Polka w Berlinie
-
OSTATNI BLOG
Bardzo mi się to ciężko pisze, a nawet ciężej niż bardzo. Polubiłam pisanie bloga/u w Zwierciadle, przyzwyczaiłam się, uzależniłam, zyskałam nowych przyjaciół, ale niestety muszę na moment zaprzestać…
Podpisałam umowę na kolejną książkę, przede mną wyjazdy, spotkania z czytelnikami i coraz mniej czasu. .. żegnam się banalnie, ale szczerze i prawdziwą łzą w oku.
Z podziwem czytam wszystkich znanych i mniej znanych zwierciadlanych blogerów i chylę czoła… Wychowują dzieci, pracują, książki piszą, artykuły piszą, blog piszą, jeżdżą – jak to robią – pozostanie dla mnie zagadką.
Nie znikam tak całkiem, przynajmniej dwa razy w miesiącu będę pisać artykuły do Zwierciadła o tym nieokiełznanym, magicznym Berlinie i nie tylko o nim.
Pozdrawiam WSZYSTKICH i dziękuję najserdeczniej za wspólnie spędzony czas i Waszą kochaną pocztę!
Poniżej „coś”, dla tych, których choć trochę udało mi się zachęcić do polubienia Berlina, tego europejskiego Nowego Jorku.
Do zobaczenia!
Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan: 2012-04-11 18:55:04 · Wyświetl
-
-
Anko, ja dopiero teraz przeczytalam, kochana, najserdeczniej, wracaj do zdrowia, przesyłam Ci moc POZDROWIEń i uścisków, trzymym kciuki, wszystko dobrze będzie i z Tobą i z mamą!!!
Użytkownik magdalena-parys skomentował informację o aktywności: 2012-04-01 11:56:37 · Wyświetl
-
Ach, Panie Jakubie Miły, żeby Pan wiedział, ile razy mierzyli, ale zapewniam że w 1988 roku strzał do dziewczyny za murem, to byłby strzał… hm strzał samobójczy nawet dla tak chorego systemu, jak ten w NRD
Użytkownik magdalena-parys skomentował informację o aktywności: 2012-03-31 19:29:26 · Wyświetl
-
MUR BERLIŃSKI jak chiński
Pisałam swoją debiutancką książką przez trzy lata. Pod koniec była tak gruba i miała tyle wątków, ile może mieć tylko książka, która pisze się sama. Nie miałam koncepcji, rozpisanych postaci ani pomysłu, po prostu kiedyś podczas urlopu w górach usiadłam i napisałam coś. Początkowo zlepek wspomnień o kilku moich nauczycielach, którzy pomogli mi zaakceptować fakt, że nie mieszkam już w Polsce i nie mówię ojczystym językiem. I co ważniejsze, że to wcale nie oznacza końca świata. Potem pomyślałam, że ciekawie byłoby przedstawić ich punkt widzenia z perspektywy ich przyjaciół i znajomych. Książka się pisała i w którymś momencie pojawił się w niej Gdańsk, Berlin i MUR. Mur berliński, którego nienawidziłam nie mniej niż Niemcy ze Wschodu. Bo Niemcom z Zachodu, im więcej czasu upływało, mur stawał się coraz bardziej obojętny. Dla nich mur berliński był czymś irrealnym, czymś na podobieństwo Wielkiego Muru Chińskiego, gdzieś jest, gdzieś stoi, ich nie dotyczy i tyle, ale o tym innym razem – jutro, może pojutrze.
Większość swojego życia przemieszkałam po zachodniej stronie Berlina i chociaż na pozór wszystko było ok, chodziłam do szkoły, miałam przyjaciół i żyłam normalnie, to jednak mur był wciąż obecny we mnie. Jak bardzo wpisał się w moje życie, zrozumiałam dopiero, pisząc książkę „Tunel”, która bardziej była chyba o murze niż o tytułowym tunelu. Kiedy dzisiaj jeżdżę na spotkania autorskie, udzielam wywiadów, rozmawiam z czytelnikami, jestem zaskoczona, słysząc na spotkaniach czy w radiu mój głos. Mówi on, że wszędzie był mur: gdzie bym nie pojechała z przyjaciółmi, zawsze gdzieś trafiałam na mur, nawet kiedy byliśmy w lesie, a raczej w miniaturce lasu, za nim stał mur. Najwyraźniej świadomość, ze miasto nie ma przedmieścia, łąk i niczego, co przypomina normalność, zawsze była w mojej głowie i potęgowała poczucie uwięzienia. Może dlatego potajemnie przed mamą wyruszałam do Berlina Wschodniego. Przechodziłam na paszporcie konsularnym do tego miasta nawet po trzy razy w tygodniu. Niby tylko na lody, czy po buty do sklepu Salamander, ale tak naprawdę, żeby pooddychać tym wschodnim smrodem, który dla mnie, paradoksalnie w mieście tak mocno spenetrowanym przez Stasi, oznaczał wolność. Z tego miasta było niedaleko na łąki i do prawdziwego lasu. Szare kamienice, zaniedbane kąty, jak ja kochałam ten zapach spalin, wszystko jak w Polsce.
Nie wiem, czy mam teczkę w Instytucie Gaucka (dzisiaj już się go tak oficjalnie nie nazywa, ale przyjęła sią ta nazwa w Niemczech), nie wiem czy takie teczki zakładano już piętnastolatkom, bo tyle lat miałam, kiedy wreszcie po latach, otrzymałam paszport konsularny i mogłam swobodnie przekraczać granicę. Nie chcę wiedzieć. Myślę jednak, że mała Polka przekraczająca non stop granicę musiała w końcu zainteresować celników. Zdarzało się, że argument, iż odbieram babcię z pociągu na stacji Lichtenberg, nie zawsze przekonywał i miałam kłopoty. A po co? O której ten pociąg? Wczoraj też babcia przyjechała? … ale pomimo srogich min zawsze mnie przepuszczali. Z czasem te wypady stały się zabawą, zastrzykiem adrenaliny, czy się uda, czy przepuszczą, czy wykryją pieniądze schowane w rękawiczce, w opasce na głowie(!), czasem szliśmy tylko po to, żeby przejechać się windą na Wieżę telewizyjną.
Zdarzało się, że z kolegą, tak samo szalonym jak ja, wysyłaliśmy paczki z Berlina Wschodniego na nasz domowy adres. Oszczędzaliśmy w ten sposób kieszonkowe. Andrzej mówił, choć kupimy, ołówki, pisaki i zeszyty, tutaj wyjdzie nam taniej! Po wschodniej stronie przybory szkolne kosztowały grosze.Andrzej w ogóle miał pomysły, jak przystało na kogoś, kto do Berlina przyleciał porwanym samolotem pasażerskim.
Przeżyłam z nim najróżniejsze przygody, jeździliśmy na przykład na rowerach wzdłuż muru w dzielnicy Rudow i kierowaliśmy kijki przypominające pistolety w stronę wschodnich strażników i udawaliśmy że strzelamy. Widzieli nas doskonale, ponieważ stali w wysokich strażnicach. Byli tak blisko… Widziłam, jaki mają kolor włosów, wyraz ich twarzy, jacy są młodzi.
Zabawa się skończyła, kiedy jeden z nich wycelował w nas karabin maszynowy. Był młody, też dla zabawy…
Nigdy wcześniej ani później nie jechałam na rowerze tak szybko jak wtedy…
Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan: 2012-03-31 13:39:35 · Wyświetl
Dla mnie, w czasach PRL, Berlin Zachodni, jawił się jako oaza wolności. Ale też kolorów i zapachów lepszego świata. Pierwsza i najbliższa. Perspektywa, w ktorej widać, że otoczony murem jest też więzieniem, przedstawiona wówczas chyba zostałaby skwitowana popukaniem się w czółko. Cóż. Punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia. Dobrze, że dzięki takim wpisom, można sobie uświadomić ile jest różnych perspektyw widzenia tych samych rzeczy. I że te perspektywy tak samo są prawdziwe.
Jeszcze dwie refleksje, jeśli można. 1) Świetnie pamiętam NRD-owskie zeszyty i flamastry. Były może ciut ładniejsze niż polskie (zależy w jakim okresie – za późnego PRLu na pewno tak), ale i tak okropne, smutne, szare i jeszcze krzyczące napisem VEB Kombinat,że pracy socjalistycznej i tu imię Engelsa, czy innego Picka i jeszcze jakieś hasło, typu Berlin Haupstadt der DDR (Berlin stolica NRD). Jak z czymś takim pojawić się w szkole w Berlinie Zachodnim? Jak oceniali to koledzy i nauczyciele? Przecież różnica była krzyczyąca. Te flamastryi te zeszyty zachodnie były takie piękne, tak kolorowe, na tle tej zideologizowanej szarzyzny. No i przecież widzieli to rodzice. I co – tak całkiem nic? I druga refleksja. Miałem parę razy do czynienia z Grenztruppen der DDR (czymś w rodzaju ichniejszego WOP). I choć pomalowane w panterkę trabanty, przerobione na terenówki wzbudzały we mnie niemal matczyną tkliwość, to panowie ci z pewnością mierząc do kogoś z kałacha nie robili tego dla żartu. Myślę, że Pani Autorka miała bardzo, ale to bardzo dużo szczęścia. Życzę, żeby tak zostało
Ach, Panie Jakubie Miły, żeby Pan wiedział, ile razy mierzyli, ale zapewniam że w 1988 roku strzał do dziewczyny za murem, to byłby strzał… hm strzał samobójczy nawet dla tak chorego systemu, jak ten w NRD
Tyle murów wokół…
*** Niezła z Ciebie ryzykantka
Dzieci i młodzi ludzie nie zdają sobie sprawy ze swej śmiertelności. Zabawa w prowokowanie faceta z karabinem, gdy facet sam w stresie… No cóż, 15 lat, cielęcy wiek…fun z adrenaliny. I jeszcze wiara w poczucie humoru służb policyjnych – Pani Autorka jest do dziś przekonana, że tamten celował do niej dla zabawy… Zapewniam, że poczucie humoru w koszarach ma zupełnie inny wymiar
Ale faktycznie, jeśli to był rok 1988, kiedy na Kremlu już rządził Gorbaczow, to raczej by nie strzelił. Myślałem, że to było parę lat wcześniej. Tak, czy inaczej, mnóstwo szczęścia i niech tak zostanie
-
O to właśnie chodziło
Użytkownik magdalena-parys skomentował informację o aktywności: 2012-03-28 08:40:19 · Wyświetl
-
Żelazne postanowienie żelaznego kanclerza
Będąc parę dni temu na ulicy Kurfürstendamm, przez berlińczyków zwanej po prostu Kudammem, pomyślałam, patrząc na mijających mnie turystów, że Berlin wciąż kojarzy się przyjezdnym z tym właśnie miejscem. Z wielkopańskim długim bulwarem, jedynym chyba takim miejscem w Berlinie, gdzie torebki Fendi i Louis Vuitton nie rażą a tureccy właściciele czarnych BMW, z powiewającymi firankami w oknach, nie denerwują, wpisując się po prostu w koloryt miasta. Kosmopolityzm miesza się tu z prowincjonalnością, ekstrawagancja z ubóstwem, elegancki markowy sklep z tanim sklepikiem. Ta szokująca mieszanka potrząsa przybyszem i natychmiast nadaje właściwy kierunek jego myślom: taki jest Berlin.Sto razy przepowiadano Kudammowi koniec. Tymczasem przetrwał wszystko, podział Berlina, upadek muru, rozkwit wschodnich dzielnic, w tym przede wszystkim ulic Friedrichstrasse i wspaniałego Hackescher Markt, wybudowanie szklanego miasta w mieście – Potsdamer Platz.
Może nie stanowi już centrum rozrywki, na próżno szukać tu „złotych lat dwudziestych” z „Romanische Cafe”, ale na pewno wciąż jest rajem sklepowym i kawiarnianym. Na dobry film berlińczyk też idzie do małych kin na Kudammie, a i oprowadzanie po mieście zacznie zawsze od dobrej, starej Kurfürstenstrasse (Kudammu).Kudamm ma zatem swoją magię i niekwestionowaną klasę, nade wszystko zaś jednak ciekawą historię, powstał bowiem z … zazdrości. W 1871 roku Otto von Bismarck, żelazny kanclerz Cesarstwa Niemieckiego wrócił z Paryża z mocnym postanowieniem, że chce mieć ulicę w Berlinie równie wspaniałą i okazałą jak Champs Elysees. Jak postanowił, tak też zrobił, w następnych latach wybudowano trakt o długości 3,8 km biegnący od Grunewaldu do Zoo, o szerokości 56 metrów z wypośrodkowaną ścieżką do konnej jazdy i wspaniałymi domami mieszkalnymi po obu stronach. Jak grzyby po deszczu wyrastały wzdłuż traktu siedziby zamożnych berlińczyków – eleganckie kamienice, bogato zdobione balkonami, wymyślnymi gzymsami, sztukateriami. Dziś w tych pięknych kamienicach przeważają praktyki lekarskie i kancelarie adwokackie. Za bogato zdobionymi frontami kryją się marmurowe klatki schodowe, kolumnady w przedsionkach pełnych luster i rzeźb. Warto zajrzeć do niektórych z nich, przechadzając się po Kudammie. Podobno niektóre klamki są ze szczerego złota …
Tak więc żelazne postanowienie żelaznego kanclerza zrealizowano – poza jednym. Głównym marzeniem Bismarcka – niespełnionym do dziś – pozostał bowiem jego pomnik na koniu w centralnym miejscu Kudammu. W centrum tego miejsca historia wybudowała inny pomnik, Kościół Pamięci Cesarza Wilhelma (Gedächtniskirche). Wybudowano go w latach 1891-95 ku czci Wilhelma I. Kościół został podczas II wojny światowej niemal całkowicie zniszczony. Badania opinii publicznej przeprowadzone pod koniec lat 50. wykazały, że mieszkańcy miasta opowiadają się za zachowaniem jego ruin. Postanowiono, że to co po nim zostało, stanie się pamiątką i przestrogą dla kolejnych pokoleń przed okropnościami wojny.
Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan: 2012-03-28 08:03:05 · Wyświetl
-
Aniu, Jakubie spokojnie, nie będzie strzelaniny! Widziałam te szare, obejrzałam je w internecie – w Kanadzie są nawet czarne. Paskucztwa, rzeczywiście. Niech żyją RUDE!
Użytkownik magdalena-parys skomentował informację o aktywności: 2012-03-21 15:18:14 · Wyświetl
-
Panie Jakubie, ja ewidentine widziałam dwie RUDE, drobne, śliczne, zajęte zabawą. Wyglądały na szczęśliwe. Tych szarych nie widuję, obiecuję będą strzelać, no jeść nie, no bo jak zjeść wiewiórkę?! Do tych rudych będą strzelać, no strzelać nie… wymachiwać szabelką, nie ten, kijkiem. No bo jak strzelać do wiewiórki?
Użytkownik magdalena-parys skomentował informację o aktywności: 2012-03-20 19:11:42 · Wyświetl
-
Tu mi się przypomina historia Lilki, wiadomo jakiej, Florka, jej ukochana wiewiórka, pomimi miłości wielkiem miądzy nimi, kiedy zobaczyła inne wiewiórki po prostu uciekła, takie są … wiewiórki… wolne a Przygniotla drzwiami nie Florka tylko Sorka na śmierć jej siostra Madzia, już drugą wiewiórkę niechcący.., nie wiem, czemu w wierszu pisze i Florku, ale co tam…wiersz nad wiersze… Pamiętam, że jak go wtedy przeczytałam, miałam góra 13 lat, to pomyślałam sobie, matko, to można tak, aż tak? Pamiętam, bo w pamiętniku cały wywód mam, że jak tak można pięknie umieć pisać …
Użytkownik magdalena-parys skomentował informację o aktywności: 2012-03-20 13:22:14 · Wyświetl
-
Szczęśliwe wiewiórki
Dzisiaj podczas żmudnego wyprzedzania starszych panów, uprawiających nordic walking w Britzer Garten, przeleciały mi przez drogę dwie wiewiórki. Nie szukały orzeszków, goniły się , bawiły. Nic w tym dziwnego, wiewiórki biegają sobie po całym Berlinie, ukochały sobie to miasto.
A w ogóle to wiewiórki przynoszą szczęście … Tak sobie wymyśliłam jako młoda dziewczyna -kiedyś bardzo dawno temu – po przeczytaniu wiersza Marii Pawlikowskiej Jasnorzewskiej.
WIEWIÓRKA
Drzewny pajacyk. Florek, wiewiórka
O oczach Włocha, a brzuchu Turka,
O uszach diabła, ruchach wariata,
Komik, filozof i akrobata
Zasiadał biorąc w szybkie obroty
Orzech buczyny – trójkącik złoty,
Ząb słonecznika, orzech laskowy
Lub włoski – większy od jego głowy –
I jadł, nadęty, pełen przesady,
Wyglądem swoim dając mi radę,
By w każdą czynność – choćby w jedzenie,
Kłaść przekonanie, zapał, natchnienie.
Krząkając, trenem szastając rudym,
Chodził w trop za mną. Nie znał obłudy.
Gryzł, lecz żartami. Wciąż pełen pieczy
I obliczenia, by nie skaleczyć.
Bo nie powinien drasnąć przyjaciel.
O, przyjaciele! Czy uważacie?
Serduszko jego wesołe, skore,
Dla wszystkich innych serc było wzorem,
Jakby mówiło: i cóż za sztuka
Tak równo stukać, tak pięknie pukać?
Florek był światły. Czy zjadł chininę,
Czy pił atrament – wiedział, co czyni,
Bo biały proszek z kory pochodzi,
A galas z dębem atrament zrodził.
Co do orzechów – chytry jak kupiec!
Puste poznawał już po skorupie.
To mi na głowie z uporem siedział,
Loki rozrzucał i burzył przedział,
To mnie obiegał, prędko, radośnie,
Jak zwykł przebiegać po dębie, sośnie,
Dając mi znowu lekcję zabawy:
Jak serce leczyć, od smutku zbawić
I całym sobą szaleć w rozpędzie,
Bez troski o to, co dalej będzie.
Skakał – (patrzyłam, co znowu rozbije?)
Po czym mnie długo całował w szyję,
Przejmując wzajem moje pieszczoty:
Usta na oczach wypukłych, złotych…
A pyszczka jego dar przyjacielski
Był upojeniem rajskim, anielskim,
Szczęściem wzbronionym, o świecie! wiedz to,
Za mięsożerstwo i za łowiectwo.
Aż raz – w godzinie złej, urzeczonej –
Drzwi zgniotły kłębek rudoczerwony.
Już się wiewiórka po ziemi wlecze,
Zmoczona z krzyża wytrysłym mleczem,
A piękny ogon, płomyk borowy,
Uwiądł, tragicznej pełen wymowy.
Z oczami w moich – drżąca ze zgrozy,
Bez księdza, modlitw i bez narkozy
Daje mi lekcję dumy milczenia,
Gdy przyjdzie płacić długi istnienia.
I bierze – obca wszelkiej pociesze –
Z zimnych rąk śmierci – twardy orzeszek…*
Niech żyją wiewiórki !
Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan: 2012-03-20 12:05:53 · Wyświetl
Świetne.Wiesz przed kilkoma laty ,pracując jako egzaminator,sprawdzałam prace maturalne.Tematem było opowiadanie o wiewiórkach j.Iwaszkiewicza.Uśmiałam sie z tych tekstów,spisywałam je zawsze do notesu.Niektóre pamietam. ”Po naszej śmierci ,po naszych grobach ,będą kiedyś jedynie spacerować wiewiórki”.Miałam zwyczaj ,póki istniała tzw Banderoza -knajpa z noclegiem w granicznej ,wyjatkowo pięknej miejscowości w rejonie Bieszczad -Tylawie,jeździć tam co roku przez wiele lat.Wypoczywałam tam cudownie! Często pod moim domkiem szalały,szczególnie w nocy tzw orzesznice,oryginalna odmiana wiewiórek o wieeelkich oczach i cudownym spojrzeniu.Kiedyś oswoiłam taką i przychodziła,jadła mi z ręki.Nie miałam serca zabrać jej wolność a chciałam ,ale co by robila u mnie w domu/ gdzie były wolne łąki i drzewa?
Tu mi się przypomina historia Lilki, wiadomo jakiej, Florka, jej ukochana wiewiórka, pomimi miłości wielkiem miądzy nimi, kiedy zobaczyła inne wiewiórki po prostu uciekła, takie są … wiewiórki… wolne a Przygniotla drzwiami nie Florka tylko Sorka na śmierć jej siostra Madzia, już drugą wiewiórkę niechcący.., nie wiem, czemu w wierszu pisze i Florku, ale co tam…wiersz nad wiersze… Pamiętam, że jak go wtedy przeczytałam, miałam góra 13 lat, to pomyślałam sobie, matko, to można tak, aż tak? Pamiętam, bo w pamiętniku cały wywód mam, że jak tak można pięknie umieć pisać …
A gdy czytałam wiersz powyższy oraz koment Anki, to przypomniała mi się piosenka, którą śpiewa moja Córa „Pogoda niezła nawet taka sobie, nawet kiedy wiewiórka tańczy walczyka na grobie… Jaka to radość żyć!” [Małe WuWu śpiewa wiersze ks. Twardowskiego]
Niech żyją RUDE wiewiórki. Niech przetrwają bohaterki bajek i dziecięcych wzruszeń jak najdłużej!!!
Ale im wcale nie jest łatwo. Bo szare kuzynki nadchodzą. Większe, silniejsze, sprytniejsze.
Więc, choć głupio to mówić sympatykowi wszystkich dzikich zwierząt, szarym wiewiórkom nie życzę pomyślnej ekspansji. Niech się trzymają swoich terenów, niech tam będą szczęsliwe, a nie wygryzają z coraz to nowych obszarów tych rudych.
Bo tam gdzie pojawiły się szare wiewiórki, nie ma już wiewiórek rudych.
W Anglii szare wyparły te rude z ich domostw dosłownie w parę lat. Obecnie jest ich ponad 20x więcej niż rudych. Nic nie pomagało. Ludzie stowarzyszali się, działali, polowali na szare wiewiórki, mieli kampanię zachęcającą do jedzenia szarych wiewiórek – Cornish z nadzieniem z szarej wiewiórki, hmmm … No nie wiem… Ale Amerykanie u siebie masowo do tych szarych strzelają (tam nie ma rudych) i je jedzą. Ja jakoś nie mogłem się przemóc. W końcu to jednak nadal wiewiórka. Jak tu zjeść wiewiórkę??? Nawet jeśli nie jest z tych, co przychodzą w parku po orzeszki. Nawet jeśli zdarza im się wybierać pisklęta z gniazd. I nawet jeśli to zdecydowanie mniej sympatyczne zwierzęta…Panie Jakubie, ja ewidentine widziałam dwie RUDE, drobne, śliczne, zajęte zabawą. Wyglądały na szczęśliwe. Tych szarych nie widuję, obiecuję będą strzelać, no jeść nie, no bo jak zjeść wiewiórkę?! Do tych rudych będą strzelać, no strzelać nie… wymachiwać szabelką, nie ten, kijkiem. No bo jak strzelać do wiewiórki?
Zlitujcie się proszę.
Dziękuję Pani Autorce za odzew i deklaracje (w końcu nie wiem, czy strzelania do szarych, czy strzelania do rudych wiewiórek, a także czy Autorka chciałaby to czynić osobiście, czy per procura
W każdym razie BARDZO UPRZEJMIE PROSZĘ, by NIE STRZELAĆ do ŻADNYCH ZWIERZĄT, a zwłaszcza, by nie czynić tego w moim imieniu. Trudno, jesli przyjdą szare, nic ich ekspansji nie powstrzyma. Nigdzie na świecie się to nie udało. Takie życie…Aniu, Jakubie spokojnie, nie będzie strzelaniny! Widziałam te szare, obejrzałam je w internecie – w Kanadzie są nawet czarne. Paskucztwa, rzeczywiście. Niech żyją RUDE!
Pani Magdo, jestem ”ZA”. Niech zyja Rude… Koty!
-
Nic z tych rzeczy. Ja w ogóle nie naciskam na języki, jestem kompletną ignorantką w tej kwestii
Helena ma ojca Niemca i tym bardziej cieszy mnie, że chce słuchać polskich bajek i mówić po polsku. Rzeczywiście wie, co sią jej podoba, najbardziej różowy kolor, niestety. Aniu, naprawdę Cię podziwiam. Joa – rzeczywiście dziecie zaskakują przede wszystkim rodziców. Beba – szczerze mówiąc, najbardziej z tego monologu Kwiatkowskiej najbardziej spodobał się Helence moemnt: a ja orzę i na wozie … podejrzewam, że tylko dlatego zapamiętała początej tego świetnego wiersza, bo naprawdą bez przerwy leciał w naszym domu …Użytkownik magdalena-parys skomentował informację o aktywności: 2012-03-20 11:44:57 · Wyświetl
-
magdalena-parys i
beba są teraz przyjaciółmi 2012-03-20 07:23:11 · Wyświetl -
JURANDOT U LEKARZA
Moja córka miała dzisiaj pierwszy ważny termin w swoim życiu. Otóż o godzinie 8.40 pan doktor miał zadecydować, czy Helena nadaje się do szkoły, czy nie. To normalna procedura i dotyczy wszystkich sześciolatków w Niemczech, czyli nic takiego. Helena przeżywała jednak bardzo tę wizytę i na wszelki wypadek już od dwóch dni powtarzała „cały materiał”.
W całym domu słychać było A B C … Potem następowało liczenie i pisanie literek. Także pisanie swojego imienia i imion braci, troszkę czytanie.
- Mama! Zobacz, ładnie napisałam MAMA?
-Ładnie!
-Nie patrzysz!
-Już widziałam!
- Ale tego jeszcze nie widziałaś!
Okazało się, że ze zdenerwowania przy „vierzehn” trochę się zacina i słabo jej to liczenie idzie, za to polskie „czternaście” i „piętnaście itp. szło bezproblemowo. Także podczas spaceru w Britzer Garten następowało liczenie, również po angielsku.
-Helena, daj spokój, proszę, idź zobacz, jest trampolina, tak się cieszyłaś na trampolinę.
Uff, chwila wytchnienia.
Pod koniec dnia była bardzo zamyślona i wyciszona, zapytała mnie jedynie co to właściwie znaczy: kociak. Nic sobie nie pomyślałam, bo co miałam pomyśleć. Wytłumaczyłam. Moje dziecko stwierdziło, że to dziwne. Też pomyślałam, że to dziwne, dlaczego moje dziecko pyta, co to znaczy kociak po polsku. Ubranie wisiało już od dwóch dni na wieszaku. Helena nie mogła jednak nijak zasnąć.
- Nie denerwuj się, kochanie . Lekarz nie będzie sprawdzał, czy umiesz liczyć do dwudziestu- starałam się ją uspokoić.
- Jestem przygotowana! – obruszyła się – to nie to! Ja nie wiem, jakie buty włożyć.
Nastawiłam dwa budziki i z tego wszystkiego sama nie mogłam zasnąć. Następnego dnia sprawa butów rozwiązała się sama. W marcu jak w garncu. Wczoraj było słońce, dzisiaj deszcz. O różowych balerinkach nie było mowy.
Moje dziecko zachwyciło lekarza, a mnie napełniło dumą. I naprawdę cała ta sprawa nie byłaby warta jednego słowa, gdyby nie sama końcówka wizyty. Helena postanowiła się wykazać. Na pierwszy ogień poszedł wierszyk o Mikołajku i jeden bliżej mi nieznany, chyba szybko przez nią stworzony, coś tam było o przebiśniegu , ale nie zrozumiałam. Natomiast na deser lekarz i ja usłyszeliśmy:
- Pan chyba nie zrozumie, bo to będzie po polsku.
„Traktorzystka”
A więc … A więc przemyślałam sobie wszystko.
I zostaję absolutnie TLAKTO… TLAKTO… TRAKTORZYSTKĄ!
Włodek mówi: chcesz pracować, idź do biura!
Biuro dobre dla KOCIAKÓW! Z biurem bzdura…
Ja bym mogła być LITERA… LITRAT… LITELATKĄ… E… LITELTKĄ być na przykład …
Tu nastąpiła przerwa, Helena krótko się zastanowiła i powiedziała, że to już koniec. Lekarz odparł z uśmiechem, że zrozumiał jedynie „absolut” i „literatura”, ale poza tym ładnie wyszło.
Ja natomiast ledwo dotarłam do drzwi.
A to było tak: Od kilku dni mówimy w domu z moją mamą o Jerzym Jurandocie, którego przez lata uwielbiałyśmy, recytowałyśmy i o którym z czasem niestety zapomniałyśmy. Odkryłyśmy go na nowo przez Youtube i często w ostatnich dniach w domu pokazywałyśmy starszym dzieciom to oto nagranie.
Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan: 2012-03-19 13:39:15 · Wyświetl
Uśmiechnęłam się szczerze! Od ucha do ucha. Opowieść tym mi bliższa, że moja Pięciolatka też potrafi zaskoczyć, najbardziej rodziców
Córcia zapowiada się na artystkę a nie na traktorzystkę. Gratulacje.
Fajna historia.Twoja córka wie,co jej się podoba.A to dużo jak na ten wiek.W ilu językach już rozmawia? Ja swoją od małego uczyłam trzech,ale dzisiaj naprawdę dobrze mówi już w czterech.Języki to podstawa a dalej świadomość siebie.Extra!
Nic z tych rzeczy. Ja w ogóle nie naciskam na języki, jestem kompletną ignorantką w tej kwestii
Helena ma ojca Niemca i tym bardziej cieszy mnie, że chce słuchać polskich bajek i mówić po polsku. Rzeczywiście wie, co sią jej podoba, najbardziej różowy kolor, niestety. Aniu, naprawdę Cię podziwiam. Joa – rzeczywiście dziecie zaskakują przede wszystkim rodziców. Beba – szczerze mówiąc, najbardziej z tego monologu Kwiatkowskiej najbardziej spodobał się Helence moemnt: a ja orzę i na wozie … podejrzewam, że tylko dlatego zapamiętała początej tego świetnego wiersza, bo naprawdą bez przerwy leciał w naszym domu …
-
magdalena-parys i
Joa są teraz przyjaciółmi 2012-03-14 14:08:37 · Wyświetl -
magdalena-parys i
Między Mną a Mną są teraz przyjaciółmi 2012-03-14 00:51:08 · Wyświetl -
DROBNOSTKA
Historia I. Człowiek z historią.
Poznałam go jakiś rok temu. Umówiliśmy się na zdjęcia. Potrzebne było mi chociaż jedno, jakiekolwiek. Wsiadł do mojego samochodu i od razu pomyślałam, że go lubię.
Ja gadałam. On milczał. Potem powiedział parę zdań. Zamilkłam, aż do końca naszej wspólnej drogi. Po tych paru zdaniach nie widziałam w nim fotografa, zdjęcie też już nie było ważne. Ciekawy był jedynie ON. Człowiek z historią.
W Polsce pracował dla różnych wydawnictw prasowych. Był fotoreporterem na etacie starszego fotoreportera. Przyjechał do Berlina Zachodniego wiele lat temu na jeden dzień, aby zakupić lampę błyskową do aparatu fotograficznego. Kilka dni później umówiony był na reportaż z młodymi gwiazdami jazdy figurowej na lodzie i mistrzyniami kraju w gimnastyce artystycznej. Bez lampy ani rusz.
W Berlinie zatrzymał się u znajomych dosłownie na jedną noc. W sobotę zakupił lampę METZ 45CT i chciał wracać do domu. Ale znajomi mówią, co będziesz tak zaraz wracał, chodź z nami do znajomych! Poszedł do tych znajomych. Zima stulecia, zimno jak diabli. Przespali się u nich, z nimi razem w dużym małżeńskim łóżku, młodzi studenci, mieszkanie na Kreuzbergu, samo życie. Następnego dnia czas wyjeżdżać. Poszedł jeszcze na pchli targ, kupił parę płyt i szykuje się z powrotem do Polski. A tu znajomi mówią, że w Polsce wojna.
- Jaka wojna, czyja? – pyta.
- Wojna! Dzwoni do Polski. Telefon głuchy. Na polskich falach radiowych – Chopin. Ktoś coś wie? Nikt nic nie wie. Może żart? Chyba żart. Trzeba przeczekać.
- I tak czekałem, męcząc siebie i innych. Wyszedłem z domu 11 grudnia 1981 roku w Zimę stulecia i do dziś nie wróciłem. Jak ten facet z tego żartu, co wyszedł po papierosy.
Nie zaśmiał się, ja też nie.
Poszliśmy robić zdjęcia.
Historia II. Człowiek ze zdjęciem.
Nie umiem pozować do zdjęć. Poza tym nie mogłam się skoncentrować, ponieważ myślałam przez cały czas o historii byłego fotoreportera na stażu starszego fotoreportera. Marian nie tracił cierpliwości. Szukał odpowiedniego światła. Tyle zdjęć już zrobił, ja tysiąc póz, ale widzę, nic mu się nie podoba. Mijają godziny, ja już nie mogę, za chwilę ma przyjechać po niego znajomy i zawieść ze sprzętem do domu, bo wiadomo, zdjęcia, to nie tylko aparat, to statywy, lampy i jakieś sztuczne światła w postaci wielkiego czegoś srebrnego i metrem się tego nie przewiezie.
Przyjechał znajomy i czeka. Marian dalej robi zdjęcia. Znajomy wzdycha, zjada ciasto, wypija kawę i macha ręką.
- On tak zawsze!
I teraz znajmy opowiada mi ciąg dalszy historii. Mariana.
Marian znalazł się w Berlinie Zachodnim bez szczoteczki do zębów za to z lampą błyskową. Obce miasto, obcy język. Rok 1981 i nie ma dokąd iść, co ze sobą zrobić. Odpowiadam temu znajomemu, że pewnie gdzieś tam w końcu zamieszkał, coś ze sobą robił. Jestem spocona, głodna i chyba naprawdę niefotogieniczna. Marian dalej szuka światła. Jaki miły – światła szuka.
- No zamieszkał. Przychodzę do niego, wieszam przy ścianie na haku kożuch, a kożuch przymarzł do ściany, wyobrażasz sobie?
Nie za bardzo.
- Jest! Mam to zdjęcie! To jest TO zdjęcie – przywołuje nas do siebie Marian. Wygląda naprawdę na szczęśliwego.
Potwierdzają się moje obawy. Trzeba blisko tysiąc zdjęć, żeby machnąć mi jedno dobre. Pakują, jadą.
Marian wysyła mi następnego dnia zdjęcia. Nie jedno. Kilkadziesiąt. Wszystkie są… niesamowite. To ja? Nie wiem, które wybrać na okładkę książki.
Po jakimś czasie spotykam Mariana . Chcę, żeby mi opowiedział, jak dalej się jego sprawy w Berlinie potoczyły. Mówi, że różnie bywało i pyta, kiedy zrobimy zdjęcia u niego w studio, bo przydałyby się inne. Pewnie, że zrobimy i pytam znów o to samo, więc mówi, że w 1982 roku pracował dla różnych wydawnictw emigracyjnych, a pięć lat później otrzymał propozycją z FDK Arsenal. Chodziło o reperacje i przygotowywanie do pokazu filmów archiwalnych. Po roku zapytano go, czy nie zechciałby poprowadzić całego archiwum. Dowiaduję się, że rozpoczął od 750 filmów, dzisiaj archiwum posiada ich ponad 14 tysięcy . Większość to unikaty, jedyne takie kopie na świecie, w latach 60 i 70 kręciło się na tak zwanej odwrotkach , czyli na filmie pozytywowym. Film kręcony bez negatywu.
Pyta czy rozumiem. Nie rozumiem.
Rozumiem tylko, kiedy mówi, że to po USA drugie co do wielkości archiwum filmu eksperymentalnego na świecie. I to jeszcze, że dla niego najważniejszą sprawą jest doprowadzenie kopii do stanu projekcji. Pytam o ręce. Chowa je za siebie. Ręce zniszczone, bo wciąż kontakt z chemią. Alergie się porobiły. Zmienia temat. Jest najszczęśliwszy na świecie, kiedy może doprowadzić taki stary film do używalności. Pytam o zdjęcia. Odpowiada, że takie tam drobnostki jeszcze robi, wystawy na przykład.
Rozmawiam o tych „drobiazgach” ze znajomymi. Okazuje się, że Marian współpracuje na stałe z Niemieckim Muzeum Kinematografii Filmowej i Telewizyjnej w Berlinie. Wykonuje najróżniejsze prace do katalogów, wystaw, publikacji. W tym MUZEUM na Potsdamer Platz? W tym. Acha. To zapewne jedna z tych „drobnostek”, jak i ta, że pierwszą wystawę miał w Berlinie już w 1985 roku, a 1988 zaczął wystawić prace z tak zwanej „GUMY”.
Teraz ciekawi mnie Marian jako fotograf. Piszę do niego maila i pytam o te wystawy, odpowiada, że nic wielkiego, nic takiego i że kiedyś lubił kręcić, kiedyś dawno temu reportaże kamerą 35 mm, ale to było tak dawno, że nie wie, czy to prawdziwe było, pamięta tylko kamerę. Prawdopodobnie powróci do tego, zbliża się bowiem nieuchronnie czas dojrzewania do niedosłyszenia, niedowidzenia, wypadania włosów i … to będą wspaniałe filmy, lekko nieostre, ale za to … O wystawach, zdjęciach i ciekawych ludziach, których spotyka ani słowa. Znów naciskam, ale widzę, że nie chce już o tym mówić, twierdzi że jest tylko dobrym fachowcem, tak jak inni w swoim zawodzie. W odpowiedzi pytam o zdjęcia z „gumy”. Specjalnie o tę technikę pytam, bo wiem, że to jego ulubiona. W ten sposób wywoływano zdjęcia 150 lat temu. Przesyła wreszcie… Zobaczcie sami….
Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan: 2012-03-13 21:50:14 · Wyświetl
Piękna historia starszego pana. Mądrego, skromnego człowieka, wybitnego artysty, który nigdy nie powie o sobie, że jest wybitnym artystą. Szczęściem jest spotkać kogoś takiego na swojej drodze, móc choć przez chwilę ogrzać się blasku jego pasji. Coraz mniej takich ludzi. Wyrazy najwyższego uznania. Dziękuję
Dobra fotografia pozostaje ponadczasowa. Ludzie z historią, ludzie z pasją ocierają się o nieśmiertelność. Olbrzymią sztuką jest przemienić portret człowieka w nieśmiertelną historię. Pozdrawiam soczyście.
I to jest Sztuka właśnie!
-
BIERPINSEL
„Bierpinsel”, czyli tak zwany„Pędzel piwny”.
Futurystyka w wydaniu pop architektury lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Zaprojektowana przez Ralfa Schülera i Ursuline Schüler-Witte, architektów, którzy stworzyli również słynne ICC BERLIN.
Pędzel – wieża, licząca 48 metrów, z założenia miała przypominać drzewo. Berlińczykom kojarzyła się jednak z piwnym pędzlem… Głównie z powodu ich ulubionego napoju, którego, rzecz jasna, w trzypiętrowych kondygnacjach nie brakowało. Znajdowały się tam bowiem piwiarnia, restauracja i dyskoteka.
Kiedyś, przed upadkiem Muru, główna atrakcja zachodniej dzielnicy Steglitz – dziś w Berlinie tyle atrakcji, że niewielu Berlińczyków o wieży pamięta.
Wieża przypomniała o sobie dopiero niedawno, kiedy otwarto w niej artystyczną kawiarnię i zaproszono do wymalowania jej na zewnątrz streetartów z całego świata.
Kolorowa droga od metra ku wieży oraz efekt „przed” z roku 2009 i „po” czyli dzisiaj -poniżej, wszystko utrwalone kamerą berlińskiego fotografika, Wojtka Drozdka.
Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan: 2012-03-07 21:34:06 · Wyświetl
-
Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan: 2012-03-04 21:15:16 · Wyświetl
-
JUBILEUSZE, PREZENTY I CHINY W BERLINIE
Park Wypoczynkowy Marzahn (Erholungspark Marzahn) powstał w 1987 roku z okazji 750 rocznicy powstania Berlina i miał być prezentem socjalistycznych ogrodników dla socjalistycznej stolicy NRD. W rzeczywistości jednak, jak to już nieraz w podzielonym murem mieście bywało, powstawał z przekory i w duchu rywalizacji do zachodniego parku Britzer Garten.
Ponieważ parę dni temu pisałam o parku „Britzer Garten”, znajdującym się w zachodniej części Berlina, dziś postanowiłam napisać krótko o parku, znajdującym się we wschodniej jego części. A mianowicie o Parku Wypoczynkowym Marzahn. Park ma ciekawą historią i kryje parę skarbów, o których warto wspomnieć.
Park Wypoczynkowy Marzahn (Erholungspark Marzahn) powstał w 1987 roku z okazji 750 rocznicy powstania Berlina i miał być prezentem socjalistycznych ogrodników dla socjalistycznej stolicy NRD. W rzeczywistości jednak, jak to już nieraz w podzielonym murem mieście bywało, powstawał z przekory i w duchu rywalizacji do zachodniego parku Britzer Garten. Ten powstał za murem dwa lata wcześniej po zachodniej stronie Berlina. Wieść zza muru niosła, że liczący prawie sto hektarów park Britzer Garten jest piękny i cieszy się olbrzymią frekwencją. Mówiąc krótko w 1985 o zachodnim parku, Britzer Garten, w mediach było bardzo głośno, a że mieszkańcy Wschodniego Berlina bez problemu odbierali zachodnie programy telewizyjne i radiowe… trzeba było coś z tym fantem zrobić. Najlepiej stworzyć park jeszcze piękniejszy… u siebie.
Wieczna rywalizacja między Wschodem a Zachodem wychodziła czasem Berlinowi na dobre. I tak oto w brzydkiej, szarej, socjalistycznej scenerii marzahńskiej, zdominowanej blokowiskami, wyrósł nowy, piękny park. Tyle pokrótce co do genezy powstawania parków wypoczynkowych w Berlinie w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Nie chcemy się jednak w tych mrocznych czasach zbyt długo zatrzymywać, przynajmniej ja nie mam na to ochoty. Przejdźmy do lat dziewięćdziesiątych, najlepiej zaraz do przełomu wieku, bowiem ten dla parków berlińskich okazał się wyjątkowo korzystny. W tym czasie Park Wypoczynkowy Marzahn bogacił się o coraz to nowe ogrody, ogrody szczególne, wyjątkowe, wiernie oddające swoim wyglądem najróżniejsze ogrody świata: ogród bizantyjski, chrześcijański, japoński, orientalny, najpopularniejszym jednak wśród nich był i jest po dziś dzień Ogród Chiński. Największy ogród chiński poza granicami Chin w Europie, niektórzy twierdzą nawet, że największy na świecie. Inicjatorem jego założenia był znawca Chin, berliński producent filmowy, Manfred Durniok. Idea stworzenia ogrodu nawiązywała głównie do współpracy miast partnerskich Pekinu i Berlina. Początkowo planowano założyć ogród w zachodniej części miasta w dzielnicy Tiergarten, w końcu wybór padł jednak na park marzahński.
Przedsięwzięcie było ogromne, kosztowne i skupiało na sobie niemalejącą uwagę mediów, powodów nie brakowało. Większość surowców potrzebnych do budowy, jak umeblowanie, wazy ozdobne, części architektoniczne, marmur czy kamienie skalne importowano z samych Chin. Wszystkie przywędrowały szlakiem wodnym w dwudziestu kontenerach. Żeby było oryginalnie, niemal wszystkie kwiaty, krzewy i drzewa pochodziły z Niemiec, ale nie było i nie ma do dziś wśród nich takich, które nie rosłyby w Chinach. Trzy lata trwały prace chińskich architektów i ogrodników nad projektem Chińskiego Ogrodu i jego budową, co kosztowało w sumie 4,5 milionów Euro. Nazwę ogrodu „Na nowo zdobytego Księżyca” wymyślili sami Chińczycy, miało nawiązywać do zjednoczenia Niemiec w 1990 roku.
Po niedzielnym spacerze, czyli przemaszerowaniu w strasznym wietrze przez wszystkie światowe ogrody, w tym oczywiście głównie przez Ogród Chiński, zakupie około 20 chińskich „ciasteczek szczęścia” – moje dzieci stwierdziły, że nie wiadomo, kiedy jeszcze nadarzy się okazja bycia w Chinach – pomyślałam, że może też i Niemcom będzie kiedyś dane odwdzięczyć się Chińczykom pięknym za nadobne. W nawiązaniu do takiego na przykład „Na nowo oswobodzonego Tybetu” lub ku czci „Na nowo oswobodzonych więźniów politycznych” albo… lista jest długa, jest w czym wybierać …
Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan: 2012-03-01 11:51:13 · Wyświetl
Niebawem zabieram się za twoja książkę.Wpadłam jedynie na chwilę.Krążę po szpitalach,bo tak wyszło.Głowę mam zupełnie zaprzątniętą prozą życia.Jak zwykle nie umiem sobie odmówić przeczytania ciebie.Reszta na potem,czas mnie goni. Nie chcę więcej pisać ,by nie ściągać zła ,odpukać.
Piekne zdanie o Tybecie i wiezniach politycznych. Szczegolnie w kontekscie ostatnich protestow (samospalen). Nie zapominajmy… tak, jak nas kiedys zapomniano…
- Wczytaj więcej
-bpfbt.jpg)










-bpfbt.jpg)







Och to wielka szkoda!! Bede zatem czytac artykuly w Zwierciadle… zycze powodzenia z ksiazka!!! Milo bylo poznawac Berlin Twoimi oczami!!!
A mi żal.Sama jednak też przebukowałam bilet do Argentyny,bo zdrowie,ale za chwilę też mnie może nie być.Wiem,że można blogować,pisać itd taktyka czasem jednak polega na świadomym uciekaniu od pewnej sytuacji.Czekam na kolejną książkę po fantastycznym ”Tunelu”.Przykre,że w rzekomej demokracji wystarczy myśleć logicznie,by być wysłanym do wariatkowa,oplutym i odtrąconym. Ja też mam czasem dość,jak cholera,jak cholera.I przyznam,że ratuje mnie spadek spoza tu i teraz w Polsce,nie na zbyciu tutaj,tak że złośliwcy żadnym sposobem nie wycisna mnie jak cytrynę.Trzym się,będę czytać ,co się ukaże.Pozdrów swego prezydenta,przynajmniej masz go z klasą.Ja pomilczę.Hej!
Magdo, wielka szkoda
Cieszę się, że przybliżyłaś mi Berlin, nawet oswoiłaś nieco. Ale żałuję, że nie będzie Twoich wpisów jak ten o wiewiórkach czy o traktorzystce
Liczę, że jednak coś przemycisz od siebie w tym pisaniu o Berlinie
Nie ma co się martwić. Pisanie książek jest zbożnym celem, a ich czytanie uszlachetnia
Jeśli więc nowa książka Pani będzie równie dobra jak Tunel – ja mam nadzieję, że będzie jeszcze lepsza
to warto czekać. A jeszcze jak będzie co dwa tygodnie artykuł, to nawet się nie zauważy, jak ten czas minie
O. Jeśli zaś można mieć prośbę. Napisała Pani, że Berlin jest Nowym Jorkiem Europy. Porównanie, które by mi w ogole mi nie przyszło do głowy (a Nowy Jork jest mi bliski). Przepraszam, ale zabrzmiało mi to tak, jak np. Bydgoszcz Wenecją Wschodu. Jednak całkiem możliwe, że Pani myśl jest trafna, a ja jestem ignorantem, myśląc, że jeśli jakieś miasto w Europie jest jakoś podobne do NY to może najbardziej Londyn. Proszę zatem swą myśl w jednym z pierwszych artykułów przybliżyć, dobrze? Bo to jest fantastyczne pisanie z tego względu, że daje dualizm spojrzenia, polsko-niepolski. A umiejętność patrzenia na świat z dystansu, to jest coś, co w Polsce chyba jest w tych czasach w głębokim deficycie. Dziękuję i czekam cierpliwie
Wszystko ma swój czas
Pozdrawiam i dziękuję za całe Twoje pisanie!!!