Z badań przeprowadzonych przez Fundację „Dajemy Dzieciom Siłę” wynika, że dwie trzecie nastolatków w Polsce doświadczyło przemocy rówieśniczej. Jednak jej pierwsze przejawy obserwuje się już od początku szkoły, z czym wiele placówek zupełnie sobie nie radzi. Psycholożka Sonia Ziemba-Domańska alarmuje, że obojętność dorosłych może dramatycznie wpłynąć na dziecko, które jest krzywdzone.
- Przemoc rówieśnicza zaczyna się dziś wcześniej niż kiedyś. Doznają jej nawet uczniowie najmłodszych klas.
- Psycholożka Sonia Ziemba-Domańska wskazuje, że dzieci prześladują równieśników m.in. przez to, co dzieje się w ich domu.
- Jak mówi ekspertka: „Jeśli rodzice są niewspierający, nie rozmawiają, nie angażują się w to, co robi dziecko, oddają je telefonowi i cyberświatowi, to dzieci zaczynają czerpać wzorce z innych źródeł: z Internetu, z mediów społecznościowych, od rówieśników”.
- Psycholożka wskazuje również, jak rozpoznać, że dziecko może doznawać przemocy rówieśniczej oraz wyjaśnia, jak w takich przypadkach powinna postąpić szkoła/nauczyciele.
Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 02/2026.
Izabela Nowakowska-Teofilak: Pamiętam konferencję o przemocy rówieśniczej sprzed 20 lat. Wtedy, jak twierdzili eksperci, zaczynała się na etapie gimnazjów. Podkreślano wówczas, że w szkołach podstawowych zdarza się to rzadko. A jak jest teraz?
Sonia Ziemba-Domańska: Niestety, na przestrzeni tych dwóch dekad zaszły bardzo duże zmiany.
Dziś przemocy rówieśniczej doświadczają już dzieci rozpoczynające edukację szkolną, czyli siedmio-, ośmiolatkowie.
Ten okres kształtowania się grupy, w którym jeszcze kilkanaście lat temu dzieci były nastawione przede wszystkim na szukanie przyjaciół i zawieranie nowych znajomości, teraz jest już naznaczony oceną, klasyfikowaniem, wartościowaniem, dzieleniem na lepszych i gorszych, naszych i tych, z którymi się nie bawimy. Przemoc zeszła więc wiekowo bardzo nisko. Na tym wczesnym etapie edukacji rzadko co prawda przybiera formę fizyczną, raczej jest to przemoc relacyjna i emocjonalna: odrzucanie, izolowanie, wykluczanie z grupy, wyśmiewanie. Dla dorosłych jest „niewidoczna”, ale dla dziecka to realne cierpienie.
Drugim newralgicznym momentem, w którym często rodzi się przemoc, jest przejście z trzeciej do czwartej klasy, ponieważ wtedy zmienia się rutyna szkolna.
Znika jeden nauczyciel, który znał dobrze wszystkie dzieci i miał pieczę nad grupą. Każda lekcja odbywa się z kimś innym i w innej sali. A każdy czas zmian jest w jakiś sposób niepokojący dla dziecka, wchodzi ono w tryb dostosowywania się do nowych reguł. Napięcie, które temu towarzyszy, może znaleźć upust właśnie w formie aktów przemocy. Dziecko może w ten sposób regulować swoje emocje i oddawać na zewnątrz to, co przeżywa w środku. Nawet dorośli źle znoszą zmiany, ale wiemy, jak uporać się z towarzyszącym im stresem. Spotykamy się z przyjaciółmi, idziemy pobiegać, medytujemy albo ćwiczymy jogę. Dzieci, które widzą, jak radzimy sobie w trudnych momentach, często biorą z nas przykład. Ale to nie znaczy, że możemy je zostawić same sobie.
W takich przełomowych momentach warto szczególnie zwrócić uwagę na to, co się dzieje z dzieckiem, i zapewnić mu aktywności dające możliwość wyregulowania samego siebie poza szkołą.
Bardzo ważne jest to, by rodzice byli ciekawi swojego dziecka, bo szczera ciekawość bardzo otwiera i jest doskonałym punktem wyjścia do rozmowy, która jest najlepszym suplementem. Dzięki temu dziecko, przechodząc jakąkolwiek zmianę, będzie się czuło bezpiecznie.
Powiedziałaś, że przemoc bywa niewidoczna dla dorosłych. Jakie formy może więc przyjmować?
U młodszych dzieci są to najczęściej „ciche dni”, plotki, wyśmiewanie, tworzenie zamkniętych grup, namawianie jednych dzieci przeciwko innym. Kiedy dziecko nagle zaczyna mówić, że jakiś kolega jest głupi, że nie lubi szkoły, to z perspektywy dorosłych może to wyglądać na zwykłe nieporozumienie, które rówieśnicy powinni rozwiązać między sobą. Rodzice i nauczyciele nie chcą wchodzić w takie relacje, ponieważ uważają, że to normalne w tym wieku. Ale to nie jest normalne, że dziecko cierpi przez kolegę czy koleżankę ze szkoły. Trzeba mu pokazać, że nie ma naszej zgody na jego cierpienie, bo brak reakcji jest poniekąd przyzwoleniem.
Pamiętajmy też, że współcześnie przemoc nie kończy się wraz z opuszczeniem murów szkoły. Przenosi się do świata online: na komunikatory, do grup klasowych, do mediów społecznościowych. Dorośli często myślą: „To tylko Internet, nic się nie dzieje”.
A dla prześladowanych dzieci świat offline i online to niemal jedno i to samo, bo łączy je ciągłość doświadczenia, a czasem wręcz jego eskalacja.
Gdy dziecko zgłasza, że rówieśnicy nie chcą się z nim bawić, nie pozwalają mu uczestniczyć we wspólnych aktywnościach, rzucają na niego bezpodstawne oskarżenia, przy każdej okazji robią z niego kozła ofiarnego, to nie jest to zabawa, ale przemoc. A emocjonalna krzywda, której doświadczają wykluczane dzieci, jest ogromna. Odrzucenie boli szczególnie na początku drogi szkolnej, gdy potrzeba przynależności do grupy jest bardzo silna. Poza tym to właśnie od „drobnych” aktów często zaczyna się przemoc fizyczna. Każda zmiana zachowania powinna być dla nas czerwoną flagą.
Dziecko może nie chcieć chodzić do szkoły, gorzej spać, mieć koszmary, bóle brzucha czy głowy, zaburzenia jedzenia czy moczenia nocne. Mogą się pojawić rozdrażnienie, wybuchy złości albo wręcz przeciwnie – wycofanie. Niepokojące jest też ukrywanie się z telefonem, wyłączanie go, niechęć do pokazywania, co się w nim znajduje. Kiedy widzimy, że dzieje się coś odbiegającego od normy, pytajmy. Tylko nie: Jak było w szkole? Konkretyzujmy: Co dziś wydarzyło się ciekawego, śmiesznego, niefajnego? Co cię zaskoczyło?
Ale kiedy rodzic zgłasza nauczycielowi, że jego dziecko jest izolowane, często słyszy, że przesadza i jest nadopiekuńczy, że „dzieci tak mają”, nic złego się nie dzieje i trzeba poczekać, aż problem sam się rozwiąże.
Niestety, umniejszanie tego, co przeżywa dziecko, jest bardzo częste. Bywa, że rodzice wierzą w te zapewnienia i odpuszczają, a wtedy dziecko zostaje w swoim nieszczęściu zupełnie samo. Dobrze więc mieć świadomość, że krzywda to nie jest kwestia, która podlega dyskusji. Krzywda jest wtedy, kiedy ja ją czuję i to wyznacza granicę. Jeśli cierpię, jest mi przykro i smutno, to znaczy, że krzywda się dokonała. Koniec, kropka.
Na nauczycielu, na szkole spoczywa odpowiedzialność za budowanie postaw służących temu, by prześladowane dzieci nie bały się mówić o przemocy, gdy ta je dotyka. Sprawcy natomiast bezwzględnie powinni ponieść konsekwencje.
Z mojego doświadczenia wynika, że zwykłe upomnienie po prostu nie działa, dlatego szkoła musi podjąć konkretne działania. Aby skutecznie zadziałać i niczego nie przegapić, nauczyciel powinien mieć jednak odpowiednie przygotowanie. Jako dorośli naprawdę wiele możemy zdziałać ciepłem, otwartością, uważnością, byciem i słuchaniem bez oceniania i unieważniania. To tylko tyle i aż tyle, bo bardzo często surowo oceniamy sprawców, ale tak naprawdę to też są tylko dzieci, którym czegoś ważnego w życiu zabrakło.
Czego na przykład? Skąd w kilkuletnich dzieciach bierze się potrzeba prześladowania innych?
Nie oszukujmy się – w dużej mierze bierze się z domu. Dziecko potrzebuje wzorców. Jeśli rodzice są niewspierający, nie rozmawiają, nie angażują się w to, co robi dziecko, oddają je telefonowi i cyberświatowi, to dzieci zaczynają czerpać wzorce z innych źródeł: z Internetu, z mediów społecznościowych, od rówieśników.
Często ci, którzy krzywdzą innych, nie mają świadomości, że robią coś złego. W swoim mniemaniu próbują tylko zaistnieć, stać się kimś ważnym, bo w domu są niewidoczni. Jeśli brakuje im uwagi dorosłych, to przejmują rolę lidera w grupie rówieśniczej, często poprzez dominację i agresję. A inne dzieci dołączają do takich liderów, bo bardzo chcą być w grupie większościowej, w której nie stanie im się krzywda. Jeśli wiedzą więc, że grupa kogoś wyśmiewa, robią to samo, żeby nie zostać odrzucone. Tylko trudno potem z tej roli wyjść. Szczególnie jeśli szkoła nie robi nic, by przeciwdziałać przemocy. To u świadków lub pomocników głównych agresorów kształtuje obraz świata jako miejsca niebezpiecznego, w którym dorośli nie chronią słabszych.
Niejednokrotnie słyszałam od dzieci, z którymi pracuję, tłumaczenie, że nie mogą zareagować na przemoc, bo jeżeli to zrobią, same jej doświadczą. Uczą się więc, że nie mogą mieć własnego zdania, bo to grozi wyśmianiem i odrzuceniem.
Wiele wrażliwych dzieci popada przez to w konflikt wewnętrzny. Robią coś niezgodnego z ich naturą albo po prostu milczą, kiedy widzą, że komuś dzieje się krzywda, a potem mają wyrzuty sumienia i zaczynają przejmować lęk ofiary na zasadzie: boję się, że mi też się to przydarzy.
Obawa tych dzieci o to, że zostaną wyrzucone na margines, jest na wczesnym etapie edukacji ogromna. Można więc powiedzieć, że żyją w permanentnym niepokoju i niepewności, co się za chwilę wydarzy. A w takim stanie trudno przyswajać jakąkolwiek wiedzę, bo mózg nastawiony jest tylko na walkę lub ucieczkę, nie ma już przestrzeni na zapamiętywanie czy logiczne myślenie.
A nauczyciele? Czy ich styl pracy może sprzyjać przemocy?
Nie tylko może – on często realnie ją wzmacnia. Publiczne wskazywanie dzieci palcem, zawstydzanie, ironizowanie, „dochodzenia” na forum klasy – to są zachowania przemocowe, które przyczyniają się często do tego, że wskazane przez nauczyciela dziecko staje się wykluczane. Równie szkodliwe są tak zwane minisądy, kiedy nauczyciel zbiera dzieci razem i każe im „wyjaśnić sprawę”. To często kończy się jeszcze większą przemocą po lekcjach. Dzieci wiedzą, że jeśli zgłoszą problem, tylko pogorszą swoją sytuację, dlatego milczą. Dorosły, szczególnie w klasach 1–3, jest autorytetem, dlatego jego reakcja bardzo szybko staje się przyzwoleniem dla grupy.
Konfrontowanie ofiary z oprawcą, bez wcześniejszego odpowiedniego przygotowania obu stron, jest absolutnie niedopuszczalną retraumatyzacją, a jednak powszechnie w szkołach stosowaną.
Tymczasem wytyczne ministerialne mówią jasno: najpierw powinna być przeprowadzona rozmowa jeden na jeden z każdą ze stron tak, by wszyscy uczestnicy zdarzenia mieli szansę opowiedzieć, co zaszło, ale też powiedzieć, czego w związku z tą sytuacją potrzebują. Dopiero kiedy emocje opadną chociaż trochę i wszyscy będą gotowi, można w sposób wspierający przeprowadzić wspólną rozmowę na przykład w kręgu naprawczym. Jej finałem nie muszą być wcale jakieś spektakularne przeprosiny. Wystarczy, żeby była wyjaśniona sama intencja. Dlatego uważam, że absolutnie jest nam potrzebne przede wszystkim zwiększanie wiedzy i umiejętności nauczycieli do reagowania na to zjawisko i komunikowania się z dziećmi.
Dyrektorzy placówek, którzy nie radzą sobie z przemocą rówieśniczą, często mówią, że wykorzystali już wszystkie dostępne narzędzia i są całkowicie bezradni.
To nieprawda, mamy wiele takich narzędzi, ale dyrektorzy często z nich nie korzystają, ponieważ to rodzi problemy, podobnie jak zajęcie się sprawcą. O wiele łatwiej jest usunąć dziecko, które doświadcza przemocy. Krótko mówiąc, jeśli masz problem, to odejdź, zmień szkołę. I często tak właśnie „rozwiązuje się” problem przemocy rówieśniczej w wielu placówkach. Tymczasem, zgodnie z wymogami, każda szkoła powinna mieć opracowane specjalne zasady reagowania na przemoc, dotyczące zarówno dzieci, jak i rodziców.
Możliwości działania jest naprawdę bardzo dużo. Ostatecznością może być wydalenie oprawcy ze szkoły, co jest dość trudne do przeprowadzenia, ale nie niemożliwe. Znacznie łatwiej jest obniżyć ocenę z zachowania, co może skutkować nawet nieprzepuszczeniem do następnej klasy. A to już poważna konsekwencja i wyraźny sygnał: reagujemy stanowczo na to, jak się zachowujesz w stosunku do kolegów czy koleżanek. Jeśli twoje zachowanie jest przemocowe, nie ma znaczenia, jak dobrze się uczysz. Jak myślisz, ile szkół z tej opcji korzysta?
Zakładam, że niewiele. Nawet wczoraj kolega, który rozważa przeniesienie córki do edukacji domowej, napisał mi, że najwięksi tyrani w jej klasie mają wzorowe zachowanie. Zastanawiam się, jakie narracje wewnętrzne rozwija w sobie dziecko, które jest krzywdzone przez rówieśników i jednocześnie widzi, że mają poniekąd przyzwolenie dorosłych na takie zachowania.
To dramatycznie obniża poczucie własnej wartości. Dziecko ma poczucie, że jest beznadziejne, że nigdy nie znajdzie znajomych. Na etapie szkoły podstawowej myślenie dzieci jest czarno-białe, czyli wszystko albo nic. Zmienia się też ich obraz świata, jako miejsca nieprzyjaznego, bo skoro ten, kto doznaje krzywdy, jest poniekąd karany odejściem ze szkoły, a nie jego oprawca, to jakiś porządek etyczny jest zaburzony.
Ten ból, poczucie niesprawiedliwości i czyhającego gdzieś za rogiem zagrożenia dzieci często niosą ze sobą dalej. Idą z tym bagażem do liceum i okazuje się, że tam wcale nie jest lepiej.
Ale sytuacja, w której prześladowane dziecko odchodzi ze względu na brak reakcji ze strony szkoły, jest również lekcją dla tych, którzy się tej przemocy dopuszczają, sygnałem, że mogą bezkarnie krzywdzić dalej. Problem więc się nie rozwiązuje, tylko przenosi się na kolejne dziecko.
Powiedziałaś, że dzieciom, które doświadczyły przemocy w szkole podstawowej, potem może wcale nie być łatwiej. Czy to znaczy, że rośnie prawdopodobieństwo powtórzenia się sytuacji w nowym środowisku?
Może tak być. Istotna jest tu jednak rola rodziców i to, żeby wychodzić poza nomenklaturę ofiary, bo to umniejsza. Jeśli dziecko myśli o sobie, że jest ofiarą, a reszta rówieśników to sprawcy, zaczyna rosnąć w nim poczucie zagrożenia, lęku i bezradności, które może nieść dalej w życie. Dlatego trzeba nazywać konkretnie to, co się wydarzyło, czyli ktoś stosował wobec ciebie przemoc psychiczną, relacyjną albo fizyczną. Zmieniliśmy szkołę, bo w poprzedniej nikt nie reagował właściwie na twoją sytuację, a my chcieliśmy, by było ci lepiej w innym środowisku. Używajmy neutralnych komunikatów, by dziecko nie przyklejało sobie żadnych etykiet. Warto też dbać o relacje pozaszkolne po to, żeby dziecko nie tworzyło w sobie przekonania, że wszędzie grozi mu niebezpieczeństwo. Dobre efekty przynoszą praca z bajkami lub opowieściami, gry metaforyczne.
Kluczowe jest wzmacnianie w dziecku poczucia bezpieczeństwa, przeświadczenia, że ma oparcie w rodzicu, ale też poczucia własnej wartości, bo dzięki niemu nie musimy sobie niczego udowadniać, krzywdząc innych, i mamy w sobie większą siłę, by przeciwstawić się przemocy.
Sonia Ziemba-Domańska – psycholożka, psychoterapeutka, neuropsychosomatolog, dydaktyczka na PJATK, badaczka, doktorantka. Popularyzuje wiedzę na temat wykorzystania AI, zajmuje się i rozwija terapię XR/VR. Specjalistka przeciwdziałania przemocy rówieśniczej oraz cyberpsychologii