezwładnia nas lęk, który przekładamy na dziecko.

Lęk rodzicielski a porównywanie się do innych rodziców

Ten lęk często chyba wynika także z porównywania się do innych rodziców. Nie mówię już nawet o podpatrywaniu idealnych mam instagramowych, przy których najczęściej niedospane i poczochrane wypadamy blado, ale o tym, jak budujemy relację z własnym dzieckiem. Nie ma algorytmu, który pozwalałby wyliczyć jednoznacznie: dobry rodzic, zły rodzic. Myślę, że wielu rodziców może mieć obawę, czy aby dobrze wychowują swoje dzieci, bo przecież zawsze może przemówić ten wspomniany przez panią chór i orzec: jesteś zbyt liberalna albo zbyt konserwatywna, na za dużo pozwalasz albo ciągle tylko zakazujesz. W tym dopiero ciężko się wyrobić...

To, o czym pani mówi, jest bardzo ważne. Boimy się etykiet, a przecież każdy ocenia tylko i wyłącznie przez pryzmat swojej własnej mapy wartości, jakim hołduje w życiu. Gdybyśmy tylko przestali wypowiadać oceny, świat byłby o wiele lepszym miejscem, a w nas samych byłoby dużo mniej lęku. By się tym ocenom nie poddawać, będąc rodzicem, trzeba mieć zaufanie do siebie jako człowieka. Wychowanie odbywa się przez modelowanie. Jeżeli dziecko widzi, że mama, mając taki, a nie inny system wartości, jest zadowolona, szczęśliwa i spełniona w wielu rolach, nie tylko w roli matki, to właśnie przez modelowanie naturalnie te wartości przyjmie. Wychowywanie dziecka dzieje się niejako przy okazji naszego bycia z nim w bliskości i uważności.

Czasem trudno się odnaleźć pomiędzy skrajnościami. Myślę, że wielu rodziców się zastanawia, czy lepiej budować w relacji z dzieckiem twardy autorytet, działać z pozycji władzy, czy może być bardziej przyjacielem i kumplem, któremu się przynosi wszystkie sekrety.

Ważne jest to, by działać zgodnie z potrzebami i zasadami, a te formułować w oparciu o wartości, które się wyznaje.

Jeżeli dla mnie ważną potrzebą jest szczerość, elastyczność i odpowiedzialność, to ja formułuję zasady w moim domu według tych wartości. Jeśli komuś się to nie podoba, bo jest z kolei niezgodne z jego potrzebami i zasadami, trudno.

Pozwólmy sobie działać zgodnie ze sobą. By to jednak było możliwe, trzeba postawić sobie podstawowe pytanie, które często zadaję uczestnikom moich warsztatów i obserwuję, jak ogromny mają problem z odpowiedzią: jaka jest moja tożsamość? Co mnie wyróżnia? Co sprawia, że jestem wyjątkowy/wyjątkowa na tle innych ludzi? Nie zastanawiamy nad swoją tożsamością, a to jest rzecz fundamentalna, także w rodzicielstwie. Jeśli ja będę wiedzieć, kim jestem, nie będę mieć dylematu, co mam przekazać mojemu dziecku, przestanę się martwić tym, co powie babcia, ciocia i sąsiadka, bo wiem, jak działać jako człowiek, a więc wiem też, jak chcę działać jako rodzic i jakie będą tego konsekwencje.

Według mnie bycie rodzicem to przede wszystkim towarzyszenie dziecku w jego rozwoju. Raczej nie można być przyjaciółką swojej nastoletniej córki, ale już z trzydziestoletnią córką z powodzeniem można się zakolegować.

Przy takich dylematach i sobie, i innym rodzicom, proponuję zadać takie pytanie: co będzie służyło życiu? Czy jeśli ja teraz postawię na swoim i nie puszczę córki na koncert czy na samodzielne wakacje, to to będzie służyło życiu czy może przeciwnie? Zakaz dla zakazu to nie jest budowanie autorytetu rodzicielskiego, to jest autorytaryzm. Zawsze dobrze przyjrzeć się, czy zasada, którą wprowadzam jako rodzic, jest zgodna z potrzebami i czy jest nadal aktualna. Często nie aktualizujemy zasad – i w życiu, i w domu. Traktujemy nastolatka tak samo jak siedmiolatka, nie dostrzegając, że to już jest młody dorosły. Wielu rodziców na moich warsztatach jest zbulwersowanych, gdy mówię, że absolutnie nie wolno wchodzić do pokoju nastolatka bez pukania, bo to jest brak szacunku dla jego autonomii, a mówiąc wprost – przemoc. To nie jest taka sama sytuacja, jak wkroczenie do pokoju czterolatka, by pozbierać zabawki. Moim zdaniem, żeby się jakkolwiek „wyrabiać” jako rodzic, trzeba aktualizować system.

Czy lęk rodzica przechodzi na dziecko?

Gorzej chyba, gdy taki rodzic wcale nie jest szczęśliwy, pewny swoich zasad, zgodny sam ze sobą. Myślę, że wiele osób boi się, że ich dzieci popełnią ich własne błędy.

Dlatego nieustannie podkreślam, że w kontekście lęku trzeba zająć się najpierw sobą, nie dzieckiem, bo od tego wszystko się zaczyna. Wspomniała pani hasło, zgodnie z którym lękowi rodzice wychowują lękowe dzieci. Jest w tym oczywiście wiele prawdy, jednak powtarzanie takiego hasła rodzicom na zasadzie straszaka wbija ich jeszcze bardziej w poczucie winy.

Rodzic, którego z rozmaitych powodów przepełnia lęk, może się z nim zmierzyć nie tylko dlatego, że w przeciwnym wypadku wychowa dziecko, które będzie się bało ludzi i świata, ale przede wszystkim dlatego, że życie w lęku nie służy jemu samemu, oznacza napięcie, cierpienie, odbiera radość.

Może warto zacząć mówić, że „za każdym dzieckiem, które wierzy w siebie, stoi rodzic, który postanowił mu zaufać, wierząc w siebie”.

Co to właściwie znaczy: zająć się własnym lękiem?

Chociażby podzielić się nim, powiedzieć o nim głośno, nie chować go do szafy, odważyć się go nazwać nawet pomimo życia w społeczeństwie pełnym ludzi, którzy sobie dają prawo do bycia ekspertami, do wypowiadania ocen, ferowania wyroków. Szukać takich, którzy nie osądzają, a potrafią zrozumieć. Historia opowiedziana to historia oddana. To naprawdę działa – wiem to, bo prowadzę warsztaty o lęku.

Często widzę zdziwienie na twarzach uczestników, gdy tłumaczę, że najważniejsze to mówić o lęku głośno. Potem, gdy się odważą, często obserwuję najpierw zaskoczenie, a potem ogromną ulgę, bo okazuje się, że inni mają bardzo podobnie, czują to samo, z tym samym się mierzą, choć w głowach wielu ludzi krąży taka uporczywa myśl, że na pewno wszyscy radzą sobie świetnie, także w roli rodziców, niczego się nie boją, przecież tak świetnie wyglądają. To nieprawda i uświadomienie sobie tego jest bardzo ważnym krokiem w pracy terapeutycznej.

Bardzo ważne jest także ustalenie, co jest źródłem lęku, a służy temu praca z myślami. Myśli nakręcają uczucia, które zawsze są ich pochodną.

Proszę zauważyć, że ktoś, kto ma w sobie lęk, że nie jest dobrym rodzicem, najczęściej myśli, że tak jest, a nie tak czuje (choć potocznie mówimy „czuję, że jestem złym rodzicem”, to jednak jest to myśl). Lęk przed tym, czy dziecku nie stanie się jakaś krzywda, też ma swój początek w myślach, podsycanych rozmaitymi medialnymi przekazami o wszechobecnych tragediach.

Pamiętam, że w czasie remontu zostawiłam klucze panu, który się nim zajmował. Wielu ludzi zadawało mi pytanie, czy nie boję się, że mnie okradnie. Gdy mówiłam, że w ogóle mi to nie przyszło do głowy, słyszałam, że jestem naiwna. Tymczasem nigdy nikt mnie w ten sposób nie oszukał, więc nie widziałam powodu, by w ogóle tworzyć czarne scenariusze. Mamy w głowie bardzo dużo projekcji wynikających z naszych doświadczeń. Jeśli ktoś ma w sobie jakiś lęk, na przykład obawę przed ludźmi, brak zaufania do nich, nie tylko sam się z tym męczy, ale też podprogowo i zupełnie nieświadomie przekazuje te uczucia dziecku. Ważne jest, by się z tym zmierzyć, bo nie da się uchronić dziecka przed konsekwencjami własnego lęku, jedynie go tłumiąc. Dzieci uczą się nie przez to, co do nich mówimy, tylko przez to, co robimy.

Jeśli dziecko ma wzorzec matki, która generalnie nie ma bliskich znajomych, bo nie ma zaufania do ludzi, a przed pójściem spać trzy razy sprawdza, czy drzwi są zamknięte, bo panicznie boi się włamania, to ono ten wzorzec zachowania przejmuje. Jest zanurzone w lęku po uszy, a może tego wcale nie wiedzieć.

Jak radzić sobie z lękiem rodzicielskim?

Mam wrażenie, że zamiast się z lękiem mierzyć, mówić o nim, korzystać z terapii, często próbujemy sobie z nim radzić za pomocą kontroli, ciągłego sprawdzania, czy drzwi są zamknięte... Trzymanie ręki na pulsie, także w roli rodzica, a więc wprowadzanie monitoringu, śledzenie każdego ruchu dziecka, stosowanie zakazów, daje nam chyba jednak iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa, bo nadmierna kontrola lęku nie leczy?

Pierwsza ważna rzecz jest taka, że jeśli się nie ma zaufania do siebie, to tym bardziej nie będzie się go miało w stosunku do dziecka. Zawsze powtarzam rodzicom, że dzieci mają swojego wewnętrznego mistrza, intuicję do zadbania o siebie, więc lęk o to, czy sobie poradzą, bardzo często jest zupełnie niepotrzebny. Nadmierna kontrola nie działa dlatego, że dziecko jest jak sprężynka – im bardziej ściśniesz, tym mocniej wystrzeli, czasem tak, że w ogóle nie wiadomo, gdzie poleciała. Innymi słowy nadmiernie kontrolowane dziecko zrobi w pewnym momencie wszystko, by odzyskać wolność, którą rodzic mu odbiera. Zdecydowanie bardziej niż je kontrolować, potrzebujemy z dziećmi rozmawiać. Przed wyjazdem nastolatka ze znajomymi dowiedzieć się od niego, z kim planuje wyjechać, na jak długo, jak wyobraża sobie podróż.

Dobrze przy okazji przygotować się i na to, że niemal każdy nastolatek na pewnym etapie będzie kłamał, nie zawsze powie nam prawdę. To naturalny etap rozwoju, którego nie warto demonizować.

Druga rzecz, jaka przy okazji pani pytania przyszła mi do głowy, to zjawisko, jakie obserwuję u wielu moich lękowych pacjentek. Często, gdy wydaje nam się, że chcemy ochronić córkę czy syna, tak naprawdę próbujemy ochronić swoje wewnętrzne dziecko w swoim zewnętrznym dziecku.

Na czym to polega?

Chcemy swojemu wewnętrznemu dziecku dać coś, czego sami nie dostaliśmy jako dzieci. Przypominam sobie siebie jako nastolatkę i czasem te wspomnienia sprawiają, że mnie, jako już dorosłej osobie i matce, jeży się włos na głowie. Modne było wówczas jeżdżenie autostopem, co dziś już przeszło do lamusa, a nie była to bezpieczna forma podróżowania. Moja mama nie miała zielonego pojęcia, że tak właśnie podróżuję z koleżankami. Gdy dziś o tym myślę, to czasem mam poczucie, że chciałabym, żeby moja mama o tym wiedziała i powiedziała mi: „nie rób tego, to jest niebezpieczne”.

Czasem nie tylko nie chcemy, żeby dziecko popełniło nasze błędy, ale chcemy mu dać to, czego sami nie dostaliśmy, w związku z tym bywa, że dajemy to nadmiarowo. To ważny element nadopiekuńczości: daję ci opiekę i bycie widzianym/widzianą, bo ja tego nie dostałam.

Tyle tylko, że nasze dzieci są w zupełnie innej sytuacji niż my w ich wieku i często to, co im dajemy, jest nieadekwatne. Proszę zobaczyć, że wielu rodziców kupuje dzieciom zdecydowanie nadmiarową ilość rzeczy: ubrań, butów, gadżetów. Te dzieciaki nie są w stanie tego zużyć! Ale rodzice właśnie w ten sposób karmią swoje własne wewnętrzne głodne dziecko. Ważne jest, żeby to dostrzec i zadać sobie pytanie: czy ja naprawdę zajmuję się tą realną istotą, która jest na zewnątrz, czy też pod tą troską o dziecko jest inna potrzeba – zadbania o siebie.

Dla mnie jako mamy największym wyzwaniem jest pogodzić się z tym, że w rolę rodzica wpisana jest niepewność. W każdej innej życiowej przestrzeni – zawodowej czy związków romantycznych – łatwiej mi tę niepewność zaakceptować. To, że nie wiem, co spotka moje dziecko, czy dobrze je przygotowuję do życia, dużo trudniej.

Dotyka pani tematu dojrzałości. Jednym z trzynastu podstawowych kryteriów dojrzałej osobowości jest właśnie umiejętność akceptowania niepewności. Moim zdaniem jednak nawet ważniejsze niż sama akceptacja jest uznanie, że nawet jeśli brak mi pewności, czy jestem dobrym rodzicem, to nadal wszystko jest ze mną w porządku i z tą obawą na pewno nie jestem osamotniona. Mogę szukać wsparcia i prosić o po-MOC.

Agnieszka Kozak, psychoterapeutka, wykładowczyni, trenerka komunikacji, autorka bestsellerów, m.in.: „Uwięzieni we własnej głowie. Jak zrozumieć przeszłość i mieć szczęśliwsze życie”, „Mądra wdzięczność. Jak odnaleźć wartość w sobie i świecie”

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE