Blog Pisarki

  • BLOG Awatar

    Życie „blockowe\"

    Moje życie blogowe dobiega końca i wkrótce mam zamiar zamienić je na życie „blockowe”. Tak, jadę na urlop, na wakacje, na zasłużony odpoczynek, a także odwiedzić siostrę i jej rodzinę. Powoli zbieram prezenty, kupuję polskie książki dla siostrzeńców i zastanawiam się, jak to załatwić, by leciał ze mną kapitan Wrona.

    Ten kolejny wyjazd do Stanów to również okazja do obserwacji innego stylu życia, do spotkania ze starymi i nowymi przyjaciółmi. I do życia w ramach „blocku”, czyli najbliższego sąsiedztwa. „Block” to w Stanach prawdziwa instytucja i spełnia rolę zastępczej rodziny. Dzielnica mojej siostry nie należy może do typowych– położona niedaleko uniwersytetu zamieszkała jest przez profesorów, architektów, grafików i pisarzy. „Birchwood Cafe” , ekologiczną kafejkę niedaleko domu, zaludniają postaci niczym z filmów Woody Allena i choć to nie Nowy Jork tylko Minneapolis, jednak większość z nich posiada babki czy dziadków z Europy. Z reguły dowiaduję się o tym po chwili rozmowy na różnych organizowanych tam zaciekle „domówkach”.  Czy ktoś może sobie wyobrazić imprezę urodzinową organizowaną dla mieszkańców ulicy? Z grillem, orkiestrą i innymi amerykańskimi akcesoriami, znanymi głównie z filmów?

    Właśnie, á propos filmu. Rzeczywistość, na którą się natykam, jest mi już jakby trochę znana. Teraz widzę, jak to jest z tymi filmami amerykańskimi… Często myślimy, że pewne sceny to wynik wyobraźni reżysera, a on po prostu kręci, co ma przed oczami. Bo kiedy otwieram drzwi, a za nimi znajduje się komitet „blockowy” z ciastem w ręku, mam wrażenie, że zostałam przeniesiona żywcem na Wisteria Lane. Ale tu też tak robią. Przyszli mnie zobaczyć, bo dowiedzieli się od K, że przyjechała jej siostra i chcą się przywitać. Po prostu jedna wielka „amerykana”, jak to po siostrzanemu nazywamy. W zeszłym roku uczestniczyłam w innym amerykańskim fenomenie. Był to mecz baseballa. Środek dnia, kilkadziesiąt tysięcy ludzi,  w tym całe rodziny z małymi dziećmi, niepełnosprawni (kilka osób pod tlenem) doskonale bawi się przez kilka godzin, ucztując przy tym i popijając piwo. Atmosfera pikniku  do czasu „home run”. Wtedy i ja zrywam się na równe nogi, ulegam entuzjazmowi tłumu i krzyczę na cały głos, aż ciarki przelatują po plecach. Uff, nasi przegrali, ale widzowie chętnie zaklaszczą też dla drużyny przeciwnej. Dziwny kraj, no nie?

    A może ja tak lubię tę Minnesotę, bo jest tak bardzo podobna do Skandynawii? Ten fakt odkryli też imigranci stamtąd, w związku z tym sporo ludzi jest rosłych, jasnowłosych i o swojsko brzmiących nazwiskach, takich jak Larsson czy Svensson. I  też tak czysto i wszystko zadbane. Wszędzie widać troskę o otoczenie i środowisko. No i siostra buduje tam biblioteki…

    Oj, rozmarzyłam się. Żeby mi się zupełnie nie przewróciło w głowie, będą też spotkania autorskie z Polonią. No i muszę też wpaść do „Birchwood” pospisywać dla dr E składniki tych ich bajeranckich sałatek. Z nadzieją na przyszłość, oczywiście!

    Użytkownik Hanna Cygler zaktualizował swój stan:   2012-04-05 14:32:04 · Wyświetl

    2012-04-05 14:32:04
    • Awatar
      Maciej Markisz · 3 tygodni temu

      Miłego odpoczynku. I spacerów koło północy, gdzieś w nocy :) , niczym O Północy w Paryżu. Jak obserwuję filmy USA (bo po świecie nie jeżdżę – jak dotąd :) ) różnej maści, to zawsze jestem trochę zaskoczony; jak ci ludzie inaczej rozmawiają od większości (przynajmniej) Polaków. Jak inni są w mentalności. I jak się inaczej bawią. Owszem piją piwo. Ale tak, by zaobserwować grupę polskich mężczyzn dość młodych jeszcze i uśmiechniętych dość mocno (albo od ucha do ucha), którzy serdecznie żartują i się nie kłócą – to grupa ta albo już skuta musi być na amen, albo dopiero co wprowadzać się w stan wyższej świadomości uzyskanej z umowy międzyludzkiej z monopolowego.

  • BLOG Awatar

    Nihil novi sub sole

    Robię właśnie ostatnie poprawki do „W cudzym domu”, mojej pierwszej powieści historycznej. Mimo iż „Czas zamknięty” i „Pokonani” mówią również o przeszłości, ta najnowsza jest prawdziwie historyczna, gdyż opowiada o czasach jeszcze sprzed narodzin mojej babci. Oj, nie było to łatwe zadanie, by napisać tę książkę, o nie. Ale ponieważ już wiele lat temu postanowiłam dać moim bohaterom jeszcze wcześniejsze losy, masochistycznie rzuciłam się w ten XIX wiek i od razu natrafiłam na kłodę rzuconą mi pod nogi przez mojego własnego ojca. Tata, profesor historii i specjalista od XIX wieku, poproszony o polecenie mi właściwej lektury do dokumentacji, oświadczył mi, …. że bez ukończonych studiów historycznych ja tej książki nie napiszę! No to się zawzięłam.

    Teraz, uśmiechając się kabotyńsko do ostatniej kropki, muszę przyznać, że fajnie było coś takiego zrobić. Zanurzyć się w innym świecie, rozpoznać różnice, ale i całą gamę podobieństw ze współczesnością i odkryć na własną rękę, że tak niewiele się zmieniło. Mimo innego ubioru jesteśmy tacy sami i z uporem maniaka popełniamy dokładnie te same błędy. I dlatego dziwię się wszystkim, którzy mówią: „nie lubię historii”, bo, zaprzeczając przeszłości, tak naprawdę wykreślają siebie i swój ewentualny przyszły dorobek.  Historia się powtarza, mówią o tym nawet ludowe przysłowia, a nie potrafiąc rozpoznać jej podobieństw, stajemy się w łatwym łupem dla wszelkich manipulatorów. „Kto kontroluje przeszłość, ten ma władzę nad przyszłością”. Ta myśl George’a Orwella ostrzega, żeby nie dać sobie wyrwać „tej kierownicy” z rąk.

    Właśnie usłyszałam w radio o prowadzonej w Krakowie głodówce w obronie lekcji historii. MEN broni się, przedstawiając swoje racje, ale ja jakoś mu nie wierzę. Bo ja, pewnie już „ostatni Mohikanin”, wierzę w edukację ogólnokształcącą, która przybliża nam nauki humanistyczne, ścisłe, sztukę i muzykę, a także w wybory, które umożliwiają rozwój, a nie takie, które ograniczą go w piętnastym roku życia. Może wówczas ci, którzy wybiorą się na koncert, będą wiedzieć, że symfonia składa się zazwyczaj z trzech lub czterech części i nie zaklaszczą po każdej przerwie!

    PS. Chyba nadal będą mnie straszyć „stosy empikowe”. Właśnie dowiedziałam się, że „Bratnie dusze” weszły na TOP 40 EMPIKU-u. Teraz nie powstrzyma mnie już żadna siła. Lecę zrobić zdjęcie. To może być niepowtarzalna okazja. Stoczę pewnie mężną walkę z ochroną, ale przecież muszę pokazać to mamie, cioci, ojcu chrzestnemu z warszawskiej Pragi, siostrze w Ameryce…

    Użytkownik Hanna Cygler zaktualizował swój stan:   2012-03-30 13:42:18 · Wyświetl

    2012-03-30 13:42:18
  • BLOG Awatar

    Jest nadzieja

    Na spacer po Brzeźnie z E umawiałyśmy się od dawna. Ona miała przyjechać z Berlina, a na mnie spoczywała odpowiedzialność za wiosenną pogodę. Na szczęście udało się.  Słońce świeciło, niebo się niebieściło. I na dodatek – rzadkość – nie wiało. W związku z tym cel naszego spaceru też się natychmiast określił.

    - Idziemy szlakiem Franka – zapowiedziała E, przebijając się przez brzeźnieńską promenadę jak maczuga przez dżunglę.

    Zastanawiając się, czemu to szlak Franka Reinerta, a nie Zosi Knyszewskiej, ścisnęłam inhalator w pięści jak amulet i ruszyłam za niewyżytą w nadmorskich spacerach E.  Udało mi się jedynie przeforsować spacer po części „emeryckiej” i uniknąć wbijania stopami mewich trucheł w dość brudny piasek.

    Może dlatego, że Brzeźno i Franek, jego oryginalny mieszkaniec, z dziada pradziada, Gdańszczanin, ukazują się dopiero w trzeciej części powieści o Zosi: „Przyszłym niedokonanym”. Starałam się tam opisać moją rodzinną dzielnicę – chodziłam tu do szkoły podstawowej i mieszkałam ponad ćwierć wieku –  i zrealizowałam w niej kilka fikcyjnych inwestycji, które jak uznałam, by się jej przydały.  I to jak bardzo, myślałam teraz z każdym krokiem, kiedy zbliżałyśmy się do starej rybackiej wioski.

    Ani ładu, ani składu. Część starych urokliwych domków poznikała, robiąc miejsce dla nowych budowli, które może wyglądałyby niezgorzej, gdyby ich działki nie były zabudowane niemal do linii płotu. Wszędzie brak harmonii i spójnej estetyki, która zawsze uspokaja mnie w Szwecji. Nie można już tu odnaleźć elegancji i finezji niemieckich nadmorskich uzdrowisk jak Ahlbeck czy Heringsdorf, a przede wszystkim oryginalności, będącej przecież tym magnesem, który przyciąga turystów. Pokazuję E domki, które po całościowym remoncie mogłyby należeć do Franka. Dochodzimy do Domu Zdrojowego. Jego wygląd wskazuje już stan agonii. Czuję skurcz w gardle, gdy opowiadam E o wizji hotelu ekologicznego Franka i o mającej się znaleźć po drugiej stronie ulicy – restauracji. E jest malarką, więc nie muszę wiele wyjaśniać. Ale obecności wypełnionego wodą rowu po drugiej stronie drogi już nie rozumie. I dlaczego jest ogrodzony blachą? A ja widzę w tym miejscu dawną Strandhalle z dużym tarasem nieopodal mola. To tam właśnie dobiegł Włodek Hallmann w „Czasie zamkniętym”, po tym jak nie zdążył na statek do Anglii.

    - No to tak już stoi od wielu lat – odpowiada mnie chętnie i skręcam do parku, a tam… A tam nie ma już się czego wstydzić. Jest po prostu pięknie. Park jest odrestaurowany, ohydny asfalt zerwany, postawione nowe pergole, stylowe altanki i ławki, podesty do występów, place zabaw dla dzieci. Wszystko dość zadbane i czyste, choć pewnie przydałaby się bieżąca konserwacja.

    Jest jednak nadzieja, oddycham z ulgą.

    Użytkownik Hanna Cygler zaktualizował swój stan:   2012-03-26 11:25:20 · Wyświetl

    2012-03-26 11:25:20
    • Awatar
      ASU · 1 miesiąc, 4 tygodni temu

      W tym roku znów będe w Świnoujściu a stamtąd rzut beretem do Alhbeck:)

  • BLOG Awatar

    Spod stosów

    Po wojażach znowu w domu.  Stopniowo normuje się poziom adrenaliny i zasypiam na osiem godzin. Wcześniej się nie dało. Pobudzenie, nerwy i choroba, która wypatrzyła sobie osłabiony organizm. Kichanie, kasłanie i ochrypły głos, czyli wszystko, co sobie można wymarzyć na promocyjne tygodnie.

    W empiku stosy „Bratnich dusz”. Chodzę z Rysią Ulatowską i zastanawiam się, jak to można uwiecznić, ale ona ostrzega mnie, że w chwili wyjęcia aparatu fotograficznego z pewnością rzuci się na mnie ochroniarz i przydusi do podłogi, o skasowaniu zdjęcia nie wspominając. Podobno Rysi skasował. O bliskim kontakcie z podłogą nic mi nie mówi, ale ja na wszelki wypadek rezygnuję ze względu na wątłe zdrowie. Ale te stosy imponujące… Przy poprzednich wydaniach zamartwiałam się, że książek jest za mało i znikają, teraz przeraża mnie myśl, że ich nikt nie kupi. Agent A skarży się na mnie, że nigdy nic mnie nie zadowoli i zawsze znajdę pretekst do zamartwiania się.  No i któż to mówi, Agencie A, doprawdy znany ze swego słonecznego usposobienia.

    Pierwsze spotkanie w Warszawie w dość kameralnym gronie, ale jakże inaczej, skoro odbywa się o godzinie dwudziestej. Sama wówczas bywam dość senna. Gdyby to było możliwe, osobiście wybrałabym ósmą rano. To jest dla mnie czas największego przypływu energii. Przeważnie piszę tylko we wczesnych godzinach. Moje przyjaciółki-pisarki (grupa siedlecka): Gosia Sobieszczańska, Rysia Ulatowska, Magda Zimniak i Ania Fryczkowska nie zawiodły. Siedzą w pierwszym rzędzie, i mam nadzieję, przejawiają empatię. Niestety, nasze rozmowy „po” zostają zduszone w zarodku. O godzinie dziesiątej zostajemy „wymiecione” z lokalu.

    Następny dzień i Mińsk Mazowiecki. Jestem tam już po raz drugi i znów kłaniam się nisko, podziwiając entuzjazm i znakomitą pracę organizacyjną pań z Biblioteki i prowadzącego spotkanie, pana Darka. Za każdym razem aż mi się robi ciepło na sercu, że jeszcze są tacy ludzie i z oddaniem działają, ale pewnie wkrótce spotkamy ich wyłącznie w rezerwatach, gabinetach osobliwości czy na kartach starych książek. Skrupulatnie liczę i pamiętam wszystkich entuzjastów spotykanych na swojej drodze.

    W niedzielę w domu jestem już zupełnie zdrowa. To normalne. Jak nie potrzeba, to natychmiast staję się okazem zdrowia i wędruję wraz z energiczną G na kino domowe do pana Gerarda ds. trudnych. Dr E na szczęście pohamowała rozbuchane aspiracje intelektualne i przygotowała menu kolacji w nawiązaniu do irańskiego „Rozstania”: kuskus z pomidorami i zieloną pietruszką, curry z kurczaka z mlekiem kokosowym, sałatka makedonia, a do tego dip jogurtowy z czosnkiem, słodkim chilli i czerwoną cebulą z chlebkiemnaan. Film bardzo dobry, ale czy lepszy od „W ciemności” Holland? Oba, zupełnie różne, podobały mi się chyba tak samo. Na szczęście nie jestem członkiem Akademii i nie musiałam głosować. I w ogóle nie nadaję się do żadnego jury. Zero recenzenckiego zacięcia. No, chyba że sprawa dotyczy mufinków dr E.  Bardzo smaczne były, choć może mało… irańskie.

    Użytkownik Hanna Cygler zaktualizował swój stan:   2012-03-20 14:05:41 · Wyświetl

    2012-03-20 14:05:41
  • BLOG Awatar

    W trasie

    To był naprawdę długi tydzień. Premiera książki odbyła się parę dni temu, a ja czuję się już śmiertelnie zmęczona i niewyspana. Najpierw promocja w Gdańsku, potem wyjazd do Olsztyna. Od razu mi się przypomniało, dlaczego zawsze wolałam pisać niż wydawać. To tak, jakby wydać na świat dziecko, które cały czas wrzeszczy, bo dolegają mu kolki. Niby jest fajne, ale… trochę męczy. Szczególnie jeśli w tym samym czasie próbuje się pracować zawodowo. Nie mogę więc przepędzić klientów na cztery wiatry, bo „rumakowanie” za chwilę się skończy. Na dworcu wręczam więc obcemu panu papiery i kasuję żywą gotówkę. Z kolei, próbując rozwikłać zupełnie niezrozumiałe meandry tłumaczonego tekstu, odbieram telefony.

    - W tych innych miejscach było o wiele sympatyczniej. I ta atmosfera… Nie mogłaś gdzieś indziej zorganizować tej promocji?

    Nie mogłam. Poza tym skąd miałam wiedzieć, że tak to się potoczy?

    - Dlaczego nie było wystarczającej liczby książek? Nie mogli przewidzieć, że się sprzeda? Ludzie się denerwowali.

    Ja na ich miejscu też bym się wściekła. Skoro specjalnie się po nie fatygowali z daleka… Nie rozumiem też, dlaczego sprzedawca nie jest zainteresowany sprzedażą.  Ale ja już coraz mniej pojmuję otaczającą mnie rzeczywistość. Denerwuje mnie niewywiązywanie się z obietnic, nieodpisywanie na korespondencję, swobodne i nieskrępowane życie oszustów, nonszalancki stosunek do wykonywanej pracy, tępota, chamstwo, a poza tym… nieumiejętne mycie podłóg w szpitalach. Pewnie się starzeję!

    - A nie mogłaś iść do fryzjera przed wywiadem? Byłaś taka wyleniała. Przecież to zniechęca! Nikt nie kupi książki od wyleniałej autorki.

    Idę do lustra. Wyleniała? Chyba odwrotnie. Włosów mam aż za dużo i  sterczą mi na wszystkie strony. Obiecuję sobie solennie, że następnym razem się uczeszę.

    - Mama przyślij pieniądze.

    Tym razem studiujący w stolicy synek pozdrawia serdecznie swoją mamusię.

    Do tego na promocji w Gdańsku pojawia się moja osobista Nigella Lawson z pretensją, że na blogu zrobiłam z niej kuchtę, a ma przecież i doktorat i ważne stanowisko. „Droga dr E. cóż ja na to mogę, ale w tej dziedzinie jesteś niezrównaną artystką”.

    Postanowiłam więc przestać być całą orkiestrą symfoniczną, odłączyć się od Internetu,  i nie myśleć o dalszych losach mojej książki. Teraz niech sama już sobie radzi. Teraz jest czas czytelnika.

    Użytkownik Hanna Cygler zaktualizował swój stan:   2012-03-13 14:32:46 · Wyświetl

    2012-03-13 14:32:46
  • BLOG Awatar

    Za kulisami

    Już dzisiaj… już dzisiaj wychodzi moja kolejna książka. „Bratnie dusze”. Pamiętam doskonale, jak jeszcze tak niedawno marzyłam o tym, by choć jedna („w szufladzie”, a raczej w pamięci komputera było już osiem) ujrzała światło dzienne. Naczekałam się sporo na tę chwilę, bo aż siedem lat. Pisałam kolejne, zapisywałam, wysyłałam,  czekałam, najczęściej nie dostawałam żadnych odpowiedzi,  aż… udało się.

    Nie jest to tylko moja zasługa. Moja siostra, architektka, tropiła błędy rzeczowe, zapewniając mnie, że ciąża na ogół trwa dziewięć miesięcy, a nie jak mi czasem wychodziło, rok.  Przyjaciółki czytały maszynopisy, poprawiały błędy i odbierały późno w nocy moje telefony, zapewniając, że „Tak. Dobrze się czyta.” Ruda E  pojechała nawet do Łodzi w sprawie książek, gdzie udało jej się przekonać J, że to jest „dobra inwestycja”. Z kolei K sprawiła, że jej ówczesny pracodawca stał się nieświadomym sponsorem kolejnych papierowych wersji.

    Byli też konsultanci, a wśród nich ten najznamienitszy – Pan Gerard ds. trudnych. Na co dzień wysoki urzędnik dużej korporacji, pasjonat historii i polityk, i w dodatku jeden z nielicznych, którzy potrafią zrozumieć, o co mi chodzi. Bo ja, muszę się przyznać, jestem w swych wypowiedziach bardzo chaotyczna i na przykład moje SMS-y są na ogół niezrozumiałe i wprowadzają w błąd. Kiedy bełkocząc, rozwijam wątek powieści, z którym mam problem, Pan Gerard rozumie wszystko, a nawet to, co mam dopiero na myśli. Kiedyś zdumiona tym faktem, spytałam go o ten fenomen. Bez wahania odpowiedział:

    - Jeśli ja rozumiem swój zarząd, to ciebie tym bardziej.

    Z Panem Gerardem przeżyliśmy już II wojnę światową, okres stalinizmu i cofnęliśmy się do XIX wieku. Mamy też pewne plany na przyszłość. I oczywiście śmiem mieć nadzieję, że jego małżonka, dr E, będzie nam nadal umilać sesje swymi wyszukanymi potrawami.

    Jest jednak dla mnie sprawą oczywistą, że gdybym nie spotkała na drodze Agenta A., to z pewnością, sparzona aż do bólu, zaniechałabym już wszelkich inicjatyw wydawniczych i zajęłabym się czymś innym. On wszakże, mimo iż do tej pory nie przeczytał żadnej z moich książek, przekonał mnie, by tego nie robić.

    Agent A pracował w jednym z moich poprzednich wydawnictw jako redaktor i poznałam go dopiero po ponad rocznej telefonicznej znajomości, kiedy już razem zdążyliśmy wyprodukować dwie powieści. Podczas naszych rozmów miałam obraz Agenta A jako emerytowanego wojskowego, gdyż zawsze rozmawiał krótko, rzeczowo i stanowczo. Zawsze dotrzymywał słowa i zawsze rozpoczynał korespondencję od „Szanowna Pani.”

    Kiedy spotkaliśmy się na Targach Książki w Krakowie, omal nie padłam z wrażenia, gdy ujrzałam przed sobą… młodzieńca! Bardzo kompetentnego zresztą. Potem Agent A, a w zasadzie Agent dr A, siedział przy mnie, kiedy podpisywałam książki i władczym głosem oznajmiał: „Sylwii. Dwa i”, gdyż, ja niestety, pisząc na większej pustej płaszczyźnie, doświadczam czasem „prezydenckiego bólu”.

    PS. W tym tygodniu dr E wyjechała, więc zamówiliśmy sushi, ale za to wspólnie  z energiczną G i panem Gerardem obejrzeliśmy film „Artysta”. Bardzo się z G wzruszyłyśmy i oczyściłyśmy nasze kanaliki łzowe. Jaki to był artysta z zasadami! I tak pomyślałam, że gdyby był dziś pisarzem, z pewnością nie miałby konta na facebooku i nie prowadził blogu!

    Użytkownik Hanna Cygler zaktualizował swój stan:   2012-03-07 10:26:24 · Wyświetl

    2012-03-07 10:26:24
  • BLOG Awatar

    Giętka prostota.

    Ostatnio na YouTube pojawiły się spoty reklamowe kampanii społecznej „Ojczysty – dodaj do ulubionych”. Pierwsze odcinki – mam nadzieję, że będzie ich więcej – mówią o zanikających polskich słowach.

    Bardzo popieram tego typu projekty, gdyż z zawodu jestem tłumaczką i sprawa znajomości języka ojczystego ma dla mnie dużą wagę. Już od dawna prześladuje mnie pomysł przeprowadzenia akcji językowej pod hasłem „Piszmy po polsku”. Próbowałam zainteresować tą ideą różne osoby, które uprzejmie mnie wysłuchawszy, zwieszały głowę i kwitowały słowami: „To za duża sprawa jak dla nas”. Wobec tego proponuję kampanię ogólnonarodową!

    Potrzeba jej wynika z mojej codziennej pracy tłumacza przysięgłego, który z zaparciem Sherlocka Holmesa i psychologicznym zacięciem Zygmunda Freuda usiłuje zrozumieć przysyłane urzędowe dokumenty w języku, który podobno znam od dziecka. Nic bardziej mylnego!W pismach, kierowanych podobno do obywatela, jeży się od zawikłanych barokowych sformułowań i pokrętnych zdań i myśli. Ostatnio patrząc na „Wniosek o wpis w księdze wieczystej”, omal nie zasłabłam. Ale to nie jest jeden, odosobniony przykład – tak  nasze urzędy, stworzone rzekomo, dla naszego dobra i na które my sami łożymy nasze ciężko zarobione pieniądze w postaci podatków,  z nami korespondują.

    Okazuje się, że tak być nie musi. W kraju sąsiednim, Szwecji, Rada ds. Języka od wielu lat realizuje program pt. „Czysty (klarowny)  język”. Zgodnie z nim dokumenty urzędowe muszą być napisane starannym, prostym i zrozumiałym językiem. W programie chodzi przede wszystkim o demokrację: my wszyscy powinniśmy rozumieć, co piszą do nas urzędy.

    Podczas gdy w Polsce daje się „Srebrne usta” za najbardziej pokrętne i idiotyczne wypowiedzi polityków, w Szwecji przyznaje się nagrodę ”Kryształu Klarownego Języka” – przyznawaną raz w roku instytucji, gminie, czy samorządowi wojewódzkiemu  jako wyraz uznania za uzyskiwanie dobrych wyników w pracy nad tworzeniem zrozumiałych dokumentów czy  formularzy. W ramach tego programu przeprowadza się szkolenia dla urzędników, wydaje broszury, organizuje bieżące konsultacje z językoznawcami.

    Jeśli wydaje nam się, że takie fanaberie tylko dzieją się w Szwecji, to jesteśmy w błędzie. Podobne programy realizuje wiele innych państw. Wśród nich znajdują się nawet Wyspy Owcze! Ale oczywiście obywatel, który niewiele rozumie, jest łatwiejszy do podporządkowania niż światły i uświadomiony!

    PS. Ostatnio dr E tryska optymizmem. Przez kilka miesięcy martwił ją upadek teorii względności. Kiedy jednak okazało się, że teoria nie upadła,  a mylny wynik, że neutrina są szybsze od światła, to tylko sprawa luźnego kabla, odzyskała wiarę w przyszłość! Ja przeciwnie. Myślę o tych wszystkich źle podłączonych kablach.

    Użytkownik Hanna Cygler zaktualizował swój stan:   2012-03-02 15:59:47 · Wyświetl

    2012-03-02 15:59:47
    • Awatar
      Joa · 2 mies., 3 tygodni temu

      Jestem na tak! Mówmy po polsku, piszmy po polsku. Poprawnie. To przejaw współczesnego patriotyzmu.

    • Awatar
      JeszczeBardziej · 2 mies., 3 tygodni temu

      Wspaniała inicjatywa! A jeśli chodzi o dokumenty itd. to bywają tak pokrętne, że nawet urzędnicy okazują się niekompetentni. Taka nieznajomość bankowego języka kosztowała mojego partnera sporo, tylko że to nie on wykazał się nieznajomością żargonu, tylko pracownica banku, no ale oczywiście za jej błąd zapłacić musi on. A chodziło o jedno słowo w podaniu. Jeden wyraz.

    • Awatar
      Katarzena · 2 mies., 3 tygodni temu

      Świetny pomysł :) Język polski ma tyle pięknych słów, niech będzie jasny i bogaty, a nie zawiły i niezrozumiały.

    • Awatar
      Maciej Markisz · 3 tygodni temu

      Nie tak dawno, gdy w wakacje zakładałem swoją firmę – nową działalność – pani urzędniczka w Urzędzie Miejskim Miasta Lublin :) (~pozdrawiam) zdecydowanie skreśliła z wypełnionego druku: ’Lublin’ – w rubryczce: miejsce zamieszkania. I całkiem despotycznie i pouczająco stwierdziła; ”No to, to, to źle przecież. Nie Lublin, tylko gmina Lublin powinno być! Przecież – mocno dodała pani.” ~ To może średni :) przykład wobec problemów stosowania języka polskiego, bo urzędy i urzędnicy, wiadomo, swój język mają. Prawie tak, jak to poeci. :) Gminni niestety wolą być ci urzędnicy, może dlatego iż Lublin to taki wschodni Trójkąt Bermudzki naszego państwa. A może gminy? Sam już nie wiem, pogubiłem się. Czy w innych miastach też tak się rozmawia w urzędach? Gminnych. :)

  • BLOG Awatar

    Inni też tak mają

    „Czy planuje pani napisać powieść innego rodzaju?” to pytanie pada często, trzeba jednak przyznać,  że na ogół w wywiadach, a nie od czytelników. „Innego rodzaju” ma określony podtekst. Ten odmienny rodzaj to zapewne coś, co jest Literaturą Wysoką, coś poważnego i bardziej ambitnego niż „popularna”. Odpowiadam więc zgodnie z przekonaniem, że nie zamierzam. Po pierwsze, nie wiem, czy potrafię, a po drugie, chciałabym się rozwijać zgodnie z własnymi koncepcjami, a nie z tym co wypada, a co nie, i co jest dobrze postrzegane przez krytyków.

    Dlaczego pisarzy, których powołaniem jest dostarczanie przyjemności i relaksu, za wszelką cenę próbuje się reformować? Przekonać, że powinni porzucić tę płochą i „łatwą” literaturę i zająć się czymś, co pewnie w moim wieku już bardziej przystoi. Ha!

    Za każdym razem, kiedy słyszę to pytanie, przypominam sobie o panu, którym zajmowałam się podczas studiów i którego, dziw nad dziwy, mimo napisanej pracy magisterskiej, nie udało mi się znienawidzić. Mika Waltari(1908-1979), autor słynnego, sfilmowanego w Hollywood, „Egipcjanina Sinuhe”, a także „Czarnego anioła” czy „Karin córki Monsa” jest chyba najbardziej znanym na świecie fińskojęzycznym pisarzem (tłumaczenia na ponad 40 języków). Posiadając niezwykły dar narracji i umiejętność trafiania swoimi utworami we współczesne nastroje i myśli czytelników, stworzył niezrównane powieści historyczne.Jednak w samej Finlandii,  gdzie, podobnie jak w Polsce, panują widać bardzo wysokie intelektualne standardy, nie miał lekko, gdyż traktowano go właśnie jako takiego… popularnego pisarza.

    Kiedy  wpadłam na pomysł, by wspomnieć o Waltarim, postanowiłam zajrzeć w internecie do ostatnich opracowań i sprawdzić, czy coś się w opiniach krytyków przez te… dziesiąt lat zmieniło. I osłupiałam, przeczytawszy w narodowych biografiach Finlandii (sic!): „Zarzuty, że był jedynie autorem rozrywkowej literatury powoli zamierają, a coraz bardziej ustala się jego status jako klasycznego autora.” No proszę, ponad trzydzieści lat po śmierci utwory pokrywają się patyną, a zarzutów już coraz mniej!  Nastąpiło więc cudowne przedawnienie, a pan autor nadaje się już na pomnik.

    Chyba mamy wspólne DNA z Finami. Ale ze Szwedami już niekoniecznie. Kupując fotel, weszłam na stronę znanej firmy meblowej i przeczytałam: „Gdzie klasyka i romanse żyją w zgodzie”. Czyż to nie piękne? I czy nie prawdziwe w przypadku Szwecji, która od czasów napoleońskich nie uczestniczyła w żadnej wojnie?

    PS. Energiczna G (pijąca ostatnio jedynie wodę) zażyczyła sobie, żebym napisała coś na blogu o jedzeniu (bo ona chętnie teraz o tym czyta). Natychmiast wywiązuję się z obietnicy i przestawiam kilka potraw, którymi ostatnio podjęła mnie dr E, żona pana Gerarda ds. trudnych. Najpierw był świeżo uwędzony pstrąg, sałatka z gęsią i pomarańczami w sezamowo- orzechowym dressingu, potem kulki jagnięce z żurawiną i grillowany ser halloumi na sałacie lodowej, a na deser crême brulée skarmelizowany za pomocą profesjonalnego sprzętu (prezent od  przyjaciółek!) przez pana domu. Przygotowania zajęły dr E jak zwykle pięć minut i jak zwykle wszystko było smaczne i oczywiście bezkaloryczne.

    Użytkownik Hanna Cygler zaktualizował swój stan:   2012-02-28 14:47:54 · Wyświetl

    2012-02-28 14:47:54
    • Awatar
      Danuta · 2 mies., 3 tygodni temu

      A ja dzisiaj zjadłam bułkę pszenną z wątrobianką. Dwa tysiące kalorii za jednym posiedzeniem. Pozdrawiam Danuta

  • BLOG Awatar

    Wpływ sosnowego igliwia

    Tę historię znam od dzieciństwa, które choć trwało parę dobrych lat i według mnie było dość nudne, zaowocowało w niewielu, powtarzanych jednak do upadłego, rodzinnych opowieściach.

    Podobno nie miałam jeszcze roku, kiedy moja mama zabrała mnie na spacer po zaniedbanym od czasów wojny parku brzeźnieńskim. Do punktu widokowego wchodziło się po schodach, a stamtąd znad sosnowego żywopłotu widać było morze.  Idealny spacer wzmacniający zdrowie chorowitego dziecka. Ale moja dwudziestoczteroletnia mama się nudziła i postanowiła dokonać eksperymentu, sadzając tłuste  niemowlę na sosnowych igłach. Bez sadyzmu zbytniego – tylko do pierwszego oburzonego wrzasku.

    - To było po to, żeby ci pobudzić wyobraźnię – opowiadała zupełnie nieprzejęta mama o czasach, w których za takie zachowanie nie odbierano praw rodzicielskich.

    Nie wiem, czy to w jakiś sposób wpłynęło na moje przyszłe pisanie. W każdym razie pamiętam, jak mając mniej więcej dziesięć lat, zaczęłam wymyślać  pierwsze historie. I tak już zostało. Oczywiście nie przekładały się one na papier, ale zawsze były źródłem własnej wewnętrznej rozrywki, dzięki której nie są dla mnie nudne długie podróże czy oczekiwania na dworcach, gdyż w każdej chwili mogę sobie włączyć ten dodatkowy program i zapomnieć o całym świecie.

    - A na ile pani książki są oparte na prawdziwych wydarzeniach?  – powraca pytanie ze spotkań z czytelnikami.

    I tu kolejna zmiana moich koncepcji. Do tej pory powoływałam się na tę pobudzoną igłami sosnowymi wyobraźnię, która wszystkim rządzi, ale ostatnio zmieniłam zdanie. Wydaje mi się, że w bardzo dużym stopniu korzystam z faktów, zasłyszanych (lub podsłuchanych) historii i charakterystyk znanych mi osób. Tylko że moja głowa (albo palce stukające w klawiaturę) miesza to wszystko w taki sposób, że rzadko kiedy ktoś potrafi rozpoznać prawdziwe zdarzenia, nawet jak się staram kogoś celowo, ale zapewne nieudolnie, opisać! I ja się tak cieszę, kiedy znajomi czytelnicy potrafią coś prawdziwego wytropić.  Więc gdy G w „Bratnich duszach” namierzyła w epizodycznej postaci swojego czołowego klienta, aż  puchłam z dumy.

    - Tak, to on. Jego miałam na myśli. Hurra! Udało się tym razem.

    Na ogół wygląda to tak, że „ktoś” płci obojętnej – najlepiej niezbyt dobrze mi znany – przykuwa moją uwagę, oczywiście nieświadomy, że ja podstępnie produkuję mu cały wyimaginowany życiorys. Czynię bohaterem lub zdrajcą, podsuwam mu namiętną kochankę, skazuję na ból i cierpienie.

    Czasem jest odwrotnie. Przyjaciółka, ruda E. zwykła identyfikować się z każdą główną, prześladowaną przez zły los, bohaterką. Natomiast kiedy rzeczywiście ją opisałam w którejś z książek, w ogóle tego nie spostrzegła. Ale prawdę mówiąc, to ja już też nie pamiętam, gdzie to było.

    Kiedy więc na dobre dopadnie mnie „niemiecka choroba” zapomnienia, moje życie stanie się barwne i pełne przygód!

    Użytkownik Hanna Cygler zaktualizował swój stan:   2012-02-23 15:57:44 · Wyświetl

    2012-02-23 15:57:44
  • BLOG Awatar

    O literaturze kobiecej słów parę

    Tak, jestem przedstawicielką literatury kobiecej. I jestem z tego dumna.

    Nie zawsze jednak tak było. Wydawało mi się, że nazwa jest krzywdząca i prowadzi do sztucznych podziałów literatury, zamiast traktować ją wyłącznie w kategoriach złej i dobrej.

    Ale mi się zmieniło…  Podobnie jak wiele innych  moich wcześniejszych wizji i koncepcji! Długie lata przyglądałam się,  jak ten gatunek bywał marginalizowany i uważany za gorszy – to zrobiło swoje. Krzywienie się krytyki na samą nazwę, brak recenzji  w mass mediach (bo przecież kto to będzie czytał?), a z drugiej strony tłumy na promocjach, zapisy w bibliotekach na książki i wzruszające listy od czytelniczek, mówiące o tym, jak duże wsparcie dała im lektura.

    Ciekawe jest, że ta „schizofrenia” istnieje w kraju, w którym rynek książki drukowanej się kurczy, gdzie czytelnictwo kuleje, ludzie nie potrafią zrozumieć treści nawet krótkiej pisemnej notatki, a analfabetyzm puka do drzwi.

    No bo lepiej czytać literaturę wysoką! Jasne. Ja też z przyjemnością większą, a czasem mniejszą sama ją czytam.  I  jak ktoś ma ochotę, to niech czyta jedynie kandydatów do „Nike”.  Ale może czasem ten ktoś jest zmęczony, podróżuje, chce się rozerwać albo ma zupełnie inny powód, żeby się zaszyć w łóżku z filiżanką  herbaty i z książką Kalickiej, Ulatowskiej czy Kalicińskiej ?

    Zeszłego roku jesienią miałam okazję uczestniczyć w panelu autorek, reprezentujących ten gatunek literatury, w Siedlcach. Trochę się obawiałam, jakie to będą panie – może jakieś neurotyczki z wybujałym ego? –  ale była to „prawdziwa miłość od pierwszego wejrzenia”.  Okazały się takie „normalne” i fajne, i szybko doszłyśmy do wspólnego wniosku, że musimy przekuć tę wymawianą kąśliwym tonem „literaturę kobiecą” w jakość i sukces. Zawiązała się Wielka Kapituła i podekscytowanymi głosami do późnej nocy ( całe szczęście, że nas Janusz – właściciel hotelu – nie wywalił na zbity pysk) dyskutowałyśmy na temat naszych planów.

    Teraz to już nie są plany. Tylko praca w toku, głównie za sprawą wspaniałej dziennikarki i autorki Marioli Zaczyńskiej,  która jest  naszym organizacyjnym guru.

    We wrześniu tego roku w Siedlcach odbędzie się Festiwal Literatury Kobiecej „Pióro i Pazur”. Zostaną nagrodzone powieści polskich autorek w dwóch kategoriach: dla najbardziej poruszającej i najsympatyczniejszej/najzabawniejszej polskiej powieści roku 2011. W ten sposób będziemy próbować udowodnić, że dobra literatura kobieca zasługuje na recenzje i uznanie.

    To będzie dopiero pierwsza edycja, ale z pewnością się rozkręci. Prawda, Dziewczyny?

    PS. A dla tych, co się nadal krzywią na nazwę „kobieca”(mimo iż czytają takie książki), kilka „męskich” tytułów z półki mojego niezastąpionego konsultanta do spraw trudnych, czyli pana Gerarda: „Sierpniowe salwy”,  „Pogrobowcy klęski”, „Stalin i bomba”, „Samolot bombowy PZL P37 „Łoś”. A jak TO nazwać?

    Użytkownik Hanna Cygler zaktualizował swój stan:   2012-02-20 13:10:42 · Wyświetl

    2012-02-20 13:10:42
  • BLOG Awatar

    Romanse postwalentynkowe

    Trochę się martwię, że przy pierwszym odcinku popełniłam pewną gafę. Nie przedstawiłam się! Wprawdzie, w nagłówku jest tych parę zdań o mnie, ale powinnam była chyba ten wątek rozwinąć. No to już nadrabiam.

    Po pierwsze, nigdy nie wyobrażałam sobie,  że zostanę autorką, po drugie,  że napiszę aż tyle książek, a po trzecie, iż będą to romanse. Jednak kiedy postawiłam na ten gatunek, mój rozgrzebany od ponad dziesięciu lat „Tryb warunkowy”, natychmiast złożył się w całość, a w głowie nastąpiła eksplozja pomysłów. Będę pisać literaturę popularną! Z zachwytem wpatrywałam się w moje pierwsze „cudowne dziecko”.  Za chwilę posypały się kolejne: „Deklinacja męska/żeńska”, „Przyszły niedokonany”, „Przekład dowolny” itd.

    Nie zdawałam sobie wówczas sprawy, jakie kontrowersje wywoła to świadome macierzyństwo.

    - Ty wcale nie piszesz romansów! To są powieści obyczajowe – oburzała się moja przyjaciółka, energiczna G. – Bo ja romansów nie czytam, a twoje książki tak.

    I to jest niby moja wina? Że chciałam być taką polską Danielle S? Jej się pewnie nikt nie czepia, że to obciach określać się mianem autorki romansów, a ja do ochrypnięcia próbuję argumentować na spotkaniach z czytelnikami, że mamy do czynienia z gatunkiem z długimi tradycjami, romans romansowi nierówny, bo jest to obszerna kategoria, w której można znaleźć zarówno utwory jednowątkowe, jak i dzieła różnego kalibru, nieporównywalne pod względem jakości i oryginalności. A poza tym granice między gatunkami się zacierają, o!

    Ostatnio za „te romanse” zaatakowały mnie koleżanki po piórze. Pewnie niektóre wstydzą się czytać romanse, a w ogóle większość – je pisać. W drodze kompromisu pozwoliłam więc sobie na stworzenie osobnego gatunku – powieści o miłości.

    A skoro jestem już przy miłości, to nie sposób nie skrobnąć kilku słów o naszej już „średnionowej” świeckiej tradycji, czyli walentynkach, które atakowały internet niemal od sylwestra. No więc przyznam – mimo iż jestem autorką romansów – nie jest to moje ulubione święto. Wprawdzie część z Was od razu mi wypomni, że wiekowo bliżej mi do 8 marca niż walentynek (no, fakt!), ale tu muszę rozczarować i od razu powiedzieć, że walentynki znane mi są od czasów o wiele wcześniejszych niż Wasze pierwsze jazdy w „spacerówkach”. Pamiętam, jak mając szesnaście lat, z wypiekami na twarzy czytałam „Z dala od zgiełku” Thomasa Hardy’ego i to właśnie wówczas się dowiedziałam, co może spowodować jedna bezmyślnie wysłana „walentynka”. (W Anglii „walentynki” przygotowywały już praprababki w XIX wieku).

    Od tego czasu, mając na uwadze historię Bathsheby i pana Boltwooda,  ze strachu nigdy nikomu nie wysłałam takiej kartki. Ale dostać, też nie dostałam. Niestety!

    Użytkownik Hanna Cygler zaktualizował swój stan:   2012-02-16 11:09:41 · Wyświetl

    2012-02-16 11:09:41
    • Awatar
      Zofia Dojcz · 3 mies., 1 tydzień temu

      U nas w pracy na 10 osób w pokoju tylko jedna dostała Walentynkę. No coż chyba my też ”przerzucimy się” na DZIEŃ KOBIET

    • Awatar
      Anka · 3 mies., 1 tydzień temu

      Myślałam,że to foto samej siebie a to koń…hm.Pani Zosiu,faceci nie traktują walentynek serio.Mój mąż nazywa to święto młodzieżowym i coś w tym jest.Ponadto jest napływem z zachodu.Musimy się przyzwyczaić.A co romansideł,to jest tego tyle,że starczy.Fakt.Napisanie dobrej a poważnej książki jest rodzajem mistrzostwa.Osiągnęła je zdecydowanie Anna Janko.To krystaliczny talent.

  • BLOG Awatar

    „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono\" napisała kiedyś Wisława Szymborska.

    Ale ja nie chciałam tu przecież pisać ani o wojnie, ani też o tej wspaniałej poetce. Tylko o sobie. Ha, bo przecież podobno na tym polega blog, prawda? Że się pisze o sobie, o swych przeżyciach, myślach itd.  Może. Tylko że nigdy ta forma ekspresji ani do mnie nie przemawiała, ani mnie nie interesowała, ba, nawet odcinałam się od niej bardzo stanowczo.

    Pamiętam dokładnie, jak zareagowałam, kiedy pani D. z wydawnictwa doniosła mi uprzejmie, że powinnam zacząć pisać blog. Jej telefon złapał mnie pomiędzy Długą, Złotą Bramą i Katownią. Tak, pamiętam dokładnie WieżęWięzienną, z której mały Oskarek Grassa rozbijał głosem szyby w całej okolicy. I ja też tak chciałam! Krzyknąć donośnie „nie”, żeby wielkie szyby Teatru „Wybrzeże” zmieniły się w pył! Przez chwilę nawet zobaczyłam taką scenę, ale zrozumiałam, że  jej finał byłby dość przewidywalny – przyjazd karetki z pewnego szpitala na sygnale.

    Nie, tak nie można. Ale oczywiście, co można –  to nawymyślać osobie przekazującej taką wiadomość, więc biednej D. trochę się ode mnie dostało.

    Po powrocie do domu postanowiłam się wyżalić mojej berlińskiej przyjaciółce, malarce i poetce, która ma za nic wszelkie lansy i splendory, i poszukać duchowego wsparcia.

    - Chyba żartujesz, że nie chcesz – Głos E. w słuchawce brzmiał stanowczo.

    - Ale o czym ja mam pisać?

    - Jak ty uważasz, że nie masz nic do powiedzenia, to ja nie wiem, czy ja chcę się nadal z tobą zadawać – powiedziało „moje duchowe wsparcie” i pozostawiło mnie z gonitwą myśli.

    Może D. i E. mają rację? Świat się zmienia. Jak chcę w nim nadal żyć, to muszę się jakoś przystosować.

    Przypomniałam sobie więc swój podobny bunt, kiedy namawiano mnie do założenia konta na Facebooku. „ A gdzież tam! Nie ja. Nigdy w życiu”, załkałam jak Judyta Grocholi. A teraz po roku mam już konto i nie wiedzieć kiedy, wciągnęłam się w to wirtualne życie. Dzięki niemu poznałam wspaniałe osoby, polskie autorki i autorów. Nasze fejsbukowe spotkania zaowocowały wydarzeniami w świecie realnym: Siedleckim panelem pisarek, Inwazją biblioteczną w Warszawie, grillem u Ani, imieninami Rysi  i nader wszystko – przyjaźnią.

    Więc o co mi chodzi? Może jednak należy przełamywać  konserwatywne myślenie? I może jednak osoba, która zawsze miała problemy z napisaniem wypracowania na dowolny temat, jest w stanie prowadzić blog?

    A poza tym zakiełkowała mi pewna nieco złośliwa myśl. „No i wreszcie będę mogła „sobie pojechać” po niektórych sprawach”.

    Może… W związku z tym ciąg dalszy nastąpi. Podobnie jak w moich książkach!

    Użytkownik Hanna Cygler zaktualizował swój stan:   2012-02-14 08:34:04 · Wyświetl

    2012-02-14 08:34:04
    • Awatar
      Ula · 3 mies., 1 tydzień temu

      Tak to już jest, że choć na swój własny temat jesteśmy niby najlepiej poinformowani ( mamy wszak wieści z pierwszej ręki) to zaskakujemy siebie na każdym kroku. A inni czasem widzą lepiej, może z powodu lepszej perspektywy…

    • Awatar
      Marika · 3 mies., 1 tydzień temu

      Czekam na wiecej! :)

Zaloguj