Felieton Hanny Samson: Wieczne córeczki

fot.123rf

Czy można mieć pięćdziesiąt lat i wciąż być małą dziewczynką? Są kobiety,
które to potrafią! Idą przez życie ścieżką, na którą weszły w dzieciństwie, i dbają o to, żeby z niej nie zboczyć. A ścieżka wąska i wiedzie do depresji.

Jest ich kilka chyba w każdej grupie, którą prowadzę. Kobiety, które tkwią w pułapce dzieciństwa i nie wiedzą, że mogą dorosnąć. Uparcie realizują skrypt wdrukowany im przez rodziców, choć czują, że im nie służy. Chciałyby coś zmienić w swoim życiu, wprowadzić własne reguły, ale nie mogą sobie na to pozwolić… bo co na to mama? Pewnie nie byłaby zadowolona. A uczucia rodziców są dla nich ważniejsze od własnych, nawet jeśli nie ujawniają tego przed sobą.

reklama

„Skoro czymś dobrym jest reagowanie na ludzi, działanie w kontakcie z innymi i troska o czyjeś myśli i uczucia, a nie jej brak, bycie empatycznym i nieobojętnym wobec ich życia – to dlaczego egoizmem jest reagowanie na same siebie? – pytałam kobiety, przeciwstawiając logikę mojego pytania sile ich samopotępienia, gotowości zaprzeczenia samym sobie i zdrady samych siebie. – Dobre pytanie – słyszałam często w odpowiedzi”.

To fragment książki Carol Gilligan „Innym głosem. Teoria psychologiczna a rozwój kobiet”. Autorka bada specyfikę rozwoju kobiet, nie przykłada go do męskiego wzorca, co pozwala docenić kobiece nastawienie na relację i troskę o innych. A jednak to pytanie o ważność własnych uczuć pozostaje. W nieco prostszej formie ja także czasem zadaję je kobietom. I one również widzą tę sprzeczność logiczną, lecz zwykle wiele musi się wydarzyć, nim wyciągną z niej praktyczne wnioski.

Małgosia – 49 lat, dyrektorskie stanowisko w dużej firmie – przez całe życie była grzeczną dziewczynką. Już w dzieciństwie starała się, żeby wszyscy byli z niej zadowoleni. Najpierw przede wszystkim rodzice. Kłopot w tym, że oni byli zajęci własnymi sprawami i nie zwracali uwagi na jej starania. Małgosia ma poczucie, że ojciec jej w ogóle nie dostrzegał. Za to widział dzieci znajomych i chętnie opowiadał o ich sukcesach. Zawsze mieli lepsze stopnie od Małgosi, wygrywali olimpiady, umieli się zachować. Może ojciec w ten sposób chciał rozbudzać jej ambicję, a może był to wyraz jego bezmyślności. Tak czy siak, Małgosia się bardzo starała, żeby być taka jak dzieci znajomych.
W efekcie tych starań odnosiła nawet spore sukcesy, ale dzieci znajomych zawsze miały większe. Małgosia ciągle czuła, że nie jest dość dobra, że rozczarowuje ojca, że musi się bardziej starać.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »