Polka w Berlinie

  • BLOG Awatar

    \"Ta\" BEROLINA

     

    Dla mnie Berlin to nie tylko historia, polityka i Fryderyk Wielki. Dla mnie to przede wszystkim miasto kobiet i to nie tylko dlatego, że urzęduje w nim główna żeńska głowa, Angela Merkel.

    W ciągu niemal trzydziestu lat berlińskiego życia poznałam wiele tutejszych kobiet. Najróżniejszych: sprzątaczek, pisarek, animatorek kultury, dziennikarek, albo matek samotnie wychowujących dzieci i profesorek. Tak się złożyło, że najliczniejsza grupa wśród nich i osobiście od lat mi najbliższa to poetki, których wiersze niejednokrotnie pozwalały mi zaciskać zęby i iść dalej.
    Mówiąc krótko, dla mnie poezja wcale się „nie skończyła”, dla mnie jest i będzie nie od święta, lecz na co dzień. Właśnie taka jak ta poniżej pulsująca Berlinem z rodzajnikiem żeńskim …

    dzień dobry

    do kawy
    dodaję naprawdę
    bardzo mało mleka tylko
    ciut dzisiaj spadł mi z szafki
    talerzyk z szynką i rozpadł
    się na drobne części myłam
    długo szynkę pod zlewem bo go
    w pośpiechu postawiłam
    z brzegu smarując
    kawałek chleba przy pisaniu
    habilitacji na komputerze dżem
    spadł mi z kromki na bordową
    podobno ładną satynową piżamę
    kawa przelała się na klawiaturę
    mam dużo plamów na dzisiaj
    muszę czytać michela faucault
    odnieść na pocztę parę zamówionych
    niepotrzebnie ciuchów załatwić
    dziecku korepetycje
    z łaciny wysłać parę cholernie
    ważnych maili bo ludzie tak szybko
    lubią się obrazić ugotować
    makaron rozwiesić
    spodnie uspokoić
    rodziców pogonić
    hydraulika i dowiedzieć się
    czy w niemczech uznawane są studia
    z białegostoku bo ktoś mnie o to
    zapytał przez pędzące tłumy
    przedrzeć się rowerem
    do wideoteki i niezwłocznie
    oddać wypożyczony wczoraj film
    z jennifer lopez w berlinie jak zwykle
    maraton

     

    ulga

    czerwona i łysa łepetyna s-bahnu
    wyłania się zza zakrętu
    ciągnąc za sobą niezmordowaną
    dżdżownicę tego miasta
    zdecydowanym krokiem
    zaciskają się drzwi
    podejrzany facet z torbą
    znowu nie wyciąga
    noża ani pistoletu tylko
    telefon komórkowy

    (Wiersze pochodzą z tomiku wierszy berlińskiej poetki i pisarki, Brygidy Helbig – „Hilfe”)

    Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan:   2012-02-22 22:25:23 · Wyświetl

    2012-02-22 22:25:23
  • BLOG Awatar

    Tante Marianne

    Berlin żyje Berlinale, prezydentem Wulffem, który już prezydentem nie jest i wystawą, jedynym w swoim rodzaju spektaklem, pod względem popularności śmiało mogącym konkurować z Berlinale a już na pewno z „nieprezydentem”.

    Zaledwie kilkadziesiąt kroków od miejsca, w którym odbywa się Berlinale, zamieszanie, pełno fotografów, flesze. Co tam się dzieje? Trudno powiedzieć, ktoś przyjechał. Może jakaś gwiazda? George Clooney? Nie? Nie on? A kto?
    To Gerhard Richter. Właśnie skończył osiemdziesiąt lat i otwiera w „Neue Nationalgalerie” swoją retrospektywną „Panoramę”. Wystawę, pokazywaną przed chwilą w Londynie. Teraz – na osiemdziesiąte urodziny artysty – w stolicy Niemiec. Malarz, rzeźbiarz, fotograf, przez wiele lat profesor Akademii Sztuki w Düsseldorfie. Przede wszystkim zaś jeden z najsłynniejszych malarzy świata, a jeśli nie najsławniejszy, bo komu to oceniać, to z pewnością najdroższy. Obrazy Richtera osiągają na światowych aukcjach kilkunastomilionowe sumy. Nie tak dawno kolekcjoner zapłacił w Londynie za jego obraz „Świeca” dwanaście milionów Euro. Richter skomentował całe zajście : to tak samo absurdalne jak kryzys bankowy – niezrozumiałe, głupie i nieprzyjemne. „Handelsblatt„ donosi, że wdowa po bankierze, Lily Safra za jedno z abstrakcyjnych dzieł Richtera oferowała 20,8 milionów dolarów. Richter szczerze przyznaje, że te ceny go przerażają.
    W lutym skończył 80 lat, urodziny obchodził w gronie najbliższych, z młodszą o 37 lat, trzecią żoną i dziećmi. Teraz musi jeszcze przetrwać cały ten zgiełk: fotografów, wystawy, wywiady. Najchętniej zaszyłby się w Koloni w swoim atelier i dalej malował. Maluje niemal codziennie. Na pytanie dziennikarza podczas otwarcia wystawy, czy to już aby nie jesień jego malarskiego życia, odparł po prostu z uśmiechem, że może teraz przyszedł czas na małe obrazy.
    W historii Niemiec nie było jeszcze takiego artysty. „Nowy Picasso”, pisze się o nim, co piąty Berlińczyk sugeruje, że odwiedzi jego wystawę. Bilety trzeba zamawiać, nie ma tak: pójdziesz – dostaniesz. Trzeba swoje odczekać.
    Dlaczego się podoba, dlaczego go kochają? ”Bo produkuje sztukę dla ludzi, którzy sztuki nie lubią”- pisze Spiegel. Ciekawe. Popatrzmy.
    Na wystawie, jak na retrospekcję przystało, wisi prawie wszystko, co przyniosło artyście pieniądze, sławę i uznanie. Bo Richter to malarz nie tylko wybitny, to artysta pracowity, zdyscyplinowany. Jest więc co pokazać: abstrakcję, portrety, pejzaże. I tak zobaczyć można na niej jedną ze słynnych świec, których Richter namalował cały cykl, nadając im nazwę „Świeca” po prostu. Poza tym dzieło przedstawiające fotorealistyczną, nieco zamazaną … rolkę papieru toaletowego. Są tu również portrety rodzinne, począwszy od „Wujka Rudiego” po „Czytającą” żonę. A także abstrakcyjne, kolorowe, ekspresywne dzieła, poetyckie chmury, kwiaty. W sumie 140 obrazów i pięć rzeźb, począwszy od 1962 roku po dzień dzisiejszy.
    Dzieła perfekcyjne, wyjątkowe i piękne. Jest ich tak dużo, że można pokazać je w kilku miejscach równocześnie. Dlatego równolegle do wystawy w Neue Nationalgalerie wystawiono także obrazy w Alte Nationalgalerie i jeszcze jedną wystawę w Dreźnie.
    Niemal każde dzieło malarza to historia szczególna albo mówiąc patetycznie, wielka sprawa. Świece, namalowane na początku lat osiemdziesiątych, to symbol milczącego protestu obywateli NRD przeciw komunistycznemu reżimowi. Obrazy wystawione w Alte Nationalgalerie to portrety terrorystów grupy RAF, namalowane przez malarza dziesięć lat po ich samobójczej śmierci. Również historie rodzinne, jak w przypadku portretu najstarszej córki „Betty”, dziewczynki w czerwonym szlafroku. Dzieło uznane przez krytyków za modernistyczne pondon do Mony Lisy. Sam Richter podejrzewa, że to dziś najczęściej reprodukowany współczesny obraz na pocztówkach, plakatach i okładkach.
    Ile obrazów, tyle historii, jest w czym wybierać. Dla mnie i dla wielu najciekawsza z nich i najtragiczniejsza to ta, dotycząca obrazu „Cioci Marianny”. Obraz przedstawia ciocię Richtera, wówczas czternastoletnią, i Richtera w wieku niemowlęcym. Dziecko ułożono na stole, na poduszkach, za nim stoi nieśmiała dziewczynka – ciocia Marianna.
    To nie tyle portret rodzinny, to coś więcej, obraz dramatycznej historii Niemiec. Tym tragiczniejszej, że życie dopisało dziełu historię, której sam artysta nie znał. Dowiedział się o niej dopiero dzięki szczegółowym badaniom dociekliwego dziennikarza.
    Ciocia Marianne, najmłodsza siostra matki Richtera, chora na schizofrenię, mając lat 21 została umieszczona przez nazistów w drezdeńskim zakładzie psychiatrycznym. Tam poddano ją przymusowej sterylizacji i wkrótce potem zagłodzono na śmierć. Jak się okazało, przyszły teść malarza, ówczesny członek SS, ordynator i ginekolog zakładu, Heinrich Eufinger, był głównym odpowiedzialnym za sterylizację i śmierć swoich pacjentów, w tym także za śmierć Marianny. Dwadzieścia lat później, nieświadomy tego faktu Richter, portretuje swojego teścia i maluje serie rodzinnych obrazów, w tym także ciocią Mariannę, nie widząc, w jaki sposób krzyżowały się losy tych dwojga.
    Historia, która długo każe o sobie myśleć.

    Warto zajrzeć na stronę artysty i obejrzeć wszystkie jego obrazy. Przechadzać po stronie można się w języku angielskim, niemieckim i chińskim, jak na pragmatycznie myślącego malarza przystało.

    Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan:   2012-02-19 23:23:52 · Wyświetl

    2012-02-19 23:23:52
    • Awatar
      Jakub Marcinkowski · 3 dni, 1 godzinę temu

      O! Gerhard Richter. Bardzo dziękuję, że się tu pojawił, bo w Polsce to on nie jest za bardzo znany (chyba), a jest jako twórca i poprzez swoje prace niezwykle interesującym fenomenem. Nie podejmując się oceny, czy to jest wartościowe, piękne, popnadczasowe, etc. – każdy może przecież ocenić sam, czy mu się podoba, czy nie – chciałbym zwrócić uwagę na pewien paradoks, który gdzieś tu umyka. W czasach, które dla wielu są bardzo, ale to bardzo niełatwe, kiedy wydatki na kulturę są obcinane w domowych budzetach, albo wręcz wycinane, zaangażowany społecznie artysta stał się swoistym zakładnikiem. Jego dzieła zyskały status lokaty kapitału możnych tego świata, obracających abstrakcyjnym kwotami. Czy np. obraz świecy, malowany ku pamięci ciemiężonych, którym zamknięto usta, gdy osiąga cenę 12 mln. Euro nie staje się przypadkiem groteską? Czy nadal ma swą siłę? I czy to jest siła sztuki, czy siła pieniędzy? Bo to są chyba różne strony barykady…

    • Awatar
      l Anka Korona · 2 dni, 17 godz. temu

      Zawsze podziwiam dyscyplinę i konkret twojej narracji.Wciąga mnie jak diabli i jak mało kto,Powiem szczerze.Wiem o czym czytam ,interesujące fakty wręcz tryskają lawinowo.Jestem ci bardzo wdzięczna za te wpisy.Wreszcie zaczynam dostrzegać Berlin i Niemców w kategoriach pewnego europejskiego zjawiska kulturowego.Ciekawe jak bardzo potrzebujemy w każdym czasie swoich ”cudownych”,musimy mieć idoli,kogoś oklaskiwać ,podziwiać nawet gdyby mało był tego wart.Gdy przebiegam wieki,widzę nieustajace zapotrzebowanie na obraz dosłowny i mentalny.Patrzmy chociaż na średniowieczną hagiografię.11 stuleci nieustającego podziwu abstrakcji.Cieszę się,że dzisiaj,gdy fotografia zastępuje pędzel,gdy artyści często malują na ulicy,są jeszcze tacy ,których kupuje się za miliony.Zauważ,że ich artyzm polega głównie na skromności.Dobrze,że Richtera zauważono za życia,gdyż bywa i tak,że za życia nie docenia się talentu mistrzów i trzeba przypadky,by ich odkryć,tak było przecież z Pamiętnikami Paska.Przypadek dnia zacisznej biblioteki i bodajże też w Berlinie? A faszyzm niemiecki wciąż przeraża.Czasami naprawdę zastanawiam się przedstawicielem jakiego gatunku ZWIERZĄT inteligentnych jestem.Naprawdę sie zastanawiam.Pozdrawiam cię serdecznie.

    • Awatar
      marek wobasz · 2 dni, 8 godz. temu

      ”Volk der Dichter und Denker / Narod Poetow i Myslicieli”–tak powiedzial Wolfgang Menzel (1828) we wstepie do zarysu rozprawy o niemieckiej literaturze… ” Volk der Mörder und Henker / Narod mordercow i katow” — mowiono po wojnie… a dzis? Po prostu Europejczycy… przyzwyczajmy sie, pogodzmy sie z tym faktem. Przyjedzmy. Zobaczmy. Polubmy.

  • BLOG Awatar

    LESZEK SZARUGA I GRUPA C

    Mój znajomy słusznie zauważył, że dzisiaj jest więcej nieczytających piszących niż czytających niepiszących. Piszą wszyscy i to już nie trend a trwały stan rzeczy.

    Jakiś czas temu przeczytałam felieton Sylwi Chutnik mówiący najogólniej rzecz biorąc o „uzależnieniu od książek” (http://zwierciadlo.pl/2011/kultura/sztuka/uzaleznienie-od-ksiazek). Ucieszyłam się, że nie tylko ja czuję się osaczona najróżniejszymi nowościami, mądrymi tomami, bestsellerami, esejami, które koniecznie trzeba przeczytać, przemyśleć i przespać. O ile w ogóle do snu dojdzie, bo chcąc być na bieżąco, przy takiej ilości piszących, o spaniu nie może być mowy.
    Mój znajomy słusznie zauważył, że dzisiaj jest więcej nieczytających piszących niż czytających niepiszących. Piszą wszyscy i to już nie trend a trwały stan rzeczy. Pisze się również o tym, że w ogóle się pisze, czego chyba najdobitniej dał wyraz Navid Kermani, zwierzając się czytelnikowi na 1200 stronach swojej powieści „Dein Name” (Twoje imię), że siedzi i pisać będzie albo zamierza, ale nie może, choć pisać chce.
    Musi to być jakiś fenomen jednak, bo jego opowieść o tym, jak pisze się powieść – mamuta, została nominowana w 2011 roku do jednej z najważniejszych nagród w Niemczech, mianowicie do „Deutscher Buchpreis”, co prawda Kermani nie wygrał, ale przynajmniej wszyscy teraz wiedzą, że pisał, iż pisze.
    Tak więc wszędzie wszyscy piszą. On pisze, ja piszę i moi znajomi też piszą. Koło mojego łóżka, na biurku, tuż obok niego i przed regałami piętrzą się książki i manuskrypty, skoroszyty, które zaczęłam już dzielić na poszczególne grupy, konkretnie zaś na A, B i C.
    A: należy przeczytać natychmiast, bo obiecałam napisać recenzje, poprowadzić spotkanie z autorem, bądź dlatego, że to manuskrypty przyjaciół, które za moment będą książkami.
    B: przeczytać należy w najbliższej przyszłości z tych samych powodów, co przy A.
    Natomiast C, to to, co przeczytać chciałabym ja, to co ciekawi mnie, to co lubię, przy czym się odprężam, a co teoretycznie do niczego nie jest mi potrzebne. No bo kogo dzisiaj stać na taki luksus, żeby czytać wyłącznie dla przyjemności? W kręgu moich znajomych mówi się już: tylko nie przynoś mi książek, albo nie podarowuj mi książek. Nie, że tacy ignoranci, też dzielą koło łóżek kupki na A, B i C.

    Tęsknie spoglądam na kupkę C literaturę niezwykłą, książki berlińskich tłumaczy, którzy nagle zaczęli pisać książki albo pisali od zawsze, ale dopiero teraz odważyli się nie tylko tłumaczyć, ale też  pisać. Ciekawe, że to tłumacze, którzy trudnią się przeważnie przekładem z języka polskiego na niemiecki. To także dzienniki i biografie, niekoniecznie te, o których teraz jest głośno. Na przykład biografia Heinricha Bölla lub wiersze Ericha Frieda. Albo kolejna książka Leszka Szarugi, po którego wiersze sięgam, kiedy już nie wiem, co robić, a po przypowieści, kiedy już głupieję od tego, że głupieję.

    Poniżej dla wszystkich strudzonych tym, co koło ich łóżek, na biurkach i obok, cokolwiek by to nie było. Dwie przypowieści i wiersz Leszka Szarugi z tomów „Przypadki” i „Poza czasem”

    WSZYSTKO JUŻ BYŁO (z tomu „Przypadki”)

    Niedawno poeta Antoni szedł parkową aleją i spotkał wybitnego teoretyka literatury.
    Teoretyk literatury wtajemniczył poetę Antoniego w najnowsze odkrycia. Rzecz w tym, powiedział, że wszystko już było.
    Poeta Antoni spojrzał na niego zdumiony. Ale ciebie nie było, palancie – odparł i oddalił się z godnością.

    *
    „Poza czasem”, przypowieść 20.

    W trakcie poszukiwań w archiwach watykańskich, na które po latach zabiegów uzyskał zezwolenie, profesor Faustus G. z Moguncji odnalazł zapieczętowaną księgę, której odczytanie stało się przyczyną jego szaleństwa. Opowiadając w roku 1849 swoją historię w klinice chorób nerwowych stwierdził, co następuje:
    Odkurzywszy Księgę przystąpiłem do jej otwarcia. Złamałem lakowe pieczęcie i delikatnie odsznurowałem drewniane, opatrzone srebrnymi okuciami deski, po czym niezwłocznie przystąpiłem do lektury. Od pierwszych słów zdałem sobie sprawę z faktu, iż moim oczom ofiarowano po stuleciach wiedzę wszechczasów. Serce moje bić poczęło gwałtowniej, oczu nie mogłem oderwać od tego delikatnego, kaligraficznego pisma. Jak szalony przewracałem kolejne stronice chłonąc tekst tak pasjonujący, że mowy nie było o zaprzestaniu czytania. Odcyfrowywałem kolejne litery, słowa i rozdziały, które napełniały mnie poczuciem mocy wprost nadprzyrodzonej. Czułem, o tak, czułem wprost budzącą się we mnie boskość. Budzącą się, powtarzam, gdyż teraz wiem, że każdy z nas ma ją w sobie uśpioną. Jesteśmy bogami, lecz nie wiemy o tym, gdyż nie umiemy odszukać formy boskości, a ta dana mi była oto w swej naoczności. Zatopiony w Księdze nie zdawałem sobie sprawy z upływającego czasu, traciłem poczucie rzeczywistości, a gdy się ocknąłem, byłem już tutaj, panowie doktorzy. I oto stoję przed wami z tą wiedzą, która jest we mnie, a dla której wyrażenia nie znajduję słów.
    Księża odnaleźli profesora G. zaszytego w najdalszym zakamarku archiwum. Krzyczał. Okazywał im opasłe tomisko, które, gdy je poczęli wertować, okazało się zbiorem pustych, białych stronic.

    *

    SŁOWA SPRZED CZASU

    Wyżarza się słońce serca, gaśnie
    gwiazda bólu. Biel prześwietlona
    bielą wściela się w krajobraz, popieleją
    lasy, wysychają morza. Nad horyzontem
    smuga ognia, krecha płomienia
    skreślająca przestrzeń.

    Rozgarniasz dłonią piach
    pustyni, odsłaniasz pokłady
    ksiąg, o których Bóg
    zapomniał. Zetlałe stronice
    rozwiewają się w świetle i giną, ulatują
    słowa sprzed czasu.

    2031_0.504424001329128256_SAM_034289.jpg 2031_0.262095001329128257_SAM_0340.jpg [/bpfb_images]

    Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan:   2012-02-13 10:17:38 · Wyświetl

    2012-02-13 10:17:38
    • Awatar
      Ula · 1 tydzień, 2 dni temu

      Bardzo piękna przypowieśc o profesorze !

    • Awatar
      l Anka Korona · 1 tydzień, 2 dni temu

      Magda,dokładnie tak uważam,dlatego nabrałam wstrętu do tomów papierzysk w moim życiu.Całe lata czytałam cudze teksty,spowiadano mi się ze swoich marzeń o napisaniu książki,dziwiłam się jak taka Masłowska-knot może robić za swój chaos myśli taką karierę,jak wciska się na nam kit,co jest dobre w literaturze,gdy dobre nie jest.Wystarczy,że jeden dureń ”coś orzeknie”,by wszyscy zaczęli to zauważać.Słabość osądu,słabość pisania,mania wielkości,chęć zdobycia sławy.Pracując jako redaktor wędrujący co chwilę spotykałam pisarzy tak zwanych pisarzy.I wiesz dlatego bagatelizuję już wiele spraw w literaturze,ceniąc niewielu,naprawdę niewielu.Mam nosa do książek i śmieszy mnie,ile jest bubli na rynku księgarskim.Nic nie poradzimy.Cieszę się,że wybrałam przed laty moje studia,dzisiaj bronią mnie przed głupotą wydawania kasy na reklamowane bajery.

    • Awatar
      Joa · 1 tydzień, 2 dni temu

      L Anka: A myślałam, ze to tylko ja nie lubię/nie rozumiem twórczości Masłowskiej…

    • Awatar
      Joa · 1 tydzień, 2 dni temu

      „Poza czasem” mnie się spodobało :)

    • Awatar
      Starbucks76 · 1 tydzień, 1 dzień temu

      od kilku dni nie mogę się uwolnić od słów Pani znajomego ”dzisiaj jest więcej nieczytających piszących niż czytających niepiszących. Piszą wszyscy i to już nie trend a trwały stan rzeczy.” Gdziekolwiek się nie obrócę znajduję fragmenty na potwierdzenie jego tezy.

  • BLOG Awatar

    Spór o mielone, czyli BERLINER BULETTE ´2

    Byłam wczoraj na niezwykłym spotkaniu, poświęconemu Heinrichowi Böllowi. I to właśnie o tym niezwykłym pisarzu, nagrodzonym w 1972 roku Nagrodą Nobla, chciałam napisać.

    Zmierzając jednak w kierunku Deutsches Theater , w którym spotkanie miało się odbyć, mijałam restauracje i całe mnóstwo małych restauracyjek. Duże restauracje były pustawe, małe wypełnione po brzegi, przed jedną z nich, zupełnie niepozorną, goście stali w długiej kolejce na mrozie. Przystanęłam i mój wzrok trafił na tablicę, na której wymieniano dania dnia i oczywiście królowała tam „Bulette”. Przezornie bez „Berliner”, po prostu „Bulette”.

    To nie mógł być przypadek, dlatego postanowiłam mój poprzedni wpis o „Berliner Bulette” uzupełnić o jedną uwagę i jeden przepis, czyli znowu będzie o mielonym.

    Otóż co następuje. W rzeczy samej, jak słusznie zuaważył pod poprzednim wpisem jeden pan, najwyraźniej znawca Berlina – nie ma wyłącznie jednego przepisu na „Berliner Bulette” i jest to w ogóle pewnego rodzaju spór Berlińczyków od lat. Każdy przygotowuje w Berlinie swoje buletty inaczej. Niebezpiecznie jest podawać jeden ujednolicony przepis, pisząc, że to na pewno prawdziwa i jedyna „Berliner Bulette”. I wcale nie żartuję, sama się o tym przekonałam. Dlaczego? Otóż na mojej prywatnej poczcie znalazłam kilka uwag dotyczących właśnie tego zagadnienia, w tym jedną od znajomego Niemca, który nie mówi po polsku, ale jakoś się dowiedział o moim przepisie i postanowił zabrać głos w debacie, która przecież debatą nie była. Spieszę niemniej jednak z wyjaśnieniami. O „Berliner Bulette”, zauważył, pisze się jedynie w przepisach:

    bułka tarta, jajko, mięso mielone, cebula, bułka.

    Koniec. Więcej nic.

    Resztę niech każdy przyrządza jak chce. Nie należy narzucać nikomu swego przepisu, bo każdy berliński dom ma swoje tradycje i swoją BERLINER BULETTE. A w domach berlińskich naprawdę te tradycje się szanuje. Obiecałam mu, że o tym napiszę…

    Natomiast na jednym z portalii społecznościowych, na którym zamieściłam link do bloga, również zwrócono mi uwagę, że skąd ja ten przepis wytrzasnęłam i podano mi kilka innych, które niewiele miały z moim przepisem wspólnego. Wywiązała się nawet ostra wymiana zdań w prywatnej korespondencji, że bez musztardy, na co komu musztarda w bulettach! Zaregowałam ostro, bo w „Berliner Bulette” musztarda po prostu musi być!

    No i się posprzeczaliśmy…

    A na koniec przyznam szczerze, że nie lubię mielonego z musztardą, bez musztardy i w ogóle nie lubię żdnych bulett! Jednak po ostatnim wpisie poczułam się strasznie głodna i postanowiłam zrobić te całe buletty sama. Widocznie tak to jest, że buletta jest magiczna i jak już raz się o niej zacznie, to się nie odczepi. Tradycyjnie zatem podaję kolejny przepis na nieco inną bulettę, uwaga, nie berlińską….

    Naprawdę palce lizać….

    500 gram mięsa mielonego (wieprzowe 70%, wołowe30%,)

    jajko

    bułka koniecznie moczona w śmietanie słodkiej niekwaśnej

    jedna cebulka jedna łyżeczka musztardy

    szczypta majeranku, pieprzu i soli, ser FETA i mięta

    Po uformowaniu i obtoczeniu w bułce tartej nadziewamy masę mięsną niewielkim kawałkiem sera FETA i posiekaną miętą

    Nie żałować mięty…

    Cała reszta, jak w przypadku mielonych …

    Chciałam zamieścić zdjęcie tych NIEBERLIŃSKICH bulet, ale proszę mi wierzyć, nie ostała się ani jedna. Syn mnie uprosił i dzisiaj u nas buletty z miętą znowu.

    Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan:   2012-02-09 09:50:12 · Wyświetl

    2012-02-09 09:50:12
    • Awatar
      marek wobasz · 1 tydzień, 6 dni temu

      Problem buletty odfajkowany? naturalnie, ze nie: ad. mieta, musi byc tzw. ”marokanska” — ma zupelnie inny aromat i ostrosc, ktorej zwykla nie posiada. Gdzie mozna kupic: w dobrych supermarketach i naturalnie ”u Turka”… kiedy bedzie o kielbasce curry – ? det is Berlin!

    • Awatar
      l Anka Korona · 1 tydzień, 6 dni temu

      Jeden mielony i cała awantura.Nie przejmuj się,kłótliwi bywamy tak jak i agresywni.To problem człowieka,który z mielonego czyni drakę.Ja lubię je,ale paradoks jest taki,że idealne BB robi z/w.On to umie.To niech robi w przerwie między humorami.Człowiek przyzwyczaja się niezdrowo do wielu ”niezdrowowści”.Niech żyje BB.

  • BLOG Awatar

    BERLINER BULETTE

    W przeciwieństwie do Monachium, czy Frankfurtu – w Berlinie nie obnosi się ze swoim bogactwem. Prezentowanie tutaj torebek Louisa Vuittona, czy chodzenie do drogich restauracji nie jest w dobrym tonie. Czytałam ostatnio wypowiedź jednego ze znanych kucharzy, który skarżył się, że berlińczycy przyłapani na kolacji w jego kilkugwiazdkowej restauracji, widząc znajomych, przepraszają się nawzajem, że to tylko „Geschäftsessen”.

    Wyobraziłam sobie, że zapraszam moich znajomych do Fischers Fritz albo na obiad do Margaux, w którym wykreuje dla nas deser sam Michael Hoffmann i aż się uśmiałam w duchu. Nikt by ze mną tam nie poszedł, ale na „currywurst” znalazłabym natychmiast paru amatorów. Wśród moich znajomych są jak najbardziej ludzie zamożni, a nawet okropne snoby, których jednak Berlin nauczył skrywać słabości. Za żadne skarby nie przyznaliby się, że skonsumowali kolację w Rutz czy Facil. Mile widziane są za to wszelkie alternatywne kombinacje, maleńkie włoskie, azjatyckie restauracyjki, tudzież od biedy niemieckie nieduże restauracje, gdzie „Berliner Bulette” (mielone), typowy berliński przysmak, podawane są świeże z patelni. Wciąż o tym czytam i sama jestem tego świadkiem: Berlińczyk lubi dobrze zjeść, a nie wydziobywać milimetrowe kęski z talerza.

    Dziobie na talerzu i wdziewa markowe ciuchy na urlopie, kiedy jedzie, powiedzmy na taki Sylt albo do Włoch, bo tam inaczej nie można. Będąc kiedyś w Lido de Venezia na własne uszy słyszałam, jak dystyngowana pani z Monachium opowiadała o „strasznej dziczy” z Berlina.

    - Proszą to sobie wyobrazić! Tony smażonych ziemniaków, wielka „buletta” i do tego kapusta kiszona – tutaj przerwała, żeby wyimaginować gościom te stosy na talerzu – a na deser, proszę państwa – kontynuowała – pączek! Wielki pączek z nadzieniem – przeliterowała „pączka” na wszelki wypadek, gdyby ktoś nie zrozumiał.

    Siedziałam jak mysz pod miotłą, bo zachciało mi się takiego pączka, podczas gdy reszta gości z przerażeniem śledziła opowieść o „berlińskiej buletcie”.

    Sledziłam ostatnio na jednym z forum dyskusję Berlińczyków, którzy próbowali wytłumaczyć, dlaczego kilkugwiazdkowych restauracji berlińskich nie można porównać z londyńskimi, czy paryskimi. Jedni uważali, że trudno znaleźć się Berlinowi na top-liście kulinarnej, skoro od upadku muru upłynęło ledwie 20 lat i ludność wschodnia wymieszała się z zachodnią. Inni twierdzili, zresztą podobnie jak cytowany tu już przeze mnie kucharz, że aby wykreować restaurację na najwyższym poziomie trzeba mieć dla kogo. A Berlińczycy lubią przecież jeść dużo i tanio. Inny z interlokutorów dopytywał się, dla kogo tworzyć kilkugwiazdkowe degustacje kulinarne, skoro w stolicy Niemiec większość mieszkańców to mniejszości narodowe. Ubodło mnie, że wymienił tu również polską, która w Berlinie plasuje się na drugim miejscu, tuż po tureckiej. Inny się zaśmiał (D), że elitarne restauracje utrzymają się jedynie dzięki gościom z prowincji i Rosjanom. Dyskusję zamknął doktor nauk politycznych, tak się przynajmniej przedstawił, czym z miejsca znalazł wielu zwolenników (w Niemczech, jak chyba w żadnym innym europejskim kraju, tytuł doktorski to jest ho, ho, ale to historia na inną okazję). Otóż według niego Berlin nie potrzebuje restauracji dla smakoszy, bo jest wyjątkowy i jedyny na swój sposób. A to dzięki swojej historii. Przywołał tu wiek siedemnasty i wspomniał Hugenotów, następnie Prusaków Wschodnich, wreszcie Wietnamczyków i Turków. Poza tym zaznaczył, że ludność berlińska to głównie ludność napływowa. Każda z wyżej wymienionych narodowości i grup odcisnęła zatem swój ślad w kulturze kulinarnej miasta, wymieszała się z regionalnymi specjałami – tu zauważył, że zadziwiająco przypominającymi kuchnię śląską – i wytworzyła obecną unikatową kuchnię berlińską. Wykład zakończył, że oto nikogo dzisiaj nie dziwi, że jedzie się na kaczkę po chińsku do Gropius Passage, bo tam jest ponoć najlepsza, kebab kupić warto tylko na Yorkstrasse, a currywurst na Mehringdammie. A jakiś niegdyś Rosjanin, a dzisiaj Niemiec (Dimitrij Müller) dodał, że pierogi tylko w Galerie Laffayete na Friedrichstrasse.

    Pozostając w tym dystyngowanym klimacie, podam w takim razie przepis na „Berliner Bulette”, która przywędrowała do Berlina z Hugenotami, chociaż nieliczni upierają się, że z wojskiem napoleońskim, ale jakby nie patrzeć jeden to kierunek. Dzisiaj „berlińska buletta”, to obok „currywurst” jedno z najpopularniejszych berlińskich dań.

    A zatem przepis na „Berliner Bulette”:

    500 gram mięsa mielonego (wieprzowe 70%, wołowe30%,)
    jajko
    bułka berlińska (tak zwana Schrippe), koniecznie moczona w śmietanie
    jedna cebulka
    jedna łyżeczka musztardy,
    szczypta majeranku, pieprzu i soli

    Cała reszta, jak w przypadku mielonych …
    Smacznego!

    Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan:   2012-02-06 22:49:56 · Wyświetl

    2012-02-06 22:49:56
    • Awatar
      l Anka Korona · 2 tygodni, 1 dzień temu

      Wiesz,czasem mam wrażenie,że ludziom odbija z tą kuchnią.Ja jestem w głębi kulinarną chłopką,lubię proste żarcie,jak najprostsze,najem się byle czym,nie zginełabym na Syberii,chyba.Tymczasem ludzie z mego otoczenia wciąz nawijają o żarciu,szczególnie mój z/w ,który oczywiście całe życie moją kuchnię miał w głebokim poważaniu.On sam wymyśla specjały i je potem pichci.Ja mam do tego wstręt,taką mam niestety naturę-niekulinarną.Z/w nawet mielone robi sam ,oczywiście z monologiem nieszczęścia,na co mu przyszło.No i niech robi.Ja czasami idę do restauracji,ale pracując w szkolnictwie ,pracowałam w technikum gastronomicznym i tam uczniowie pokazali mi zaplecze tzw słynnych restauracji.Gdy to zobaczyłam,dziękuję.Nie wiem,jak za granicą,ale wolę zjeść w domu.Nie chcę zupy,z której wyjętio ścierkę,co przed chwilą wpadła lub wyłowiono zagotowane karaluchy (to robiono z wyjątkową pieczołowitością).Tak więc wracam do pajdy z powidłami.Uciekłam ze szpitala,chcieli mnie położyć ,ale za twardy materiał jestem.Buziaki.

    • Awatar
      marek wobasz · 2 tygodni, 1 dzień temu

      Slynna restauracja nie oznacza czystej restauracji. A ”slynna” z jakiego powodu? Ze Kowalski tam jada? Restauracje w Niemczech (szczegolnie te ”gwiazdkowe”) nie moga sobie pozwolic na brud. Kary drakonskie i utrata gosci to zbyt wielkie wielkie ryzyko. Opisany przez pania przypadek zle swiadczy o szefie kuchni — po prostu burak, ktoremu cus sie udalo. jak slepej kurze ziarno. I tyle.

    • Awatar
      l Anka Korona · 2 tygodni, 1 dzień temu

      A to bardzo popularna P.. w sercu Gdyni,kieruje nią pan o nazwisku tańca i wypieku,a jego szkołą kieruje pani ,co tyłek ma wielkości globu,szkółka tak się kręci jak jej tyły,w tej chwili to miernoty na ”wysokim poziomie”,takie jest moje zdanie.

    • Awatar
      Jakub Marcinkowski · 2 tygodni, 1 dzień temu

      Choć z polskiej perspektywy trudno w to czasem uwierzyć, Berlin jest miastem stosunkowo biednym, zwłaszcza jak na niemieckie standardy. Berlin nie pełni w Niemczech roli, ani centrum finansowego, ani gospodarczego. Wiele firm, które po zjednoczeniu Niemiec przeniosło się do Berlina, po jakimś czasie wróciło na ”stare śmieci”. Do wysokiego bezrobocia i problemów budżetowych, dochodzi silny nurt socjaldemokratyczny, który wytworzył już wzorce kulturowe. W takiej atmosferze zwyczajnie nie wypada demonstrować bagactwa, chodzić po drogich knajpach, czy paradować z kosztującą bimbaliony torebką od LV. A zjeść dobrze i smacznie, to wcale nie znaczy jeść drogo :) A można przy okazji podbudować sobie ego, bo nie zjadło się mielonego, tylko Berliner Bulette :) ps. u mnie w domu, do mielonych dodaje się jeszcze trochę suszonych grzybów. Polecam :)

    • Awatar
      marek wobasz · 2 tygodni, 1 dzień temu

      Istotnie berlinczycy nie obnosza sie ze swym bogactwem — i nigdy tak nie robili. To, co mieli najlepszego, ukrywaly wille nad Wannsee, kamienice-palace na Ku-Dammie, czy w dzielnicy Roseneck… Do restauracji jednak chodza —takze z gwiazdka Michelina, jak Vau czy Hartmanns. 4. daniowe menu mozna dostac (bez napojow alkoholowych) juz za ca. 60 euro – a la cart – naturalnie odpowiednio wiecej. ”Berliner Bulette” nie podbudowalo jeszcze ego zadnego berlinczyka — raczej currywurszt z platkami zlota i kieliszek szampana (ale to raczej dla turystow). I cos jeszcze: podejrzewam, ze Autorka chciala wyciac nam – zyjacym w Berlinie – kuranta… Ha, ha… cos takiego, jak ”Berlinier bulette” tak na prawde nie istnieje… :) Kazda gospodyni, kazda typowo berlinska knajpa, ma swoj przepis… z kapichna przecieru pomidorowego, ogorka kiszonego (tak!) — takze grzybami. Jaki by cel jednak Autorce nie przyswiecal…. felieton udany. Smacznego!

  • KOMENT Awatar

    Historia w rzeczy samej wtedy mnie przerosła :) Czy wyjazdy mogą być prozaiczne? Jeśli dzisiaj się tak do tego podchodzi, to w pewnym sensie mnie to cieszy, zawsze można wrócić, decydować samemu o własnym losie. To najcenniejszy dar przemian ostatnich lat. Dla mnie osobiście wszystkie pożegnania. Wyjazdy były wtedy jak małe śmierci, ponieważ nie mogłam wrócić do Polski prawie przez trzy lata. A dla trzynastoletniej dziewczynki każdy jeden miesiąc niemal jak rok … Filować na życie, ładne :)

    Użytkownik magdalena-parys skomentował informację o aktywności:   2012-02-01 09:57:56 · Wyświetl

    2012-02-01 09:57:56
    Awatar
    Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan:
    Przez granicę przewiózł mojego brata i mnie w grudniu 1984 roku znajomy rodziców. O ile mnie pamięć nie myli, nazywał się Jan. Rodzice od dłuższego czasu przebywali za granicą. Nam dzieciom nie...
  • BLOG Awatar

    BERLIN 1984

    Przez granicę przewiózł mojego brata i mnie w grudniu 1984 roku znajomy rodziców. O ile mnie pamięć nie myli, nazywał się Jan. Rodzice od dłuższego czasu przebywali za granicą. Nam dzieciom nie wydano paszportów. Dopiero przekupienie urzędnika kolorowym telewizorem odniosło skutek i mój brat i ja mogliśmy wyjechać z Polski.

    Pamiętam serdecznych przyjaciół moich rodziców, którzy jechali z nami za samochodem pana Jana, aż do Kołbaskowa, niemalże do samej granicy. Podskakiwaliśmy jak na wyrzutni, jadąc trasą, którą nazywaliśmy „lotniskiem”. Pełna dziur, zapadnięć, wybudowana jeszcze za czasów Hitlera.

    Jakieś pięć minut przed samą granicą ciocia Krysia i wujek Zdzichu zaparkowali swojego dużego fiata na uboczu i wysiedli. Mój brat i ja nie ruszyliśmy się z miejsc. W końcu ciocia otworzyła tylnie drzwiczki.

    - Chyba będziemy się musieli pożegnać – głos cioci, zazwyczaj silny, pewny siebie, zabrzmiał dziwnie nieznajomo.

    Przełknęłam ślinę i spojrzałam na brata. Bawił się małym samochodzikiem. Wujek wyciągał z bagażnika dwie nieduże walizki. Całe moje trzynastoletnie życie mieściło się w jednej z nich. W niewiele mniejszej mieściło się życie trzylatka. Ciekawe.

    - Michałek- powiedziałam – jedziemy do mamy. Po namyśle dodałam: – I do taty.

    Wsadził samochodzik do kieszonki i spojrzał mi ufnie w oczy.

    Wujek zakasłał i wcisnął mi niedużą kopertę do futerka. Futerka, które moja mama przywiozła kiedyś z Turcji „na handel”. W końcu jednak zdecydowała się futerka nie sprzedawać. Po jej wyjeździe za granicę odziedziczyłam wszystkie jej rzeczy, futerko też. Ciocia i wujek zajęli się sprzedażą mieszkania, lamp i mebli, wystanych w kolejkach albo załatwianych po znajomości w PRL, który teraz opuszczaliśmy. Na zawsze.

    Podszedł pan Jan, wysoki, ciemnowłosy.

    - Gotowi?

    Ciocia przytuliła nas do siebie.

    -Nie zapominajcie o nas! Nie zapominajcie o nas! – powtarzała.

    Nie wypadło to teatralnie. Postanowiłam nie zapomnieć.

    Łzy kapały na jej czerwony płaszcz. Nawet ich nie ocierała.

    -Nie zapomnijcie o nas! – zawtórował jej wujek.

    Pocałowali mnie w usta. Michał przytulił się do nich. Po chwil wsunął wilgotną rączkę w moją dłoń.

    Trzasnęła klapa od samochodu pana Jana.

    Mocowaliśmy się z pasami, wujek starał się nie patrzeć w naszą stronę.

    - Nie musicie zapinać – powiedział pan Jan.

    Poczułam zapach jak w drogerii, zahuśtało zielone drzewko przy lusterku. Rozejrzałam się po wnętrzu niepolskiego samochodu i czym prędzej przeniosłam wzrok za siebie. Jeszcze duże, po chwili mniejsze, małe i już całkiem maleńkie figurki cioci i wujka.

    - Ani słowa na granicy, ani słowa na granicy! – powiedział pan Jan podjeżdżając do szarej budki.

    Przełykałam więc tylko głośno ślinę, kiedy człowiek z psem krzyknął nam po twarzach: „Passkontrolle”. Michał zazwyczaj marudny, siedział sztywno i patrzył przed siebie. Aż do kolejnej kontroli granicznej nikt z nas nie wypowiedział ani jednego słowa.

    Było ciemno, kiedy zajechaliśmy pod wysoką kamienicę niedaleko Yorkstrasse. Posłusznie wdrapywaliśmy się z Michałem na drugie piętro za panem Janem.

    Weszliśmy do mieszkania ze sztukateriami na sufitach, wielkimi obrazami na ścianach, przesuwanymi drzwiami. Na stołach stały tulipany w okrągłych wazonach i świece. Jak na pogrzebie, ale ładnej. Tak pomyślałam wtedy. Tak zapisałam w pamiętniku.

    To nie było mieszkanie moich rodziców. Postanowili nie witać nas w domu dla uchodźców, w którym wtedy mieszkali. Chcieli powitać nas godnie – w domu pana Jana i jego ładnej żony.

    Michał niepewnie podszedł do mamy.

    Stałam w jakiś dużych drzwiach i głośno przełykałam ślinę.

    W tle szumiała płyta z muzyką Leszka Długosza do słów Juliana Tuwima „Berlin 1913”. Oczywiście nie wiedziałam o tym wtedy. Nie musiałam jeszcze tyle wiedzieć. Patrzyłam i słyszałam: Wielki jest Berlin, wielki – szeptał we mnie głos wielkiego poety.

    Wiele lat minęło zanim odkryłam piękno tego wiersza i wielkość tego miasta.

    BERLIN 1913

    O, smętne, śnieżne nevermore!
    Dni utracone, ukochane!
    Widzę cię znów w Café du Nord
    W mroźny, mglisty poranek.

    Strach, słodki strach od stóp do głów,
    Dygot błękitnych, czułych nerwów,
    I sen był znów, i list był znów:
    Mgła legendarnych perfum.

    Lecz nie ma mnie i nie ma mnie,
    I nigdy w życiu mnie nie będzie.
    Zostanę w liście, zostanę w śnie,
    W tkliwej, śnieżnej legendzie.

    Nic o tym nie wiesz. Czekasz, drżąc.
    Dzień sennie sypie się i szepce.
    Ach, serce moje i młodość mą
    W srebrnej nosisz torebce.

    Wczoraj? A co to było? Tak:
    Carmen, kareta, wino, walce…
    Mignęło w oczach. Nie – to ptak,
    Wyszyty na woalce.

    Pusto i ciepło w tym Café.
    Zima się w oknie szronem perli.
    Nie przyjdę. Idź. Nie spotkasz mnie.
    …Wielki, wielki jest Berlin.

     

    Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan:   2012-01-31 23:25:53 · Wyświetl

    2012-01-31 23:25:53
    • Awatar
      brati · 3 tygodni, 1 dzień temu

      Wow. I takie są początki tego obcowania? Czy po tylu latach to jeszcze obce? Duża Przygoda, jak na dziewczynkę (w tamtych czasach jeszcze pewnie dziewczynkę) i jej małego braciszka…

    • Awatar
      Marika · 3 tygodni, 1 dzień temu

      Przepraszam, ze sie tu odezwe do Brati: kazde zycie sie nadaje ’’żeby go z każdej strony filować’’. ;-)

    • Awatar
      Marika · 3 tygodni, 1 dzień temu

      Opowiesc o poczatkach ciekawa… Nie tak prozaiczna, jak wyjazdy rodakow w ostatnim dziesiecioleciu…;) Moj w sumie byl moze lekko prozaiczny lecz przemienil sie w poezje.

    • Awatar
      magdalena-parys · 3 tygodni temu

      Historia w rzeczy samej wtedy mnie przerosła :) Czy wyjazdy mogą być prozaiczne? Jeśli dzisiaj się tak do tego podchodzi, to w pewnym sensie mnie to cieszy, zawsze można wrócić, decydować samemu o własnym losie. To najcenniejszy dar przemian ostatnich lat. Dla mnie osobiście wszystkie pożegnania. Wyjazdy były wtedy jak małe śmierci, ponieważ nie mogłam wrócić do Polski prawie przez trzy lata. A dla trzynastoletniej dziewczynki każdy jeden miesiąc niemal jak rok … Filować na życie, ładne :)

    • Awatar
      l Anka Korona · 3 tygodni temu

      Ja miałam na początku lat 80tych  wszystko nagrane do wyjazdu do Francji.Chodziło tylko o Drakulę.Nie miał kto przy niej zostać a wstrzymano nam paszporty z jej powodu.Dzisiaj STRASZNIE tego żałuję.Co prawda córka osadziła się we Francji ,w Paryżu,mocno i dobrze,ale nas tam NIE MA. kiedy ostatnio ,będąc tam tylko dwa dni,siedziałam w kafejce ,przytulnej jak moje rękawice,płakałam.We mnie wszystko jest jak z poprzednich wcieleń eklektyczne.Nie,to nie psychoza,to świadomość,kim się jest.Ja pasuję do klimatów małych miasteczek francuskich,żyłabym spokojnie,solidnie i tanio.Zostałam głupią polską kurą,której proces dojrzewania trwał lata.Dzisiaj bardziej nazwałabym się sową,gdyż mam naturę ptaka obserwującego,który ceni miejsce obserwacji i tam zrzuca pióra.

    • Awatar
      Marika · 3 tygodni temu

      Owszem, w wielu przypadkach ta proza zycia laczy sie z mozliwoscia wyboru (nie u wszystkich zapewne) czy chce sie byc tu czy tam. I to jest dar, na pewno, trzeba to doceniac. Moze to lekko naiwne myslenie, ale mnie te dramaty wyjazdow w tamtych latach wydaja sie nieco ’romantyczne’… w sensie tajemnicze, poetyckie…

    • Awatar
      Jakub Marcinkowski · 3 tygodni temu

      Podejmujemy życiowe decyzje, myślimy ”to dla ich dobra przecież”, a rujnujemy dziece światy, o których w ogóle nie mamy pojęcia. Strasznie to smutne. I wtedy i dzisiaj. Ale też i nic się na to nie poradzi. Tak się dzieje, działo i dziać będzie. Ludzie będą emigrować, zmieniać życiowych partnerów, etc. a dzieci będą ponosiły tego konsekwencje, coś tracąc, ale też i (oby) coś zyskując. I nie ma też co się zatrzymywać i żałować, że się wyjechało, albo że się zostało. Nigdy nie wiadomo, co było gdyby. Albo innymi słowy, jakkolwiek zdecydowałeś, jakkolwiek wyszło, będziesz czegoś żałować.

    • Awatar
      l Anka Korona · 3 tygodni temu

      tak,tak,dziecięce światy,dokładnie naiwne wyobrażenia.Fagas z dwójką dzieci i zapłakaną żoną w Polsce,któremu tylko d..trzeba było.To są od tego agencje i koniec.Moja córka za śmietnik robić nie będzie.Naprawdę rzadko zdarza się wielkie uczucie,większość to żałosne pierdolenie.Gdy czytam o takim Kaziu durniu,robi mi się naprawdę niedobrze,naprawdę.Nie chcę komentować takich zachowań popularyzowanych przez głupie media.E,wiem,co piszę.Facet ma chcicę na coś tam,niech lezie,gdzie profesjonalnie mu dadzą i koniec a nie rozwalać rodzinę ,robić z siebie kretynkę i kretyna do pary.Tak jest i inaczej nie będzie.

    • Awatar
      Marika · 3 tygodni temu

      Ja nigdy nie zalowalam, ze wyjechalam i mysle ze – jak Anka – w Polsce dojrzewalabym znacznei dluzej. Tutaj musialam sie szybciej ogarnac i zrozumiec siebie i wiele zyciowych kwestii, mowiac w skrocie.

    • Awatar
      Jakub Marcinkowski · 3 tygodni temu

      i naprawdę nie było nic za czym by się zatęskniło? Nic takiego nie zostało? Nie było żadnej rzeczy, sprawy, widoku, zapachu, smaku, człowieka wreszcie, którego na obczyźnie/w nowej ojczyźnie zabrakło?

    • Awatar
      Marika · 3 tygodni temu

      Jesli piszesz do mnie Jakubie, to oczywiscie ze byly i sa rzeczy a przede wszystkim ludzie za ktorymi tesknie. Czasem bardziej, czasem mniej. Jednak rozwazajac to, co stracilam i co zyskalam – rachunek wychodzi stanowczo na plus.

    • Awatar
      Jakub Marcinkowski · 3 tygodni temu

      Do Mariki. Tak, oczywiście, to było nawiązanie do ”nigdy nie żałowałam”. A zawsze jest coś za coś, zawsze jest coś, co się traci, a dobrze byłoby zachować, choć pewnie bilans później wychodzi na plus, a przynajmniej dobrze tak myśleć, bo inaczej przyjdzie człowiekowi zwariować. Samego dobrego :) Dziękuję.

    • Awatar
      Marika · 3 tygodni temu

      Czyzbys takze mieszkal za granica ale zalowal…? hm?

    • Awatar
      Marika · 3 tygodni temu

      Ja nie zostawilam w kraju meza ani dzieci… :) Zas od rodzicow to wypadaloby odciac kiedys pepowine tak czy siak … Tylko za nimi tesknie, przyjaciol zas mam tutaj.

    • Awatar
      Jakub Marcinkowski · 3 tygodni temu

      Do Mariki :) Rozmawiamy z zupełnie innych perspektyw czasowych. Moje decyzje, wracać, zostać, miały miejsce w innej epoce, bo dwadzieścia parę lat temu to inna epoka. Wtedy wybór oznaczał co innego niż teraz. Ale oczywiście najważniejsze jest, by mieć przyjaciół. W czasach licealnych mieliśmy taki pomysł, by wyjechać całą grupą przyjaciół i wspólnie się osiedlić. Jakby zabrać ze sobą kawałek świata. Nigdy tak się nie stało. Może i dobrze. Zauważyłem bowiem, że ludzie, których znałem (myślałem, że dobrze) w innym kraju, otoczeniu, warunkach stają się kimś innym. Nie zawsze miłym kimś :(

    • Awatar
      Marika · 3 tygodni temu

      Hmm.. a moze nie staja sie kims innym tylko wychodzi z nich to, jacy sa naprawde… Ale coz, ja nie wiem jacy byli moi tutejsi przyjaciele w Polsce, czy w swoich innych krajach.. Poznalismy sie juz na obczyznie. Moze kiedys z kims przeniose sie gdzies indziej. Zobaczymy jacy bedziemy na innym gruncie…

    • Awatar
      Jakub Marcinkowski · 3 tygodni temu

      Myślę, że w starej tezie Marksa, że byt określa świadomość, jest więcej prawdy niż byśmy chcieli. Ludzie i tu i tam tacy byli, jacy byli naprawdę. Tylko okoliczności pokazywały ich inną twarz. Ale wszystkie twarze były tak samo prawdziwe. W każdym razie – Mariko, jesli masz przyjaciół, jesli możesz na nich liczyć, to nieważne, gdzie będziesz żyć. W dzisiejszym świecie wszędzie jest w miarę blisko. Byle tylko – na ile się da – nie niszczyć światów dzieci i zwierząt. Zostawienie psa, który nigdy nie zrozumie, co się stało, to straszna trauma. Good night & good luck :)

    • Awatar
      Marika · 3 tygodni temu

      Psa tez nie zostawialm! No przestan, za kogo mnie masz! ;-) hehe…

    • Awatar
      Marika · 3 tygodni temu

      Ja sie z teza Marksa osobiscie nie zgadzam.. Jesli tak bywa u niektorych, to okropienstowo! :-/ Dobrej nocki zycze rowniez..

    • Awatar
      marek wobasz · 3 tygodni temu

      A moze po prostu zapytac dzieci emigrantow: ”Z dzisiejszej perspektywy, perspektywy doroslej osoby, jak oceniaja decyzje rodzicow sprzed 30., 40 lat i jak widza sie i kim sie czuja ? Moje dziecko mowilo juz po niemal 10. latach: ”Nie jestem Niemcem, nie jestem Polakiem — jestem Europejczykiem” Bo wygodniej? ..bo latwiej..? – byc moze. Dzis pracuje dla francuskiej firmy w niemieckim miescie i marzy o wspolnych wakacjach w Polsce. Z rujnowaniem dzieciecych swiatow jak pisze pan Jakub, bylbym ostrozny… szok przesadzenia jest tym krotszy im dziecko jest mlodsze, im latwiej mu zaadoptowac sie do nowego otoczenia, im bardziej jego rodzice byli otwarci na wszystko, co nowe.. By nie zylo w getcie polskim, by nie sluchalo na okraglo polskiej telewizji, by nauczylo sie byc otwartym na inne siwaty, inne zwyczaje, inne kuchnie…

    • Awatar
      Marika · 3 tygodni temu

      Mysle, ze to prawda, patrzac na dzieci w mojej blizszej i dalszej rodzinie… Moja mala siostrzenica wyjechala z rodzicami do Holandii w wieku 4 lat. Po 7 latach teraz, czuje sie tam swietnie, wsiakla w tamtejsza kulture. Mowi po polsku, ale ma samych holenderskich przyjaciol, bo Polakow w okolicy nie ma. W szkole jednak chetnie spiewa po polsku na roznych wystepach i prezentuje kuture rodzicow (bo juz chyba nie jej), co jest przyjmowane bardzo pozytywnie. Z drugiej strony sa moje kuzynki w dalekiej Australii, ktore rodzice ’wywiezli’ kiedy byly nastolatkami… To bylo prawie 20 lat temu.. Przynjamniej jedna z nich marzy o powrocie i czuje sie skrzywdzona tym, ze zostala wyrwana z kraju, od przyjaciol i ukochanych dziadkow… :-(

  • KOMENT Awatar

    :)

    Użytkownik magdalena-parys skomentował informację o aktywności:   2012-01-29 15:48:06 · Wyświetl

    2012-01-29 15:48:06
    Awatar
    Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan:
    Wyjechaliśmy z rodziną i przyjaciółmi z Berlina, w którym hucznie obchodzi się 300 urodziny Fryderyka II Wielkiego. Z punktu widzenia Berlińczyków należy to zrozumieć. W końcu to pod jego rządami...
  • BLOG Awatar

    POPSTAR 2012

    Wyjechaliśmy z rodziną i przyjaciółmi z Berlina, w którym hucznie obchodzi się 300 urodziny Fryderyka II Wielkiego. Z punktu widzenia Berlińczyków należy to zrozumieć. W końcu to pod jego rządami Prusy stały się jednym z najpotężniejszych państw europejskich.

    Na polskich kartach historii Fryderk II Wielki zapisał się źle, bardzo źle. Wystarczy zapytać, kto w Polsce kochał kiedykolwiek Prusy?

    Niemcy kochają Prusy. W niemieckiej telewizji, w radiu, czasopismach i na plakatach, nowych pomnikach ON. Fryderyk II Wielki, król Prus, POPSTAR 2012.
    Odczyty, wielogodzinne debaty polityczne, feministyczne, również psychologiczne (Fryderyk nierozumiany przez ojca, jego dziwny stosunek do kobiet). W telewizji, w jednym z najpopularniejszych talk-show, kłótnie czy rzeczywiście wielki czy tylko okrutny, czy prowadził mądre wojny, czy jednak nie. Ktoś ważny odrzucił zaproszenie do radia, nie będzie mówił o europożercy i nie był to Polak.
    Swoją drogą, co to jest mądra wojna, bardzo chciałabym wiedzieć…

    Tu gdzie jestem w tej chwili nie ma to najmniejszego znaczenia. Jesteśmy w wiosce Brandnertal w Vorarlbergu, krainie nazywanej w dawnej polszczyźnie Przedarulanią. Tak więc jesteśmy w Austrii, w ośrodku wczasowo – narciarskim wybudowanym przez Holendrów, przyjmujących głównie Niemców.
    Ja widzę tu biel, śnieżną BIEL i niepokoi mnie jedynie fakt, że mój syn zgubił rękawiczki. W Alpach – raczej potrzebny dodatek. Mieszkamy bowiem na szczycie jednej z gór, wydaje mi się, że tej najwyższej. W okolicy nie ma nic wyżej, wszędzie jest tylko niżej.

    Daleko stąd nie tylko do Berlina i do Fryderyka II Wielkiego, także do miasteczka, w którym można byłoby nabyć rękawiczki czy szczoteczkę do zębów.

    I tak jest dobrze, tak ma właśnie być.

    Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan:   2012-01-29 15:02:39 · Wyświetl

    2012-01-29 15:02:39
    • Awatar
      l Anka Korona · 3 tygodni, 3 dni temu

      Przyznać ci muszę,że zawsze dowiaduję się czegoś interesującego i cholernie KONKRETNEGO.Dostrzegam w tobie złotą żyłę praktycyzmu.

    • Awatar
      magdalena-parys · 3 tygodni, 3 dni temu

      :)

    • Awatar
      Jakub Marcinkowski · 3 tygodni, 3 dni temu

      Trzy refleksje, jeśli można. (1) Fryderyk Wielki to właściwie kwintesencja koronnego paradoksu Niemiec, kraju Hitlera i Goethego. Potrafił być bowiem jednocześnie bezlitosnym oprawcą i wielkim filozofem (warto poczytać), zbrodniarzem i humanistą. Zwolennikiem równości praw bogatych i biednych, miłośnikiem zwierząt (pochowany ze swymi psami) i cynicznym, proszę wybaczyć, squrwielem. Postać warta badań i głębszego zastanowienia. (2) czy byłoby dla niego jakimś usprawiedliwieniem, że po prostu musiał być najbardziej bezwzględny ze wszystkich, inaczej ze względu na homoseksualizm (jak piszą jedni) lub impotencję (jak chcą inni) w swoich czasach zostałby zepchnięty na dno? Czy można tu stosować współczesne miary? Nie wiem. (3) Rękawiczki dla synka zawsze będą ważniejsze niż największa nawet sprawa wielkiego świata, co dopiero, gdy miała miejsce 300 lat temu :)

  • KOMENT Awatar

    To prawda, wciąż zauważam, ze te historie berlińskie, o murach, tunelach, ucieczkach, to sprawy nieznane i ….. jak to dobrze, że ten Mur ”zdechł” jak to dobrze!

    Użytkownik magdalena-parys skomentował informację o aktywności:   2012-01-29 13:02:19 · Wyświetl

    2012-01-29 13:02:19
    Awatar
    Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan:
    Od kilku tygodni uczestniczę w spotkaniach autorskich i mam przyjemność opowiadania o swojej książce. A może też i trudność. Nie o tym jednak... Podczas spotkań, jakże by inaczej, tematem przewodnim...
  • BLOG Awatar

    GENDARMENMARKT CZYLI BYĆ ALBO NIE BYĆ

    Zdarzało się, że jeździłam ze znajomym na Glienicke Bruecke, ponieważ postanowił dotknąć i zobaczyć most, na którym dochodziło do wymiany pojmanych agentów wschodnich i zachodnich wywiadów. Nawiasem mówiąc, zdarzenie takowe miało miejsce w rzeczywistości zaledwie trzy razy, za to na wszelakich filmach szpiegowskich przynajmniej kilkadziesiąt.

    W Berlinie jest tyle miejsc, które warto pokazać, że kiedy przyjeżdżają znajomi naprawdę nie wiem, od czego zacząć. Przeważnie jednak problem rozwiązuje się sam, bo odwiedzający mnie mają swoje utarte wyobrażenie o stolicy Niemiec i w związku z tym najdziwniejsze życzenia. Wujek Teddy z Anglii bez przerwy chce zwiedzać bunkry, katakumby i zakamarki metra. Na powierzchni już wszystko widział. Wie, gdzie stała mównica Josepha Goebbelsa, którędy przebiegały faszystowskie defilady i w którym ogrodzie– a raczej po dnim, w bunkrze, otoczonym dzisiaj brzydkim osiedlem – Hitler strzelił sobie w głowę.

    -To tu! To tu było! – krzyczy po angielsku, ciągnąc mnie za rękaw.

    Wiem, że to tu, ale on lubi sobie takie rzeczy odświeżać. Na tym podwórku byłam już sto razy i – jak znam życie – będę jeszcze nie raz. Ciocia Moni, jego żona, chce natomiast zobaczyć „TO” Centrum Mody, bo przecież Berlin to Centrum Mody. Odkąd IMG organizuje w Berlinie Fashion Week, ciocia uważa, że Berlin to taki niemiecki Nowy Jork. Właściwie to ma rację, ze wszystkich niemieckich miast najwięcej tu multikulturowego flairu i na ulicy to widać. Ale zaraz stolica mody? A jeśli tak, to dokąd ją zawieźć na Kreuzberg, czy na Wedding?

    Natomiast mój kolega z Nowej Zelandii, Henri, już przed swoim przyjazdem uświadamia mnie przy telefonie, że Berlin należy objechać rowerem. Tak przeczytał – tam u siebie.

    - Rozumiesz, taka wycieczka wzdłuż Muru!

    Absolutnie nie chcę jeździć śladami Muru, ale Henri chce i pewnie będę musiała przejechać „Berlin on Bike”.

    Inna moja znajoma, tym razem z Gdańska, wyczytała ostatnio, że Berlin można zwiedzać również trabantem, z którego przewodnik głośno „wytrąbia” całą swą wiedzę o mieście. W rezultacie nie tylko pasażerowie, ale i przechodnie mogą o swoim mieście sporo usłyszeć. Na szczęście taka wycieczka kosztuje od osoby 79 Euro i koleżanka w ostatniej chwili zrezygnowała.

    W rezultacie bezustannie odnoszę wrażenie, że odwiedzający mnie mają więcej wiadomości o Berlinie niż ja. Moja rola sprowadza się jedynie do tego, żeby podwieźć lub kupić bilety, bo to co wiedzą, chcą już tylko pogłębić. Ich ciekawość dotyczy jednak przeważnie niechlubnej przeszłości faszystowskiej bądź historii tej najnowszej. Zdarzało się więc, że jeździłam ze znajomym na Most Glienicke, ponieważ postanowił dotknąć i zobaczyć most, na którym dochodziło do wymiany pojmanych agentów wschodnich i zachodnich wywiadów. Nawiasem mówiąc, zdarzenie takowe miało miejsce w rzeczywistości zaledwie trzy razy, za to na wszelakich filmach szpiegowskich przynajmniej kilkadziesiąt.

    Jednak w jedno miejsce udało mi się zawieźć prawie wszystkich gości: na Gendarmenmarkt. Miejsce wyjątkowe i dowód na to, że Berlin ma też miejsca najzwyczajniej tradycyjnie piękne, mogące konkurować o miano jednego z najpiękniejszych w Europie. Położony wspaniale, niedaleko stąd na Uniwersytet Humboldtów, dlatego równie często co turystów, można spotkać na nim studentów zanurzonych w książkach. Blisko do opery czy wielkopańskiej Friedrichstrasse. W parę minut można dotrzeć do Bramy Brandenburskiej. Moim zdaniem, być w Berlinie i nie być na Gendermenmarkt to nie być w Berlinie wcale.

    MAŁA WYCIECZKA PO GENDARMENMARKT

    Gendermanmarkt to olbrzymi plac liczący około 3,3 hektarów ziemi . Początkowo był po prostu zwyczajnym rynkiem i nazywał się Linden- Markt. Swoją dzisiejszą nazwę zawdzięcza „Gens d’arme”, która trzymała tutaj od roku 1796 do 1782 w stajniach konie. W miejscu centralnym znajduje się Sala Koncertowa, zaprojektowana w 1821 roku przez Karla Friedricha Schinkela , architekta i grafika, jednego z najwybitniejszych twórców klasycyzmu w Królestwie Prus. Naprzeciw niej stoi dumnie na cokole Friedrich Schiller. Tuż obok Sali Koncertowej znajduje się Katedra Francuska (Der Französische Dom), niegdyś kościół Hugenotów, którym Wielki Elektor, Fryderyk Wilhelm I obiecał w 1685 roku wolność wyznaniową i prawa obywatelskie. Dziś w Katedrze Francuskiej znajduje się muzeum Hugenotów. Naprzeciw katedry znajduje się Katedra Niemiecka (Der Deutsche Dom), równie piękna, podziwiać można w niej stałą wystawę, poświęconą demokracji parlamentarnej. Niezwykle ciekawej choćby z tego względu, że przedstawia ona historię związaną bezpośrednio z samym Gendermenmarkt. Między innymi opowiada bowiem o zamordowanych w 1848 rewolucjonistach, których ciała ułożono na schodach tej właśnie katedry. Nie należy kojarzyć niemieckiej nazwy „Dom”, czyli katedry z katedrą jako taką, obydwie nazwy nawiązują do francuskiego „dome”, które oznaczają „wieżę”. A to właśnie imponujące wieże Francuskiej i Niemieckiej Katedry nadają budowlom szczególnego szyku i dostojności.

    Do tej pory wszyscy moi niepokorni goście musieli zwiedzić Gendermenmarkt i wysłuchać powyższej historii, czasem udało mi się niektórych z nich zapędzić nawet do jednej z katedr. Nikomu nie podarowałam. Z jednym wyjątkiem. Otóż ubiegłego lata przyjechały do mnie przyjaciółki z Warszawy, które jak wszystkie mieszkanki europejskich stolic, bardzo dokładnie wiedzą, czego chcą i na Friedrichstarasse zażyczyły sobie bawarskiej restauracji i bawarskiego piwa. Byłam pewna, że nie znajdą, dlatego spokojnie i pewnym krokiem szłam za nimi, w myśl zasady: wszystkie drogi prowadzą na Gendermanmarkt. Okazało się jednak, że były zorientowane lepiej niż ja i oto na jednej z najbardziej ekskluzywnych, najdroższych ulic Europy znalazły bawarską restaurację (!) i na Gendarmenmarkt nie dotarłyśmy.

    Ale to nie moje ostatnie słowo.

    Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan:   2012-01-26 09:40:45 · Wyświetl

    2012-01-26 09:40:45
    • Awatar
      Jakub Marcinkowski · 3 tygodni, 6 dni temu

      Uwielbiam niesztampowe pomysły, więc koncept wycieczki z Warszawy do Berlina na specjały bawarskiej kuchni imponuje mi niezmiernie. Coś jak wycieczka do Bydgoszczy po oscypki :) Podziwiam.

    • Awatar
      marek wobasz · 3 tygodni, 6 dni temu

      a moze dziewczyny przyjechaly w innym, niz bawarski, celu? …ciuchy? …koncert? …Hamburger Bahnhof?

  • BLOG Awatar

    MUR

    Od kilku tygodni uczestniczę w spotkaniach autorskich i mam przyjemność opowiadania o swojej książce. A może też i trudność. Nie o tym jednak… Podczas spotkań, jakże by inaczej, tematem przewodnim jest BERLIN. Rzadko ten dzisiejszy. Mówiąc o ”tamtym” Berlinie bez przerwy przywołuję w swoich opowieściach MUR, o którym w Polsce wie się niewiele a nawet bardzo mało. Polacy zajęci własnym murem, którego nikt nie wybudował, a jednak był, podzieleni, zajęci swoimi sprawami jakby przeoczyli i nie chcieli wiedzieć, nie mogli, nie mieli czasu ani głowy na to, że gdzieś tam obok też jest źle, że tuż obok jest Mur prawdziwy, realny. Być może dlatego dzisiaj po latach, kiedy jest czas, żeby otworzyć się na obcą historię,  nawet tę niemiecką tak boleśnie powiązaną z naszą, te spotkania z czytelnikami są takie ożywcze.

    W chwili wybudowania Muru, budowanego niemal przez noc, nastąpił realny podział Berlina na pół. Czy to możliwe? Bo jak podzielić na pół linie tramwajowe, metro, linie telefoniczne, kanalizację, prąd, rzeki, jeziora? I wreszcie czy to możliwe powiedzieć studentowi, który studiował po wschodniej stronie a mieszkał po zachodniej, robotnikowi który pracował po zachodniej a mieszkał po wschodniej, że nie wróci do domu, bo wybudowano MUR?  A matka, która poszła odwiedzić przyjaciół i już nie wróciła do dzieci?

    W 1961 roku Mur podzielił nie pięć, nie piąćdziesiąt, nie pięćset, nie pięć tysięcy a piędziesiąt tysięcy rodzin. I tak sobie rozmawiamy na tych spotkaniach i nawiązujemy nić porozumienia …

    Nigdy nie zrobiłam zdjęcia Murowi, odbijałam się o niego po zachodniej stronie, czułam, że wszędzie jest jakiś koniec. Być może nie chciałam tego utrwalać. Nie mam takich zdjęć. Mam jedynie takie tuż obok Muru, nadesłane przez przyjaciela.

    Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan:   2012-01-22 09:44:08 · Wyświetl

    2012-01-22 09:44:08
    • Awatar
      l Anka Korona · 1 miesiąc temu

      Dobrze,że ten cholerny mur zdechł.Ciekawe sa twoje przytoczone historie z nim zwi ązane,dla mnie to nowość.

    • Awatar
      Jakub Marcinkowski · 4 tygodni, 1 dzień temu

      Szanowna Autorko, nie zgadzam się. Trudno mi mówić za innych, ale w moim bez wątpienia polskim otoczeniu, mur berliński i to, co za tym murem, tkwiło w świadomości bardzo głęboko. To była enklawa lepszego świata, najbliższa i najbardziej dostępna. Słowo ”Tempelhof” było przecież w języku PRL niemal tajemnym hasłem. Do Berlina Zachodniego można było wejść na PRLowski paszport (oficjalnie nie, ale w praktyce tak, jak ktoś się nie bał – owszem, NRDowcy byli podli, potrafili rozebrać do naga, niszczyli bagaże, stemplowali w paszport coś, co wymagało potem tłumaczenia się na komendzie po powrocie – ale przecież warto było). No i nie była potrzebna wiza (inny obiekt marzeń tamtych czasów). Po przejściu 10 kroków zaczynało się inne powietrze. Fizycznie niemożliwe, ale przecież tak było. I w tym powietrzu człowiek już inaczej myślał. I to nie chodziło o pełne półki sklepów, kolory, zapachy, smaki, samochody, ubrania. To oszałamiało, ale najważniejsze było to nieuchwytne coś w powietrzu. Człowiek po przejściu muru czuł się lżejszy. Wrażenie takie powstawało na przejściu granicznym, a jeszcze bardziej, jak ktoś się przesiadał na granicznej stacji przy Friedrichstrasse skąd odchodziły pociągi jadące do Niemiec Zachodnich. Wyglądało to jak przedsionek obozu koncentracyjnego. Konwoje, druty kolczaste, żandarmi z ujadającymi psami, reflektory, pomosty strażnicze, tablice, że strzelają bez uprzedzenia… Jak już się wyszło na ulicę, to wszystko było wolnością. Więc ja i ludzie z mojego otoczenia mieli głęboką świadomość istnienia muru i jego znaczenia. A zwłaszcza tego, że to, że za tym murem jednak zachodni świat przetrwał wbrew blokadzie i wszelkim wysiłkom towarzyszy radzieckich to pstryczek w sowiecki nochal. No i stamtąd, do komendanta studium wojskowego, wysłaliśmy kartkę ”dziękujemy za truskawki, prosimy o poziomki”, rycząc przy tym z radości, aż się do dziś robi ciepło w sercu. Ot takie kombatanckie wspomnienia, dziś ciut trudne do zrozumienia :)

    • Awatar
      magdalena-parys · 3 tygodni, 3 dni temu

      To prawda, wciąż zauważam, ze te historie berlińskie, o murach, tunelach, ucieczkach, to sprawy nieznane i ….. jak to dobrze, że ten Mur ”zdechł” jak to dobrze!

  • BLOG Awatar

    Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan:   2012-01-16 22:04:51 · Wyświetl

    2012-01-16 22:04:51
    • Awatar
      marek wobasz · 1 miesiąc, 1 tydzień temu

      zdjecie zrobione prawdopodobnie w wieczor pierwszego koncertu, a wiec 5 stycznia 1982 roku.

    • Awatar
      marek wobasz · 3 tygodni, 6 dni temu

      ponizej wypadl podpis pod zdjeciem. od lewej: G. Carioti oraz Maciej Gebel

  • BLOG Awatar

    Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan:   2012-01-16 22:01:06 · Wyświetl

    2012-01-16 22:01:06
  • BLOG Awatar

    MULTIKULTI, JAZZ I SOLIDARNOŚĆ

    Quasimodo należy do najbardziej znanych i „uznanych” klubów jazzowych Europy, niektórzy krytycy muzyczni zaliczali go nawet do ścisłej czołówki starego kontynentu obok Jazz Cafe w Londynie czy New Morning w Paryżu. Gwarancją powodzenia było pozyskanie takich muzyków jak Branford Marsalis, czy Maceo Parker. Osiem tysięcy koncertów na przestrzeni 30 lat – który klub pochwalić się może takim sukcesem?

    Miesiąc temu byłam na niezwykłym spotkaniu w centrum Berlina. W Czerwonym Ratuszu, miejscu historycznym, uroczyście dziękowano berlińczykom za solidarną pomoc, która podczas stanu wojennego płynęła z Niemiec. Polacy dziękowali za paczki i wsparcie sprzed 30 lat. A ja po tym spotkaniu wyszłam zafascynowana … Quasimodo – klubem jazzowym.

    Nigdy nie chodziłam do tego klubu. Zdziwionym znajomym odpowiadałam przez lata, że nie lubię jazzu. Przyjaciele uznali mnie za niedouczoną ignorantkę i chodzili tam sami.

    Quasimodo należy do najbardziej znanych i „uznanych” klubów jazzowych Europy, niektórzy krytycy muzyczni zaliczali go nawet do ścisłej czołówki starego kontynentu obok Jazz Cafe w Londynie czy New Morning w Paryżu. Ile ciekawych, nie tylko jazzowych imprez przeleciało mi koło nosa? Gwarancją powodzenia było pozyskanie takich muzyków jak Branford Marsalis, czy Maceo Parker. Osiem tysięcy koncertów na przestrzeni 30 lat – który klub pochwalić się może takim sukcesem?

    O tym wszystkim szeptał mi – jak widać wciąż jeszcze niedouczonej – podczas spotkania w Czerwonym Ratuszu, serdeczny przyjaciel. A to dlatego, że ze zdziwieniem obserwowałam scenę przyznawania orderu „Dziękuję za solidarność” Giorgio Cariotiemu, postaci niezwykłej – właścielowi klubu Quasimodo. Widząc moje rosnące zdziwienie, Wojtek Drozdek, współzałożyciel Arbeitsgruppe „Solidarność” w Berlinie Zachodnim, opowiedział mi, młodszej koleżance, historię niezwykłą.

    Siała baba mak, a to było tak: Dokładnie przed 30 laty, w styczniu 1982 roku, miała miejsce seria koncertów rockowo-jazzowych na rzecz pomocy dla „Solidarności”. Zorganizował je w Berlinie Zachodnim klub Quasimodo a dokładniej jego szef Giorgio Carioti. Dlaczego Quasimodo rozpoczął akcję solidarności z Polską na tak wielką skalę? A dlatego, że Signore Carioti od chwili powstania tego legendarnego dziś klubu, a więc już od połowy lat siedemdziesiątych, zapraszał do Berlina nie tylko największych i najsławniejszych muzyków z Polski, lecz i tych, najbardziej uzdolnionych, których kariera miała sie dopiero rozpocząć. Pomagał mu wówczas Maciek Gebel, tenisista, trener; nie tylko sympatyk ruchu „Solidarności” ale i znawca polskiej sceny muzycznej… W Clubie Quasimodo, w piwnicach Delphi-Palast, występowali nie tylko najsłynniejsi muzycy jazzowi: Dizzie Gillespie, John Scofield, Chet Baker, ale i …Nigel Kennedy. Gościły tu gwiazdy soul czy popu: Chaka Khan i Prince. „Nigdy nie byłem nastawiony na prezentację tylko jedego kierunku w muzyce – opowiadał nam potem Giorgio w Czerwonym Ratusztu – liczyły się kwalifikacje muzyczne moich gości oraz ustalenie takich honorariów, by koncerty dostępne były kieszeni przeciętnego berlińczyka…”.

    Dwie styczniowe noce z rzędu grali muzycy na rzecz „Solidarności” rezygnując z wynagrodzenia podobnie jak i szef Quasimodo z wpływów za bilety. W latach osiemdziesiątych Quasimodo gościł nadal polskich muzyków, a signore Carioti przejmował często całkowite koszty wyjazdu i pobytu – „Trzeba być konsekwentnym…”

    - Wiesz Magdo – kończył swoją opowieść Wojtek – prawdziwy przyjaciel Polaków, który „z ziemi włoskiej do Polski…” przez Berlin …

    - Ciekawe, ile jest jeszcze takich historii? – pomyślałam na głos.

    - Mogą ci jeszcze opowiedzieć o pewnym Turku … – zaczął Wojtek.

    - Nie, nie, wystarczy na razie! – powiedziałam, zaniepokojona, że do jakiegoś tureckiego klubu nie chodziłam w przekonaniu, iż oferują tam jedynie taniec brzucha – może następnym razem!

    Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan:   2012-01-16 21:45:51 · Wyświetl

    2012-01-16 21:45:51
    • Awatar
      l Anka Korona · 1 miesiąc, 1 tydzień temu

      Interesujące -bardzo! -info,jazz mnie pasjonuje,dziękuję,połknęłam jednym tchem.Bardzo komunikatywnie napisane.

    • Awatar
      Jakub Marcinkowski · 1 miesiąc, 1 tydzień temu

      Wielka Sprawa. Dziękuję z całego serca za ten materiał. Dzięki takim ludziom jako Giorgio Carioti niektórym z nas udało się wtedy zwyczajnie przetrwać. Właśnie za ten odruch serca, solidarności, zrozumienia, bez pytania ”co w zamian”, o takich ludziach należy mówić i to im stawiać pomniki (nie za życia, rzecz jasna :) bo to właśnie oni na nie zasłużyli. Takich historii jest więcej. Mam nadzieję, że ktoś o nich napisze. I będzie pamiętał. A jazz jest fenomenalną muzyką, tylko trzeba dorosnąć :)

  • BLOG Awatar

    Stereotypy niestereotypowe

    Odwiedził nas dzisiaj nasz znajomy, Sven, i wzięło nas na rozmowy o Berlinie. Sven stwierdził, że Berlin jest miastem ruchu, miastem ludzi ciągle się przeprowadzających, i że on sam zdążył przeprowadzić się już czternaście razy. Odparłam mu, że w Warszawie i w Nowym Yorku jest podobnie i wzruszyłam ramionami. Jednocześnie pomyślałam o cioci z Gdańska, która zmieniła miejsce zamieszkania tylko jeden raz w życiu: kiedy wychodziła za mąż. A potem odwiozłam Svena do metra i przejeżdżając przez dzielnicę Britz pomyślałam, że też tutaj kiedyś mieszkałam. A także o tym, że w ostatnich dwudziestu latach przeprowadzałam się dwanaście razy, i że za chwilę czeka mnie kolejna przeprowadzka, i że Sven ma chyba racje. Zganiłam się czym prędzej za sztampowe myślenie, które tak mu wypominałam, ale to wszystko działo się w mojej głowie i do swojej głowy ma się, jak wiadomo, stosunek bardziej tolerancyjny.
    Sven wysiadł, a ja znów przejechałam koło osiedla, na którym kiedyś mieszkałam. Osiedle jak osiedle, wybudowane na początku lat pięćdziesiątych, trzypiętrowe bloki, trochę odrapane i szare. Wśród nich parę kolorowych budynków, zadbanych, to te z mieszkaniami prywatnymi, odrestaurowane, lśniące, czyli jak wszędzie.
    Mieszkałam na tym osiedlu przez rok w tych najbardziej szarych blokach z odrapanym tynkiem, ale miałam tam przemiłych sąsiadów. Pode mną mieszkało starsze małżeństwo. Zawsze można było do nich zapukać, pożyczyć cukier albo spytać, czy pan Mayer nie zajrzałby do kaloryferów, bo często się zapowietrzały. Na górze mieszkała samotna starsza pani, której robiliśmy na zmianę zakupy, bo miała złamaną nogę i ta noga nie chciała się zrosnąć. Naprzeciw spokojni ciemnoskórzy państwo z małym pieskiem. Ale jak to bywa, coś tam zawsze jest, co nas drażni: nade mną mieszkał młody chłopak, który słuchał głośnej muzyki i książki czytałam z zatyczkami w uszach.
    Zastanowiłam się, kiedy to było… To musiał być rok 2003/2004. Jakoś właśnie w tym czasie organizowałam z koleżanką i Uniwersytetem Humboldtów finał konkursu literackiego w Instytucie Polskim i Instytucie Węgierskim. Instytuty znajdowały się wtedy jeszcze w samym centrum Berlina przy Karl – Liebknecht –Straße, blisko Alexanderplatz. Laureatów było wielu, bo konkurs obejmował sześć krajów i prace nadsyłano w sześciu językach. Zawsze przy takich spotkaniach prześladował mnie lęk, że gości, mających podziwiać tych zdolnych ludzi, przyjdzie zbyt mało, że laureaci nie zostaną należycie docenieni, oklaski będą zbyt ciche, nagrody nie takie itd. Moją zasadą było więc zapraszanie dosłownie wszystkich, w tym także sąsiadów, znajomych, rodzinę znajomych, znajomych znajomych, sprzedawczynię w sklepie, nawet tego niemożliwego chłopaka z góry. Samo zaproszenie nie polegało jedynie na wysyłaniu zaproszeń i informacji, że spotkanie odbędzie się o tej i o tej godzinie, na tej ulicy i że zapraszam, proszę przyjść. Nic z tych rzeczy. Opowiadałam ze szczegółami o nominowanych, o wyjątkowości autorów, o ich talentach, krajach, z których pochodzą, o miejscu, w którym spotkanie się odbędzie i że koniecznie trzeba przyjść, bo naprawdę warto i … A że sąsiadów widziałam prawie codziennie, więc maltretowałam ich regularnie. Za którymś razem, kiedy tłumaczyłam państwu Mayer jak dojechać do Karl – Liebknecht – Straße , zauważyłam że coś ich gryzie i wyglądają na strasznie zmartwionych. W końcu pani Mayer wyznała, że nie będą mogli przyjechać.
    - Ale dlaczego? – spytałam.
    - Bo my nie jeździmy do Berlina wschodniego.
    Nie rozumiałam, o czym mówi. Był rok 2004, jaki Berlin wschodni? Myślałam, że po upadku muru jest już tylko jeden Berlin, a nie dwa.
    - Nie rozumiem – powiedziałam zgodnie z prawdą.
    - No, my nie jeździmy na wschód.
    - Jaki wschód?
    Pan Mayer wytłumaczył mi wtedy, że mieszkają tu od 1961 roku i starają się nie opuszczać dzielnicy, lekarza mają tutaj, tylko jak trzeba to jadą dalej.
    - Jak trzeba – powtórzył i westchnął.
    Konsekwentnie poruszają się po zachodniej części miasta, tak jak to było od 1961 do 1989 roku, jeszcze przed upadkiem Muru. We wschodnim Berlinie nikogo nie znają, słyszeli że tam (machnął ręką w niezidentyfikowanym kierunku) dzieją się złe rzeczy i dlatego boją się tam jeździć.
    - Wie pani … inni ludzie – zakończył.

    Pogrążona w myślach nie zauważyłam nawet, że dojechałam pod blok państwa Mayerów. Storczyki w oknie, okna wypucowane. Na pewno tu jeszcze mieszkają i żadne upadki murów czy Europy tego nie zmienią. Jednak na spotkanie wtedy do Instytutu Polskiego przyjechali, on we fraku, ona w koronkowej sukni, wyglądali na przejętych, w końcu przyjechali do innego miasta.

    Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan:   2012-01-13 13:13:37 · Wyświetl

    2012-01-13 13:13:37
    • Awatar
      zabizu cd L.Anki Korony · 1 miesiąc, 1 tydzień temu

      Kochana heur,zachowujesz się, jak typowa dusza romantyczna,altruistycznie i ponad.Tymczasem Fly zacumowany bardzo blisko T.J. i tak wie za dobrze i za dużo,stąd ta pewność bytu.Wkraczasz jak barwny motyl w żmijowe trzęsawisko.

    • Awatar
      Marika · 1 miesiąc, 1 tydzień temu

      Ja tez zauwazylam, ze Niemcy sa nadal ’w srodku’ podzieleni… Znalam swietnych mlodych ludzi (znam nadal, ale rozjechali sie po swiecie) z Niemiec wschodnich i zachodnich i oni sami mowili o sobie nawzajem z lekka uszczypliwoscia, czasem lekcewazeniem, co mnie bardzo dziwilo…

    • Awatar
      Jakub Marcinkowski · 1 miesiąc, 1 tydzień temu

      Znam ludzi w Warszawie, którzy mieszkając przez 30 lat na Mokotowie nie chcieli pojechać do znajomych na Targówek i przedstawiali podobne motywacje. Nie trzeba zatem berlińskiego muru, wystarczy most na Wiśle, by wyznaczyć granice ”bezpiecznego świata”. Cóż. Wszyscy, mniej lub bardziej, posługujemy się stereotypami, inaczej nie dałoby się uporządkować rzeczywistości. Ja, np. czytając ten tekst musiałem się zmierzyć z innego rodzaju stereotypem. Co bowiem pisze Autorka – wpadł do niej i męża znajomy facet. I to ONA, a nie mąż, odwozi gościa. Wg stereotypu, w który wierzę :) to facet ma zadbać o siebie i swoich kumpli, zwłaszcza jak ciut za dużo wypili. Może pochodzę z innych czasów, ale ani jako mąż, ani jako ów gość, nie czułbym się za dobrze w takiej sytuacji i chyba bym jednak wysupłał parę groszy na taksówkę. Nie wiem, może głupio myślę, przywiązany do tradycyjnych ról, które w dzisiejszym świecie już nie obowiązują…

    • Awatar
      marek wobasz · 1 miesiąc, 1 tydzień temu

      Panie Jakubie… a moze to bylo tak, ze Autorka nie pila alkoholu i latwiej bylo odwiezc goscia do metra niz placic niepotrzebnie za taksowke? I nie o podzial rol tutaj zapewne chodzi, ile o oszczedne zycie…

    • Awatar
      Jakub Marcinkowski · 1 miesiąc, 1 tydzień temu

      Panie Marku, czywiście. Mogło tak być. Może też w ogóle nikt z uczestników nie pił. Może mąż nie ma prawa jazdy – znam takie domy. Może Svenowi popsuło się auto. Sto możliwości. Ja piszę tylko o swoim wrażeniu i swoim mierzeniu się ze nieoczekiwanymi (?) stereotypami. I podziwiam wszystkich, którzy im nie ulegają, nie przejmują się rolą i robią swoje, jak potrafią najlepiej. Autorka do takich osób niewątpliwie należy. Kiedy czytam, jak chodzi po mieszkaniach i zachęca ludzi, by doświadczyli polskiej kultury, to mam wrażenie, że ktoś od attache kulturalnego ambasady w Berlinie powinien wystąpić dla niej o medal. Zgodzi się Pan z taką tezą? Dziękuję i pozdrawiam :)

  • BLOG Awatar

    Polsko-niemiecki przystanek

    Jadę samochodem i słucham radia, w którym mówią o aferze korupcyjnej prezydenta Wulffa i o gwałtownym wzroście kradzieży samochodów przy granicy z Polską. O aferze prezydenta dwa zdania, o zorganizowanej przestępczości z Polski przynajmniej pięć.  A może nawet dziesięć, a może mi się tylko wydaje. Ściszam. Mam dość własnych problemów, właśnie się spóźniam na ważne spotkanie i stoję w korku.

    Berlińczycy to najcierpliwsi ludzie na świecie, przynajmniej kierowcy. Odkąd padł mur, czyli od jakiś dwudziestu lat, ciągle się tu coś przebudowuje i naprawia. Urodziłam się w Gdańsku i w przeciwieństwie do berlińskich kierowców nie jestem cierpliwa. Wciąż się gdzieś spóźniam, bo stoję w korku. Opowieści typu: Berlin uchodzi od lat za jedną z największych budów w Europie nie robią na mnie żadnego wrażenia. W radiu wciąż mówią o tych kradzionych samochodach. Wyłączam. Mam dość samochodów! Parkuję swój niedaleko Europa Center i postanawiam ostatnie kilometry przejechać autobusem. Autobus ma swój pas i nikt mu na tym pasie nie jeździ, autobusy nie stoją w korkach, przynajmniej trochę mniej.

    Parkuję. Wysiadam. Idę w kierunku przystanku. Czekam. Czekam. Zaczyna padać. Autobusu nie ma. Stoję na szklanym przystanku pod szklanym zadaszeniem i myślę, że nie mam parasolki. Starsza pani przesuwa się, robiąc mi koło siebie miejsce. Rozglądam się z rezygnacją. Nie zdążę! Dopiero teraz dostrzegam duży plakat: Obok Polska Niemcy. 1000 lat historii w sztuce.

    Słyszałam o tej wystawie. Wszyscy znajomi już byli. Patrzę i myślę, wystawa kończy się za kilka dni, a ja wciąż jeszcze jej nie widziałam. A naprawdę warto. Wystawiono ją w Muzeum Martin-Gropius-Bau w Berlinie – jednym z największych miejsc wystawienniczych sztuki współczesnej w Europie, tuż przy fragmencie zachowanego muru berlińskiego. Miałam nawet napisać o niej duży artykuł, ale jak, skoro nie byłam. Myślę o tym, że wciąż nie mam czasu i o różnych takich sprawach. Miła pani obok mnie też wzdycha, deszcz zacina coraz ostrzej, samochód ochlapuje grupkę ludzi na chodniku, tłoczących się pod parasolami. A na przystanek wpada dwóch mokrych wyrostków. Śmieją się, poszturchują.

    - Na tyle im się te parasol przydał y– śmieje się jeden z nich patrząc na ochlapaną, złorzeczącą masą ochlapanych.

    - Te, stary, zobacz tu! Przyjaciele się znaleźli – mówi drugi i pokazuje na plakat: Obok Polska Niemcy. 1000 lat historii w sztuce.

    - No, ciekawe, ile nam przez te tysiąc lat nakradli?

    Wyższy pluje na plakat, niższy się śmieje. Zaraz nie wytrzymam, już wstaję i chcę coś powiedzieć, kiedy wstaje też sympatyczna pani, siedząca obok i patrząc na mnie i na chłopców, mówi:

    - Macie racje chłopcy. Mieszkałam przez wiele lat przy granicy, co oni nam już wtedy nakradli, co ze sklepów nawywozili – i strzela parasolem, żeby przejść parę kroków do autobusu, bo właśnie nadjechał.

    Tłoczymy się przy wejściu, bo ochlapani też chcą wejść.

    Jadę autobusem, który ma swój pas i nie stoi w korku. Wyrostki i sympatyczna pani rozpierzchli się w dwupiętrowym, zatłoczonym autobusie. Docieram na umówione spotkanie punktualnie. Mam tam mówić o przyjaźni polsko – niemieckiej i ustalać szczegóły odnośnie debaty, która ma się niebawem odbyć i przyciągnąć tłumy. Mam tylko nadzieję, że nie te z przystanku, bo prawie na wszystkich wiszą plakaty, mówiące o monumentalnej wystawie i dziesięciowiekowym polsko- niemieckim sąsiedztwie. I też nie te masy sprzed telewizorów i radia, bo tam się mówi tylko o wzroście kradzieży samochodów i maszyn rolniczych od 2007 roku odkąd nie ma kontroli granicznych.

    A może właśnie te tłumy sprzed telewizorów i przystanków, właśnie te?

     

     

    Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan:   2012-01-09 16:58:30 · Wyświetl

    2012-01-09 16:58:30
    • Awatar
      Marika · 1 miesiąc, 2 tygodni temu

      Przykre… Ale Niemcy roznie mysla, nie wszyscy w ten sposob. Ja tu, w Wlk. Brytanii zaprzyjaznilam sie z co najmniej 8 mlodymi Niemcami. Przesympatycznymi. :)

    • Awatar
      lilitu · 1 miesiąc, 2 tygodni temu

      Jak widać, monumentalna wystawa nie spełniła swojej roli w stopniu satysfakcjonującym … potrzeba czegoś więcej, wielokrotniej – to jedna strona, a druga? Dobry głos rozchodzi się powoli … zły ma wielokrotne echo szybko się odbijające … tacy jesteśmy – my, ludzie, którzy chętnie podchwytujemy złe głosy i rozprzestrzeniamy je – dlatego tak ich potem wiele i tak trudno z nimi walczyć … i tacy jesteśmy – my, którzy źle się za tą granicą wsławiliśmy … ta sława tak właśnie przykro skutkuje. I nie takie proste będzie to zmienić.

    • Awatar
      beba · 1 miesiąc, 1 tydzień temu

      Witam serdecznie. W temacie przyjaźni polsko- niemieckiej a raczej łamania wieloletnich stereotypów i budowania mostów chciałabym się wypowiedzieć. Pracuję w turystyce i organizuję wycieczki głównie dla turystów niemieckich. Wiele razy zdarzało się nam, że goście po wycieczce przepraszali za to, że przyjeżdżali do Polski z bardzo negatywnym jej obrazem, z przekonaniem o naszej gnuśności, bałaganiarstwie, lenistwie i braku profesjonalizmu, a tu nagle szok ! Wszystko na czas , nie popsute i do tego miła obsługa w języku niemieckim. ” Polen ganz anders” – tak zatytułował swój list jeden z turystów. Pozdrawiam.

    • Awatar
      Marika · 1 miesiąc, 1 tydzień temu

      To bardzo milo slyszec!

    • Awatar
      Jakub Marcinkowski · 1 miesiąc, 1 tydzień temu

      Temat jest bardzo ważny i budzący emocje, ale też wymaga głębszej analizy. Szkoda zatrzymywać się na poziomie emocji, bo wyjdzie z tego li tylko epatowanie rodaków.

    • Awatar
      Jakub Marcinkowski · 1 miesiąc, 1 tydzień temu

      Przyjaźni i szacunku do innych nie da się zadekretować. Chcemy, czy nie, na wystawy i spotkania z pisarzami (poprzedni tekst pani Magdy) chodzi elita. A tacy młodzi ludzie na przystanku, w wieku gimnazjalnym, są otwartą księgą, nieskrempowaną poprawnością polityczną. Właśnie w nich czyta się jak księdze, jakie są stereotypy. Bardzo je będzie trudno wyrugować. Po pierwsze są poparte instynktem stada -imperatywem obrony przed obcymi/innymi. Czy my nie postrzegamy Araba na ulicy, jako potencjalnego terorysty? Postrzegamy, prawda? Wielu młodszych i starszych Niemców postrzega Polaka jako potencjalnego złodzieja (sami się do tego obrazu solidnie przyłożyliśmy). Do mnie młody człowiek z polsko-niemieckiego małżeństwa, przekomarzając się (mam nadzieję), powiedział znamienny tekst: jak mi nie pożyczysz samochodu, to ci go ukradnę, bo jestem Polakiem. To jest głębsze niż umiemy sobie wyobrazić. I będzie bardzo, bardzo trudno to zmienić, bo Niemcy właśnie ćwiczą kryzys tożsamości w połączeniu z zagrożeniem pewności jutra. Bezpieczeństwa ekomicznego, do którego tak zdążyli się przyzwyczaić. A poniżanie innych jest na ten kryzys naturalnym lekarstwem. Tak naturalnym, że z mniej lub bardziej świadomie sięgają po nie także dziennikarze. Pozostaje nam życzyć osobom takim jak pani Magda, będącym codziennymi rzecznikami pojednania polsko-niemieckiego, by miały cierpliwość i siły, i robiły swoje. W tym nadzieja, ale nie ma co spodziewać się szybkich rezultatów. Pani Magdo, proszę się nie zniechęcać i nie frustrować. Nawiasem mówiąc, świetnie napisany tekst. Błyskawicznie się wchłania :) jak najlepszy krem :) Powodzenia.

  • magdalena-parys udostępnił swój wpis   2011-12-27 15:32:24 · Wyświetl

    2011-12-27 15:32:24
  • magdalena-parys udostępnił swój wpis   2011-12-27 10:49:04 · Wyświetl

    2011-12-27 10:49:04
  • magdalena-parys udostępnił swój wpis   2011-12-23 09:22:33 · Wyświetl

    2011-12-23 09:22:33
  • Wczytaj więcej  
Zaloguj