Bez różowych okularów: poradnik dla pesymistów

123rf.com

Swoją drogę do szczęścia nazywa negatywną. Nie przemawia do niego hurraoptymizm ani koncepcja pozytywnego myślenia. Oliver Burkeman, autor książki „Szczęście. Poradnik dla pesymistów”, twierdzi, że można wieść pełne radości i zadowolenia życie, jednocześnie myśląc o śmierci, ponosząc porażki i zmagając się z trudnymi emocjami.

Żyjemy w swoistej dyktaturze szczęścia. Co roku powstają setki poradników na temat tego, jak być szczęśliwym. Dlaczego zdecydowałeś się napisać kolejną książkę o szczęściu?

Od lat piszę o szczęściu dla dziennika „The Guardian”. Z tej okazji testowałem różne poglądy na szczęśliwe życie, obserwowałem regularnie powracające koncepcje, które gwarantują osiągnięcie dobrostanu. Wszystkie zalecają koncentrowanie się wyłącznie na pozytywnych myślach i dobrych emocjach. Dziwnym trafem wszystkie one spalają na panewce albo pojawiają się niezamierzone efekty. W rezultacie okazuje się, że nie da się być szczęśliwym, nie dopuszczając do siebie także negatywnych myśli i trudnych emocji. Taka koncepcja jest nie tylko logiczna z psychologicznego punktu widzenia, ale też stara jak świat, starsza niż pozytywne myślenie, dlatego wydała mi się bardzo obiecująca. I o tym właśnie napisałem książkę.

Nie da się ukryć, że ci, którzy piszą o szczęściu, sami chcą być szczęśliwi. Zdarza się, że kiedy prowadzę wykład, ktoś z publiczności mówi, że według niego pisanie książki było dla mnie pewną formą autoterapii. I mówi to takim tonem, jakby właśnie wyjawiał światu mój sekret (śmiech). Tylko to żaden sekret. Ludzie piszą zwykle o tym, z czym sami się zmagają. Zatem tak, ja też pragnę szczęścia i szukam sposobów na jego osiągnięcie. Już Arystoteles zauważył, że szczęście to jedyne z naszych życiowych pragnień, które jest celem samo w sobie. Mimo to nie jest łatwo osiągnąć szczęście, bo ten stan zależy od wielu czynników, które muszą zostać spełnione, żeby zaistniał. Pamiętajmy, że kiedyś nie zadawano sobie w ogóle pytania: „Czy jestem szczęśliwy?”. Zanim pojawiła się koncepcja indywidualizmu, nie było czegoś takiego jak prawo do szczęścia, każdy żył swoim życiem i jakoś sobie radził. To właśnie połączenie kapitalizmu i indywidualizmu sprawiło, że społeczeństwo zaczęło zajmować się szczęściem jednostki.

W książce „Szczęście. Poradnik dla pesymistów” piszesz o mocy pozytywnego myślenia jako swego rodzaju iluzji, oszustwie, na które wszyscy się zgadzamy.

Intuicyjnie pozytywne myślenie ma sens. Na przykład gdy powiesz komuś, że jest ci smutno, a w odpowiedzi usłyszysz, że warto przeprogramować swój mózg na pozytywne myśli, bo to sprawi, że poczujesz się lepiej – brzmi to jak dobry pomysł. Ale przecież umysł, który chcemy zmienić, to ten sam umysł, który wprowadza zmiany, więc to system zamknięty. W rezultacie kiedy próbujesz wprowadzić zmiany, koncentrując się na pozytywnym efekcie, a to się nie udaje, reagujesz dużo gorzej niż gdybyś dopuścił też negatywny scenariusz, czyli porażkę.

To chyba niezbyt popularne słowo w naszych nastawionych na sukces czasach. Porażka nie jest sexy.

Z jakiegoś powodu ludzie, którzy ponieśli spektakularne porażki, nie piszą autobiografii, a szkoda, bo moglibyśmy się z nich wiele nauczyć. Ten temat jest obrośnięty uprzedzeniami, nie pasuje do koncepcji szczęśliwego życia. Z drugiej strony mówimy przecież, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Chodzi o to, żeby nie wypierać się swoich błędów, nie wstydzić się, że coś się nam nie udało. Bardzo ważne było dla mnie spotkanie z dr. Keithem Seddonem, stoikiem. Jego życie nie było ani lekkie, ani radosne, ale mimo to – dzięki filozofii stoicyzmu – potrafił nadać mu znaczenie.

To najtrudniejsze – znaleźć sens w cierpieniu. Dziś o wiele częściej niż spokoju ducha do szczęścia potrzebujemy określonych rzeczy.

Założenie, że muszę coś mieć, żeby być szczęśliwym, jest zgubne, bo wtedy uzależniam swoje samopoczucie od czynników zewnętrznych. Nigdy nie będę mieć dość, ciągle będzie mi za mało, bo zawsze może pojawić się kolejna nowa rzecz, od której będę uzależniał swój dobrostan. To swego rodzaju fenomen, że mieszkańcy wschodniego Manhattanu są o wiele bardziej niezadowoleni i rozczarowani życiem niż ludzie ze slumsów w Nairobi, gdzie nie ma elektryczności i dostępu do czystej wody. Syty zachodni świat jest oparty na ciągłym porównywaniu się do innych. W tym wyścigu o to, by mieć więcej i lepiej, wszyscy przegrywamy.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »