• BLOG Awatar

    Starość

    Wielka Radość

    Gęstniejący fetor stawał się coraz bardziej nieznośny. Będąc młodym człowiekiem nie posiadałem jeszcze wyrobionej tolerancji na ludzkie ekstrema jakich dopuszcza się każdy, kąpiąc się w wodzie kolońskiej czy innych babcinych perfumach, wypełniających fikuśne buteleczki z różową pompką doprowadzającą stylowym przewodem powietrze, które zetknąwszy się z drogocenną esencją, rozbryzguje się w milionie kropli na dekoltach i podgardlach. Odświętnie wyszorowani i odpicowani państwo wygniatający trzeszczące krzesła widowni teatralnej, stworzyli tak skuteczne zakłócenie swą przykrą duszącą wonią, że spektakl odbywający się zaledwie kilka metrów przed mym nosem, po kwadransie stał się koszmarem z którego miałem ochotę uciec w popłochu w obawie przed nadciagającym pawiem. Kiedy brakuje tlenu kręci mi się w głowie. Był to koniec lat osiemdziesiątych toteż łatwo wyobrazić sobie jakość wieczorowych toalet i niewysublimowaną słodycz perfum. Nie żaliłem się babci Zosi której towarzyszyłem, bo dostałbym potworna burę za to, że w ogóle śmiem otworzyć usta w teatrze. Mękę przerwał antrakt. Odetchnąłem i powróciwszy na swe miejsce w lekko przewietrzonej już sali, cierpiałem już bez porównania mniej. Nagle na scenie zaczął śpiewać starszy pan, którego głos nota bene znałem doskonale z telewizji. Nie wiedziałem jednak kto jest jego właścicielem, więc przez pierwsze sekundy próbowałem jakoś przysposobić ów piękny głos do zaskakującej sylwetki.

    W takich okolicznościach pierwszy raz zobaczyłem Wiesława Michnikowskiego. Błyskawicznie zacząłem odszukiwać w pamięci fragmentów filmów i seriali w jakich mogłem go już zobaczyć. Od razu tknęło mnie że to przecie Doktor Paj Chi Wo a chwilę później że dobrotliwy i niezłomny Papa Smurf, posiadający wymienione cechy dzięki arcymistrzowskiej intonacji Pana Wiesława.

    Był to jakiś jubileusz „Dudka”, wówczas nic mi to nie mówiło, nawet ten drugi starszy Pan który mówił najwięcej i śpiewał najwięcej a przedstawiając się powiedział „dobry wieczór nazywam się Wojciech Młynarski”. Kto by pomyślał że po wielu latach będę się kolegował z jego synem Jaśkiem, moim równolatkiem i kompanem podczas wielu audycji ( w jednej z nich śpiewał piosenki ojca, dokładnie te same które słyszałem w towarzystwie babci wtedy, projekt ten to „Młynarski plays Młynarski”). Niestety nie miałem w tamtej chwili żadnych refleksji, związanych z obserwowanym i słuchanym repertuarem, nie licząc małego wyjątku.

    Pan niższy mówiący głosem Papy Smurfa, zaczął nagle nucić że”… jeszcze tylko parę wiosen, jeszcze kilka przygód z losem i …wesołe jest życie staruszka”. Zachwycające. Zniknęli momentalnie ci wszyscy ludzie wśród publiczności do koła, tak skutecznie dewastujący me obcowanie z kulturą. Miałem ochotę wskoczyć na scenę i się do niego przytulić, bowiem tak bardzo przypominał mi dziadka Stefana. Mojego ukochanego dziadunia, przedwcześnie zmarłego. On również był takim wesołym staruszkiem, biegającym, śpiewającym i troskliwym jak żaden inny na świecie. Zawsze pogodnym i serdecznym.

    Miałem dziesięć lat, gdy wylądowałem na przywołanym tu spektaklu który jako jedyny wówczas zrobił na mnie tak olbrzymie wrażenie. Dotychczas nie zaznałem aż takich emocji ani na  siedziałem w piątym rzędzie, pamiętam również doskonale jak skondensowaną emocją utrwaloną w pamięci na lata, stał się  występ Pana Wiesława. Od tamtej pory moje wyobrażenie na temat starości było ze wszech miar pozytywne i naturalnie każda osoba w podeszłym wieku, uosabiała w moich szczenięco naiwnych oczach szczęśliwe synonimy.

    Wychodząc z okresu w którym interesowałem się tylko tym co zrobimy z podwórkową bandą, sielanka starości zaczęła być poddawana erozji realizmu, bowiem życiowe doświadczenia pokazały mi jak bardzo życie staruszka może być nie wesołe.

    Popadłem w konkretną paranoję i strach przed „taką” starością, zapominając całkowicie o tym co śpiewał kiedyś Papa Smurf. Trwało to całe lata, wybudowałem w sobie mocne fundamenty absurdalnego myślenia i wręcz potrzeby by  nie dożyć późnej starości. Przy każdej towarzyskiej okazji następowały we mnie psychiczne obnażenia i moralne przepierki, wywołane tym tematem. Okropność.

    Dziś uświadomiłem sobie jak kretyńskie było to uzurpatorstwo i kabotyństwo zawstydzających rozmiarów. Konstatacja ta pojawiła się dwie sekundy po tym, kiedy wyszedłem z domu Papcia Chmiela którego wreszcie odwiedziłem. Rozmowę z Panem Henrykiem zamieścimy na ZWIERCIADLO.PL wkrótce. Jednak już teraz mogę napisać że to najbardziej uśmiechnięty człowiek jakiego znam. W tym roku kończy 89 lat i ciągle bawi go życie i otaczająca rzeczywistość. Dodatkowo posiada poczucie humoru na własny temat, w żaden sposób nie litujące się nad postępującą demencją. Było to rozbrajające i wzruszające. Jego głód normalności, pracy i życia na poziomie potrzeb studenta.

    Wychodząc zagarnął mnie „wiesz dziś uświadomiłem sobie coś, co wydaje się potwornie absurdalne i zabawne. Otóż moja córka ma już 60 lat. Wyobrażasz to sobie?”. Rechotaliśmy w przedpokoju dobrą minutę.

    Drogi Papciu, chciałbym dożyć takiego wieku, w podobnej formie i pogodzie. Naprawdę bym chciał!

     

    Tomasz Kin

    Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan:   2012-02-07 20:33:17 · Wyświetl

    2012-02-07 20:33:17
    • Awatar
      Joa · 3 mies., 2 tygodni temu

      Starość – kumulacja chorób, dobrych i złych przeżyć, spotkań, wartości, poczynań… tego, jakim jest się człowiekiem i jakimi ludźmi się otacza lub jest się otoczonym (bo nie na wszystko ma się wpływ). Ale czy nie TO tworzy człowieka w każdym wieku?

    • Awatar
      Joa · 3 mies., 2 tygodni temu

      A z tą lawiną zapachów, to nie rzadkość i dziś! Niestety!!!!!!

Zaloguj