1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. „Nie każdy musi być bohaterem”. Błażej Król o Powstaniu Warszawskim, albumie „Łączy nas…” i emocjach

„Nie każdy musi być bohaterem”. Błażej Król o Powstaniu Warszawskim, albumie „Łączy nas…” i emocjach

Błażej Król (Fot. Malwina Sulima)
Błażej Król (Fot. Malwina Sulima)

Odsłuchaj artykuł

Robert Choiński - „Nie każdy musi być bohaterem”. Błażej Król o Powstaniu Warszawskim i albumie „Łączy nas…”

00:00 24:26
15s
0,5 x
15s
Praca nad albumem inspirowanym Powstaniem Warszawskim sprawiła, że Błażej Król zaczął patrzeć na historię i Warszawę z zupełnie innej perspektywy. W naszej rozmowie opowiada, dlaczego nie chciał romantyzować wojny, co najbardziej poruszyło go podczas pracy nad płytą „Łączy nas…” i dlaczego wierzy, że najważniejsze są nie wielkie wydarzenia, lecz ludzkie emocje.

Jak opowiadać o Powstaniu Warszawskim, nie popadając w patos? Błażej Król postawił na emocje, metaforę i uniwersalne historie, które mogłyby wydarzyć się również dziś. W wywiadzie dla Zwierciadlo.pl mówi o kulisach powstawania albumu „Łączy nas…”, wewnętrznym krytyku i o tym, dlaczego „nie każdy musi być bohaterem”.

Robert Choiński: Mówiłeś, że początkowo obawiałeś się tego projektu. Co było dla ciebie najtrudniejsze na początku pracy nad albumem „Łączy nas…”?

Błażej Król: Muszę zacząć od tego, że jestem trochę ignorantem, jeśli chodzi o historię. W szkole nie byłem najlepszym uczniem, a historia była podawana głównie jako zbiór dat do zapamiętania. Brakowało mi w niej emocji. Oczywiście pojawiały się opowieści o bitwach, królach czy władcach, ale nie czułem z tą historią osobistej więzi. I właśnie tego najbardziej się obawiałem. Jestem lokalnym patriotą, ale przede wszystkim muzykiem. Przez wiele lat nie musiałem konfrontować się z własnymi poglądami w taki sposób. Są artyści, jak Krzysztof Zalewski czy Maria Peszek, którzy bardzo wyraźnie zabierają głos w sprawach społecznych i politycznych. Ja nigdy nie czułem, że muszę stanąć na barykadzie.

Dodatkowo pochodzę z zachodniej Polski. Moi dziadkowie przyjechali tam po wojnie w ramach repatriacji, ale nie zdążyłem dobrze poznać ani ich, ani rodzinnej historii. Praca nad tym albumem pozwoliła mi jednak zbudować pewien emocjonalny kontekst. Kiedy nagrywałem płytę i spacerowałem po Warszawie, zacząłem patrzeć na te miejsca zupełnie inaczej. Zestawiałem je z własnymi doświadczeniami i wyobraźnią.

Wspomniałeś, że nie pochodzisz z Warszawy i nie mieszkasz tutaj na co dzień. Myślisz, że dzięki temu łatwiej było ci spojrzeć na historię Powstania Warszawskiego z dystansu, czy raczej było to dodatkowym utrudnieniem?

Szczerze mówiąc, nie wiem. Brak bezpośrednich, warszawskich korzeni mógł być zarówno przeszkodą, jak i atutem. Z jednej strony nie miałem tej osobistej więzi z miastem, z drugiej dzięki temu chciałem uniknąć patosu i romantyzowania wojny.

Nie interesowało mnie opowiadanie historii o bohaterskim mężczyźnie idącym na front i kobiecie czekającej w domu. Chciałem stworzyć opowieści bardziej uniwersalne, takie, które są osadzone w realiach Powstania Warszawskiego, ale równie dobrze mogłyby wydarzyć się dziś, w każdym miejscu na świecie, gdzie trwa wojna.

Powiedziałeś też, że po wizycie w Muzeum Powstania Warszawskiego zacząłeś inaczej myśleć o samym powstaniu. Co najbardziej zmieniło twoją perspektywę?

Największe wrażenie zrobiło na mnie oprowadzanie po muzeum. Jedna z przewodniczek opowiedziała nam o wielu rzeczach, o których wcześniej nie myślałem. Pamiętam choćby informację, że broń miała tylko część powstańców. Nie chcę teraz przekłamać liczb, ale bodaj co siódma osoba.

Najbardziej poruszyło mnie jednak to, że byli to głównie bardzo młodzi ludzie, którzy mieli świadomość, że mogą zginąć, a nawet że najprawdopodobniej zginą. Tego wcześniej nie czułem.

W szkole poznawałem historię raczej w sposób, który budował przekonanie, że były to wyłącznie słuszne decyzje. Tymczasem historia jest znacznie bardziej złożona i nie składa się tylko z prostych odpowiedzi. To właśnie najbardziej zmieniło moje spojrzenie.

Okładka albumu Błażeja Króla – „Łączy nas...” (Fot. mat. prasowe) Okładka albumu Błażeja Króla – „Łączy nas...” (Fot. mat. prasowe)

Przejdźmy do samego procesu tworzenia. Jak przygotowywałeś się do pracy nad tymi utworami? Było więcej czytania, rozmów, słuchania wspomnień, czy raczej próba wejścia w emocje ludzi, którzy wtedy żyli?

Żartuję czasem, że moim życiem rządzą ignorancja i lenistwo, ale jest w tym odrobina prawdy. Nie chciałem przygotowywać się do tej płyty jak historyk. Nie chciałem otoczyć się stosami książek, obejrzeć wszystkich filmów i zgromadzić całej możliwej wiedzy. Od początku wiedziałem, że nie chcę zrobić albumu historycznego. Bardziej interesowały mnie impresje – obyczajowe, wyrwane z kontekstu sytuacje, które mogły wydarzyć się wtedy, ale równie dobrze mogłyby wydarzyć się dziś.

Ta płyta jest przede wszystkim metaforą i filtrem moich emocji. Nie opowiada konkretnych, prawdziwych historii, tylko emocje, które są uniwersalne i mogłyby pojawić się w każdym miejscu, gdzie ludzie doświadczają wojny.

Oczywiście wracałem też do poezji Mirona Białoszewskiego czy Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Te nazwiska gdzieś w nas są, nosimy je w pamięci. Zawsze jednak kojarzyły mi się z czymś monumentalnym, niemal pomnikowym. A ja nie chciałem tworzyć czegoś wielkiego i patetycznego. Bardziej zależało mi na tym, co kruche, ulotne i uniwersalne.

Muszę przyznać, że kiedy słuchałem tego albumu, zostałem z taką refleksją, że udało ci się znaleźć własny język opowiadania o tej trudnej historii właśnie dzięki jej uniwersalności. Te piosenki równie dobrze można odczytać w kontekście współczesnych konfliktów i ludzkich zmagań. Paradoksalnie wydaje mi się, że to jedna z największych sił tej płyty. Oczywiście ktoś może zarzucić, że jest w niej za mało dosłownych odniesień historycznych.

Oczywiście, taki zarzut może się pojawić.

Dla mnie właśnie to działa na jej korzyść. Zobaczymy, jak album zostanie odebrany po premierze.

Może Polacy zaprowadzą mnie za to na szafot. (śmiech)

Chciałbym zapytać jeszcze o sam klimat albumu. Są na nim utwory bardzo poruszające, ale też takie pełne energii. Mimo że w tle słychać odgłosy strzałów czy wojny, niektóre kompozycje mają tempo i rytm, które angażują słuchacza. Trudno było znaleźć równowagę między atrakcyjną muzyką a szacunkiem dla tak trudnego tematu?

Wbrew pozorom nie. Pod względem muzycznym w ogóle się tego nie bałem. Oczywiście eksperymentowałem bardziej niż na poprzednich płytach, wracałem nawet do brzmień i pomysłów z wcześniejszego okresu swojej twórczości, kiedy pozwalałem sobie na więcej muzycznych eksperymentów. Ale nie miałem poczucia, że mogę tę historię źle opowiedzieć właśnie przez muzykę. Znacznie bardziej bałem się tekstów. Najtrudniejsze było znalezienie odpowiedniej proporcji, żeby nie powiedzieć ani za dużo, ani za mało.

Jeśli chodzi o muzykę, to sprawiła mi ogromną frajdę. Inspirowałem się energią lat 90., bo chciałem uchwycić młodość, zarówno tych ludzi sprzed lat, jak i młodych ludzi dzisiaj, którzy też próbują coś zmieniać. Stąd pojawiają się nawiązania do pop-punku z tamtej dekady, ale też do trip hopu. Nie bałem się sięgać po różne inspiracje. Na płycie są również mocno eksperymentalne utwory instrumentalne. Nie chciałem jednak przekraczać jakiejś muzycznej granicy ekstremum. Zależało mi raczej na rozwiązaniach bliskich muzyce popowej i rozrywkowej. Miałem poczucie, że właśnie w takich brzmieniach te historie najlepiej wybrzmiewają.

Wielu artystów mówi, że na płytę trafia ostatecznie kilkanaście utworów, choć wcześniej powstaje ich kilkadziesiąt. Zastanawiam się, czy podczas pracy nad „Łączy nas…” zdarzyło ci się odrzucić jakiś pomysł, bo wydał ci się zbyt lekki albo zbyt efektowny w kontekście historii, którą opowiada ten album?

Nie. Od samego początku budowałem te utwory z myślą o tej konkretnej płycie. Co ciekawe, zacząłem ją pisać podczas wakacji w Egipcie, co samo w sobie było dość paradoksalne. Zupełnie inny klimat, ogromny upał, miejsce kompletnie niezwiązane z tematyką albumu.

Zresztą mogę powiedzieć coś, o czym jeszcze nikomu nie wspominałem. Część tekstów rzeczywiście powstała właśnie tam. Jest w tym jakiś dziwny paradoks, taki szpagat między miejscem a tematem, ale może właśnie dzięki temu wszystko stało się bardziej plastyczne i panoramiczne. (śmiech) Przepraszam, odpłynąłem do tego Egiptu. Jak brzmiało pytanie?

Czy były jakieś utwory, które ostatecznie odrzuciłeś?

Nie. Bardziej niż nad pojedynczymi piosenkami pracuję nad całym albumem jako zamkniętą całością. Może to dziś jest trochę niemodne, bo teraz liczą się głównie single, ale ja nadal uwielbiam słuchać płyt od początku do końca i właśnie w taki sposób staram się je tworzyć.

Zależy mi na tym, żeby wszystkie utwory działały razem i tworzyły jedną opowieść. Chciałem, żeby te trzydzieści kilka minut funkcjonowało jak jeden większy utwór, który płynnie prowadzi słuchacza od początku do końca.

Powiedziałeś też, że nie lubisz romantyzowania wojny. Jak opowiadać o niej tak, żeby nie zamienić jej w pomnik albo widowisko?

Myślę, że przez metaforę i poezję. To właśnie jest język, który najbardziej do mnie przemawia. Rozmawiałem o tym z dyrektorem Muzeum Powstania Warszawskiego, Janem Ołdakowskim. Powiedział mi coś, co bardzo zapadło mi w pamięć – że siłą tej płyty jest właśnie metafora i niebezpośredniość. To, że nie zaczyna się od karabinu, pola bitwy czy wielkich scen cierpienia.

Ten album jest przede wszystkim wypełniony emocjami. Strach, niepokój i napięcie cały czas krążą między tymi piosenkami, ale jednocześnie jest w nich też odrobina nadziei. Myślę, że nawet te trzy kropki w tytule „Łączy nas…” zostawiają przestrzeń właśnie na nią.

Jeśli dobrze policzyłem, „Łączy nas…” to już twój dziewiąty album studyjny. Po tylu latach tworzenia pisanie kolejnych płyt przychodzi łatwiej, czy wręcz przeciwnie – z każdą z nich stawiasz sobie coraz wyższe wymagania?

Na pewno te wymagania się zmieniają. Zmieniam się też ja sam. Czasem patrzę na stare zdjęcia albo przeglądam kalendarz i widzę, jak bardzo się zmieniłem, jako człowiek i jako twórca.

Co masz na myśli?

Przede wszystkim zmienił się sposób, w jaki piszę. Zaczynałem od projektu UL/KR, który był bardzo eksperymentalny i mocno zanurzony w alternatywie. Moje pierwsze solowe płyty też były bardzo intymne i eksperymentalne. Z czasem zacząłem pisać coraz bardziej piosenkowo. Coraz większą rolę zaczęła odgrywać melodia i po prostu się temu poddałem. Tak naprawdę nie chodzi o to, że kiedyś byłem lepszy albo gorszy. To raczej słuchacze się zmieniają. Nie każdy musi lubić Błażeja z pierwszych płyt i nie każdy polubi tego z najnowszego albumu. Ja z kolei lubię czasem wracać do dawnych inspiracji i robić takie twórcze zygzaki.

Czy trudno pisać kolejne płyty? Po każdym albumie myślę sobie: „Chyba już nie mam żadnych pomysłów”. A potem nagle pojawia się jakiś tekst, jakaś melodia i okazuje się, że jednak coś jeszcze we mnie jest. Najbardziej pilnuję tego, żeby nie stać się kopią samego siebie. Cały czas próbuję czegoś szukać. Chyba po prostu jestem artystą poszukującym.

(Fot. Malwina Sulima) (Fot. Malwina Sulima)

Mam wrażenie, że twoi fani nie mogą narzekać. Nie każesz im długo czekać na kolejne płyty.

(śmiech) To prawda, ostatnio rzeczywiście dużo się dzieje. Są takie momenty w życiu, kiedy człowiek ma w sobie naprawdę dużo i po prostu chce się tym dzielić. I mam wrażenie, że właśnie teraz jestem w takim momencie.

Czy praca nad „Łączy nas…” różniła się czymś od pracy nad twoimi wcześniejszymi płytami?

Tak. Przede wszystkim podszedłem do tego albumu bardziej eksperymentalnie. Nie bałem się wracać do wcześniejszych etapów swojej twórczości ani korzystać z mniej oczywistych rozwiązań, choćby takich jak utwory instrumentalne, od których wcześniej trochę odszedłem.

Pamiętam, że ktoś powiedział mi: „Przecież nie oddasz Muzeum Powstania Warszawskiego swoich najlepszych piosenek”. A ja nie wyobrażałem sobie innej sytuacji. Ta płyta powstawała właśnie wtedy i wszystkie utwory, które w tym czasie napisałem, trafiły na album. Nie zastanawiałem się, czy któraś z tych piosenek mogłaby po zmianie tekstu stać się radiowym singlem. Dla mnie liczyło się to, żeby oddać ten moment i te emocje, które wtedy przeżywałem.

Ale nadal firmujesz to wszystko swoim nazwiskiem, więc wydaje mi się, że to dobre podejście – publikować to, co w danym momencie uważasz za najlepsze.

Właśnie tak na to patrzę. Ta płyta pokazuje, jaki jestem w tym konkretnym momencie. To fragment mojego życia, moich emocji i temperatury, którą wtedy czułem.

A zdarzył ci się podczas pracy nad tym albumem moment, w którym pomyślałeś: „To jest coś wyjątkowego. Coś, czego wcześniej jeszcze nie zrobiłem”?

Jestem bardzo krytyczny wobec siebie. Myślę, że dlatego też tak dużo tworzę, ciągle chcę robić nowe rzeczy i nie zatrzymywać się zbyt długo przy tym, co już zrobiłem. Boję się, że gdybym zaczął się temu zbyt uważnie przyglądać, zobaczyłbym przede wszystkim błędy i niedoskonałości.

Może to temat na terapię, a może po prostu taki już jestem. Być może jestem po prostu płodnym twórcą i dlatego stale piszę nowe piosenki. Ale naprawdę trudno mi powiedzieć o sobie: „Zrobiłem coś świetnego”. Nie potrafię usiąść na laurach dłużej niż kilka minut. Bardzo szybko zaczynam myśleć o tym, co jeszcze mógłbym stworzyć.

Czyli ten wewnętrzny krytyk jest w tobie naprawdę silny. Nie zdarza ci się poklepać samego siebie po plecach i powiedzieć: „Dobra robota, Błażej. To był świetny album”.

Na chwilę może tak. Ale bardzo szybko odzywa się ten drugi Błażej i mówi: „Jeszcze nie. Jeszcze to nie jest to”. Tylko czym właściwie jest „to”, tego sam nie wiem. Może nigdy tego nie dogonię. I może właśnie o to chodzi. Często powtarza się, że ważniejsza jest droga niż cel. Brzmi to jak banał, ale jest w tym sporo prawdy. Każda kolejna piosenka jest po prostu następnym etapem mojej własnej drogi.

Mam wrażenie, że to już trochę wybrzmiało w naszej rozmowie, ale kiedy słuchałem tej płyty, od razu pomyślałem, że to jest bardziej album o ludziach niż o samej historii.

Tak, zdecydowanie. To przede wszystkim album o bohaterach, o konkretnych postaciach i ich emocjach.

Zależało ci więc na tym, żeby pokazać powstańców nie jako bohaterów z podręczników, ale jako zwykłych młodych ludzi?

Dokładnie. Już pierwszy utwór, „Boję się zasnąć”, opowiada o młodym chłopaku, który nie może zasnąć, bo czuje narastający niepokój. Intuicyjnie wie, że zbliża się coś złego. Strzał zamykający ten utwór jest właściwie początkiem całej historii – wybuchem, który wszystko zmienia.

Później ten bohater staje się kimś innym. Budzi się i zaczyna biec. Myślałem o tym w bardzo prosty sposób: kiedy człowiek staje w obliczu wojny czy innego skrajnego zagrożenia, najczęściej ma dwie reakcje – walczyć albo uciekać.

To jeden z najbardziej podstawowych mechanizmów psychologicznych.

Właśnie. Ja wybrałem ucieczkę, bo nie każdy musi być bohaterem. Później pojawiają się kolejne postaci. Jest utwór „Byle dalej gdzie indzie nie tu” nagrany z Andrzejem Piasecznym, który można odczytać jako rozmowę ojca z synem, brata z bratem albo po prostu dwóch mężczyzn. Łączy ich jedno – nie chcą się znaleźć w tej sytuacji.

Jest też chłopak z piosenki „Miałem zabrać cię nad rzekę”, który jest tak zakochany, że nawet nie zauważa, iż umiera. Obiecał komuś spotkanie i do końca wierzy, że uda mu się dotrzeć. Tak właśnie rodziły się te historie. Powstawały z myślą o Powstaniu Warszawskim, ale zależało mi na tym, żeby mogły działać również poza tym kontekstem. Żeby były opowieściami o ludziach, które równie dobrze mogłyby wydarzyć się dziś.

Proszę akceptuj pliki cookie marketingowe, aby wyświetlić tę zawartość YouTube.

A dlaczego właśnie ten utwór został pierwszym singlem?

Wydawało mi się po prostu najbardziej radiowy. Nie miałem żadnego bardziej skomplikowanego klucza. Chciałem, żeby ta piosenka była dobrym wejściem do całego albumu i pozwoliła dotrzeć do słuchaczy. Jest najbardziej bezpośrednia, a jednocześnie zachowuje tę uniwersalność, na której bardzo mi zależało.

Jestem ciekaw, czy praca nad albumem inspirowanym tak trudną tematyką odbiła się na tobie osobiście. Czy wpływała na twój nastrój, czy potrafiłeś oddzielić własne emocje od tego, o czym pisałeś?

Myślę, że ta praca rzeczywiście wprowadziła we mnie większy niepokój. W codziennym pędzie łatwo zapominamy, że chodzimy po miejscach, w których ludzie umierali, walczyli, żyli i zakładali rodziny. Patrzymy na świat wyłącznie przez pryzmat własnych spraw, własnych oczu.

Najbardziej dotknęło mnie poczucie przemijania. To, że – tak jak w pierwszej piosence – wszystko, co znamy, może zniknąć w jednej chwili. Wystarczy jedno wydarzenie i nagle cały świat wygląda zupełnie inaczej.

Ta ulotność życia jest z jednej strony przerażająca, a z drugiej piękna. Bo po wszystkim zawsze pojawia się coś nowego. Są kolejne miejsca, kolejne historie, kolejne pokolenia. Na tej płycie jest więc sporo melancholii i emocji bardzo bliskich ziemi, ale jednocześnie w każdej piosence zostawiłem odrobinę nadziei. Nawet w ostatnim utworze jest to „niemal”, które sugeruje, że jeszcze nie wszystko zostało przesądzone. Ta iskra nadziei jest dla mnie bardzo ważna.

Wspomniałeś już wcześniej o spacerach po Warszawie i o tym, że po pracy nad albumem zacząłeś patrzeć na miasto inaczej. Warszawa stała się dla ciebie innym miejscem niż wcześniej?

Zdecydowanie. Choć pochodzę z Gorzowa Wielkopolskiego, jako dziecko spędzałem wakacje w centrum Warszawy. Mój wujek prowadził sklep z sukniami ślubnymi, babcia tam pracowała, a ja całe dnie kręciłem się po okolicy. Pamiętam pierwszego McDonald'sa, Empik, w którym bywałem godzinami. Poznawałem to miasto, ale zupełnie bez historycznego kontekstu. Dzisiaj, kiedy wracam w te same miejsca, patrzę na nie zupełnie inaczej. Część albumu nagrywaliśmy na Starym Mieście, w studiu Mateusza Danka, współproducenta płyty. To również sprawiło, że zacząłem odczytywać tę przestrzeń na nowo.

Nie wiem, czy to uczucie zostanie ze mną na zawsze, ale mam nadzieję, że tak. Dziś czuję wobec Warszawy znacznie większy respekt. To miasto doświadczyło niewyobrażalnych zniszczeń, a mimo to istnieje, rozwija się i imponuje swoją siłą. I chyba właśnie to jest w nim najpiękniejsze.

Dziś wojna znów dzieje się bardzo blisko nas, tuż za naszą granicą. Czy współczesność wpływała na to, jak myślałeś o wydarzeniach z 1944 roku?

Zdecydowanie tak. Właśnie dlatego tak zależało mi na tej uniwersalności, o której wcześniej rozmawialiśmy. Chciałem, żeby ten album można było odczytać nie tylko przez pryzmat Powstania Warszawskiego, ale również innych miejsc i czasów. Żeby te historie mogły wydarzyć się wszędzie tam, gdzie ludzie doświadczają wojny. Dzisiaj jesteśmy bardzo blisko takiej rzeczywistości. Żyjemy w ciągłym napięciu, bombardowani wiadomościami, obrazami i fake newsami. To wszystko wpływa na nasze emocje i poczucie bezpieczeństwa. Nie ułatwia życia, ale mimo wszystko wierzę, że zawsze pozostaje w nas jakaś iskra nadziei. W niej jest siła.

Chciałbym wrócić do emocji. Rozmawialiśmy o melancholii, zadumie, strachu i nadziei. Z jakim uczuciem chciałbyś zostawić słuchaczy po wysłuchaniu tej płyty?

Chyba z tym jednym słowem z ostatniej piosenki – „niemal”. Śpiewam tam: „Ten sierpień niemal zabrał mi ciebie”. Pojawia się też słowo „prawie”. To są dla mnie bardzo ważne słowa, bo mówią o tym, że czasem dochodzimy do granicy. Wydaje się, że wszystko jest już stracone, że nie ma wyjścia. A jednak okazuje się, że dzięki pracy, wytrwałości albo – jeśli ktoś woli – dzięki cudowi, potrafimy pokonać przeciwności, które na początku wydawały się ostateczne. I chyba właśnie z takim przekonaniem chciałbym zostawić słuchaczy po tej płycie.

Jak już wspomnieliśmy, jesteś niezwykle płodnym twórcą. Czy myślami jesteś już przy kolejnych projektach? Możesz zdradzić, nad czym pracujesz?

Tak, zdecydowanie. Choć „Łączy nas…” dopiero trafia do słuchaczy, ja już myślę o kolejnych rzeczach. Jeszcze w tym roku ukaże się album zespołu Ewa Koc, który tworzymy z Dawidem Tyszkowskim, Kamilem Paterem, Wawrzyńcem Topą i Kubą Staruszkiewiczem. Taki nasz rockowy boysband. (śmiech)

Coraz bardziej chodzi mi też po głowie projekt związany z polską poezją. Myślę, że to w pewnym sensie konsekwencja pracy nad tym albumem. Zacząłem wracać do twórczości Andrzeja Bursy, Rafała Wojaczka i innych poetów. Chciałbym kiedyś zaśpiewać nie tylko własne teksty. Myślę, że byłoby to dla mnie ciekawe wyzwanie i sposób na dalszy rozwój warsztatu.

(Fot. Malwina Sulima) (Fot. Malwina Sulima)

Poezja zaprowadziła Sanah na stadiony, więc kto wie…

(śmiech) Chyba pójdę w trochę inną stronę. Bardziej niż stadiony widzę małe miejscowości i kameralne koncerty. Chciałbym grać w miejscach, do których wielkie trasy koncertowe rzadko docierają. To właśnie tam najbardziej mnie ciągnie.

Podoba mi się, że myślisz właśnie o takim słuchaczu.

Tak, bo trochę brakuje mi takiego grania. Oczywiście występy na Męskim Graniu, przed tysiącami ludzi, mają niesamowitą energię. To jest świetne doświadczenie. Ale obserwuję też, że przy największych koncertach coraz większą rolę zaczyna odgrywać samo widowisko. Ja bardzo lubię dobrze przygotowane show, ale dla mnie najważniejsza zawsze pozostaje piosenka.

To ciekawe, bo mam podobne odczucia. Coraz częściej mam wrażenie, że to fani muszą podróżować do artysty, a nie odwrotnie. Sam poleciałem na koncert Harry'ego Stylesa do Amsterdamu, bo właśnie tam odbywała się jego rezydentura. W Londynie zagrał jeszcze kilkanaście koncertów, ale w Europie właściwie nie było innej możliwości, żeby go zobaczyć.

Ale sam koncert był dobry?

Świetny. Harry był w fantastycznej formie. Przy tej ogromnej scenie przebiegł chyba kilka kilometrów.

Lubię Harry'ego Stylesa. Ale wiesz, może mówię tak dlatego, że sam nie gram stadionów. Mogę patrzeć tylko ze swojej perspektywy. I wydaje mi się, że skoro jestem tu, gdzie jestem, to właśnie takie granie jest dla mnie naturalne. Jestem z tym pogodzony i dobrze się z tym czuję. Dopóki piszę piosenki i są ludzie, którzy chcą ich słuchać, naprawdę niczego więcej mi nie potrzeba.

Tego ci w takim razie życzę – żeby nigdy się to nie zmieniło. Dziękuję ci za rozmowę.

Dzięki. To była naprawdę fajna rozmowa.

Błażej Król (ur. 24 listopada 1981 roku w Gorzowie Wielkopolskim) – polski wokalista, autor tekstów, kompozytor i producent muzyczny. Laureat trzech Fryderyków, od lat zaliczany do grona najważniejszych twórców polskiej sceny alternatywnej. W swojej twórczości łączy poetyckie teksty z nowoczesnym popem, elektroniką i gitarowymi brzmieniami. Na koncie ma dziewięć albumów studyjnych, w tym wydany w 2026 roku „Łączy nas…”, przygotowany z okazji 82. rocznicy Powstania Warszawskiego.

(Fot. Malwina Sulima) (Fot. Malwina Sulima)

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE