Czy czasy zadufanych, niedostępnych gwiazdorów minęły bezpowrotnie? Nowe pokolenie aktorów zjednuje sobie widownię autentycznym, bezpretensjonalnym wdziękiem. Najmilszy wśród miłych? Nie bez powodu Anne Hathaway mówi, że chciałaby, aby jej dzieci były jak Tom Holland, kiedy dorosną.
Ma nieskazitelną kartotekę. Niczym się nie zbłaźnił, nie palnął w wywiadzie szkodliwej społecznie bzdury. Wręcz przeciwnie – każde kolejne wyjście na czerwony dywan albo spotkanie z mediami w ramach promocji jednego z nowych filmów kończy się jakimś viralowym cytatem, który tylko pomnaża miłość, jaką obdarzyła go młoda publiczność. Jak ten, który niesie się ostatnio przez media społecznościowe, przy okazji premiery nowej części filmowej sagi o Spider-Manie, choć słowa aktora wyciągnięto z archiwum. W 2019 roku reporter zapytał go, czy jest szansa na homoseksualnego Spider-Mana, a może takie pomysły nie sprawdzą się w normatywnie chłopackiej ekranizacji komiksu. Holland odpowiedział szybko i kategorycznie, bez wahania: „Świat nie kończy się na białym heteroseksualnym mężczyźnie, a zadaniem kina jest reprezentować różne osoby”. Oczywiste? Tom Holland regularnie zbiera punkty nie tylko za rozumną wizję rzeczywistości, ale i zdrowy stosunek do uprawianego zawodu. „Może mam takie trzeźwe podejście do aktorstwa, bo nigdy nie marzyłem o graniu w filmach” – rzucił w niedawnym okładkowym wywiadzie dla magazynu „Esquire”.
Lubi zresztą przypominać, że został aktorem zupełnym przypadkiem. Z takim zapałem tańczył do piosenki Janet Jackson, że rodzice wysłali go na zajęcia taneczne, a stamtąd niedługo później trafił na przesłuchania do musicalu „Billy Elliott”, wystawianego na londyńskim West Endzie, w którym zagrał tytułową rolę. „Gdybym miał wymienić pięć osób, które miały kluczowy wpływ na moją karierę, Janet Jackson byłaby w tej piątce, mimo że nigdy się nie poznaliśmy. Gdybym tańcząc do jej piosenki, nie pokazał, że mam poczucie rytmu, mama nigdy nie zaprowadziłaby mnie do szkoły tańca, a więc nigdy nie dostałbym roli w spektaklu, a gdybym nie zagrał na West Endzie, nie miałbym agenta i tak dalej, tak dalej” – opowiadał kilka tygodni temu w podcaście „Good Hang” amerykańskiej komiczki Amy Poehler. „Nie marzyłem o aktorstwie. To nie było coś, do czego mnie ciągnęło. Nie zwierzałem się rodzicom, że pragnę sławy. Gdyby więc nie ta jedna piosenka, być może nie było mnie tu dziś w tym studiu. Szaleństwo, prawda?”. Holland dorastał w bezpiecznej, zamożnej, zielonej dzielnicy Londynu – swoje dorosłe mieszkanie też zresztą kupił właśnie w Kingston, tam mieszka z Zendayą, gdy akurat nie są w Los Angeles, a na spacery z psem dalej chodzi do parku Richmond. Ojciec aktora jest komikiem, mama – fotografką. Ma trzech młodszych braci. „Za dzieciaka byłem pewien, że tata jest bezrobotny, bo spędzał z nami cały dzień. Odwoził nas do szkoły, odbierał po lekcjach. Wychodził do pracy, gdy my szliśmy spać. Co takiego mógł więc robić? Był albo standuperem, albo Batmanem, innych opcji nie było” – żartował w rozmowie z Poehler, ale też od razu przyznawał, że kreatywni, artystycznie uzdolnieni rodzice to błogosławieństwo, a ojciec showman wyposażył go w pewność siebie, niezbędną u każdego performera, i instruktaż, jak poruszać się w branży rozrywkowej. Tom Holland może sprawiać wrażenie osoby świetnie przeszkolonej w kontaktach mediami. Zawsze wie, co powiedzieć, a przy tym zachowuje luz i humor. To strategia? Niekoniecznie. W końcu raz pozwolił sobie na coś, na co aktorzy – zwłaszcza o jego zasięgach – nie pozwalają sobie nigdy. Przyznał publicznie, że było mu przykro, gdy czytał krytyczne recenzje.
Trzy lata temu Tom Holland wystąpił w serialu Apple TV „W tłumie”. To psychologiczny thriller, który opowiada historię młodego chłopaka z dysocjacyjnym zaburzeniem osobowości. „Variety” pisało o produkcji, że jest „niefortunnie jałowa”, a redakcja serwisu IndieWire uznała serial za „nieznośny” i „męczący”. „W tłumie” faktycznie nie grzeszy szczególnie błyskotliwym scenariuszem, a Holland gra bez wyczucia subtelności. Aktor przyznał, że „dostał po zębach” od krytyków i krytyczek – znów z dużą klasą, bez obrażania się na cudze opinie i wykłócania o racje. Przy okazji mówił, że rola chorującego psychicznie dzieciaka zmusiła go, by przyjrzeć się lepiej własnej kondycji emocjonalnej. Mniej więcej w tamtym czasie – o czym będzie opowiadał w późniejszych wywiadach – rzucił alkohol. Dziś bez ogródek wyznaje, że miał problem i nadużywał, więc wybrał zdrowe życie w trzeźwości. I stworzył własną markę piwa bezalkoholowego Bero. Prowadzi też, wspólnie z bratem Harrym, firmę produkującą filmy. Gdy więc mówi, że zniknie z ekranu, jak tylko zostanie ojcem, niekoniecznie żegna się z przemysłem filmowym. Ot, będzie rozdawał karty za kulisami. Ile stracimy, jeśli już ten hipotetyczny scenariusz się sprawdzi i Holland przestanie grać?
W 2012 roku, na łamach „Hollywood Reporter”, piętnastoletni wówczas Tom Holland wyznał, że chciałby dostać Oscara. Grał właśnie w filmie katastroficznym „Niemożliwe”, u boku Naomi Watts. Ma szanse? W żadnej z dotychczasowych ról nie pokazał jeszcze wielkiego talentu dramatycznego, ale może wciąż czeka na właściwy scenariusz. Z drugiej strony Holland jest dla kina tym, czego nie zastąpią żadne nagrody – gwarancją frekwencji. Trzy dotychczasowe filmy o Spider-Manie z jego udziałem zarobiły na całym świecie prawie 4 mld dolarów, czwarta – ostatnia z Hollandem, który w tym roku skończył trzydzieści lat, więc wyrósł z roli licealisty w lycrze – wejdzie do kina z końcem w lipca. Wcześniej ukaże się „Odyseja”, wyczekiwany epos w reżyserii Christophera Nolana. Holland zagrał Telemacha, syna Odysa (Matt Damon) i Penelopy (Anne Hathaway). „Tom jest synem, o jakim marzy każdy rodzic. Mam nadzieję, że moje dzieci wyrosną na tak cudowne osoby” – mówiła Anne Hathaway w rozmowie z programem „e-talk”. Z kolei w materiale dla „Esquire” rozwijała: „Tom przypomina mi aktora z pierwszego pokolenia gwiazd filmowych. Każdy wtedy łączył w sobie kompetencje zawodowego atlety, artysty wodewilowego i kaskadera. I miał w sobie ten magiczny urok, który pozwalała wierzyć, że moglibyście zostać przyjaciółmi, gdybyście tylko mieli okazję spotkać się w prawdziwym życiu i pójść na piwo. Bezalkoholowe, przynajmniej w przypadku moim i Toma”. Umiejętności jak z dawnej estrady faktycznie mu się opłacają, bo Holland właśnie kręci filmową biografię Freda Astaire’a, największego z hollywoodzkich tancerzy. A co przesądzi o tym, kto zostanie nowym Jamesem Bondem? Mówi się, że Tom Holland ma spore szanse, żeby zagrać agenta 007. Z tym znikaniem z ekranu to więc na razie wyłącznie pogróżki bez pokrycia.