Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój

Kozak na jarmarku świątecznym w Brukseli


Mimo że nie jestem religijna, mam wielkie uwielbienie dla całej kiczowatej otoczki towarzyszącej temu, co w języku politycznej poprawności nazywa się X-mas: ekscytuje się na myśl o choince, obmyślam niezbyt ortodoksyjne świąteczne menu, pokątnie kupuję i skrupulatnie „wypełniam” czekoladkowe kalendarze, coraz bardziej otwarcie słucham Sinatry, Fitzgerald i Presleya śpiewających o śniegu, powrotach do domu, choinkach i z pasją odwiedzam świąteczne jarmarki. Najchętniej nie w Polsce. W tym roku – Bruksela.

Istnieje nawet strona dla takich jak ja, co najchętniej jeździliby z jednego jarmarku na drugi, sprawdzali, co tam dają, podpijali grzane wino (poza jarmarkiem nie toleruję!) i swobodne wariacje na temat adwokata czy egg-nogga… Na www. Christmasmarkets.com można zaplanować gwiazdkowe podróże, a dla najbardziej spragnionych istnieje też trzymający rękę na pulsie i informujący o kolejnych rozbłyskujących światełkach i parujących garach z jedzeniem.

No właśnie. Jedzenie. W końcu to element nie do przegapienia. Na Christmas- czy Weinachts- marktach nie obchodzą mnie bowiem robione z cynamonu bombki czy barometry z Jezuskiem zamontowane w szopce, lecz to, co tradycyjnie na święta w danym regionie powinno się jeść…

O ile w Polsce na świątecznych jarmarkach – a byłam teraz w Krakowie, sprawdzałam – królują nadal „postne” kiełbasy, karczki i boczki, przyrządzane „aż” trzy godziny bigosy bez smaku i chleb oraz musztarda z supermarketu (honoru „jedzenia” bronią w Polsce Węgrzy podający langose i kurteskalacs!) to na Zachodzie do jedzenia na bożonarodzeniowy targ trochę bardziej się przykłada.

Żeby zaspokoić swoje szaleństwo i ciekawość, poleciałam do Brukseli. To tam w ramach „Zimowych przyjemności” (Plaisirs d’hiver), specjalnego programu okołoświątecznych rozrywek otworzono na Placu Świętej Katarzyny dwukilometrowy bożonarodzeniowy jarmark. Tak, właśnie to: dwa kilometry jedzenia! Przetykanego gdzieniegdzie lodowiskiem, sprowadzaną z Paryża piękną findesieclową karuzelą i diabelskim młynem, oraz śpiewającymi głowami łosia.

Z dwóch kilometrów trudno nie skorzystać: olewamy „przystawkę” bałkańską – wygląda zbyt zdrowo i za mało „świątecznie” – i udajemy się na targ właściwy, gdzie od razu wpadamy na świeże i pyszne dość niebelgijskie churros. Na churros warto wrzucić za to bardzo belgijskie gofry – te w wersji brukselskiej, czyli kwadratowe i bardziej „napowietrzone” (mniej smaczne!), lub tradycyjnej z Liege: okrągłej, cięższej, słodszej, bardziej deserowej. Przy obydwu tłustych deserach, posypywanych tu cukrem pudrem, podawanych z bitą śmietaną i oblewanych sosem czekoladowym prawdopodobieństwo niewymazania się wynosi zero. Zasłodzenia: podobnie. Stosujemy więc sprawdzony sposób mojej matki: po słodkim należy zjeść słone… Tylko co wybrać: w drewnianych budach sprawdzona na zasłodzenie sucha kiełbasa we wszelakich dobrach: rozmaitych mieszankach przypraw, z truflami, curry, orzechami…

Obok ta nie sucha w obscenicznych, spiralnych pętach owiniętych wokoło wielkich kijów. Tej można skosztować również w wielkiej, tradycyjnej bule, na którą decydują się również ci z towarzystwa, którzy twierdzą, że są uczuleni na gluten:

size does matter, a tu mamy do tego wybór pomiędzy białą, belgijską kiełbaską, a czymś w rodzaju kaszanki, tyle że bez kaszy: krew barwi za to mięso na szokujący kolor, nadając mu korzennego posmaku. Do tego hot dog z kapustą kiszoną (tego nie umieją robić, to fakt…) i wyruszamy się poprzyglądać: w jednej budzie widać poszczególne etapy przygotowywania uwielbianego tu tartiflette – pochodzącej z północnej Francji mieszanki ziemniaków, sera topionego (oryginalnie byłby to rocheblon), słoniny (tu mamy do czynienia raczej z boczkiem) i dużej ilości cebuli.

Obok alzackie specjały i ich bigosik na wielkiej patelni czyli choucroute z wielkimi kawałkami kiełbasek, parówek, mięsiwa… Są też mule, nie ma frytek, wciąga się za to ostrygi, a w ekskluzywnych szampanowych barach można też zamówić kawior czy trufle.

Tak, barach: usługi jedzeniowe i sklepiczki z jedzeniem poprzetykane są tu bowiem budkami serwującymi domowe nalewki, ręcznie robiony adwokat (mmmmm….), szampana czy oczywiście grzane wino – uwaga, również w wersji białej. Wokoło tych miejsc gromadzą się mieszkańcy Brukseli, którzy wybierają te pop-up’owe bary zamiast swoich ulubionych pubów w okolicy. Spotykają się w plenerze, rozgrzewając się, jeżdżąc na łyżwach, podziwiając dzieciaki startujące w rakiecie na przepięknej karuzeli, plotkując, jednocześnie tupiąc z zimna. I tak, wiem, ze nie ma u nich -11 stopni, ale marzy mi się czasem taka tradycja przeniesiona na nasz teren. A tymczasem idę na warszawskiego „śledzia”, Serce Europy nie zaspokoiło jednak tej mojej potrzeby… 


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI