1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Rodzice
  4. >
  5. „Lepiej być z kimś niż samej”. 7 mitów o miłości, których nie warto przekazywać córkom

„Lepiej być z kimś niż samej”. 7 mitów o miłości, których nie warto przekazywać córkom

(Fot. Magdalena Pankiewicz/Zwierciadlo.pl)
(Fot. Magdalena Pankiewicz/Zwierciadlo.pl)
Ta zmiana już się dzieje i jest nie do zatrzymania. Matki nie chcą, żeby ich córki powielały niszczące przekazy na temat miłości. To widać, słychać i czuć. Ale na tej drodze pojawiają się nieoczekiwane bariery. Czy uda się je przezwyciężyć?

Spis treści:

  1. Mit: Miłość wymaga poświęceń
  2. Mit: Możesz go zmienić
  3. Mit: Lepiej być z kimś, niż żyć samotnie
  4. Mit: Miłość wszystko wybacza
  5. Mit: Miłość oznacza cierpienie
  6. Mit: Jeśli kocha, to się domyśli
  7. Mit: Miłość jest na całe życie
  8. Przesłanie dla córek

Artykuł pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 04/2026

Wszystkie przyznajemy dość zgodnie, że miłość jest dla nas najważniejsza. No może na równi ze zdrowiem. Uczymy się jej – od kogóż by innego – od matek i babek, ale też z wyciskających łzy literackich opowieści i romantycznych historii filmowych. A potem przekazujemy te nauki, może nieco zmodyfikowane, ale w gruncie rzeczy podobne, swoim córkom. One, choć żyją, wydawałoby się, w innym w świecie – TikToka, Instagrama – choć często kontestują matki, to snują wokół miłości równie jak my dramatyczne i mało prawdziwe opowieści.

Ta sztafeta chyba jednak się zatrzymuje. Współczesne matki już wiedzą, że z wieloma przykazaniami na temat miłości powinny się rozprawić, choć w praktyce wcale nie jest to takie łatwe.

Magda Korczyńska, edukatorka równościowa, autorka i prowadząca projekt edukacyjny dla rodziców i nauczycieli Jak Wychowywać Dziewczynki?, autorka książki „Pułapka płci”, mama dwóch córek (10 i 12 lat):

– Matki nie przekazują już bezrefleksyjnie stereotypów na temat miłości. Myślę, że główna różnica polega na tym, że my z córkami o tym rozmawiamy, otwarcie, że nie ma już w tym obszarze tematów tabu. A jeszcze do niedawna były.

Katarzyna Półtorak, psycholożka pracująca z młodymi mamami, autorka portalu „Mama ma moc!”, mama dwóch córek (10 i 13 lat):

Zdecydowanie widać różnicę pokoleniową w podejściu do związków. W pokoleniu młodych mam jest więcej przyzwolenia na to, żeby dbać o siebie, a nie za wszelką cenę o małżeństwo, na wątpliwości, na kwestionowanie pewnych świętości. To, co kiedyś było wartością i priorytetem, niekoniecznie jest tym dzisiaj. Trochę wynika to z postępu społecznego, poszerzania świadomości, zajmowania się rozwojem osobistym, ale też z faktu, że kobiety są dużo bardziej niezależne finansowo, niż były kiedyś, i to pomaga im zastanawiać się, czego właściwie chcą, czy ich związek jest tym, w którym pragną spędzić życie. I co ważne – który chcą pokazać córkom jako przykład związku partnerskiego.

Małżeństwa ich mam i babek były raczej antyprzykładem. Natalia Łozicka, kosmetolożka, mama 12-letniej córki, słyszała od babci, że zawsze, cokolwiek by się działo, mąż ma być zadowolony.

– I ten przekaz tak się we mnie zakorzenił, że kiedy rozstawałam się z mężem, to za rozstanie obwiniałam siebie, mimo że to nie była prawda. Moja mama nie żyje, ale wiem, że nie rozstała się z moim ojcem ze względu na mnie, bo wtedy uważano, że dla dziecka trzeba tkwić w małżeństwie, choćby wiązało się to z cierpieniem. Absolutnie nie chciałabym, żeby moja córka tak miała. Na pewno dam jej przyzwolenie na to, żeby zamieszkała przed ślubem na próbę, żeby odeszła z toksycznego związku.

Natalia Kusiak, autorka podcastu i książki „Pierwsza randka” (nie ma jeszcze dzieci), zawodowo zajmuje się tematem związków. Ostatnio w swoim podcaście rozmawiała z Heleną Englert o stosunku do związków pokolenia zetek versus pokolenie milenialsów.

– Wyszła nam bardzo ciekawa różnica – mówi. – Helena zauważyła, że dla zetek związki są mniej istotne, drugorzędne. Mnie, z pokolenia milenialsów, wpajano, że miłość jest najważniejsza, że dzięki niej będę szczęśliwa, więc ważne, żebym znalazła partnera i że samotność jest okropna. Dla rówieśniczek Heleny na pierwszym miejscu znajduje się samorealizacja. Doszłyśmy do wspólnego wniosku, że pewnie kolejne pokolenie osiągnie balans, bo na razie to wahadło przesuwa się mocno od skrajności do skrajności.

Sylwia Sitkowska, psycholożka, autorka książek o relacjach, mama dwóch córek (pięć i dziewięć lat), choć dostała w domu wiele mitów na ten temat, to jako mama nie chciałaby przekazywać ich dalej. I – podobnie jak wiele jej rówieśniczek – stara się je rozbrajać.

Mit: Miłość wymaga poświęceń

– Nie opowiadamy już córkom, że miłość wymaga ciągłego poświęcania się – mówi Sylwia Sitkowska. – A pamiętam taki przekaz od mamy i babci, nie tylko zresztą werbalny, ich postawa też świadczyła o tym, że miłość wymaga poświęcania się. Pokutował wtedy archetyp dobrej żony i matki.

Kobieta równała się hasłu: „zrezygnuj z siebie”. Przekazywano nam, że najważniejszym naszym zadaniem jest utrzymanie związku. Bez względu na to, jak się w nim czujesz. Miłość rozumiano jako samozatracenie się, niepatrzenie na siebie.

Psycholożka zastrzega, że oczywiście miłość wymaga od czasu do czasu poświęceń, bo każdy z nas jest inny, zmieniamy się na przestrzeni lat. Zatem naturalne jest, że w trakcie życia będzie nam z kimś czasami lepiej, czasami gorzej.

– Ale jeżeli to ma być tak niesymetryczne, że jedna osoba cały czas wymaga, oczekuje, żąda, a druga ma być podporządkowana, to ten mit najwyższy czas obalić – akcentuje Sylwia Sitkowska. – Kult ciągłości związku bez względu na to, czy czujemy się szczęśliwe, czy nie, czy się rozwijamy, czy wręcz odwrotnie, jest po prostu szkodliwy. Teraz dziewczyny dużo szybciej wychodzą ze związków, oczywiście tego nie oceniam, bo chyba żadna z nas nie wie, która droga jest lepsza. Ale na pewno wiem, że miłość to nie poświęcenie.

Ten mit implikuje przekonanie o tym, że kobieta powinna się podporządkować. Bo to mężczyzna jest przewodnikiem, a ona może być co najwyżej szefową kuchni, westalką domowego ogniska.

– No nie! – oponuje psycholożka. – Czasy się zmieniły, kobiety zajmują się nie tylko domem, ale i całą resztą. To już nie działa w taki sposób, zresztą myślę, że nigdy nie działało dobrze, jeżeli jedna strona – czy to kobieta, czy mężczyzna – się poświęcała. Poświęcenie nie gwarantuje bliskości, jakościowego bycia razem. To nie jest tak, że im więcej dajemy, tym bardziej jesteśmy widziane, kochane. Na miłość nie da się zasłużyć.

Natalia Kusiak: – Tak jak nie zadziała poświęcenie swojego rozwoju w imię miłości, tak samo nie zadziała poświęcenie miłości w imię indywidualnego samorozwoju. Trzeba szukać sposobu, jak połączyć jedno z drugim.

Mit: Możesz go zmienić

Takiemu przekonaniu hołdowała babcia Sylwii Sitkowskiej. Była z dziadkiem 50 lat w dobrym związku, aż do jego tragicznej śmierci. Ale uważała się za omnipotentną uzdrowicielkę, od której zależy powodzenie małżeństwa. I że jak da od siebie wystarczająco dużo, to on zmieni swoje zachowanie albo bardziej pokocha.

– Ten mit dawał kobietom złudną nadzieję, że wydobędą z mężczyzny wszystko, co najlepsze – wyjaśnia psycholożka. – A to również tak nie działa. Bo jeżeli mężczyźnie jest wygodnie, ciepło, bezpiecznie, to nie ma żadnej motywacji do tego, żeby się zmienić. Jeśli więc kobieta jeszcze bardziej się stara, żeby on na przykład przestał pić, to może być bliższa współuzależnienia, czyli pomagania mu w piciu, niż pomagania w zmianie, w postawieniu granicy i powiedzeniu: „Stary, albo przestajesz pić i dalej jesteśmy razem, albo droga wolna”.

Ludzie mają motywację do wyjścia z uzależnienia, kiedy coś tracą, kiedy zaczyna ich coś uwierać. Czyli w kryzysie. Pamiętam zdanie: „bez kryzysu nie ma rozwoju”, powtarzane na zajęciach z psychologii rozwojowej przez profesor Annę Brzezińską.

Mit, że mogę zmienić go siłą woli, jest szalenie krzywdzący, zarówno dla jednej, jak i dla drugiej strony. Bo po co on ma się zmieniać, skoro i tak będziesz się starać? Jemu tak wygodnie.

Według Sylwii Sitkowskiej ten mit mówi też o tym, że miłość to terapia. Czyli że tylko jedna osoba ma obowiązki, jest wyrozumiała, akceptująca, zgadzająca się na wszystko, a druga ma same prawa. Związki długoterminowe przechodzą różną dynamikę w różnych okresach, ale – podkreśla psycholożka – nie może być tak, że tę relację tworzy wysiłek tylko jednej strony.

– Dziewczyny często zakochują się nie tylko w mężczyźnie, ale też w jego potencjale – mówi psycholożka. – Jest takie śmieszne, ale bardzo prawdziwe powiedzenie, że gdy mężczyzna zakochuje się w kobiecie, to marzy, żeby się nie zmieniła, a gdy kobieta zakochuje się w mężczyźnie, to marzy, żeby się zmienił. A to nie jest miłość, jeśli zakochujemy się w potencjale, a nie w realnym człowieku, z określonym zachowaniem, sposobami funkcjonowania. Potencjał jest czymś cudownym, ale może być nigdy niezrealizowany.

Mit: Lepiej być z kimś, niż żyć samotnie

Sylwia Sitkowska zauważa, że ten mit będzie jeszcze pewnie długo pokutował, bo człowiek jest istotą stadną.

– Ale takie przekonanie może być bardzo raniące, bo pozwala myśleć, że jesteśmy niekompletne, że same nie stworzymy dobrego życia. Dużo dziewczyn z młodego pokolenia myśli już inaczej: że może cieszyć się życiem bez drugiej połowy. Zwłaszcza że samotność w związku boli dużo bardziej niż bez związku. Nie ma nic chyba gorszego niż dzielenie łóżka z osobą, której nie mogę dotknąć, z różnych powodów – bo jesteśmy pokłóceni, bo związek się wypalił, bo nie chcę być z tą osobą. Bycie z kimś tylko po to, żeby być, bardzo często zaburza poczucie własnej wartości, nasze granice, dobre myślenie o sobie i – co więcej – potęguje samotność.

Psycholożka podkreśla, że związek nie leczy pustki, którą mamy w sobie. Tymczasem ludzie przechodzą z jednego związku do kolejnego, żeby tę pustkę wypełnić. A to jest możliwe dopiero, kiedy zaczniemy czuć się dobrze sami ze sobą, kiedy zaakceptujemy tę dziurę, która najczęściej pochodzi z dzieciństwa, z braku bliskości, bezpieczeństwa.

– Kiedyś rodzina, mąż, dzieci to były wyznaczniki sukcesu życiowego – mówi Sylwia Sitkowska. – Ale to się zmienia. Moja dziewięcioletnia córka potrafi powiedzieć: „Nie chcę mieć dzieci”. I chociaż chciałabym być kiedyś babcią, odpowiadam: „Córeczko, wszystko zależy od ciebie”. Chodzi mi o to, żeby miała poczucie, że jest kompletna bez względu na to, czy będzie miała chłopaka, dziewczynę, dzieci, czy nie. To wszystko jest okej. Nie chcę, żeby jej bycie w związku brało się z poczucia, że jeżeli tego nie zrobi, to jest porażką, tylko żeby to było z wyboru, wybieram kogoś dlatego, że mi pasuje, a nie, że godzę się na to, bo nie chcę być sama.

Natalia Kusiak zauważa, że dla kobiet z jej pokolenia nadal superistotne jest to, żeby nie iść przez życie samotnie.

– Wierzymy w miłość, która zmieni wszystko, ale rzeczywistość zupełnie nie przystaje do tej wizji, sprawia, że ta wizja staje się wręcz nierealna. Są w naszym życiu osoby, które spełniają po części nasze potrzeby, również tę, żeby nie czuć się samotną – to towarzysze zabawy, podróży, partnerzy wspierający rozwój. Trudno nam jednak znaleźć kogoś, z kim możemy budować dom, kto spełni naszą potrzebę przeżycia wielkiej miłości, za czym w gruncie rzeczy skrycie tęsknimy. Przeżywamy pewien dysonans poznawczy. Z jednej strony nie mamy już iluzji na temat romantycznej miłości, coraz odważniej mówimy, że nie potrzebujemy do szczęścia drugiej osoby, że dziecko można wychowywać samodzielnie. Ale nie znam dziewczyny, która mimo że jest niezależna finansowo, odnosi sukcesy, podróżuje, nie szukałaby miłości. Nadal szukamy. Moja mama powtarzała zdanie, które jest ze mną do dzisiaj, nad którym mocno pracuję: „Najgorsze, co może spotkać człowieka, to samotność”. Myślę więc, że z wychowania jestem po stronie uczucia, chcę robić wszystko, żeby nie być samotną. Ale wkładam też dużo pracy, żeby umieć żyć solo.

Magda Korczyńska: – Starsze pokolenia miały mocne przekonanie, że bycie w parze oznaczało związek kobiety i mężczyzny. A młode pokolenie już tak nie patrzy na miłość. Myślę, że czeka nas na tym polu rewolucja. Heteronorma obowiązywała przez setki lat, ale powoli się kończy. To pozytywne zmiany, które, mam nadzieję, pozwolą naszym córkom (synom również) żyć w zgodzie ze sobą.

(Fot. Magdalena Pankiewicz/Zwierciadlo.pl) (Fot. Magdalena Pankiewicz/Zwierciadlo.pl)

Mit: Miłość wszystko wybacza

Według Sylwii Sitkowskiej to jeden z najbardziej krzywdzących mitów, coś najgorszego, co można przekazać córce. Dlaczego? Bo miłość może dużo wybaczyć i dużo naprawić, ale nie wszystko.

Jeżeli kochasz, to nie znaczy, że masz się na wszystko godzić, zamykać oczy na złe zachowania partnera. Ten mit generuje dużo złych związków, ponieważ dziewczyny wierzą, że im bardziej wybaczają, tym bardziej kochają.

Natalia Łozicka nie chce, żeby jej córka uwierzyła w te mity. – Jestem po ciężkim rozstaniu i rozwodzie. Moje dzieci (mam też syna) przeszły przez to razem ze mną, obserwowały mój związek z ich tatą, a teraz obserwują nowy, widzą, jak obecny partner mnie przytula, jak razem tańczymy, gotujemy. Powiedziały jakiś czas temu: „Wiesz, mamo, kiedy powiedziałaś nam, że rozstajesz się z tatą, to był dla nas koniec świata. A teraz, jak widzimy cię szczęśliwą, myślimy, że powinnaś rozstać się z tatą dużo wcześniej”.

Sylwii Sitkowskiej zależy na tym, żeby jej córki wiedziały, że miłość nie uleczy partnera, nie zastąpi odpowiedzialności. Żeby nie wierzyły w to, że jeżeli będą kochały mocniej, to będzie lepiej dla związku. Ani w to, że jeżeli nie będzie lepiej, to ich wina, bo ich miłość jest niewystarczająca. Żeby nie myliły adrenaliny z więzią, emocji z miłością.

– To straszliwa bzdura – mówi psycholożka. – W pułapkę tego mitu wpadają często osoby z niestabilnych domów, w których było dużo emocji. Te osoby szukają potem takiej formy bliskości, bo tylko ją znają. Bywa, że nawet trafiając na stabilną osobę, próbują nieświadomie zdestabilizować związek po to, żeby poczuć znane uczucie.

Mit: Miłość oznacza cierpienie

Przed tym mitem pisarka Manuela Gretkowska przestrzega dorosłą córkę Polę i inne młode kobiety w książce „Posag dla Polki”:

„Próbuję tłumaczyć to mojej córce z pokolenia wydanego na pastwę Tindera: nie myl miłości z cierpieniem. Używając photoshopa usprawiedliwień, zamazujesz prawdę. Wchodzisz w układ współzależności, samooszukiwania. Potem z ulgą, że już nie boli, idealizujesz kogoś, by ukryć swój lęk przed nim, przed rozstaniem.

Miłość, ta prawdziwa, nie jest udręką. Ból powinien być sygnałem ostrzegawczym, tak jak w ciele. Dobro nie rani. Dobra relacja nie jest karkołomnym wysiłkiem, wspinaczką z maską tlenową, bo się dusisz, ale pokonasz siebie i osiągniecie cel. W miłości nie ma celu. Sama jest celem, dobrostanem. Rozwojem, rozrostem tego, co w tobie i was najlepsze, a nie bolesnym przycinaniem.

Uczucie nie jest nagrodą ani karą. To relacja między zakochanymi. Jeżeli rani, nie próbuj się do niego dopasować. To jak z butami, za małe już nie urosną. Twoje stopy będą coraz bardziej okaleczone, plasterki na chwilę uśmierzą niewygodę, jednak ból wróci, jeszcze silniejszy. Pewnego dnia zostaniesz w domu, w butach, których inni ci zazdroszczą, że takie ładne i wymarzone… Buty służą do chodzenia, miłość do rozwoju. Naucz się, córeczko, odróżniać ją od euforii zakochania. Miłość podobna jest raczej do medytacji. Niczego w niej nie poprawiaj. Słuchaj, pozwalaj przepływać wrażeniom.

Wtedy poczujesz odpowiedź i będziesz pewna. Jestem szczęśliwa. Nie jestem zraniona, niepewna, zagubiona. Zamiast biegać do wróżek, szukać znaków, spójrz w siebie, co naprawdę czujesz tu i teraz. Sama dla siebie jesteś wyrocznią delficką. Inaczej w tej relacji nie będzie, tylko bardziej – jeszcze lepiej lub jeszcze gorzej”.

Ten mit trzyma się mocno, bo jest podsycany przez filmy, literaturę, piosenki. Pokazuje miłość jako fajerwerki, szarpaninę, tęsknotę, ból, zastanawianie się, co on ma na myśli.

Sylwia Sitkowska: – A miłość tak nie wygląda. To raczej ciepły kominek niż strzelające ognisko.

Początki bywają spektakularne, ognisko płonie, ale jeśli nikt nie dokłada kolejnych drewienek, zostają zgliszcza.

Dziewczyny wychodzą z takiego związku zdewastowane, z obniżonym poczuciem własnej wartości, ze skrzywionym widzeniem siebie i mężczyzn, często z lękiem przed bliskością. To moim zdaniem błędne rozumienie miłości. Bo miłość nie jest cierpieniem, oczywiście może tak się zdarzyć, ale z zasady nie powinno tak być. Jeżeli cierpimy przez większość związku, to znaczy, że coś jest nie tak. Przez fajerwerki przeszłam jako nastolatka, być może każdy musi przez to przejść. Ale życzę moim córkom, żeby odróżniły miłość od namiętności, chwilową fascynację, zauroczenie od dojrzałej miłości. Namiętność sama w sobie jest fajna, ale jeżeli nie zbuduje się na tym bliskości, przyjaźni, tego ciepłego kominka z ogniem, który nie parzy, tylko grzeje, to związek może się szybko wypalić. Chciałabym, żeby moje córki wiedziały, że miłość to dawanie przez dwie strony, to spokój, bezpieczeństwo. W filmach tego nie widzimy, bo to mało atrakcyjne, nudne.

Katarzyna Półtorak ma podobną misję: chciałaby uświadomić córki i młode kobiety, że pożądanie to nie miłość.

– Wielu dziewczynom to się myli z różnych powodów: bo życie intymne nierozerwalnie wiązało się z małżeństwem, dlatego że jest dużo lęku związanego z życiem seksualnym i oceną społeczną, szczególnie dziewczynek. Warto rozmawiać z córkami, że to, co czujemy z ciała, jest okej, że można to eksplorować, tym się ciekawić, sprawdzać, po co mi to. Ale trzeba to odkleić od miłości, bo gdy czujemy pożądanie, to nie zawsze znaczy, że przeżywamy miłość. Myślę, że trzeba tę różnicę sprawdzać na własnej skórze, ale już samo rozdzielenie tych pojęć na poziomie komunikacji jest ważne.

Mit: Jeśli kocha, to się domyśli

Zdaniem Sylwii Sitkowskiej ten mit wszedł do mainstreamu. Można nazwać go „miłością telepatyczną”. Polega na tym, że druga strona powinna myśleć tak jak ja. Jeżeli tak nie myśli, to znaczy, że nie kocha. – A każdy z nas ma inne doświadczenia, przekonania, co powoduje, że myśli inaczej. Dla jednej osoby spóźnianie się może być zwykłą formą funkcjonowania, a dla drugiej symbolem tego, że partner mnie nie szanuje, nie kocha. Dlatego w związku warto mówić otwarcie o swoich potrzebach. I tego uczę swoje córki.

Przykłady z gabinetu Sylwii Sitkowskiej.

Pewna kobieta mówi: „Mąż przyniósł mi na rocznicę ślubu siedem róż! A przecież każdy by się domyślił, że na dziewiątą rocznicę róż powinno być dziewięć”. Dlaczego nie powiedziała, że marzy o dziewięciu różach? Bo uważała, że powinien się domyślić.

Inna dziewczyna żaliła się, że mąż nie odzywał się do niej kilka dni i oczekiwał, że ona się domyśli powodu. Dziewczyna się nie domyśliła, więc zapytała jego matkę. Ta zdziwiona odpowiedziała: „A co ma zrobić innego, jeżeli się źle zachowujesz?”.

– To dowodzi, że z pokolenia na pokolenie przekazywana jest kompletnie zła forma komunikacji – uważa Sylwia Sitkowska. – Zależy mi, żeby córki jej nie powielały. W moim związku mamy taką niepisaną umową, że osoba, która się czymś interesuje, coś lubi, organizuje to dla nas dwojga. Na przykład ja lubię muzykę klasyczną, więc załatwiam bilety do filharmonii, a nie włączam przez trzy wieczory muzyki Vivaldiego i nie czekam, aż mąż się domyśli, że chcę iść na koncert. On lubi sport, więc dba o tę stronę. Dzięki temu jest dynamika, coś się dzieje. A często wydaje nam się, że powiedzenie, czego oczekujemy, zabije romantyzm. Tłumaczę dziewczynom: wręcz odwrotnie, jeżeli on zrobi coś, co jest dla ciebie ważne, mimo że sam nie ma na to ochoty, to taki gest ma piękną wagę, warto być za to wdzięcznym.

Mit: Miłość jest na całe życie

– Dobrze, żeby była na całe życie, ale nie musi – uważa Sylwia Sitkowska. – Im dłużej jestem w stabilnym związku, tym bardziej sobie to chwalę. Bo – jak pisał Bogdan Wojciszke, badacz miłości – etap dojrzałego uczucia jest najpiękniejszy i warto do niego dążyć. Natomiast ten mit mówi raczej o stabilności niż o miłości. Chcę, żeby córki wiedziały, że miłość z różnych powodów może się nie utrzymać. Jeżeli próby uzdrowienia relacji się nie powiodły, lepiej ją skończyć. Związek nie musi być wieczny, żeby był ważny. Poprzedni też coś nam dał, czegoś nauczył.

Sylwia Sitkowska nie zamierza ukrywać przed córkami, że związki są trudne. Ale i pokazywać to, że dopóki bilans pozytywów i trudności jest na plus, dopóty warto pielęgnować tę relację.

Natalia Kusiak: – Dziewczyny z mojego pokolenia wiedzą już, że z jedną osobą pewnie nie uda się spędzić całego życia. Z jednej strony to dowód na to, że twardo stąpają po ziemi, podejmują decyzje w zgodzie ze sobą. Ale z drugiej strony – to swego rodzaju oddanie walkowerem walki o romantyczny happy end: żyli długo i szczęśliwie. Wiemy już, że we dwoje można żyć długo albo szczęśliwie.

Kolejny mit (niestety, jest ich tak dużo, że wszystkie trudno przywołać): jeśli jest zazdrosny, to znaczy, że kocha.

Wiele z nas tak sądzi i bardziej lub mniej świadomie przekazuje ten mit córkom. Tymczasem, jak zauważają psychologowie, zazdrość nie rodzi się z miłości, tylko z lęku.

Sylwia Sitkowska: – Miłość zakłada odrębność drugiej osoby, to, że ona jest ze mną dlatego, że mnie wybrała, a nie, że musi czy boi się odejść. Zazdrość to kontrola przebrana za troskę. Oczywiście odrobina zazdrości jest wpisana w uczucie, może być nawet miła. Ale zazdrość prowadzi najczęściej raczej do kłótni, kontroli, lęku niż do bliskości.

Przesłanie dla córek

Sylwia Sitkowska chciałaby, żeby córki wiedziały, że związek to jeden z elementów, który może być bardzo wspierający, istotny, ale nie jest celem życia. Chciałaby, żeby miały poczucie, że miłość to wybór. A także, żeby nie myliły miłości z namiętnością, czyli z pierwszym etapem fascynacji, która zasłania czerwone flagi w relacji. Żeby potrafiły, nawet jak ktoś bardzo im się podoba, widzieć nie potencjał, ale realne zachowania, wycofać się na etapie, który daje szansę na to, żeby ułożyć sobie życie. Żeby wiedziały, że nie są odpowiedzialne za emocje partnera, bo często kobiety biorą to na siebie. I że miłość to nie ból.

– Moje córki widzą, że lubimy z mężem spędzać czas razem. Widzą, że są dla nas bardzo ważne, ale mama i tata też są dla siebie ważni. To pozwoli im ustawić sobie normę traktowania kobiety przez mężczyznę. Uważam, że dobre traktowanie mamy przez siebie samą to największy dar, jaki możemy im ofiarować. Staram się tak układać moje życie partnerskie, żeby miały dobry przykład. Jeśli to się uda, będę szczęśliwa, że zrobiłam kawał dobrej roboty.

Natalia Łozicka usłyszała od córki, że dla niej najważniejsza jest niezależność.

– Myślę, że to dlatego, że postrzega mnie jako kobietę niezależną finansowo i mentalnie. Wie, że cokolwiek się stanie, to sobie poradzę. Widzi mój obecny związek, w którym mam totalną wolność. Myślę, że na tej podstawie wie już, że miłość to nie kajdanki, że związek nie oznacza końca wolności, tylko rozwój, bo z partnerem nawzajem się szanujemy i wspieramy. Powiedziała mi też, że czasem wkurza ją to, że każdą sprawę rozkładamy na czynniki pierwsze, a jak mamy różnice zdań, to siedzimy do nocy, żeby rozwiązać problem. Rozmawiam z nią o wszystkim.

Zależy mi na dobrej z nią relacji, żeby przyszła do mnie z każdym problemem. Oczywiście nie zawsze da się go rozwiązać, ale chcę, żeby wiedziała, że ma we mnie wsparcie.

Ostatnio powiedziała mi, że na razie nie chce mieć chłopaka, bo ci w jej wieku są dziecinni. No i super. To znaczy, że wie, że chłopak nie jest jej potrzebny do bycia pełnowartościową dziewczyną.

Natalia Kusiak chciałaby, aby młode dziewczyny wzięły sobie do serca komunikat przekazywany przez kobiety z jej pokolenia: stawiaj na siebie, jeżeli sama nie zaopiekujesz się sobą, to nikt tego nie zrobi.

– Wydaje mi się, że jeżeli my, dziewczyny, starsze i młodsze, pomyślimy o swoich marzeniach i potrzebach, o swojej niezależności, to uchronimy się przed zawodami miłosnymi, przed cierpieniem w relacji. Ale żadna skrajność nie działa na naszą korzyść.

Natalia ma partnera Australijczyka, pół roku mieszka w Australii, pół w Polsce. Jakiś czas temu zamroziła swoje komórki jajowe, żeby dać sobie czas na zrealizowanie swoich marzeń, a jednocześnie nie przekreślić szans na bycie mamą. Wierzy, że jedno i drugie da się pogodzić.

Wszystkie moje rozmówczynie podkreślają: najskuteczniejsza nauka miłości to ta poprzez przykład relacji rodziców. Przez obserwowanie, czym jest małżeństwo, rodzina.

Katarzyna Półtorak: – To jednak nadal bardzo trudne. Bo my, matki, myślimy już inaczej, ale robimy ciągle to samo. Czyli mówimy: dbaj o siebie, wybieraj partnera, patrząc nie tylko na bezpieczeństwo finansowe, a same tkwimy w związku tylko dlatego, że nie mamy finansowej niezależności, że trzymają nas inne rzeczy, na przykład poczucie przynależności do rodziny, wartości religijne albo nie chcemy być postrzegane jako rozwódki. Czyli wiemy już, jak powinno być, ale jeszcze ciągle same tego nie wprowadzamy w życie. Dużo w nas lęku i mało zaufania do siebie. Bo nasze matki i inne starsze kobiety trwają w niedobrych związkach, więc robimy to samo. Dlatego dorastające córki są w kłopocie – słuchają jednego, a obserwują co innego.

Tymczasem większą moc ma nasz przykład, a nie nasze gadanie, nawet najmądrzejsze. Modelowanie jest najsilniejszym predykatorem tego, jak będzie wyglądało życie naszych córek.

Ale według psycholożki rozmowy też są niezwykle ważne. Byleby nie na zasadzie wykładu, tylko zaciekawienia optyką córki. Warto podsuwać jej książki, filmy o miłości i o nich rozmawiać. Przyglądać się, co ją ciekawi, a czego nie chce z nami oglądać i omawiać. – Chodzi o otwartość, pokazanie, że nie ma tematów tabu, żeby córki wiedziały, że mogą o tym z nami pogadać i że to nie jest coś, co nas, matki, zawstydza. Bo często pewne tematy nas zawstydzają i dzieci to czują, więc nie przychodzą z tym do nas, tylko szukają informacji nie zawsze w dobrych źródłach.

Katarzyna Półtorak zauważa, że nie musimy być ekspertkami, mieć na wszystko gotowe odpowiedzi. Można powiedzieć: „Wiesz, córko, może być tak albo tak. Możesz sama znaleźć odpowiedź. W moim domu nie rozmawiało się o tym, więc czuję się niezręcznie, chciałabym cię wesprzeć, ale nie wiem, jak”.

– Wyjście z poziomu niewiedzy i ciekawości otwiera przestrzeń ciekawości ze strony córki. Jeżeli natomiast jestem przekonana, że wiem najlepiej, to spotkam się w najlepszym przypadku z wątpliwościami córki, a w najgorszym – z odrzuceniem. Nie mamy łatwości w rozmowach na te tematy? Nie szkodzi. Chodzi o to, żebyśmy miały gotowość wesprzeć córkę i szczerze powiedzieć o swoich ograniczeniach.

Magda Korczyńska ostatnio usłyszała od córek: „A babcia powiedziała nam, że w niedzielę dziewczynki mają się ładnie ubierać. Ładnie znaczy w sukienkę”. Córki pytały, czemu babcia tak mówi. Odpowiedziała im, że babcia wzrastała w innych czasach, że myśli inaczej i to jest okej.

– Dla mnie ważna jest wartość edukacyjna takich rozmów, a także pokazywanie, że żadna z wizji nie jest wiodąca i najważniejsza. Raczej staram się przekonywać je, że same możemy budować swoją sprawczość. Bo według mnie głównym mitem na temat związków jest brak sprawczości kobiet. Przekonanie, że zawsze są na pozycji słabszej, podrzędnej wobec mężczyzn, i to na wielu poziomach. Że nie mają nic do gadania. Bo w tradycyjnym modelu kobiety bywały traktowane jak zdobycze, trofea.

Magda traktuje te rozmowy jak profilaktykę. Chce już teraz budować w dziewczynkach umiejętności dbania o swoje granice, wychwytywania sygnałów, które mogłyby świadczyć o tym, że nie są traktowane podmiotowo, że próbuje się ograniczyć ich wolność. Stara się omawiać z nimi to, co się dzieje w ich relacjach rówieśniczych.

Chodzi o to, żeby pomagać dziewczynkom radzić sobie w sytuacjach, gdy ich granice są naruszane, by uczyć je szacunku do ciała, pokazywać, jak ważny jest odpoczynek, zdrowe odżywianie i ruch. Te kompetencje możemy budować od małego.

Na pierwszy rzut oka nie łączą się one z relacjami, ale stanowią potem o jakości naszego funkcjonowania w związku. Nauka tych umiejętności wydaje się z jednej strony łatwa, ale z drugiej wymaga od nas pracy nad nami samymi. Córki obserwują nas przecież w działaniu, to, co robimy, jest znacznie ważniejsze niż to, co mówimy. Dlatego dbanie o nasze własne relacje jest dla nich najlepszą szkołą.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE