Dorota Miśkiewicz – Jestem w drodze

SONY BMG

Dorota Miśkiewicz ma ojca muzyka, brata muzyka, nawet mama, która prowadzi impresariat, jest z wykształcenia muzykiem. Doszedł do tego narzeczony – też muzyk. Wszyscy świetni. Dorota dotrzymuje im kroku.

Kiedy zrozumiałaś, że masz znakomity słuch?

reklama

– Miałam dyktando w średniej szkole muzycznej. Profesor zastosował jednak „zmyłkę”. Podał tonację i powiedział, od jakiego dźwięku zaczynał się utwór, ale rozmijało się to z rzeczywistością. Dokładnie o pół tonu. Bardzo się nad tym męczyliśmy, lecz nikt nie kwestionował tego, co podał profesor. Jednak w pewnym momencie przestałam sugerować się wskazówkami i pisałam zgodnie z tym, co słyszałam. Okazało się, że profesor zrobił to specjalnie, żeby się przekonać, kto ma słuch absolutny. Potrafię więc określić tonację, choć kiedy jestem zmęczona, tracę nieco precyzję i słyszę „niżej”, podobnie zresztą jak mój tata. Oczywiście z samego faktu posiadania słuchu absolutnego absolutnie nic nie wynika. W sensie artystycznym.

Słuch absolutny bywa czasami kłopotliwy. Nie denerwują cię fałsze u innych?

– Mnie fałsz w ogóle nie przeszkadza, a czasem nawet mi się podoba. Astrud Gilberto śpiewała wszystko odrobinę za wysoko. Cały czas jest obok i to brzmi pięknie właśnie z tego powodu. Tak naprawdę błędy często tworzą coś fajnego. Prawdziwego mistrza poznaje się po tym, jak potrafi wyjść z błędu, usprawiedliwić go. Oczywiście łatwiej wybrnąć w jazzie, chociaż i w klasyce byli giganci, którzy doskonale potrafili sobie poradzić. Tak że nikt się nawet nie zorientował.

Nawet bezbłędny muzyk musi mieć jednak tak zwany pomysł na siebie…

– Ja nie mam pomysłu na siebie. Cały czas jestem w drodze i cały czas szukam. Jestem bliżej celu niż kilka lat temu, i to jest optymistyczne. Funkcjonuję w dwóch światach. W świecie tzw. czystego jazzu, gdzie do tej pory biorę udział w projektach Włodzimierza Nahornego czy Jana „Ptaszyna” Wróblewskiego. Ale także w świecie piosenki, po prostu piosenki, bo bardzo mi się nie podoba nazywanie tego popem. Piosenek Starszych Panów nie nazywamy popem, to są po prostu piosenki. Tyle tylko że bardzo dobre, bardzo inspirujące. Ja oba te światy lubię. Szukam więc wspólnego mianownika. Mam teraz taki pomysł, żeby dobre piosenki łączyć z wolnością, jaka jest w jazzie. Wolnością rozumianą jako bardziej złożone rytmy, jako ciekawe harmonie, a przede wszystkim z wolnością wynikającą z improwizacji.

Kiedy wykonuje się z równą łatwością jazz i piosenki, kluczem staje się repertuar.
– Gdybym opowiedziała się za jednym kierunkiem, zanudziłabym się na śmierć. Są ludzie, którzy kochają coś tak bardzo, że mogą robić to i tylko to, i są szczęśliwi. Ale ja już w szkole muzycznej musiałam grać i Mozarta, i Szymanowskiego. I lubiłam obu. W wokalistyce lubię klasykę – Carmen McRae czy Shirley Horn – ale fascynują mnie także bardziej niekonwencjonalna Meshell Ndegeocello czy Björk. Jedni artyści wykonują cudze utwory, inni szukają rzeczy premierowych albo piszą własne. Ja nie mogę się powstrzymać od pisania. Muzykę piszemy wspólnie z Markiem Napiórkowskim albo osobno. Teksty piszę sama albo wspólnie z Michałem Rusinkiem. Bardzo dobrze pracuje mi się z Grzegorzem Turnauem, z którym nagrywałam już wcześniej. Teraz napisał dla mnie między innymi piosenkę tytułową. I to on odkrył, że „caminho” oznacza po portugalsku drogę.

Mozart i Szymanowski, Turnau i Napiórkowski. Niełatwo cię „sformatować”.

– Ostatnio zastanawiam się, do jakiego radia się nadaję. Duże stacje komercyjne nie wchodzą w grę, nie jestem „sformatowana”. Może do jazzowego, bo mam tu piosenki z elementami brazylijskimi. Jest rozgłośnia grająca piosenki brazylijskie, ale oni z kolei w ogóle nie nadają nagrań polskich. Dużą sympatią darzę publiczną Trójkę, która obecnie stawia na alternatywę, co w Polsce oznacza – nie wiedzieć czemu – muzykę rockową. Wydaje mi się, że to, co nagrałam, jest właśnie alternatywą w stosunku do propozycji „sformatowanych”. Samo słowo „alternatywny” nie określa przecież nurtu muzycznego, sugeruje tylko inną propozycję.

Tak wiele wyniosłaś z domu rodzinnego. Pamiętasz presję czy inspirację?

– Presję tworzyłam sobie sama. Oczywiście to rodzice posłali mnie do szkoły muzycznej, oczywiście cały dom żył muzyką, więc nie można się było przed tym schować. Ze strony mamy czy brata nie odczuwałam żadnej presji. Tata natomiast był dla mnie niedoścignionym geniuszem. Ja byłam i jestem córeczką tatusia, ale to niczego nie ułatwia. Wręcz przeciwnie. Chciałam sobie udowodnić, że też coś potrafię, robiłam więc wiele rzeczy na przekór tacie. Zachęcał mnie na przykład, żebym została skrzypaczką. Ale przekonałam go wreszcie, że wokalistka to także muzyk i że moje śpiewanie nie jest takie złe.

Tata jest pierwszym saksofonistą w kraju. Brat to już muzyk światowego formatu.

– Od mojego brata Michała mogę się uczyć dojrzałości wyborów. Już w podstawówce postanowił zostać perkusistą i dopiął swego. Bardzo świadomie kieruje swoją karierą. Gra tylko to, co naprawdę chce, jest świetny i bezkompromisowy, co zaprocentowało współpracą z zespołami o najwyższej światowej renomie. Podziwiam jego odwagę.

Jaki jest twój związek z narzeczonym Markiem Napiórkowskim, czy nie daje ci przypadkiem przedłużenia relacji tata – córeczka?

– Razem mieszkamy, razem piszemy, razem gramy. Trudna sprawa… Marek jest zresztą większym perfekcjonistą niż tata. Ma raczej cechy mojej mamy – nie odpuści, dopóki nie będzie dokładnie tak, jak on chce. Bardzo pilnuje, żeby się rozwijać, a zarazem żebym i ja się rozwijała. Właściwie to on wytwarza ciśnienie, znacznie większe niż mój dom rodzinny. Mówi: pisz, ćwicz. Jeżeli coś zrobię źle, słyszę, że muszę to jeszcze dopracować. Widzę teraz, że chociaż tata mnie krytykował, to mama mnie mobilizowała. Marek odgrywa więc rolę taty i mamy w jednej osobie. Nawet zabawnie spojrzeć na nasz związek w ten sposób.

A jak wytrzymujecie życie w rozjazdach? Co jest trudniejsze – rozstania czy powroty?

– W trasie nie ma problemów. Świat wydaje się mniejszy i bardziej przewidywalny. Jest regularność, powtarzalność. Wiadomo, że mamy próbę, a wieczorem gramy. Zdarzają się niespodzianki, ale do najgorszych należą kiepski hotel, brak próby czy konflikt z basistą. Wszystko jest ustalone. Tymczasem dom żyje własnym życiem. I po powrocie trzeba nadążyć za tym, co się tam bez nas wydarzyło. Na szczęście nie wyjeżdżałam jeszcze na bardzo długo, jak muzycy rockowi, którzy po powrocie do domu mogą się dowiedzieć, że na przykład nie mają już małżeństwa… Cóż, życie w drodze kryje wiele różnych niespodzianek, może stąd tytuł „Caminho”.
Dorota Miśkiewicz ur. w 1973 r., wokalistka jazzowa, kompozytorka i autorka tekstów, z wykształcenia skrzypaczka. Występowała z formacjami Włodzimierza Nahornego i Jana „Ptaszyna” Wróblewskiego. Współpracowała z takimi sławami, jak Nigel Kennedy czy Tomasz Stańko, śpiewała z Anną Marią Jopek, Ewą Bem, Cesarią Evorą i Grzegorzem Turnauem. Pod własnym nazwiskiem wydała dwa albumy: „Zatrzymaj się” (2002) i „Pod rzęsami” (2005). Na najnowszej płycie „Caminho” („Droga”) wspiera ją brazylijski perkusista Guello oraz czołówka polskiej sceny jazzowej.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »