Daria ze Śląska wraca z płytą „Halo. Co jest grane?”, na której nie tylko zadaje niewygodne pytania, ale też rozlicza się z tym, czego kiedyś nie umiała powiedzieć wprost. W naszej rozmowie opowiada o milczeniu, stawaniu po swojej stronie, sile płynącej z piosenek i o tym, dlaczego czasem dopiero po fakcie wiemy, jak bardzo coś nas zabolało.
Robert Choiński: Powiedziałaś, że to płyta o pytaniach, których boimy się zadać. Jakie pytanie najdłużej odkładałaś przed samą sobą, zanim trafiło na tę płytę?
Daria ze Śląska: Myślę, że bardziej niż o samo pytanie chodzi tutaj o odpowiedź, czyli tytuł jednej z piosenek „Trudno jest być sobą”. A wtedy pytanie w zasadzie nasuwa się samo. Czyli jakim być? Czego chcieć od życia? To pytanie towarzyszy mi od dzieciństwa, zwłaszcza wtedy, kiedy wydaje nam się, że to, co nie nasze, jest lepsze. Pamiętam, że często chciałam być jak ta najładniejsza dziewczyna w klasie, albo śpiewać jak zagraniczne piosenkarki, przejmowałam ich manierę, żeby się do nich jakoś zbliżyć. Szczerze mówiąc, całkiem dobrze mi to wychodziło. Tylko że to wszystko ostatecznie rozbijało się właśnie o podrabianie. Nie wiem czy sama bym na to wpadła i czy zrozumiałabym, że ten mój własny głos, też jest okej. W pewnym momencie człowiek odsuwa od siebie świadomość tego, kim naprawdę jest. Zamiata ją gdzieś pod dywan, bo wydaje mu się, że to będzie niewystarczające, nieatrakcyjne albo po prostu nieciekawe. Więc chyba najważniejsze pytanie brzmi: jaka naprawdę jestem?
Pisałaś ten album bardziej po to, żeby coś sobie poukładać, czy raczej po to, żeby ktoś to usłyszał i się w tym odnalazł?
Mam chyba dwie odpowiedzi na to pytanie. Z jednej strony doskonale wiem, że ta muzyka pójdzie gdzieś w świat, niezależnie od tego, jak duży on będzie. Po prostu zostaje wypuszczona i zaczyna żyć własnym życiem. Ale czy piszę dla kogoś? Nie. Zawsze piszę przede wszystkim dla siebie. Jednocześnie zauważam, że znajdują się ludzie, którzy się w tych piosenkach odbijają. Najbardziej słyszę to w rozmowach z ludźmi, czy to w social mediach, czy po koncertach, bo wtedy najczęściej mogę z nimi pogadać. Opowiadają mi swoje historie, mówią, jak przeżywają te piosenki i co im one robią. Myślę też, że pisanie z intencją zadowolenia innych albo tworzenia czegoś pod oczekiwania byłoby zwyczajnie nieuczciwe, odtwórcze. Wolę robić muzykę, która mnie porusza, pozwala mi przeżyć coś nowego i do czegoś się przed sobą przyznać. Finalnie widzę, że to działa właśnie wtedy, kiedy się nie zasłaniam i szczerze piszę, co przeżyłam, jak widzę świat.
okładka albumu Darii ze Śląska – „Halo. Co jest grane?” (Fot. Adam Słaboń/mat. prasowe Jazzboy Records, e-muzyka)
Powiedziałaś o rozdźwięku między szczerością a próbą spełniania cudzych oczekiwań. Dwa pierwsze albumy przyniosły Ci Fryderyki i ogromne uznanie. Czy przy tej płycie czułaś presję, żeby sprostać oczekiwaniom, czy raczej chciałaś sprawdzić, czy możesz pójść w inną stronę, nawet jeśli nie wszystkim się to spodoba?
Chciałam przede wszystkim sprawdzić, czy mogę pójść w różne rejony. Nie będę jednak udawać, że presja, którą nakładam na siebie właściwie od dzieciaka, nie istnieje. Właśnie o tym też opowiadam na tym albumie. O tym, czym jest presja zewnętrzna, a czym ta, którą sami sobie tworzymy. W utworze „JPRDL” pojawia się wątek nieustannego komentowania. Ja mam świadomość, że to jest część zawodu, który wykonuję. Tego po prostu nie da się całkowicie uniknąć. Problem pojawia się wtedy, kiedy człowiek zaczyna za bardzo skupiać się na tym, co mówią inni ludzie. Mnie też czasem zdarza się zatrzymać na jakimś smutnym komentarzu albo informacji, która do mnie dotrze, chociaż na szczęście dzieje się to już rzadziej. Natomiast widzę, jak niektórzy ludzie muszą naprawdę dużo wytrzymać, ile hejtu się na nich wylewa, często kompletnie bez powodu. Bezmyślne i bezrefleksyjne atakowanie ludzi nigdy nie powinno być normą.
Chciałbym tylko zaznaczyć, że hejt zawsze jest niezasadny. Krytyka to jednak coś zupełnie innego. Myślę, że często jest nawet potrzebna.
Tak, absolutnie, zgadzam się z Tobą. Krytyka jest potrzebna, bo daje jakiś punkt odniesienia. Wszystko zależy od tego, czy masz w sobie tyle pokory, żeby powiedzieć: „sprawdzę to, może rzeczywiście coś można zrobić lepiej albo inaczej”. Na dziś mogę powiedzieć, że nadal miewam presję, którą sama sobie narzucam, ale jednocześnie czuję, że ten album jest najmniej dociśnięty zewnętrznymi oczekiwaniami ze wszystkich, które zrobiłam. To jest po prostu moja czysta wypowiedź.
Chciałbym jeszcze wrócić do wątku, o którym wspomniałaś wcześniej, przy utworze „Trudno jest być sobą”. W tej piosence zestawiasz się z różnymi ikonami, jak Sharon Stone czy Harley Quinn, ale żadna z tych tożsamości ostatecznie nie działa. Bliżej Ci dziś do stwierdzenia „wiem kim jestem” czy dalej szukasz?
Nie mam na to jednej idealnej odpowiedzi. Kiedy teraz odpowiadam Ci na głos, to myślę sobie, że może to nawet dobrze, że nadal mam w sobie ochotę odkrywania rzeczy, których jeszcze o sobie nie wiem. Na pewno jestem dziś dużo bliżej świadomości tego, czego już nie chcę. I to jest dla mnie bardzo cenne. Ten album też sporo mi pokazał. Uświadomił mi, na co mnie stać, co potrafię zrobić i jak bardzo potrafię być sprawcza. Nie tylko muzycznie czy lirycznie, ale też w wielu innych aspektach twórczych. Coraz częściej czuję, że umiem znajdować własny język i własne miejsce.
To od razu pociągnę ten wątek, bo widziałem w napisach końcowych Twoich klipów, że praktycznie do każdego współtworzysz scenariusz, a część z nich także współreżyserujesz. Zawsze ciągnęło Cię do świata obrazu i kina, czy to przyszło dopiero z czasem?
Zdecydowanie przyszło z czasem. Myślę, że od początku miałam jakieś wyczucie estetyki i obrazu. Dużo dała mi też współpraca z Agatą Trafalską przy pierwszej płycie, bo obserwowałam, jak ona pracuje i jak myśli o obrazie. Kocham film, chociaż nie jestem osobą, która codziennie siedzi w kinie albo ogląda ogromne ilości produkcji. Bardziej chodzi o to, że potrafię wyłapać rzeczy, które w finalnym rozrachunku są mi później twórczo przydatne i układam je w jakąś sensowną całość. Coś co ma jakiś wspólny mianownik. To może być dziwność, zaskoczenie, absurd, taki klimat, który bardzo lubię choćby u Quentina Tarantino. Właśnie te elementy próbowałam wyciągnąć na powierzchnię i nie bać się tego pokazać. Przy tworzeniu „Trudno jest być sobą” coś mi się otworzyło. Pomyślałam, że może warto spróbować opowiedzieć obrazem coś jeszcze. W tekstach i tak często piszę obrazkami, trochę reportażowo. Dzisiaj mam wręcz tak, że kiedy piszę piosenkę, od razu widzę do niej sceny. Dosłownie chwilę przed twoim wejściem rozmawiałam już o scenariuszu do kolejnego numeru. W głowie kotłują mi się pomysły na kadry, lokacje i zastanawiam się tylko, jak to wszystko zrealizować w ramach możliwości, które mamy.
(Fot. Adam Słaboń)
Wspomniałaś wcześniej, że lubisz absurd i surrealizm. Tyle że w Twoich tekstach i klipach one często przykrywają bardzo konkretne emocje. Zastanawiam się więc, czy ten absurd jest dla Ciebie bardziej tarczą czy bronią.
Ładne pytanie. Absurd rzeczywiście może działać na różne sposoby. Czasami służy jako ironia albo sarkazm. Człowiek wyśmiewa pewne sytuacje, bo nie chce albo nie potrafi opowiedzieć o nich całkiem wprost.
A z drugiej strony można też dzięki temu uderzyć mocniej.
Tak, dokładnie. Na przykład w teledysku do „Miłość itd.” specjalnie przerysowałam swoją postać. Dałam sobie więcej cech takiej słodkiej dziewczynki, wszystko zostało bardzo dopudrowane, pastelowe, wręcz cukierkowe. Chciałam jednak uwypuklić przede wszystkim ból, który wtedy mi towarzyszył. Dzisiaj czasem już o nim zapominam, ale kiedy naprawdę się zatrzymam i do tego wrócę, to pamiętam, ile mnie to kosztowało. Dlatego właśnie używam takich środków. Ten absurd czy przerysowanie mają wzmacniać emocje, a nie je przykrywać. A jeśli chodzi o to, czy to bardziej tarcza czy broń, to przy „Miłość itd.” chyba bardziej była to broń. Coś, czym mogłam się przeciwstawić. Ale z drugiej strony tarcza też przecież chroni. To jest chyba bardziej skomplikowane niż myślałam. Obie te odpowiedzi są prawdziwe.
Skoro już wspomniałaś o „Miłość itd.”, to zapytam o coś, czego wcześniej nie planowałem.
Ale jak się człowiek rozgada, to już nie ma odwrotu. (śmiech)
Zastanawiałem się nad tym, bo to chyba bardzo intymny utwór. Oprócz samego rozpadu relacji słyszę tam przede wszystkim taki moment, w którym coś już zaczyna się sypać, ale jeszcze próbujemy udawać, że wszystko jest w porządku. Pamiętasz taki moment u siebie?
Tak, pamiętam. Choć kiedy byłam w tej sytuacji tu i teraz, byłam absolutnie zaskoczona. Nie miałam poczucia, że dostaję jakieś sygnały, które mogłyby sugerować, że wszystko zmierza w tę stronę. Dopiero później zobaczyłam w sobie tę naiwność. Zobaczyłam momenty, w których byłam wręcz żałosna. Właściwie chciałam to powiedzieć wprost, że ludzie czasami bywają żałośni, bywają naiwni. Tylko że miłość jest bardzo mocno przyklejona do naiwności. To jest chyba naturalne. Ludzie chcą być naiwni, bo wierzą, ufają i chcą, żeby to po prostu trwało.
Mam wrażenie, że na tej płycie bardzo mocno wybrzmiewa napięcie między „chcę być szczera” a „chcę być miła”. Słychać to choćby w utworze „Plastelina”. Dzisiaj częściej mówisz już wprost, czy nadal zdarza Ci się odpuszczać?
Tak, zdecydowanie częściej mówię wprost. Moi koledzy z zespołu zresztą sami zauważają tę zmianę. Kiedyś było we mnie dużo takiego podejścia pod tytułem „przepraszam, że żyję”, a teraz jestem po prostu dużo bardziej konkretna. Mam wrażenie, że zaczęłam lepiej rozumieć ludzi, którzy wcześniej komunikowali się ze mną właśnie w taki bezpośredni sposób. Dawniej czasem odbierałam to jako atak, a dziś myślę sobie, że jeśli człowiek szybciej powie, co naprawdę ma na myśli, to oszczędza czas, stres i niepotrzebne dopowiadanie sobie różnych rzeczy po obu stronach.
Miłość jest bardzo mocno przyklejona do naiwności.
Zostając jeszcze przy tym wątku, ale idąc krok dalej... Mam wrażenie, że bohaterki Twoich piosenek często wiedzą więcej, niż mówią. Jakby próbowały same siebie przegadać, rozmyć prawdę albo odsunąć ją od siebie. Twoim zdaniem trudniej jest powiedzieć coś komuś czy przyznać się do czegoś przed samą sobą?
Dziwne, ale ostatnio chyba trudniej jest mi przyznać się do czegoś przed samą sobą. Myślę, że dużo trudniejsze jest właśnie to uczciwe spojrzenie na siebie.
Na tej płycie słyszę też taką myśl, że zaczynasz godzić się z tym, że nie wszystko da się naprawić. Zastanawiam się, czy to było dla Ciebie bardziej wyzwalające czy jednak przerażające.
Ładne pytanie, bo obie odpowiedzi są prawdziwe.
Najtrudniejsze jest uczciwe spojrzenie na siebie.
Starałam się trochę wejść głębiej w te utwory.
Sama akceptacja jest dla mnie czymś bardzo trudnym. Właściwie takim niedoścignionym wzorem. To coś, czego cały czas się uczę. Rzeczywiście czasem jest po prostu smutno, kiedy człowiek zaczyna rozumieć, że pewnych rzeczy nie da się już naprawić. Mam też takie poczucie, że z każdym rokiem jesteśmy starsi, mamy trochę mniej siły, coś bezpowrotnie mija. Z drugiej strony chyba nie chciałabym cofać czasu i przeżywać wszystkiego jeszcze raz. Najwidoczniej tak miało się wydarzyć i jedyne, co można zrobić, to próbować to unieść. Chciałabym więcej czerpać z filozofii stoickiej. Jest tam takie myślenie, że rozpamiętywanie bez końca alternatywnych scenariuszy wcale nie sprawi, że będziesz szczęśliwszy. Nie chodzi o to, żeby udawać, że nic się nie stało, tylko żeby nie utknąć w ciągłym zastanawianiu się, co można było zrobić inaczej. Ale ja też nie chcę udawać ekspertki od takich rzeczy. Mam wrażenie, że na tej płycie cały czas szukam tej odpowiedzi.
U nas na Zwierciadlo.pl sporą popularnością cieszą się teksty o filozofii stoickiej i mądrości stoików, więc widać, że jest dziś duża potrzeba szukania takiego rodzaju ukojenia.
Tak, bo chyba wielu ludzi ma poczucie, że gdzieś istnieje ktoś mądrzejszy, kto potrafi podsunąć odpowiedź albo sposób, jak sobie poradzić. Chyba właśnie dlatego jest mi najbliżej do stoicyzmu. Czuję, że to podejście mogłoby dawać mi jakieś ukojenie. Przynajmniej mam taką nadzieję.
W kilku momentach tej płyty słyszę też zmęczenie ciągłym „ogarnięciem” wszystkiego. Miałaś ostatnio taki moment, kiedy po prostu odpuściłaś?
Właściwie mam tak właśnie teraz, od kilku dni. Zaczęłam znowu ćwiczyć techniki oddechowe, które już kiedyś bardzo mi pomogły. Wróciłam między innymi do metody Wima Hofa, czyli pracy z oddechem i zimnem. To są rzeczy typu zimne prysznice. Jesteś pod prysznicem, masz kontrolę, zawsze możesz zakręcić wodę albo ją ogrzać. Czytałam, że ma to sporo właściwości prozdrowotnych.
Ciekawe, nie słyszałem wcześniej o tym.
Polecam. Wim Hof mówi o zaprzyjaźnianiu się z zimnem i trudnymi warunkami. Chodzi nie tylko o psychikę, ale też o to, co dzieje się w ciele i układzie nerwowym pod wpływem takich bodźców. Mam poczucie, że ciało bardzo dużo pamięta. Jeśli oswoisz się z pewnym kontrolowanym dyskomfortem i przestaniesz reagować na niego wyłącznie paniką, to później, kiedy wydarzy się coś naprawdę trudnego, istnieje szansa, że organizm i głowa poradzą sobie z tym trochę lepiej. Oczywiście tak to sobie tłumaczę, po prostu staram się siebie obserwować.
(Fot. Adam Słaboń)
W jednym z utworów pojawia się taki pozornie prosty wers: „nauczmy się rozmawiać, a nie tylko głupio gadać”. Bardzo mnie ujął, bo mam wrażenie, że to właściwie esencja dzisiejszych czasów. Co Twoim zdaniem najbardziej psuje dziś rozmowy między ludźmi?
Chyba właśnie takie chodzenie wokół tematu i niemówienie wprost, o co nam naprawdę chodzi. Boimy się, że kogoś urazimy, że relacja się skończy albo że stracimy coś, na czym nam zależy. Czasem są też między ludźmi różne zależności i wtedy jeszcze trudniej powiedzieć coś szczerze. Mam wrażenie, że przez to bardzo dużo rzeczy koloryzujemy i autocenzurujemy. Paradoksalnie właśnie wtedy najbardziej oddalamy się od drugiej osoby. Sama po sobie widzę, że kiedy w końcu powiedziałam komuś szczerze, co naprawdę czuję albo myślę, ludzie częściej się do mnie zbliżali, niż się obrażali. Chyba właśnie to jest w rozmowach najtrudniejsze.
Jednym z najbardziej poruszających momentów na tej płycie jest dla mnie „Ciężki plecak”. Dedykowałaś ten utwór takim cichym bohaterom, którzy sami noszą swoje ciężary, a jednocześnie pomagają jeszcze innym. Ta piosenka jest bardziej wyrazem podziwu czy może też trochę wyrzutem sumienia, że sama nie zawsze tak potrafisz?
Ja też czasami potrafię taka być i bardzo dużo uczę się od takich ludzi. Ale rzeczywiście bywa też tak, że im czasem zazdroszczę. Mój mąż jest na przykład człowiekiem, który chyba urodził się stoikiem. Naprawdę nie wiem, jak to działa. Nie wiem, czy nasze plecaki są równie ciężkie, ale on zawsze szuka rozwiązania zamiast dokładać sobie jeszcze więcej ciężaru. Bardzo go za to podziwiam. Mam też przyjaciół, którzy działają podobnie. U nas często wygląda to tak, że kiedy ja mam trudny moment, dzwonię do przyjaciółki, a ona wszystko mi spokojnie tłumaczy. A kiedy ona ma kryzys, to ja robię dokładnie to samo dla niej. Wtedy człowiek sobie myśli, że skoro umiem powiedzieć to wszystko komuś innemu, to może gdybym sama powiedziała to sobie, byłoby mi łatwiej.
Bardzo dobrze to znam.
Chyba po prostu nie jesteśmy aż tak mądrzy wobec samych siebie. Ale sam „Ciężki plecak” opowiada też dosłownie historię z mojego dzieciństwa.
O chłopaku z 6B, który pozwalał sobie na niewybredne komentarze.
Dokładnie. Zresztą kiedyś już chyba opowiadałam tę historię na Facebooku. Czekałam wtedy na pierwszy trening siatkówki. Graliśmy jeszcze razem z chłopakami, więc cała sala była pełna dzieciaków. Nagle jeden chłopak podchodzi do mnie i pyta: „Masz zapałki?”. Ja kompletnie nie rozumiem, o co chodzi, a on odpowiada: „Do twoich nóg”. Wszyscy to słyszeli. Pamiętam, że wtedy chciałam zniknąć. Do dziś pamiętam tę sytuację i tego chłopaka. Potem zaczęły się kolejne teksty, że jestem za chuda itp. Wiem, że dzieci potrafią być okrutne i brutalnie szczere.
To trochę miecz obosieczny.
Dokładnie tak. Z perspektywy lat widzę jednak też, że te trudne historie można jakoś przerobić w coś ważnego. Twórczość bardzo mi to umożliwia. Dzisiaj naprawdę nie mam już żalu do tego chłopaka. Powiedział to, co powiedział. Był dzieckiem. A najzabawniejsze jest to, że sam był wtedy chudy jak patyk i chyba jeszcze chudszy ode mnie.
Często właśnie tak działa projekcja.
Dokładnie. Może sam sobie z czymś nie radził i po prostu przerzucił to na mnie.
Pozwól, że odbiję się jeszcze od kolejnego utworu. Muszę Ci powiedzieć całkiem wprost, że uważam Cię nie tylko za świetną wokalistkę, ale naprawdę za poetkę. Dlatego tak dużo dziś cytuję Twoich tekstów, czego zazwyczaj aż tak nie robię w wywiadach. Ale mam poczucie, że tutaj okazja jest wyjątkowa.
To bardzo miłe, dziękuję.
Kiedy słuchałem „Pana ze stolicy”, miałem takie poczucie, że chyba każdy z nas zna takiego człowieka.
Takiego śmiesznego wujaszka?
Właśnie. Zastanawiam się, czy to jest konkretna historia z twojego życia, czy raczej coś, co po prostu stale obserwujesz wokół siebie?
Właściwie nie. To był jeden konkretny człowiek. Ja nawet dopuszczam do siebie myśl, że może jego intencją nie było zrobienie mi przykrości. Przekroczył jednak pewną granicę, która kompletnie mnie obezwładniła. W tamtym momencie nie potrafiłam zareagować. Chyba właśnie to najbardziej mnie wkurzyło. Że wróciłam do domu i zaczęłam się zastanawiać: „Dlaczego nic nie powiedziałaś? Dlaczego zaakceptowałaś jakiś ruch albo komentarz?”. Poczułam się wtedy bardzo mała, słaba i bezradna. Miałam też poczucie, że muszę coś z tym zrobić. A moim naturalnym narzędziem jest komentowanie rzeczywistości i szczere opowiadanie historii, najczęściej właśnie poprzez pisanie. Bardzo często trudno mi było powiedzieć komuś o trudnej sytuacji twarzą w twarz, ale w piosence już się tego nie wstydziłam. Pomyślałam sobie: dobra, może z opóźnieniem, może już po fakcie, ale tutaj ci oddam. Tutaj mogę to zrobić. Dlatego też specjalnie trochę go przerysowałam, wyostrzyłam jego cechy, zrobiłam z niego wręcz karykaturę. Chciałam go ośmieszyć. Dokładnie tak, jak wtedy sama poczułam się ośmieszona.
„Wariatka” pokazuje taki świat, w którym wszyscy wszystko wiedzą o innych, tylko nie o sobie samych.
Taki osiedlowy monitoring.
Bardzo często trudno mi było powiedzieć komuś o trudnej sytuacji twarzą w twarz. W piosence już się tego nie wstydziłam.
Masz poczucie, że dziś wiele osób żyje bardziej cudzym życiem niż własnym?
Oczywiście, ale ja sama też się na tym łapię. Zresztą świat nam w tym wcale nie pomaga. Nagłówki wszędzie krzyczą o tym, że ktoś powiększył usta, ktoś inny piersi, ktoś jest z kimś albo wygląda tak czy inaczej.
Sama prywata.
Tak, dokładnie. To wszystko bardzo mocno gra na ludzkiej ciekawości i niskich instynktach. Ja też czasem w to wpadam. Ta piosenka zresztą bierze się z bardzo konkretnej sytuacji. Kiedy wracałam do domu na Śląsk, zawsze pojawiały się pytania w stylu: „I co tam w tej Warszawie? Co tam w wielkim świecie?”. W pewnym momencie ktoś jednak zadał mi pytanie, absolutnie nie na miejscu, które dotyczyło moich bardzo prywatnych i trudnych przeżyć. Wtedy poczułam, że muszę to jakoś skomentować. Znowu więc zrobiłam to piosenką.
Czyli to kolejna piosenka, w której w pewnym sensie się z czymś rozprawiasz.
Tak. Mam wrażenie, że ta płyta jest dużo bardziej walcząca niż taka pod tytułem: „Boże, jak mi ciężko i co mam z tym zrobić?”. Tu jest więcej stawiania granic, przynajmniej na froncie twórczym. To mój sposób reagowania i próba podsumowania pewnych zachowań.
A „Nie masz siły to płacz”? Dajesz tam właściwie bardzo prostą radę, która w praktyce wcale nie okazuje się taka prosta. Jak myślisz, dlaczego tak trudno jest nam znaleźć przestrzeń na coś tak elementarnego jak pozwolenie sobie na własne emocje?
Sama chciałabym znać odpowiedź na to pytanie. Ja też przez natłok różnych rzeczy i przez to, że pracuję na emocjach, często jestem po prostu przebodźcowana. Czuję fizyczny dyskomfort, napięcie w ciele. Ostatnio byłam u osteopatki i znowu mocno to poczułam. W fizjoterapii czy osteopatii pracuje się przecież z ciałem i mięśniami, ale bardzo często okazuje się, że pod tym wszystkim siedzą emocje. Czasami sam dotyk albo jedno pytanie sprawiają, że nagle chce ci się płakać. Najważniejsze, by dać sobie na to przyzwolenie. Przyznam, że dla mnie jest to czasami awykonalne. Dlatego poświęciłam temu całą piosenkę. Mam świadomość, że gdybym naprawdę odpuściła i pozwoliła sobie na te emocje, to ciało pewnie w końcu by odpoczęło, że to jest potrzebne. Ale jednocześnie wiem też, jak bardzo trudno jest czasem zastosować wobec siebie te wszystkie rady, które teoretycznie mamy podane na tacy. To trochę jak z tekstami typu: „idź pobiegać, jak masz depresję”. Człowiek wie, że istnieją jakieś narzędzia i nawet rozumie, jak działają, ale czasem zwyczajnie nie ma jeszcze siły albo gotowości, żeby sobie pomóc. Wydaje mi się, że bardzo wiele osób tak ma. Czasem też dopiero w najmniej spodziewanym momencie człowiek orientuje się, ile w nim siedzi.
Przeżyłem coś takiego kilka miesięcy temu w grocie solnej.
Naprawdę? To piękne.
Było ciemno, leciała relaksacyjna muzyka, szum fal, wszyscy spokojnie leżeli na leżakach, totalny chillout. A ja nagle kompletnie się rozpadłem i nie mogłem przestać płakać. Co ciekawe, to wcale nie było negatywne doświadczenie. Bardziej coś w rodzaju oczyszczenia. Wyszedłem stamtąd jak po jakimś katharsis.
To jest właśnie super. To znaczy, że sobie na to pozwoliłeś. Ja też miałam podobne doświadczenia u osteopatki. Chodzę tam już od kilku lat i bywało tak, że albo płakałam jak bóbr po jednym pytaniu czy dotyku, albo przeciwnie, dostawałam totalnej głupawki i nie mogłam przestać się śmiać. Podobnie mam czasem po zimnych prysznicach czy ćwiczeniach oddechowych. Organizm wchodzi w tak ekstremalne napięcie, że później wszystko po prostu puszcza. Lecą łzy, ciało się rozluźnia. To jest naprawdę piękne. Serio uważam, że najlepiej wyszedłeś z tej groty ze wszystkich obecnych tam osób.
Kiedy trochę dłużej słuchałem tej płyty, przyszła mi do głowy taka myśl, że to trochę muzyczny „Dzień świra”. Mówię to w bardzo dobrym sensie. Z jednej strony opowiadasz bardzo osobiste historie, ale jednocześnie opisujesz doświadczenia, które wydają się niezwykle uniwersalne i bardzo „nasze”. Zastanawiam się więc, gdzie w twojej twórczości kończy się dokument, a zaczyna kreacja.
Tylko że ja mam wrażenie, że ja wcale nie wchodzę w postaci. Ja je po prostu mam w sobie. Ty też teraz rozmawiasz ze mną jako dziennikarz, masz swoją rolę, jakiś sposób bycia w tej sytuacji. Ja od wielu lat staram się być maksymalnie szczera i mówić to, co naprawdę czuję, ale jednocześnie wiem, że zawsze istnieje jakiś element roli. Tylko że te moje role są moje. Cokolwiek to znaczy. Czasami czuję się silna, czasami słaba, czasami jestem dla siebie okropna, a czasami siebie kocham. Bywają momenty, kiedy wydaje mi się, że jestem żałosna albo kompletnie pogubiona. Mam wrażenie, że najlepiej podsumowuje to sam tytuł albumu, „Halo. Co jest grane?”. Bo to jest dokładnie takie ciągłe pytanie: „Dlaczego czasami jestem taka?”, „Co się ze mną dzieje?”, „Co jest nie tak ze mną albo z innymi ludźmi?”. Bo przecież opisuję też innych, choćby tych „panów ze stolicy”, ale jednocześnie zawsze opisuję też siebie w zderzeniu z innymi. Swoją słabość, swoją nieumiejętność zareagowania w danym momencie, kiedy coś przekracza granicę. Jasne, dziś radzę sobie z wieloma rzeczami dużo lepiej niż kiedyś. Ale są sytuacje, w których nadal po prostu nie daję rady.
W teatrze, kiedy aktor nagle zwraca się bezpośrednio do publiczności, mówi się o burzeniu tej niewidzialnej ściany między sceną a widzem. Mam wrażenie, że na tej płycie jest taki moment pod koniec piosenki „Tańcz”. Słychać tam backstage, wasze głosy, śmiech, jakąś ulgę i radość. Zastanawiam się, co to właściwie był za moment. Bardziej radość z ukończenia utworu czy może całej płyty?
Kiedyś nawet myślałam, że „Tańcz” będzie ostatnim numerem na albumie.
Czasami czuję się silna, czasami słaba, czasami jestem dla siebie okropna, a czasami siebie kocham.
Bo właśnie tak to brzmi. Jak takie: „uff, udało się”.
Trochę tak było. Nagrywaliśmy wtedy jeszcze wokale do „Tańcz”. Robiłam je u Lessmana (pseudonim artystyczny Błażeja Sudnikowicza – przyp. red.), z którym stworzyłam część tej płyty. Pamiętam, że byłam już po prostu zmęczona ciągłym poprawianiem tych wokali. W pewnym momencie powiedziałam coś w stylu: „Dobra, mamy to”. Stwierdziliśmy, że zostawimy ten moment razem z naszymi głosami. Mój śmiech, głos Błażeja, wszystko zostało tak, jak było naprawdę. Uznałam, że to jest po prostu urocze i że warto to zostawić. Dzięki temu w tej piosence pojawia się jakieś życie. Słychać, że po drugiej stronie naprawdę stoi człowiek, a nie robot.
Dużo rozmawialiśmy dziś o emocjach wokół tej płyty. Jestem więc ciekaw, czy ten album bardziej Cię emocjonalnie zjadł, czy jednak oczyścił?
Jedno i drugie. Dokładnie jak jego okładka: niebiesko-czerwona. Ta płyta dała mi ogromnie dużo siły, poczucia sprawczości i odwagi. Jednocześnie bardzo mnie też zmęczyła i dała mi wielokrotnie w kość. Kiedy bierzesz za coś pełną odpowiedzialność, musisz też przyjąć konsekwencje wszystkich decyzji. Na początku mojej drogi te wybory były bardziej rozłożone między różne osoby, a tutaj w dużej mierze wszystko wzięłam na siebie. To naprawdę potrafi człowieka pochłonąć. Miałam już taki moment, że słuchałam mastera i pomyślałam sobie: „Boże, super, że ta płyta już istnieje”. Znam te piosenki od ponad dwóch lat i mam wrażenie, że moje ciało też już je zna na pamięć. Jestem tym wszystkim tak długo napięta, że chyba dopiero kiedy album naprawdę wyjdzie, będę mogła trochę odetchnąć i się rozluźnić. Po prostu bardzo mi zależy na tym, co robię. Chcę, żeby to było zgodne ze mną, prawdziwe, dopracowane i żeby działało dokładnie tak, jak to czuję. Dlatego tak długo wszystko dłubię.
Dobra, to na koniec pytanie absolutnie kluczowe. Kluski śląskie z jajkiem czy bez? A jeśli z jajkiem, to z samym żółtkiem czy całym?
Z całym jajkiem. Jak już robię, to z całym.
Ta płyta dała mi ogromnie dużo siły, poczucia sprawczości i odwagi.
Pytam, bo to jest wielka polska debata internetowa. Wszyscy się o to kłócą.
A Ty liczysz na to, że jestem ekspertką dlatego, że jestem ze Śląska? Tymczasem moi rodzice są z Kujaw, więc ja w domu robiłam to po prostu po swojemu. Dzieliłam ziemniaki na cztery części, wyciągałam jedną, wsypywałam mąkę, wbijałam całe jajko i mieszałam. Zawsze tak. A Ty jak byś je zrobił?
Chyba też dodałbym jajko, żeby się lepiej kleiło. Chociaż podobno właśnie cały sens tej wojny polega na tym, że według wielu ludzi kluski świetnie kleją się i bez niego.
I bardzo dobrze. Można tak i można tak.
W sumie to idealne podsumowanie całej naszej rozmowy. Ten dualizm przewijał się tutaj od początku do końca.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
(Fot. Adam Słaboń)
Daria ze Śląska (właśc. Daria Ryczek-Zając), ur. 21 sierpnia 1990 roku w Katowicach polska wokalistka, autorka tekstów i kompozytorka. Laureatka nagrody im. Grzegorza Ciechowskiego oraz trzech Fryderyków. Znana z charakterystycznego, intymnego stylu, w którym łączy alternatywny pop, miejską melancholię i reporterską uważność na codzienność. W swoich piosenkach opowiada o relacjach, samotności, dorastaniu i próbach odnalezienia własnego głosu. Na koncie ma albumy „Tu była”, „Na południu bez zmian” oraz wydany w maju 2026 roku „Halo. Co jest grane?” (Jazzboy Records).