Niepamięć: Ale to już było

"Niepamięć"
UIP

„Niepamięć” jest filmem, który w pewnym sensie widzieliście już po kawałku w większości postapokaliptycznych obrazów science-fiction w historii kina. Po prostu o tym nie pamiętacie.

"Niepamięć"
UIP/więcej w galerii

reklama

Jest rok 2077. Od obowiązkowego wymazania pamięci minęło 5 lat. Od wojny z kosmitami, którzy zniszczyli Księżyc i (w efekcie prawie całą) Ziemię – 55 lat więcej. Wygraliśmy wojnę, bo użyliśmy bomb atomowych, ale planeta była stracona. Ci, którym udało się przeżyć, schronili się na Tytanie, największym księżycu Saturna. Na Ziemi zostali nieliczni, którzy mają zajmować się naprawianiem „dronów”, elektronicznych strażników, chroniących ją przed niedobitkami kosmitów, którzy postanowią tutaj wrócić. Jednym z takich „elektryków” przyszłości jest Jack Harper (Tom Cruise). Dobry w tym co robi, czasami trochę zbyt brawurowy i co najgorsze… zmagający się z wątpliwościami.

Jack żyje w podniebnej willi ze swoim oficerem komunikacyjnym i partnerką w jednym, Victorią (Andrea Riseborough). Partnerką z przydziału, dodajmy. Wiedzą, że mają misję do wykonania, chociaż poza zdawkowymi wyjaśnieniami, dawanymi im przez pojawiającą się na komputerowym ekranie szefową, Sally, brak im odpowiedzi na pytanie „czemu”. Victorii to nie przeszkadza. „Pytania, które zadaję, nie przychodzą jej do głowy, o rzeczach, nad którymi się zastanawiam, ona nie chce nawet myśleć” – w jednym z filmowych monologów powie o swojej partnerce Jack. Cóż, jemu jest trudniej, to jego nawiedza w snach wizja innej, nieznajomej kobiety, którą spotyka na ulicach niezniszczonego jeszcze Nowego Jorku. – „Znam cię, mimo że nigdy się nie poznaliśmy. Jestem z tobą, a nie znam nawet twojego imienia. Wiem, że śnię, ale to wydaje się być czymś więcej. Jak to możliwe?” – pyta nasz bohater.

„Jak to możliwe” przekonamy się oczywiście w dalszej części filmu, który coraz bardziej będzie sugerował nam, że coś tutaj nie gra. A to okaże się, że na Ziemi jednak mogą rosnąć kwiatki, albo kosmita nie wyda się aż tak kosmiczny jeśli przyjrzeć mu się z bliska… Słowem, już to wszystko kiedyś przerabialiśmy. Mimo to, czas na tym etapie powinien upływać widzom bardzo przyjemnie, bo jest tajemniczo i ciekawie. Wciągamy się, rozwiązujemy tajemnicę krok po kroczku. Szkoda tylko, że w momencie, kiedy ktoś powie nam, o co tak naprawdę chodzi, na czym polega sztuczka akurat w tym przypadku, zabawa się kończy. A film nie.

„Niepamięć” można, co prawda, pochwalić za sprytny scenariusz i to, że plan „tych złych” jest tutaj wyjątkowo cyniczny. Plusy należą się za Morgana Freemana, nawet w tak małej ilości, i Olgę Kurylenko w roli zapomnianej miłości. Za trochę przerażającą atmosferę totalitarnego kłamstwa, podanego z szerokim uśmiechem na twarzy, daję plus największy. Szkoda, że reżyser nie postanowił okłamywać nas do samego końca i w dopiero w ostatniej scenie wszystko wyjaśnić. Przypuszczam, że to zadziałałoby lepiej niż tracenie taśmy filmowej na pokazanie walki z tymi, którzy za tym oszustwem stoją, zmieszanej z uczuciowym koktajlem, który miał chyba smakować patosem.

Wizualnie ten film naprawdę zachwyca. Jest zaprojektowany staranniej i wykonany jeszcze ładniej niż kolejne iPhone’y. Ma jednak ten sam problem, co kolejne modele telefonów: niewiele nowego w środku w porównaniu ze swoimi poprzednikami. „Niepamięć” momentami udaje, co prawda, że jest lepsza od innych przedstawicieli swojego gatunku, bo mówi nam coś o istocie człowieczeństwa, ale kilkukrotne cytowanie Horacego to trochę za mało, żeby mnie przekonać. Film, głównie w związku z wiosenną posuchą przed wakacyjnym opadami tuzinów takich jak on, można zobaczyć. Raczej szybko odejdzie w niepamięć