1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Bój się i rób, co chcesz. Jak oswoić strach przed nowym?

Bój się i rób, co chcesz. Jak oswoić strach przed nowym?

Większość naszych działań zabarwionych jest strachem, dlatego częściej robimy rzeczy, które są rozsądne, a nie te, które odzwierciedlają nasze marzenia. (Fot. iStock)
Większość naszych działań zabarwionych jest strachem, dlatego częściej robimy rzeczy, które są rozsądne, a nie te, które odzwierciedlają nasze marzenia. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nawet nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo strach określa nasze działania. Mamy mnóstwo racjonalnych powodów, dlaczego nie staraliśmy się o te stanowisko, trzymaliśmy się tego faceta albo nie zapisaliśmy na ten kurs. Nasze wybory, przekonania na temat świata, wybór zawodu, partnera, sposobu spędzania czasu często zabarwione są strachem. Robimy rzeczy, które są rozsądne,  a nie koniecznie te, które odzwierciedlają nasze marzenia.

Zrewidowałam swoje koncepcje na temat strachu półtora roku temu, jak przeprowadziłam się na stałe do Belgii do mojego przyszłego męża. Wydawało się na pierwszy rzut oka, że kraj podobny do Polski i w zasadzie mogę robić to samo co wcześniej, w ten sam sposób. I najpierw nie zdawałam sobie sprawy, co się dzieje - dwa kilo mi przybyło od belgijskiej czekolady, to może nic nie szkodzi. Ale zaczęłam czuć się zmęczona, chorować - jesienią dwa razy brałam antybiotyk, co jest do mnie zupełnie niepodobne. I nagle wszystko zaczęło być takie nużące. Jako coach dopiero po pewnym czasie zorientowałam się, że pod zajadaniem się czekoladkami i znużeniem belgijską pogodą, która wcale nie była taka zła tej jesieni, leży strach.

Strach przed czym? Strach przed nieznanym. Przed porażką. Przed odrzuceniem. To nie są ludzie, którym dawałam treningi od lat i doskonale znam ich reakcje. To są NOWI ludzie. Inaczej reagują. Śmieją się w innych miejscach. Na niektóre rzeczy w ogóle nie reagują. Wyrażają mniej emocji na twarzach, więcej tłumią pod przykrywką bycia miłym. To nie są te same twarze. I język nie jest ten. Angielski to jest NOWY język. Nie tak łatwo się w nim wyrazić Słowianinowi jeszcze z polskim akcentem, mówiąc do Belgów. A moje tytuły, referencje nic nie mówią tutejszym firmom. Trzeba zdobyć NOWE referencje. Zacząć trochę od początku. Dać się im poznać i… OCENIĆ NA NOWO.

Przebrnęłam przez ten trudny czas, kiedy nawet miasto, po którym się poruszałam, nie było to samo, tylko NOWE. I dom zrobił się bardziej swojski, jak przywiozłam wszystkie rzeczy, poprzestawiałam meble, kupiłam nowe kwiaty, zawiesiłam SWÓJ obraz. Nie mogłam jednak opierać się na starych umiejętnościach i starych sposobach patrzenia na świat, bo one tutaj wydawały się nieaktualne. Musiałam zdobyć nową wiedzę na temat ludzi i rzeczy. Wyrobić sobie nowe poglądy na temat nawet najprostszych spraw. I porzucić schematy, które wydawały mi się tak nie zastąpione. Jak już się do tego przed sobą przyznałam, to w wielu sytuacjach odczuwałam strach, w których wcześniej byłam pewna siebie. Przede wszystkim niepewność, jak się zachować i co powiedzieć, jak zareagować, jaką podjąć decyzję. Przeczytałam wtedy książkę: „Feel the fear and do it anyway” Susan Jeffers i zaczęłam tak postępować - czując strach, robić to, co chcę mimo wszystko.

Ważną próbą był mój eksperyment podczas wyjazdu na wakacje. Poszliśmy do parku wodnego, gdzie były różnego rodzaju zjeżdżalnie do wody. Największym wyzwaniem była tuba, spod której usuwała się podłoga i leciało się 15 metrów prawie pionowo w dół, zanim zaczynała zakręcać. Dopiero za drugim razem, gdy przyszliśmy do tego parku, odważyłam się zjechać. I zdarzyło się coś nieprawdopodobnego - bardzo się bałam, a jednocześnie nie wpłynęło to na same działania. Weszłam do tuby i zjechałam, mimo strachu. Strach fizjologiczny niekoniecznie ma wpływ na to, co robimy. Więc warto jest się odważyć mimo strachu. Za drugim razem jak zjeżdżałam strach był mniejszy. Susan Jeffers definiuje strach jako tak duży, jakim go sami określimy i w dużej mierze ten strach znika, kiedy przyzwyczajamy się do nowej aktywności.

Z moich obserwacji to, na co składa się strach, zawiera w sobie kilka elementów:

  1. Emocja - czyli to, co się dzieje w naszej głowie, kiedy myślimy o tym, co najgorszego może się stać.
  2. Aktywność - czyli to, co robimy lub to czego unikamy, kiedy się boimy.
  3. Zewnętrzna przyczyna strachu - np. duża wysokość, nieznana publiczność, może to być przyczyna często subiektywna, niekoniecznie racjonalna, która nie zawsze istnieje.
  4. Przeszłe złe wspomnienia - często z czasów dzieciństwa i szkoły, kiedy mieliśmy mniej doświadczenia i robiliśmy bardziej ryzykowne rzeczy z niewiedzy przed niebezpieczeństwem lub kiedy braliśmy bardzo do siebie przykre słowa dorosłych.
Jeżeli chodzi o ostatnie dwa elementy: zewnętrzną przyczynę strachu oraz przeszłe złe wspomnienia, to można łatwo je racjonalnie przepracować. Poprzez modelowanie pozytywne na podstawie zachowania innych osób, można dojść do wniosku, że jak inni stąd skaczą i to tyle osób dziennie lub że jak inni zostali pozytywnie odebrani przez tę publiczność, to my też zrobimy to z sukcesem. To było trudne i niebezpieczne w dzieciństwie, ale już nie musi takie być, kiedy jesteśmy dorośli. Wtedy możemy z kolei skupić się na wykonywaniu aktywności, jakby strach nie istniał i wtedy to, co pozostało, czyli strach - emocja - szybko minie.

Według wielu mistyków Wschodu i buddystów strach nie istnieje. Niektórzy uważają, że słowo „FEAR” po angielsku jest skrótem od „False Evidence Acting Real” (Fałszywego Dowodu Udającego Prawdziwy). Jeżeli byśmy wrócili do mojej definicji strachu, to po poradzeniu sobie z elementem 3. oraz 4. i rozpoczęciu aktywności, czy można mówić, że sama emocja strachu reprezentuje sobą fragment realnej rzeczywistości? Z drugiej strony Eckhart Tolle pisze w „Potędze Teraźniejszości”, że tak naprawdę nie musimy odczuwać strachu, aby racjonalnie ocenić niebezpieczeństwo. Wystarczy do tego zdrowy rozsądek, a w innych sytuacjach podążajmy po prostu swoją drogą bez oglądania się na preteksty, aby stać w miejscu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Skąd biorą się fobie?

Strach i stres są pozytywnymi emocjami, mobilizują organizm do walki. Inaczej jest z fobią – ten nieumotywowany niepokój świadczy nie o zagrożeniu, lecz o tym, że kluczowe mechanizmy organizmu zostały rozregulowane. (Ilustracja: iStock)
Strach i stres są pozytywnymi emocjami, mobilizują organizm do walki. Inaczej jest z fobią – ten nieumotywowany niepokój świadczy nie o zagrożeniu, lecz o tym, że kluczowe mechanizmy organizmu zostały rozregulowane. (Ilustracja: iStock)
Obawa przed niebezpieczeństwem to mechanizm ratujący życie. Kiedy jest uszkodzony, atak paniki mogą wywołać nawet, wydawać by się mogło, najnormalniejsze przedmioty. 

Kiedy ośmioletnia Sophie po raz drugi trafiła do szpitala, była tak wychudzona, że kości prześwitywały jej przez skórę. Skrajnie wyniszczona dziewczynka straciła wszystkie włosy i nie mogła się poruszać. Mimo starań lekarzy zmarła. Sekcja zwłok jako przyczynę zgonu wykazała ciężkie uszkodzenie nerek na skutek odwodnienia i wychudzenia, ale prawdziwym powodem jej śmierci był strach.

Sophie panicznie bała się dentysty. Kiedy zaczęły chwiać się jej mleczne zęby, przestała otwierać usta. Nie jadła i nie piła. Ze strachu nie mogła spać. W ciągu trzech tygodni straciła 11 kilogramów. Była tak słaba, że nie mogła chodzić. Umarła z głodu, bo bała się otworzyć buzię.

Zabierzcie to ode mnie

Fobie, zaburzenia nerwowe o charakterze lękowym, dręczą co dziesiątego człowieka. Osoby nimi dotknięte czują irracjonalny, wyolbrzymiony lęk przed pewnymi sytuacjami lub przedmiotami, mimo że obiektywnie nie są to rzeczywiste zagrożenia. Choć zdają sobie sprawę z niedorzeczności własnych obaw, niekiedy sama myśl o prześladującym ich przedmiocie może wywołać napad niepohamowanej paniki. A objawy strachu są już jak najbardziej realne: płytki, urywany, szybki oddech, nierówny rytm serca, palpitacje, wzmożone pocenie się, suchość w ustach, wymioty, drżenie rąk i nóg, niemożność wydobycia głosu, utrata kontroli nad ciałem, poczucie umierania.

Czego się boją dotknięci fobią? Niemal wszystkiego: łysych (peladofobia), łóżek (klinofobia), pałeczek do ryżu (konsekotaleofobia), przedmiotów znajdujących się po prawej (dekstrofobia) czy lewej (lewofobia) stronie ciała, nieskończoności (apeirofobia), pocałunków (filematofobia), erekcji (ityfallofobia) czy nawet... kiszonych ogórków. Prawie każdy przedmiot, kolor czy substancja mogą być przedmiotem lęku: kurz, fioletowe przedmioty, mięso, samochody, cmentarze, lalki, księża, jeżdżenie windą...

Niektórzy czują paniczną obawę przed podejmowaniem decyzji (decidofobia), inni umierają ze strachu na myśl o tym, że do podniebienia może przylgnąć im porcja masła orzechowego (arachibutyrofobia). Medycyna zna ponad pół tysiąca nazw określających różne fobie. Są wśród nich nawet tak egzotyczne, jak lęk przed konwersacją podczas obiadu (deipnofobia – fantastycznie przedstawiona w 20-minutowym dokumencie Kanadyjczyka Lewisa Leona) czy... myśleniem (fronemofobia). Najdłuższą nazwą fobii jest hippopotomonstrosesquippedaliofobia – nomen omen lęk przed długimi i skomplikowanymi słowami.

Kto się czego boi

Johnny Depp cierpi na koulrofobię – lęk przed klaunami. „Pod ich jaskrawo wymalowanymi gębami czai się zawsze coś ciemnego, gnijącego, czyste zło” – skarżył się w jednym z wywiadów.

Alfreda Hitchcocka przerażały... jajka (ovofobia). „Ta wstrętna biała gładka rzecz bez żadnego otworu budzi moją największą odrazę. Czy można sobie wyobrazić coś bardziej obrzydliwego niż jajko i wypływająca z niego gęsta żółta substancja?”.

Madonna – banalnie – boi się burz (brontofobia).

Napoleon Bonaparte, nieustraszony cesarz Francuzów, omdlewał ze strachu i obrzydzenia na widok kotów (ailurofobia). To dość powszechna fobia przywódców wojskowych – cierpieli na nią również m.in. Juliusz Cezar, Aleksander Wielki, Henryk III, król Francji, oraz włoski dyktator Benito Mussolini.

 
Nicole Kidman boi się motyli (lepidopterofobia), Steven Spielberg nie znosi owadów (entomofobia).

Pamela Anderson – nie uwierzycie! – cierpi na eisoptrofobię, czyli paniczny lęk przed lustrami.

Nie chodzi o to, że obawia się zobaczyć swoją podobiznę, bynajmniej. Chodzi raczej o to, że obawia się, by przypadkiem nie zbić lustra, sprowadzając na siebie zły urok, bądź tego, że poprzez lustra może zajrzeć w okno nadprzyrodzonych światów.

Po złej stronie rzeki

Dla dotkniętych gefyrofobią podróż po moście to udręka. Gdy tylko zbliżają się do kładki prowadzącej nad wodą, czują się paskudnie. Potrafią nadkładać drogi, wyszukują objazdy, mogą godzinami stać w korkach, by nie przechodzić ponad znienawidzonym żywiołem. Most Tappan Zee wywołuje w niektórych nowojorczykach tak niepohamowane napady paniki, że po to, by ludzie ci nie zostali na całe życie uwięzieni po jednej stronie rzeki Hudson, władze stanu Nowy Jork zatrudniają specjalnych przewoźników, którzy pomagają nieszczęśnikom przetrwać podróż. Kierowca może zatelefonować na godzinę przed planowaną podróżą, a technik drogowy przeprowadzi jego samochód na drugą stronę. Codziennie z takiej możliwości korzysta od kilku do kilkunastu osób, rocznie kilka tysięcy. Gdyby nie przewoźnicy, na mostach non stop tworzyłyby się korki – łatwo sobie wyobrazić, jaki chaos może zapanować, gdy kierowca zatrzyma samochód w połowie przeprawy, bo nie czuje się na siłach otworzyć oczu.

Fobie dalekiego wschodu

Niektóre fobie są prawdopodobnie uwarunkowane kulturowo. Taijin kyofusho dotyka wyłącznie mieszkańców Japonii. W odróżnieniu od fobii społecznej popularnej na Zachodzie, której ofiary unikają ludzi z obawy przez upokorzeniem lub wyśmianiem, taijin kyofusho jest lękiem przed skrzywdzeniem innych. Cierpiący na tę fobię Japończycy boją się, że swoim wyrazem twarzy, spojrzeniem, zapachem ciała postawią kogoś innego w trudnej i niekomfortowej sytuacji bądź nie okażą mu należytego szacunku.

W Azji rozpowszechniony jest koro – lęk przed tym, że nieoczekiwanie penis zostanie wciągnięty w głąb ciała. Atak może nastąpić w każdej chwili i miejscu, choćby podczas seansu w kinie. Kiedy ogarnięci paniką zwracają się do sąsiadów, by pomogli w utrzymaniu niesfornego organu na miejscu, taka prośba znajduje całkowite zrozumienie. Kilku dorosłych potrafi wspólnie wyciągać penisa nieszczęśnika i nawet przez myśl im nie przejdzie wzmianka o chorobie psychicznej. Ci, którzy nie mają odwagi korzystać z pomocy, podwieszają sobie do męskości ciężarki. Ba! Niekiedy dokonują samookaleczeń, byle tylko „wydłubać” z podbrzusza utraconą część członka.

Epidemie koro przychodzą falami – w Singapurze falę tego lęku wywołał artykuł w lokalnej gazecie o tym, że koro wywołuje spożycie mięsa z nielegalnego uboju, w Korei przyczyną paniki była wiadomość o dosypywaniu chemikaliów do wody przez agentów obcego wywiadu. Trzy lekkie przypadki koro odnotowano również w Stanach Zjednoczonych. Wszystkie ofiary choroby nadużywały narkotyków i... interesowały się cywilizacją Wschodu, co potwierdza tezę o tym, że choroba przenosi się wyłącznie drogą kulturową.

Na śmierć i życie

Strach jest całkowicie normalnym sygnałem, który niejednokrotnie ratuje nam życie albo co najmniej zdrowie. Pojawia się, gdy znajdujemy się w niebezpieczeństwie, na przykład gdy ktoś nas atakuje. Strach i stres są pozytywnymi emocjami, mobilizują organizm do walki. Inaczej jest z fobią – ten nieumotywowany niepokój świadczy nie o zagrożeniu, lecz o tym, że kluczowe mechanizmy organizmu zostały rozregulowane.
 
W obliczu niebezpieczeństwa w mózgu uruchamiają się dwa niezależne obwody. Jeden jest umiejscowiony w płacie czołowym kory mózgowej, obszarze, który odpowiada za świadomość i podejmowanie decyzji. Drugi, bardziej pierwotny, ukryty jest w jądrze ciała migdałowatego i zarządza nieuświadomionymi procesami. To on sprawia że rozciągają się kanaliki oskrzeli, pogłębia oddech, przyspiesza metabolizm, wątroba uwalnia do krwi dodatkową porcję glukozy niezbędnej do wydajnej pracy mięśni i mózgu, rozszerzają się źrenice gotowe uchwycić najdrobniejsze poruszenie, szybciej bije serce, podnosi się ciśnienie krwi. Mniej krwi dociera do skóry i przewodu pokarmowego, zwiększa się za to jej dopływ do narządów o pierwszorzędnym znaczeniu podczas walki i ucieczki – mięśni, mózgu i serca. Organizm jest przygotowany do walki na śmierć i życie na długo przed tym, zanim świadoma część mózgu wie, jaką akcję podejmie.

Medycyna zna – bardzo rzadkie – przypadki zwapnienia jąder migdałowatych. Dotknięte nimi osoby – dosłownie – nie znają lęku. Nie boją się nigdy niczego.

U źródeł lęku

Ciało migdałowate potrafi zapamiętać obrazy i dźwięki kojarzone z przerażającą sytuacją i stawia ciało w stan wyższej gotowości, kiedy tylko natrafi na coś podobnego, i to bez konsultacji z właścicielem ciała.

Często taka reakcja lękowa na pewne – niewinne, zdawałoby się – sytuacje utrwala się we wczesnym dzieciństwie. Niektórzy jako wyjątkową traumę wspominają pierwsze spotkania z psami czy końmi. Innym bolesne czy przykre zdarzenie nieoczekiwanie skojarzyło się z jakimś zupełnie niewinnym atrybutem – Sophie, dziewczynka, która umarła ze strachu przed dentystą, została w wieku czterech lat boleśnie zraniona przez stomatologa w dziąsło.

Jak „oduczyć” mózg nieuzasadnionych uprzedzeń? Bardzo skuteczna jest terapia behawioralna – powolne odczulanie, oswajanie ze źródłem lęku. I tak pani obawiająca się ogórków najpierw o nich słucha, potem ogląda maleńki ogórek na ekranie komputera, a pod koniec terapii raczy się mizerią. Takie postępowanie powinno być wsparte farmakoterapią, daje wówczas najlepsze efekty, choć wciąż jeszcze większość farmaceutyków, które przepisuje się w stanach lękowych, osłabia objawy, ale nie radzi sobie z pierwotnym mechanizmem wyzwalającym uczucie paniki. Medycy eksperymentują z kilkoma nowymi preparatami. W badaniach nieźle wypada propranolol – lek nasercowy regulujący poziom hormonów stresu. Reakcje przyjmujących go pacjentów są spokojniejsze i bardziej stonowane. Obiecujące jest też działanie pewnego antybiotyku – D–cykloseryny. Choć nie rozumiemy, jak działa, testy wykazały że jest niezwykle skuteczny, przynajmniej przy leczeniu fobii sytuacyjnych. Grupa pacjentów z ciężkim lękiem wysokości już po kilku sesjach psychoterapii wspomaganych antybiotykiem mogła śmigać w przeszklonych windach na najwyższe piętra wieżowców i nawet czuć wielką frajdę podczas tych podróży.

Granice logiki

Pod koniec XX wieku w bogatych Stanach Zjednoczonych umarł z głodu największy logik wszech czasów, genialny matematyk, bliski przyjaciel Alberta Einsteina, Kurt Gödel. Autor twierdzenia o niezupełności, które wywróciło na nice pojmowanie matematyki miał obsesję na punkcie zdrowego żywienia. Przez dziesięciolecia zapisywał codziennie temperaturę swojego ciała, ilość wypitego mleka i spożycie... magnezu. Prześladował go lęk przed przypadkowym zatruciem. Z czasem przerodził się w podejrzenie, że ktoś usiłuje go otruć. Każdy kęs jego posiłków próbowała zwykle żona Adela – jedyna istota, której ufał. Gdy zaniemogła i musiała pójść do szpitala, uczony bał się wziąć cokolwiek do ust.

Najbardziej przenikliwy umysł XX wieku, określający granice ludzkiego poznania i naszej logiki, nie był w stanie pokonać własnych granic wyznaczonych przez lękowe obsesje. Nie mógł uwierzyć, że nie sposób zatruć całej żywności w puszkach we wszystkich supermarketach Ameryki. Przed śmiercią ważył zaledwie 30 kg. Umarł w styczniu 1978 roku.

  1. Psychologia

Świat jest lustrem - nauczyć się w nie patrzeć

Wszystko, co dociera do nas z zewnątrz, to lustro, metafora naszego wewnętrznego świata. Trzeba tylko uważnie patrzeć i nauczyć się ją odczytywać. (Fot. Getty Images)
Wszystko, co dociera do nas z zewnątrz, to lustro, metafora naszego wewnętrznego świata. Trzeba tylko uważnie patrzeć i nauczyć się ją odczytywać. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wszystko, co dociera do nas z zewnątrz, to lustro, metafora naszego wewnętrznego świata. Trzeba tylko uważnie patrzeć i nauczyć się ją odczytywać. W ten sposób można nawiązać kontakt z tym, co zepchnięte w cień, poszerzyć swoje pole widzenia i rozumienia świata.

Świat jest lustrem. To jedno z tych zdań na temat rzeczywistości na tyle wyświechtanych, że nawet nie zastanawiamy się nad ich głębią. Doświadczam, jak ważnym zasobem jest ta świadomość i korzystanie z niej na co dzień. Odszukiwanie znaczeń w rzeczywistości stało się moją pasją, sposobem na nawigowanie w życiu. Wy stworzyliście metodę pracy coachingowej, która opiera się na tym założeniu. Yaron Golan:
Uświadomienie sobie tego, że w otaczającym nas świecie widzimy przede wszystkim to, co mamy w sobie, było dla nas przełomowym momentem. Oboje jesteśmy trenerami, w sposób naturalny zaczęliśmy wykorzystywać w coachingu opowiadania, zdjęcia, symbole. Zafascynowało nas, jak głęboko i skutecznie można dzięki nim pracować. A że kochamy gry, stworzyliśmy narzędzie – The Coaching Game – które wykorzystuje twórczo właśnie te elementy.

Efrat Shani:
Obraz, słowo i opowieść to trzy podstawowe składniki świata, jaki znamy. To, co nas otacza, dociera do nas głównie za pośrednictwem oczu i uszu.

A co z innymi zmysłami? E.S.:
Raczej dopełniają przekaz wizualny. W naszej kulturze najważniejszym kanałem kontaktu jest wzrok, a potem słuch.

Y.G.:
Wszystko, co widzimy i słyszymy, odbieramy na dwóch poziomach: indywidualnym oraz uniwersalnym. Obrazy, symbole i historie sięgają nie tylko do zasobów naszej pamięci jako jednostki, ale też do wspólnej „biblioteki” ludzkości, którą Jung nazywa nieświadomością zbiorową. Dlatego praca z obrazami i symbolami bywa tak głęboka. Nawet nie uświadamiamy sobie, jak bardzo zmienia nas coś, co widzimy, do jakiego miejsca w nas dociera przekaz jakiejś sceny czy obrazu. W dużym stopniu żyjemy życiem nieuświadomionym, które przemawia do nas poprzez sny, obrazy, baśnie, symbole. Czasem jedyny sposób, by dotrzeć do tych zapisów, to użyć języka, w jakim się zapisały. Można powiedzieć, że ludzka pamięć jest rodzajem albumu ze zdjęciami, które przechowujemy w folderach. Niektóre z różnych powodów trafiają do folderu z napisem „zakaz dostępu”. Nie pamiętamy ich, co nie znaczy, że znikają.

E.S.:
Te schowane przed światem i sobą obrazy bywają źródłem złego samopoczucia, napięcia, trudności, stłumionych emocji. Sporo energii życiowej zużywamy, by trzymać je w zamknięciu. Dlatego im więcej obszarów siebie wyjmujemy z tego zakazanego albumu, tym łatwiej nam się żyje, mamy więcej energii do dyspozycji, mniej nas blokuje. Najbardziej ograniczają nas nasze własne zamrożone uczucia i historie, z którymi nie chcemy się spotkać.

Praca z obrazem potrafi ten dostęp otworzyć? E.S.:
To, co widzimy, potrafi wywołać tamten schowany obraz na zasadzie skojarzeń. Jest jak lustro. Potrafi też dotrzeć bezpośrednio do poziomu emocjonalnego, głębokiego, omijając inne poziomy. Wiele razy widziałem podczas sesji, jak ktoś wyciąga kartę, patrzy na zdjęcie i zaczyna płakać. Nagle. Jakby ktoś odkręcił kurek. To momenty, w których rozszerza się pole widzenia. Zaczynamy widzieć coś, co próbowaliśmy ukryć sami przed sobą i przed innymi. A więc jakiś obszar się uzdrawia, napięcie opada. To wielka ulga. Podobnie jedno usłyszane zdanie lub słowo potrafi czasem podpowiedzieć rozwiązanie, którego nie chcieliśmy dopuścić do świadomości z lęku przed konsekwencjami. Uświadamiamy sobie, że coś nas ograniczało, na przykład nie pozwalało nam zrobić ważnego kroku.

Kiedy wydarza się coś trudnego, przerażającego, dziecko zasłania oczy. Nie chce patrzeć na to, co okropne. Y.G.:
Świetna metafora dla tego stanu. A więc coś w nas, jakaś część nas zamyka oczy, nie chce czegoś widzieć. I tak żyjemy. Aż pojawi się coś, co pomoże nam te oczy otworzyć.

E.S.:
Po angielsku to see oznacza jednocześnie „widzieć i rozumieć”. Język odzwierciedla to połączenie. Zobaczyć coś naprawdę, to znaczy zrozumieć, uświadomić sobie tego istotę. Siła obrazu jest wielka. W tym sensie mówimy, że świat jest dla nas lustrem. Wszystko wokół to przecież ruchome „zdjęcia”. Nie trzeba specjalnych narzędzi. Wystarczy się rozejrzeć i zobaczyć, co nas otacza. Nasza psychika dąży do zdrowia, więc wyłapuje w naszym otoczeniu obrazy, które są metaforą tego, z czym mamy trudność. W ten sposób świat podstawia nam lustro: pokazując kolejne historie, w których ta sytuacja się odbija. Niektórzy mówią, że specjalnie przyciągamy takie sytuacje, w których nasze chore mechanizmy i przekonania mają szansę się pokazać, żebyśmy mogli wreszcie zobaczyć, że tak działamy, i podjąć decyzję o zmianie. Na przykład mamy problem z granicami, nie umiemy odmawiać, więc nieświadomie będziemy się ciągle wmanewrowywać w sytuacje, czyli obrazy, w których powinniśmy odmówić, ale nie umiemy. I cierpimy z tego powodu. Tak długo, aż wreszcie dotrze do nas, że to my powinniśmy coś tu zmienić. Na tym polega uzdrowienie, że widzimy nagą prawdę tej sytuacji, naszą rolę w tym, co się dzieje. A następnie bierzemy odpowiedzialność za nasze reakcje, wybory.

Y.G.:
Gdy zaczynamy zauważać, że wszystko, co widzimy wokół, to wskazówki, zaczynamy też żyć bardziej świadomie. W jakimś sensie budzimy się. Wtedy każda rzecz, zdjęcie, film, nawet reklamowy billboard na ulicy przestają być tylko tą rzeczą samą w sobie. To potencjalna ścieżka dostępu do nas samych. Idąc nią, przestajemy obarczać odpowiedzialnością innych, być ofiarą sytuacji. Kolejny raz trafiam na kogoś, kto mnie nie szanuje? Zamiast się skarżyć, pytam się siebie: „Czy ja szanuję samego siebie? Czy ja szanuję innych?”. Pewnie odkryję, że coś w tej sprawie mam do zrobienia na własnym polu. Dlatego mi się znowu powtarza ta sytuacja! Co mogę zrobić, by się więcej nie powtarzała? Takie podejście daje poczucie siły, wpływu.

Gdy zobaczyłam waszą grę, skojarzyła mi się z... tarotem. Choć na tych kartach są współczesne zdjęcia. Ale pomysł wybierania karty, która naprowadza odpowiedź, przypomina wróżenie. E.S.:
Zgadza się. Fascynuje mnie obraz i symbol jako klucz do podświadomości. I choć współcześnie upowszechnił ją Jung, nie jest to wiedza nowa. Wykorzystywana jest w wielu kulturach i naukach ezoterycznych od tysiącleci. Zasada działania kart tarota jest podobna: obraz, który widzimy, potrafi wydobyć z podświadomości skojarzenia, do których inaczej nie mamy dostępu. To może brzmieć jak magia, ale taka jest po prostu właściwość naszego umysłu. Wspomnienia, myśli to są obrazy. I tyle.

Ja mam poczucie, że moje myśli są słowami, zdaniami... E.S.:
Bywają, to prawda. Albo inaczej: czasem do warstwy słownej mamy lepszy dostęp. Ale nawet te myśli zdania tworzą obrazy albo stany emocjonalne, które łatwo się na nie przekładają. Słowa, dźwięki, zapachy wywołują w nas wspomnienia, czyli obrazy. To, co się wydarzyło, historia– to kolejne obrazy.

Y.G.:
Słowo to język lewopółkulowy. Czyli porządek, logika, zasady, kategorie, przekonania, kontrola. Lewa półkula dominuje w naszej kulturze, a więc dla wielu ludzi łatwiejsza i bardziej naturalna jest ścieżka słów. Język jest rodzajem tłumacza rzeczywistości i prawej półkuli. Bo prawa półkula to emocje. A jej językiem są obrazy właśnie.

E.S.:
Ciekawa jest dynamika powstająca dzięki łączeniu obrazu i słów. Ponieważ obrazy przemawiają do prawej półkuli, a słowa do lewej, ich zestawienie tworzy nowe jakości. Na tym polega kreatywność. Proces twórczy to połączenie pracy obu półkul, znajdowanie nowych znaczeń. A więc świadoma zabawa z tym poziomem otwiera w nas obszar kreatywności. Niezbędny, jeśli chcemy żyć pełnią życia.

Mówicie, że historia to obrazy. Przyznaję, że opowieść to moja ulubiona forma lustra dla świata wewnętrznego. Y.G.:
Moja też. Czym innym są baśnie? Biblia jest tak napisana. Jezus nauczał przez przypowieści, w których słuchacze mogli przejrzeć się jak w lustrze. Czym innym są dzisiejsze filmy? Opowiadają wymyśloną historię, w której widz odnajduje siebie, identyfikując się z bohaterem. I przez to może coś zrozumieć, coś sobie uświadomić albo coś przeżyć.

Albo przynajmniej pozwala zadać sobie razem z bohaterem jakieś ważne pytania. Dziś pracując z wami, wylosowałam zdjęcie z narysowaną na murze dziewczynką, która skacze na skakance. Obok widać kawałek okna za kratami. Podpis: kreatywność. Pytanie, które zadaliście, było proste: Czego teraz potrzebuję w moim życiu? Ta karta natychmiast uświadomiła mi, że brakuje mi zabawy, lekkości. Oraz to, że tylko ode mnie zależy, czy moja kreatywność jest wypuszczona na wolność. Poczułam, że ostatnio raczej wciskałam sama siebie za te kraty. A moja wewnętrzna dziewczynka potrzebuje więcej wolności. Cała praca i uświadomienie sobie tego zajęło mi może z minutę...

Y.G.:
Jak to szybko działa, prawda? Mnie fascynuje też to, jak różnymi drogami idą ludzkie skojarzenia. Są osoby, które wyciągając tę samą kartę, nie zwracają uwagi na okno i kraty. Niektórzy skupiają się na tym, że mur, na którym narysowano dziewczynkę, jest obdrapany. Ale pani wewnętrzna sytuacja, poczucie samoograniczenia znalazło odbicie w tym oknie z kratami, które wybiło się na plan pierwszy.

E.S.:
Kolejna rzecz, która przekonuje mnie do pracy z obrazami, historiami czy symbolami jako lustrem: dają dystans. Czasem emocje związane z jakimś tematem lub pytaniem są zbyt silne, nie chcemy się przyznać, że coś czujemy, z czymś sobie nie radzimy. Ale można mówić o obrazie, o bohaterze – co przeżywa, co mógłby zrobić. Mówimy o zdjęciu albo o historii, ale tak naprawdę – o sobie. Przecież wszystko pochodzi z naszego świata wewnętrznego. To są nasze poglądy, przemyślenia, emocje. Koncepcje, spostrzeżenia, skojarzenia. Wszystko, co widzimy, jest w nas. To metafora naszego wewnętrznego świata.

Tak można pracować z dziećmi. Kiedy mój syn był mały, trudno mu było mówić o swoich przeżyciach. Więc wieczorami opowiadaliśmy bajkę o chłopcu, który był jego alter ego. Mój synek opowiadał, co się temu chłopcu wydarzyło, jak mu minął dzień. Mógł mówić o sobie, ale w trzeciej osobie, niejako z dystansu. Y.G.:
Dorośli też często chowają się za cudzą historią. Tak się dzieje, kiedy uznają jakiś temat za trudny albo wstydliwy. Mówią: „Mój przyjaciel ma taki a taki problem, co robić?”. To pozwala przerobić jakiś własny próg, dostać pomoc.

E.S.:
Chcę powiedzieć jeszcze jedną rzecz. Obraz to język, którym zaczęliśmy mówić świadomie dopiero niedawno. W każdym razie na tak masową skalę. Dziś to dominujący sposób komunikacji. Bombardują nas obrazy, przekazujemy sobie wiadomości poprzez zdjęcia, wysyłamy MMS-y. To język, który się teraz rozwija. Jesteśmy tego świadkami.

Y.G.:
Choćby taka prosta rzecz: zdjęcia, które umieszczamy na Facebooku jako swoje wizytówki, czyli zdjęcia profilowe. Niektórzy mają fotografie z dziećmi, inni w kostiumie kąpielowym albo chowają się za abstrakcyjnym rysunkiem. To komunikaty. Mówią, kim jesteśmy na głębszym poziomie.

Albo i nie. Na warsztatach robiliśmy kiedyś ćwiczenie: jeden z mężczyzn usiadł na krześle przed nami, a my mieliśmy napisać o nim kilka zdań. Jaki jest, kim jest, gdzie mieszka, co robi itp. Ciekawe było, że każdy miał coś do powiedzenia na jego temat, choć go nie znaliśmy. I to, że nasze wyobrażenia były zupełnie różne: od drwala, ojca gromadki dzieci, po geja w mieście, który rzeźbi w drewnie... Y.G.:
Coś z tego było prawdą?

Naprawdę rzeźbi w drewnie. Coś tam jednak prawdziwego zobaczyliśmy. Przeczytałam kiedyś ważne zdanie: To, co widzimy w kimś, może być prawdą o tej osobie. Ale nie musi. Natomiast zawsze jest prawdą o tobie. E.S.:
Nie zobaczymy w nikim tego, czego nie ma w jakimś sensie w nas samych. To, co dla nas w danym momencie jest ważne, wysuwa się na plan pierwszy i to zauważamy, na to przede wszystkim zwracamy uwagę. Nasz umysł podsuwa nam potwierdzające sygnały. Jakbyśmy mieli założony filtr, który przeczesuje rzeczywistość w poszukiwaniu pasujących obiektów. Fakt pozostaje faktem: wyraźnie przechodzimy jako ludzkość z fazy języka mówionego do fazy języka obrazowego. Dlatego warto się uczyć z niego korzystać. To wielki zasób. Myślę, że nie zdajemy sobie jeszcze w pełni sprawy z jego mocy, możliwości. Dopiero je badamy, odkrywamy. A nasz świat przez to się zmienia. Nasz umysł się zmienia. Kto wie, dokąd nas to zaprowadzi.

  1. Psychologia

Negatywne emocje. Jak zrozumieć swój lęk?

Lęk, w przeciwieństwie do strachu, istnieje jedynie w wyobraźni. (Ilustracja: iStock)
Lęk, w przeciwieństwie do strachu, istnieje jedynie w wyobraźni. (Ilustracja: iStock)
Każdy się czegoś boi, ale nie każdy się do tego przyznaje. Wyparty lęk wraca ze zdwojoną mocą, oswojony traci na sile. Dlatego kiedy się pojawi, przyjmij go z ciekawością, jak niespodziewanego gościa. I zapytaj, co ma ci do powiedzenia.

Nie lubię sama spać. Kiedy moja rodzina wyjeżdża, a ja zostaję w domu, bywa, że do rana nie mogę zmrużyć oka. Nie pomaga zapalona lampka przy łóżku, szklanka ciepłego mleka ani książka czytana przed snem. Nie boję się włamywaczy czy duchów. Tłumaczę sobie, że mieszkam w centrum miasta, w bezpiecznej dzielnicy, za ścianą mam przyjaznych sąsiadów, komórkę na nocnej szafce… ale sen nie nadchodzi. Mięśnie napięte do granic możliwości nie pozwalają rozluźnić się ciału, a niespokojny umysł nieproszony wyświetla film z minionego dnia. Trudna sesja z pacjentem, w trakcie której nie mogłam dać po sobie poznać, że czegoś nie wiem, że z trudem hamuję łzy, że chwilami czuję się równie bezradna jak osoba siedząca przede mną. Niebezpieczna sytuacja na jezdni; zachowałam zimną krew, ale po fakcie czułam, jak pot kropelkami spływał mi po plecach. Kolejna niespodziewana sprawa, która wypadła nagle, jak królik z kapelusza. Załatwiłam ją, dałam radę, ale napięcie w ciele pozostało.

Do odważnych świat należy?

Takie hasła zwykle rozpowszechniają ci, którzy boją się najbardziej. Bo oficjalnie bać się nie przystoi. Lęk przed ciemnością, zwierzętami, windą, która może stanąć między piętrami, czy potknięciem się na ulicy to cena, jaką płacimy za przymus bycia odważnymi w codziennym życiu. Konsekwencja pośpiechu, mnóstwa spraw do załatwienia „na przedwczoraj”, pracy do późna w nocy, ciągłych wyborów pomiędzy własnymi potrzebami a rozlicznymi obowiązkami czy oczekiwaniami innych. Zwłaszcza my, kobiety, zwykłyśmy robić dobrą minę do złej gry. Grać silną i odważną, kiedy wewnątrz trzęsiemy się jak galareta. Nie przyznajemy sobie prawa do lęku, bo bać się mogą tylko dzieci. Ignorowany, nieprzeżyty lęk domaga się swoich praw. Karmi się naszą wyobraźnią, syci scenami z przeszłości (czasami z bardzo wczesnego dzieciństwa) i potencjalnymi wydarzeniami z przyszłości (co strasznego może przynieść jutro). Lęk nie rodzi się tu i teraz, dlatego tak trudno nad nim zapanować. Pojawia się znikąd, atakuje znienacka i powraca, dopóki nie staniesz z nim twarzą w twarz. Nie ma przed nim ucieczki, prędzej czy później cię dogoni.

Narodziny lęku

Lęk, w przeciwieństwie do strachu, który jest naturalną reakcją organizmu, mającą uchronić nas przed realnym zagrożeniem, istnieje jedynie w wyobraźni. Paraliżuje ciało. Bez przyzwolenia uruchamia wewnętrzny mechanizm stresowy, włączając reakcję: „walcz albo uciekaj”. Przyspiesza oddech, pracę serca, ciśnienie krwi, zwiększa napięcie mięśniowe. Zdaniem Alexandra Lowena, twórcy bioenergetyki, najbardziej podstawowym lękiem jest lęk przed upadkiem. Ów lęk rodzi się w bardzo wczesnym dzieciństwie, indukowany reakcjami rodziców. Naturalna ciekawość dziecka, która popycha do sięgania po nieznane, wspinania się, skakania, brania do ust – zostaje zatrzymana przez pełne niepokoju słowa: „Uważaj, nie dotykaj, odłóż to, nie wchodź tam”. Lęk pojawia się we wczesnym dzieciństwie, kiedy rodzice nie dają wsparcia, rzadko biorą na ręce, nie przytulają, straszą, zamiast tłumaczyć niezrozumiały dla dziecka świat. Bywa, że utrwala się w ciele jeszcze w okresie płodowym.

Kasia, jedna z moich pacjentek, dowiedziała się, że kiedy matka była z nią w ciąży, ojciec odszedł do innej kobiety. Lęk matki o to, czy sama da sobie radę, w życiu mojej pacjentki eksponuje się w postaci zaburzeń odżywiania. – Mój brzuch drży ze strachu zarówno wtedy, kiedy jestem głodna i odczuwam pustkę, jak i po obfitym posiłku, gdy myślę tylko o tym, by pozbyć się wszystkiego, co zjadłam – opowiada Kasia. W trakcie jednego z ćwiczeń, kiedy koncentrowała się na doznaniach płynących z brzucha, poczuła lęk ciężarnej matki.

Zdaniem Lowena lęk przed upadkiem przyjmuje różne postaci w zależności od typu charakteru. I tak np. osoby kontrolujące „trzymają się w garści”, boją się odpuścić, ponieważ odpuszczenie utożsamiają z rozpadnięciem się na kawałki. Poczucie braku oparcia zaburza podstawową orientację w świecie. Osoby nim dotknięte są bardzo ostrożne, boją się ryzyka. Często pracują w tej samej firmie przez lata. Są perfekcyjne, sumienne i unikają zmian. Wszystko dokładnie planują, improwizacja i spontaniczność śmiertelnie je przeraża. Dla innych lęk przed upadkiem wiąże się z lękiem przed samotnością w wyniku wycofania lub niedotrzymania kroku. Dlatego otaczają się mnóstwem ludzi, są duszami towarzystwa, wszędzie ich pełno. Z hucznej imprezy przenoszą się na Facebooka, by przez całą dobę być na bieżąco, a jeśli zdarzy im się chwila samotności, umierają z przerażenia, że za chwilę znikną, a świat o nich zapomni. Lęk przed upadkiem często przybiera również formę lęku przed porażką. Dotyka wszystkich tych z pozoru nieustraszonych ryzykantów. Skok na bungee? – proszę bardzo. Nagły wyjazd na koniec świata? – czemu nie. Rzucenie pracy z dnia na dzień? – bułka z masłem. Kiedy ryzyko sięga zenitu, zwykle pojawia się protest z ciała: wypadek, nagła choroba czy jakiekolwiek inne wydarzenie, które zmusza ryzykanta do zatrzymania się. Dopiero kiedy sięgnie dna, będzie w stanie poprosić o pomoc.

Bywa, że upadek wyobrażany jest jako rozstąpienie się ziemi, wizja ta zazwyczaj dochodzi do głosu w sytuacji rozpadu związku czy końca jakiegoś etapu życia. Wtedy świat przestaje istnieć. Pojawia się depresja, myśli samobójcze, niemożność zamknięcia przeszłości i ruszenia do przodu. Osoby o charakterze sztywnym (co wyraźnie widać w ich ciele) postrzegają upadek jako utratę dumy, poczucia wartości i ważności. Dla nich potknięcie się na ulicy czy popełnienie jakiegokolwiek błędu jest rzeczą najtrudniejszą do przeżycia.

Zdaniem Lowena w przypadku każdego człowieka upadek symbolizuje porzucenie sztywnego wzorca zachowania, który jest mechanizmem obronnym. A to wydaje się przerażające, bo wszyscy bez wyjątku walczymy o to, by stać się kimś innym, ponieważ będąc sobą, nie zyskaliśmy aprobaty rodziców.

Ćwiczenia na oswojenie lęku na co dzień

Przyznaj się sama przed sobą, że czasami świat cię przeraża, że boisz się czegoś, co dla innych (tak ci się przynajmniej wydaje) jest śmieszne. Weź kartkę papieru i wypisz wszystkie swoje lęki, także te najdziwniejsze. Następnie stań przed lustrem i powiedz: „Mam prawo bać się…”.

Stwórz w głowie najczarniejszy scenariusz tego, co może ci się przydarzyć. W wyobraźni przeżyj to wydarzenie i spróbuj poczuć, co będzie, kiedy to już się stanie. Prawdopodobnie poczujesz ulgę, a może zauważysz śmieszność całej sytuacji.

Każdego dnia zrób coś, czego się boisz. Idź do sklepu i zareklamuj coś, co kupiłaś, choć na samą myśl dostajesz gęsiej skórki. Pierwsza zadzwoń do mężczyzny, który ci się podoba, podejmując ryzyko, że nie odbierze telefonu i nie oddzwoni.

Spróbuj odpuszczać sprawy, na których najbardziej ci zależy, zaufaj temu, co się wydarzy. Nie planuj, jak zwykle, weekendu, poczekaj, aż pojawi się jakaś propozycja, a jeśli się nie pojawi – zaakceptuj fakt, że być może spędzisz go samotnie. Pogódź się z tym, że na wiele spraw nie masz wpływu, ale kiedy odpuścisz, świat o ciebie zadba.

Codziennie pobudzaj swoją naturalną ciekawość: odkryj nową drogę do domu, spontanicznie wybierz się na spacer, jakąś prozaiczną czynność, jak umycie zębów, wykonaj zupełnie inaczej niż do tej pory. I jakie to uczucie?

  1. Psychologia

Cała prawda o lęku

Problemem nie jest sam lęk, ale nasz stosunek do niego. (Fot. iStock)
Problemem nie jest sam lęk, ale nasz stosunek do niego. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Sprawdzony sposób na oswojenie strachu? Dotrzeć do sedna sprawy. Gdy zaakceptujesz siebie i swój lęk, odzyskasz spokój.

Czego boisz się najbardziej? Utraty pracy? Choroby? Rozstania? Lotu samolotem? A może wystąpień publicznych, odmawiania, okazywania gniewu? To zabawne, ale często boimy się sprzecznych rzeczy: porażek i sukcesów, samotności i bliskości, życia i śmierci...

Lęk może też przybierać różne formy: od paniki do wewnętrznego niepokoju. Możesz czuć dyskomfort z nim związany i wcale nie nazywać go lękiem. Czasem ubierasz go w garnitur stresu – to trochę lepiej brzmi i przesuwa uwagę na okoliczności zewnętrzne. Może łatwo się irytujesz i wybuchasz gniewem, a pod spodem czai się obawa („skoro tak się zachował, na pewno mnie już nie kocha”). A może martwisz się („czy na pewno w czasie urlopu będzie ładna pogoda?”), wyrzucasz coś sobie („może jednak należało nie kupować tego żółtego swetra”), wciąż sprawdzasz („czy na pewno zapakowałam wszystko do walizki?”). Tak, to też lęk.

Rozpatruje się go różnie: jako zaburzenie nerwicowe (czy wręcz chorobę), jako problem natury psychologicznej... Susan Jeffers, amerykańska nauczycielka, która prowadziła seminaria na temat strachu i autorka książki „Nie bój się bać”, proponowała jeszcze inne podejście. Jej zdaniem nieumiejętność radzenia sobie z lękiem rzadko ma podłoże psychologiczne. Otóż dla Jeffers to temat podpadający pod... edukację. Co to oznacza w praktyce? Ano to, że w większości przypadków lęk nie wymaga terapii. Tylko poznania jego istoty, zmiany sposobu myślenia.

Lęk ma trzy poziomy

Chociaż Susan Jeffers zrobiła doktorat z psychologii, wciąż się bała. Lęk towarzyszył jej nieustannie, wszędzie zabierała go ze sobą. Aż któregoś dnia, w samym środku kryzysu, krzyknęła do lustra: „dość!”. Właściwie to zaczęła wrzeszczeć do utraty tchu. Aż zobaczyła w lustrze rozpogodzoną, uśmiechniętą twarz, skinęła głową na znak zgody. Decyzja zapadła, nie było odwrotu. Wiedziała, że nigdy już nie wróci do poprzedniego życia, że znajdzie sposób. Książki, warsztaty, rozmowy z ludźmi... Wreszcie – jak mówiła – oduczyła się starego sposobu myślenia, wyszła z więzienia. Zaczęła postrzegać świat jako bardziej przyjazny. Potem uczyła tego, co było jej odkryciem. Twierdziła, że tę wiedzę mogą opanować wszyscy

Susan Jeffers zwracała uwagę na to, że każdy lęk ma trzy poziomy.

Pierwszy - konkretna sytuacja - boisz się tego, co może się zdarzyć (dolegliwość, klęska żywiołowa, zmiana), albo podjęcia jakiejś aktywności (rozmowa z szefem, przeprowadzka, odejście z pracy).

Drugi  - twoje "ja" - jeśli boisz się spotkań towarzyskich, prawdopodobnie twój lęk obejmować też będzie wchodzenie w bliskie relacje czy zabieranie głosu podczas zebrań zawodowych. Wszystko sprowadzać się może do strachu przed dezaprobatą, odrzuceniem. Na drugim poziomie chodzi więc o stan umysłu, który towarzyszy ci w różnych sytuacjach – czy to na polu zawodowym, czy osobistym.

Trzeci - lęk lęków. - sedno sprwy. Naprawdę potężny, paraliżujący. Jeffers zapewniała, że wszystkie lęki można sprowadzić do tego jednego. Wszystkie wypływają z niepewności, niepokoju, że nie dasz sobie rady z tym, co przyniesie ci życie – z konkretnymi sytuacjami, ze stanami, jakie mogą tobą zawładnąć...

Wczuj się w to, czego się boisz. Czy w tle nie pobrzmiewa uparcie „nie dam rady”?

Jeffers zadaje pytanie: „Gdybyś wiedziała, że poradzisz sobie ze wszystkim, co ci się przytrafi, czego miałabyś się bać?”. I sama udziela odpowiedzi: „Niczego!”. W praktyce oznacza to, że nie musisz kontrolować niczego w świecie zewnętrznym. Robisz to, bo nie masz do siebie zaufania. Jeśli w każdej z takich sytuacji przypomnisz sobie, że potrafisz poradzić sobie ze wszystkim, co ci się przydarzy, lęk uciszy się, zmięknie. Straci rację bytu.

Poznaj lęk

Żeby oswoić lęk, warto poznać kilka prawd na jego temat. Według Susan Jeffers jest ich pięć.

Pierwsza – która może wystraszyć albo uspokoić – mówi: „Dopóki się rozwijam, lęk zawsze będzie mi towarzyszył”. Na tym to polega. Jeśli chcemy iść do przodu, zmieniać się, opanowywać nowe umiejętności, podejmować kolejne działania, jakaś część nas będzie kurczyć się w poczuciu zagrożenia, umysł będzie bić na alarm. Taka jego rola – chce nas chronić.

Druga prawda jest naturalną konsekwencją pierwszej. „Jest tylko jeden sposób pozbycia się lęku przed zrobieniem czegoś – ruszyć się i to zrobić”. Zwykle okazuje się, że nie taki diabeł straszny. Zaczynasz działać i zapominasz, czego właściwie tak się bałaś...

Trzecia prawda na temat lęku ma związek z samooceną. Często oceniamy, że – żeby porwać się na jakieś przedsięwzięcie – musimy najpierw polubić siebie, poczuć się pewniej, pozwolić sobie sięgać po więcej. To kolejna gra z kategorii kiedy–wtedy. I w tym wypadku Jeffers proponuje odwrócenie kolejności: „Tylko wtedy polubię siebie, kiedy ruszę się... i to zrobię”. Podjęcie aktywności pomaga nam poczuć się lepiej. Następuje przypływ energii, zyskujemy wiarę w siebie.

Czwarta prawda brzmi: „Nie tylko ja odczuwam lęk, kiedy wkraczam na nowy teren. Każdy go odczuwa”. Można być mistrzem Formuły 1 i drżeć przed pierwszą randką z fascynującą kobietą. Albo występować na scenie przed wielotysięcznym tłumem, a potem czuć niepokój za kierownicą nowego auta. Ludzie po prostu „tak mają”. I idą do przodu.

I wreszcie prawda piąta: „Przedzieranie się przez barierę lęku jest w sumie mniej przerażające niż życie w ciągłym strachu płynącym z poczucia bezradności”. Czyż to nie ironia? Wszystko wskazuje na to, że kto nie podejmuje ryzyka, żyje w większym lęku niż ten, kto działa, nie zważając na własne opory...

Działaj pomimo strachu

Ktoś powiedział, że prawdziwym problemem nie jest sam problem, tylko to, co z nim robimy. Jeśli wierzyć Susan Jeffers, problemem nie jest sam lęk, ale nasz stosunek do niego. Amerykanka zalecała powtarzanie powyższych pięciu prawd przez miesiąc, 10 razy dziennie. Inne zalecenia to na przykład:
  • Używaj słów, które dają ci poczucie siły („mogę”, „mam szansę” zamiast „muszę”, „mam problem”).
  • Jeśli od dłuższego czasu stoisz w miejscu, odpowiedz sobie uczciwie, jakie czerpiesz z tego korzyści.
  • Pamiętaj, że ponad 90 proc. naszych obaw nigdy się nie spełnia. I że każda decyzja, przed którą stawia cię życie, to szansa dowiedzenia się o nim czegoś nowego. Podobnie jest z błędami.

To, co mówiła o strachu Susan Jeffers, sprowadza się, w dużym skrócie, do stwierdzenia: „Tak, boję się. I co z tego?”. Zresztą oryginalny tytuł jej książki brzmi „Feel The Fear And Do It Anyway” (czuj lęk, a mimo to zrób to). Pamiętasz „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”? Jednym z bohaterów historii jest Tchórzliwy Lew, który decyduje się wyruszyć wraz z Dorotką do wielkiego Oza, żeby poprosić go o odwagę. A po drodze kilkakrotnie przeskakuje przez przepaść, przenosząc na grzbiecie wszystkich uczestników wyprawy, przegania dwunastu uzbrojonych Winków i przeciwstawia się Złej Czarownicy. Od wielkiego czarnoksiężnika, który okazuje się drobnym oszustem, dostaje coś, co nazwalibyśmy placebo. I złotą myśl: „Potrzebujesz tylko wiary w siebie. Nie istnieje na świecie stworzenie, które nie czułoby strachu w obliczu niebezpieczeństwa. Prawdziwa odwaga polega na zmierzeniu się z doświadczeniem, a tej ci nie brakuje”.

Oswój i zaakceptuj

Większość szkół psychologicznych i duchowych pozostaje zgodna: istnieją tylko dwie podstawowe emocje – lęk i miłość. To one są najsilniejszym motorem napędowym naszych doświadczeń. Wszystkie myśli, słowa, działania zakorzenione są w jednym z tych uczuć. Możemy wybierać. A najważniejsze: miłość uzdrawia lęk. Pokochać to, co nas przeraża? Fakt, trudno. Na szczęście jest jeszcze forma pośrednia: akceptacja. Nie bez powodu znacznie częściej mówi się o oswajaniu lęku niż o walczeniu z nim. Walka nic tu nie da – wyczerpie ciebie, wzmocni „przeciwnika”. Tak naprawdę lęk to forma energii. Odpowiednio wykorzystana może stać się dopingiem do wytężonej pracy, pomóc w koncentracji. Aktorzy, piosenkarze, mówcy doceniają rolę, jaką odgrywa w ich życiu trema. Wyostrza zmysły, pozwala wykrzesać z siebie więcej...

Ale są też przecież osoby, które z powodu lęku nie wychodzą z domu. Być może dla nich cenniejszą lekturą będzie „Pokonać lęki i fobie” Judith Bemis i Amra Barrady. Oboje autorzy cierpieli na agorafobię (lęk przestrzeni) i oboje wyszli z tego. Przyznają, że osoba cierpiąca na fobię żyje często w przeświadczeniu, że najgorsze, co może ją spotkać, to atak paniki. Zaczyna się więc bać własnego lęku – wszystko się nawarstwia... Autorzy mówią: nie musisz nad tym panować, pozwól tej energii znaleźć ujście. Wykonasz w ten sposób wielki krok w stronę akceptacji. Przede wszystkim samej siebie – takiej, jaką w tym momencie jesteś. To najlepsze, co możesz dla siebie zrobić.

Opracowany przez autorów program autoterapii oparty jest właśnie na akceptacji siebie. Jego kluczowym elementem jest dialog wewnętrzny. Oczywiście, wszyscy go prowadzimy. Ale czasem (zwłaszcza jeśli rodzice nie wspierali naszego poczucia wartości, a raczej dawali nam do zrozumienia, że sami sobie nie poradzimy) ten dialog przypomina wielkie pasmo samokrytyki i samooskarżeń. „To śmieszne!”, „Znów te beznadziejne myśli!”, „Reaguję jak idiotka” – strofujemy siebie. Dążymy do perfekcji, próbujemy kontrolować otoczenie, przewidywać różne dramatyczne warianty zdarzeń („co będzie, jeśli…?”), po czym, z nie mniejszym zaangażowaniem, odganiamy czarne myśli. I w tym wszystkim staramy się być zrelaksowani! Bemis i Barrada radzą: Nie walcz z lękiem. Nie unikaj sytuacji, które mogłyby go wywołać. Kiedy jesteś niespokojna, skoncentruj się na danej chwili, zwolnij ruchy, zwolnij myśli. Nie siłuj się z tymi, które domagają się odpowiedzi na pytanie „co będzie, jeśli…?”.

Rozmawiaj ze sobą

Wreszcie – ćwicz przeprowadzanie właściwych rozmów wewnętrznych. Masz do wyboru dwa podstawowe warianty – A i B. Wariant A to próba wywarcia na sobie presji, wymuszenia określonego zachowania („muszę zachować spokój”, „nie wolno mi wyjść”). Nie ma w nim miejsca na niedoskonałości czy porażkę. Jest za to obrażanie samej siebie, zawstydzanie. Wariant B pozwala wzmocnić nasze poczucie wartości, wykształca wyrozumiałość wobec siebie i własnych słabości, dopuszcza niedoskonałość. Nie ocenia, nie nakazuje. Weźmy przykład:

A: Musi się ze mną dziać coś strasznego. Nie zachowuję się normalnie. B: Nic mi nie dolega poza tym, że czuję się niespokojna. A: To straszne! Mam wrażenie, że nic nie jest takie, jakie być powinno. Nie zniosę tego ani chwili dłużej! B: Czasami za bardzo się staram. Postaram się po prostu dopuszczać do siebie lęk, pamiętając, że „to również minie”.

Choć może to zabrzmieć paradoksalnie, najlepszym sposobem na zapanowanie nad atakami paniki jest odpuszczenie sobie kontroli nad nimi – twierdzą autorzy „Pokonać lęki i fobie”. To samo dotyczy panowania nad niepokojem, natrętnymi myślami. Powtarzanie sobie, że musimy się odprężyć, wyrównać oddech – pogłębia frustrację. Chociaż Bemis i Barrada, pisząc o fobiach, sugerują też skorzystanie z pomocy terapeuty, podobnie jak Jeffers przywiązują ogromną wagę do zmiany myślenia. Zalecają nieustannie zastępować wariant A (obawa) wariantem B (przyzwolenie).

  1. Psychologia

Potęga feedbacku - po co firmy zatrudniają mentorów

"Opportunity learner to osoba, która każdą sytuację traktuje jako okazję do nauki. Jeśli masz stale "włączoną" refleksyjność, to każde, nawet nieznaczące spotkanie w tramwaju czy sytuacji towarzyskiej, może być cenną lekcją". (fot. iStock)
Czy dawnych mistrzów zastąpili dziś coachowie? Po co w firmach są mentorzy? I dlaczego oprócz działania tak ważna jest refleksja? Psycholożka i trenerka Joanna Heidtman wyjaśnia, dlaczego zamiast inwestować w nową wiedzę, lepiej jest nauczyć się umiejętnie wyciągać wnioski z tego, co nam się przydarza.

Dawniej, jeszcze w pokoleniu naszych rodziców, niemal w każdym zawodzie uczeń uczył się od mistrza. Tak było w szewstwie, krawiectwie, ale i aktorstwie, malarstwie, dziennikarstwie. Uczyliśmy się od starszych i bardziej doświadczonych. Dziś od razu po szkole mamy być gotowi do zawodu.
Zmieniły się możliwości i sposoby uczenia się. Kiedyś istniał tzw. świat nieocenionych przodków – młodszy uczył się od starszego i bardzo dobrze to funkcjonowało. Dlaczego? Ponieważ z pokolenia na pokolenie nie zmieniało się prawie nic: ojciec kowal miał syna kowala i syn tego syna też zostawał kowalem. Gdy świat zaczął przyspieszać, a ludzie stali się bardziej mobilni i zaczęli migrować, np. do Stanów Zjednoczonych „za chlebem” – ich dzieci w zupełnie nowym i nieznanym rodzicom środowisku musiały się uczyć od rówieśników. Oderwane od swoich korzeni, patrzyły na to, co robią osoby w ich wieku. To, co potrafili i wiedzieli ich rodzice i dziadkowie, miało mniejszą przydatność w nowym otoczeniu. Teraz jest jeszcze inaczej – nastąpił etap „kultury postfiguratywnej”, w której to rodzice uczą się od dzieci. Przy całym szacunku dla rodziców i starych mistrzów – technologie tak szybko się zmieniają, że dla naszych dzieci świat, w którym my wzrastaliśmy, już nie istnieje – jest zupełnie inny.

Ale tęsknota za mistrzem pozostała, ludzie chcą wiedzieć od „kogoś większego”, jak żyć, co jest ważne, jak odnieść sukces, być w czymś dobrym.
I ta tęsknota, i chęć powinny istnieć. Mistrzowie także. Mówię to także z pozycji osoby, która w sposób naturalny przechodzi od roli ucznia do bycia mentorem. To naturalny proces z dwóch powodów. Po pierwsze, z czasem, jeżeli coś robimy zawodowo z pasją, to nabieramy doświadczenia i chcemy je przekazać jako spuściznę, pragniemy to oddać innym. Ale jest jeszcze drugi powód – ten „mistrz” dzisiaj, często jako coach czy trener, nie uczy nas przecież w sensie przekazywania informacji, ale pomaga wyrabiać w sobie pewną postawę. Wspiera motywacyjnie, inspiruje. Jest jak lina asekuracyjna podczas wspinaczki. Ubezpiecza nas w trudnej wędrówce na szczyty.

Ale to my się wspinamy.
Właśnie! Po co w firmach i organizacjach są mentorzy? I ci formalni, i ci nieformalni. Nie po to, by przekazać konkretną wiedzę – choć i to się może zdarzyć – ale po to, by gdy młody człowiek się potyka i miewa różne dylematy, pomóc mu przez to przechodzić. Podtrzymać jego motywacje w chwilach zwątpienia. Mentor sam przeszedł kiedyś te trudne momenty i już sobie z nimi poradził.

Zdobywać wiedzę możemy dziś z różnych źródeł – są szkolenia, studia, kursy, książki, wykłady, Internet – ale uczenie się jest dziś czymś więcej, oparte jest na konstruktywnych emocjach, a to, jak z nich korzystać, nauczyć nas może właśnie mistrz, przewodnik, bo już tego doświadczył, już przeżył. Im bardziej nastawiamy się na szybką ścieżkę rozwoju w życiu zawodowym, tym bardziej taki mistrz nam jest potrzebny.

Nie zawsze jednak mamy w swoim kręgu mentora czy mistrza, chcąc nie chcąc, musimy się uczyć sami od siebie, mając oczywiście osobisty wgląd w to, co się z nami dzieje. Czy zgodzisz się z powszechnym przekonaniem, że najwięcej mogą nauczyć nas porażki?
Mam tu taką złotą myśl, którą nie wiem, czy sama wygenerowałam z siebie, czy gdzieś zasłyszałam – że „sukcesy nas wzmacniają, a porażki uczą”. Nie jestem zwolenniczką poglądu, że porażki są wspaniałe, może nawet wspanialsze niż dobre rzeczy, bo tak wiele się z nich nauczymy. Nieprawda – jeżeli nie mamy sukcesów albo sami nie zauważamy, że je odnosimy, to nasza wytrwałość i motywacja ulegnie osłabieniu. Jak mówił Martin Seligman, twórca koncepcji konstruktywnego wyjaśniania sukcesów i porażek, jeżeli nie umiesz zauważyć i docenić sam przed sobą swojego sukcesu, to nie będziesz mieć siły, by konstruktywnie przechodzić przez porażki.

Bo w chwilach porażek warto sobie przypomnieć momenty triumfu – „tak, teraz przegrałam, ale umiem też być zwycięzcą”.
O to właśnie chodzi! Bo przecież porażka zabiera sporo naszej emocjonalnej energii. Ściąga nas w dół – i musi ściągać, inaczej nie byłaby porażką. Proszę sobie wyobrazić, co się może dziać z osobą, która przechodzi serię porażek pod rząd.

Depresja murowana. Jest we mnie niezgoda na powiedzenie „co cię nie zabije, to cię wzmocni”, bo wzmacnia, ale tylko do pewnego poziomu. Później już jednak zabija.
Oczywiście, im więcej działamy, tym więcej się narażamy. Jako coach osoby, która przechodzi serię porażek, byłabym mocno zaniepokojona, że może spaść jej motywacja do podejmowania kolejnych prób, że może nastąpić załamanie, więc nie powiedziałabym, że porażka jest czymś dobrym. Ale jeśli wcześniej ta sama osoba miała sukcesy i przypisuje je sobie, a nie przypadkowi, to wiem, że ma wystarczająco wiele sił, żeby powiedzieć: „Tak, to jest porażka, przemyślę, czego mnie nauczyła, ale wiem, że jestem w stanie iść dalej”.

Nauczycielem dla wielu osób jest poważna choroba – uczy stawiać granice, dbać o siebie, wybierać priorytety. Zatrzymuje nas, gdy sami nie potrafimy się zatrzymać. Choroba uczy też, że nasz czas jest ograniczony, wskazuje, które relacje są najważniejsze, każe podążać za marzeniami, a czasem nawet zmienić miejsce pracy czy kierunek kariery.
Choroba w wielu przypadkach nie pozwala dalej działać, a ponieważ nas zatrzymuje – to siłą rzeczy przemieszcza w sferę refleksji. Dlaczego to jest takie ważne? W cyklu uczenia się, co bardzo dobrze opisuje David A. Kolb, amerykański teoretyk metod nauczania, samo doświadczanie czegoś, wchodzenie w nowe sytuacje, działanie – to za mało, to jeszcze nas nie rozwija. Aktywność prowadzi do zautomatyzowania jakiejś czynności, do rutyny – możemy być nawet w tym mistrzowscy, ale to nas niczego nowego nie uczy. Uczymy się tylko wówczas, jeśli nasze działania poddajemy refleksji.

Od „ha ha” do „aha”, jak mówimy w trenerskim żargonie.
Tak! Przyglądamy się, zastanawiamy, wyciągamy wnioski i przechodzimy do działania. I dopiero wtedy ten cykl uczenia się można domknąć. Obserwuję, że w organizacjach mamy obecnie „kulturę aktywności” – czyli: rób, działaj, aktywność jest najważniejsza. Całe systemy bazują na aktywności i nagle, gdy pojawia się jakaś innowacja, padają, załamują się, bo nie dostosowały się do rynkowych zmian. Zabrakło refleksji, zatrzymania i wniosków. Mogą wtedy nawet wypaść z rynkowej gry.

Vide ogromna korporacja Kodak – zlekceważyli technologię cyfrową, uznali, że to przejściowa moda… Kryzys w firmie to też w pewnym sensie poważna choroba, która każe nam się zatrzymać.
Tak, ponieważ zdolność do zatrzymania się, do refleksji, wyciągania wniosków dotyczy nie tylko poszczególnych osób, ale całych systemów, organizacji, firm. Aczkolwiek nie zalecałabym, by czekać na sytuacje, które nas siłą zatrzymują, nie pozwalają ruszyć z miejsca. To zbyt kosztowne – i dla nas, i dla organizacji – lepiej poddawać swoje działania regularnej refleksji.

Na przykład jak?
A na przykład w formie „dziennika refleksji” albo inaczej „dziennika feedbacku”. Można się z tego śmiać albo nie śmiać, ale to użyteczne narzędzie. Podobnie przebiega sam coaching, a jest dzisiaj bardzo popularny w organizacjach. Dla wielu menedżerów jest okazją do zatrzymania się i refleksji. Niejeden lider na wysokim stanowisku menedżerskim, zapytany, co mu daje coaching, mówi: „Pani Joanno, to jest bezcenne, bo ja się mogę zatrzymać na dwie godziny raz w miesiącu i przyjrzeć swojemu działaniu. To popycha mnie do przodu o lata świetlne! Wychodzę z coachingu i mam nowe pomysły. Uczę się, rozwijam”. Tak więc wcale nie nowa wiedza, nie nowe działanie – ale refleksja nad tym, co się już wydarzyło. Wyciąganie wniosków. I nowe sposoby działania. Warto to ćwiczyć – postępy w uczeniu się są bardzo szybkie. Bez dodatkowych szkoleń i nauczycieli.

Kiedyś poziom nauczania zależał od nauczyciela, ważne było to, co on miał nam przekazać – dziś wiedza zależy od ucznia, od jego ciekawości, gotowości i sposobu, w jaki nie tylko przyswaja wiedzę, ale także w jaki twórczo ją przetwarza.

Nauka płynie też ze świata przyrody, od zwierząt, właściwie zewsząd.
Krystyna Weinstein-Fitzgerald, nauczycielka tzw. action learning, czyli uczenia się poprzez działanie, ukuła sformułowanie opportunity learner. To osoba, która każdą sytuację traktuje jako okazję do nauki. Jeśli mamy stale włączoną refleksyjność, to każde, nawet nieznaczące spotkanie w tramwaju, w sytuacji towarzyskiej, na wyjeździe, może nas czegoś nauczyć – o nas samych, o ludziach, o świecie. Ja zauważyłam, że sprawni liderzy mają taką umiejętność. Pokończyli najlepsze szkoły, szkolenia, mieli mistrzów i mentorów – więc z czego się nadal uczą? Uczą się z życia, ze świata. Mało tego – uczą innych, opowiadając historie o życiu: jadą na wakacje i przywożą stamtąd pięć opowieści z morałem! Czyli to oznacza, że muszą wchodzić w jakieś doświadczenie, poddawać je refleksji i wyciągać wnioski. Dostrzegać powiązania i analogie.

Nawet jeśli zdobędziemy wszystkie certyfikaty świata, a nie staniemy się owymi opportunity learners, czyli uczącymi się z każdej sytuacji, to i tak nie będziemy się prawdziwie rozwijać. Przewagę w świecie daje dziś twórcze kojarzenie wiedzy z różnych obszarów i to, o czym mówił Steve Jobs, connecting the dots, czyli łączenie kropek. Wiedza to dziś absolutnie za mało. Twórcze wykorzystanie wiedzy – to jest to!

Zatem nie tylko nauka płynie zewsząd, ale i uczymy się nieustannie, do końca życia.
Wisława Szymborska mówiła, że najważniejsze stwierdzenie to „nie wiem”. Ta – jak mówią psycholodzy – „świadoma niekompetencja” jest niezbędna, bo uczenie się zaczyna się od stanu: „Nie wiem, chętnie się dowiem”.

Uczenie się wymaga też jeszcze jednej ważnej rzeczy – wychodzenia z własnej strefy komfortu i wchodzenia w sytuacje, których się nie zna, stykania się z ludźmi, których się nie zna albo którzy nie są podobni do nas ani kulturowo, ani charakterologicznie.

A czego twoim zdaniem uczy czas? Może pogody, jak śpiewa Grażyna Łobaszewska?
Jeśliby pojmować tę pogodę jako stan, w którym rozumiem już, że warto działać tylko tam, gdzie mam jakiś wpływ, to tak. Przestaję się miotać i walczyć ze sprawami, które nie zależą ode mnie. Rzeczywiście, gdy jesteśmy młodymi buntownikami, to walczymy często z różnymi wiatrakami, wytracając energię i frustrując się. Co nie oznacza, że nie warto walczyć o idee. Ale mądrze. A to przychodzi z wiekiem – człowiek starszy, świadomy, nie traci energii na walkę z czymś, co jest poza jego strefą wpływu. I robi bardzo dużo i efektywniej tam, gdzie może, unikając negatywnych, niszczących emocji.

Nie chciałabym, żeby czas nas uczył pogody w takim sensie, że wszystko już było, nic nas nie zaskoczy, już wiemy, co mamy wiedzieć, bo wtedy to jest koniec uczenia się, a ja głęboko wierzę, że nauka się nie kończy. NIGDY.

Dr Joanna Heidtman psycholog i socjolog, doradca i coach, wykłada na SWPS i w ICAN Institute. Publikuje na stronach Blogosfery Liderów Harvard Business Review Polska. Współprowadzi firmę konsultingową Business Doctors.