„Zwierzę jest kimś, a nie czymś” – powtarzał prof. Zbigniew Mikołejko. Dwa lata po jego śmierci i tuż przed 75. rocznicą urodzin filozofa i historyka religii pamięć o tej postawie staje się inspiracją do powstania Fundacji im. Anny i Zbigniewa Mikołejków „Stworzaki”. O kotach wybitnego intelektualisty, zwierzęcej żałobie, filozofii czułości oraz o tym, czego zwierzęta uczą nas o człowieczeństwie, z historyczką i redaktorką Kingą Korczykowską rozmawia Konrad Wojtyła.
Rozmowa pochodzi z przygotowywanej do druku książki”Zaprawdę, Mikołejko” Konrada Wojtyły.
Konrad Wojtyła: Profesor Zbigniew Mikołejko zapisał się w pamięci wielu osób jako wybitny humanista, filozof i myśliciel. Równie poruszający był jednak ten mniej oczywisty wymiar jego osobowości – niezwykła czułość wobec zwierząt, czy, jak sam je nazywał, „stworzaków”. Ta uważność na istoty najsłabsze mówi o nim równie wiele jak jego książki i publiczne wystąpienia. Choć nie mieli Państwo okazji poznać się osobiście, nawiązała pani z profesorem szczególny rodzaj dialogu poprzez lekturę jego dzieł. Jak z tej perspektywy odczytuje pani jego wrażliwość i to, co mówi ona o nim jako człowieku?
Kinga Kroczykowska: Po raz pierwszy zetknęłam się z nazwiskiem profesora, kiedy sięgnęłam po pierwszy tom We władzy wisielca. Część naukowców i filozofów ma tendencję do rozdzielania włosa na czworo, dywagacji tak mądrych, że bez słownika pod ręką, ich wywód jest nieczytelny. Natomiast profesor Mikołejko wprowadził mnie w świat wisielca językiem finezyjnym, elokwentnym i… rzeczowym. Całość, rozpisana na dwa tomy, była dopracowana do najmniejszego szczegółu – od cytatów począwszy a na ikonografii skończywszy. A co najważniejsze, chociaż temat sam w sobie był okrutny, książki okrucieństwem nie epatowały.
Najbardziej przemówiły do mnie fragmenty dotyczące zwierząt, tego, że również były skazywane na śmierć przez powieszenie, były wisielcami, ofiarami ludzkiej głupoty i niezrozumienia. W polskiej literaturze historycznej zwierzęta to temat marginalny. W monografiach wieków przeszłych liczy się tylko człowiek – czego dokonał, kogo pokonał. A że przy okazji był i jest nastawiony mało empatycznie do zwierząt? To już nie kłopot większości historyków, którzy wychodzą z założenia, że „człowiek – to brzmi dumnie”. Profesor Mikołejko wiedział, że nie brzmi. Pochylał się nad wszelkimi ułomnościami ludzkimi i starał się przekazać tę prostą prawdę, że w świecie, który łatwo zapomina o cichości i kruchości życia, tak ważne są odpowiedzialność i współczucie. Szczególnie, jeśli chodzi o stworzaki. Wspaniałe słowo. Jego wyjaśnienie spotkałam w jednym z wywiadów: „Stworzenie, creatura, znowu trąci językiem religijnym i metafizycznym, a stworzak to jest ktoś, kto jest między nami ze swoim ciepłem i swą bliskością. I chyba bardziej. To słowo mówi też o opiece – bo jest w nas potrzeba opieki, nie tylko brania, ale też dawania. Być może też dlatego zapraszamy zwierzęta do siebie, żeby móc komuś dawać to, co ten ktoś od nas przyjmie z otwartym sercem. Owszem, czasem z kaprysem i dąsami, ale jednak”.
Teraz wiemy z Weroniką Wawruszko, prezesem Stowarzyszenia Koty Prezesowej i przyszłą panią prezes Fundacji Stworzaki, że ta nazwa na nas nie tylko czekała, ale jest odzwierciedleniem tego, co profesor myślał o zwierzętach, jakim był człowiekiem i jakiego chcemy mieć za patrona fundacji.
Anna Mikołejko pojawia się w nazwie fundacji nieprzypadkowo.
Bardzo zależało nam, żeby to nie było tylko upamiętnienie profesora Zbigniewa Mikołejki, ale też pokazanie tej bardziej osobistej, czułej strony tej historii. To ma być fundacja zakorzeniona w pamięci o obojgu, w tym, co dla nas ważne: wrażliwości, uważności na słabszych i sprzeciwu wobec obojętności. I choć wszyscy kojarzą nas głównie z kotami, bo rzeczywiście ratujemy ich najwięcej, to nasza pomoc nigdy nie kończyła się na kotach.
Opiekuje się pani na co dzień kotami profesora – Sonią i Filipem – a także wspiera Annę. W kwietniu minęły dwa lata od śmierci Zbyszka. Zwierzęta przeżywają stratę i przeżywają żałobę?
Myślę, że Sonia i Filip pomogły Ani swoją obecnością. Na chwilę pozwolę sobie wrócić do momentu, kiedy poznałam Anię. Było to 7 maja 2024 roku na pogrzebie profesora, gdzie jako Stowarzyszenie Koty Prezesowej kwestowałyśmy na nasze kocie bidy. Kwesta to był pomysł seminarzystki pana profesora, doktor Katarzyny Skórskiej, która nawet nie wie, jak wpłynęła na nasze życie! Poszłyśmy z Weroniką złożyć kondolencje wdowie po wielkim filozofie (dla mnie wielkim historyku) i stanęłyśmy oko w oko z damą. Kobietą z niebywałą klasą. Nie znała nas, przeżywała najtrudniejszy moment w swoim życiu, a jednak znalazła dwie, trzy minuty, aby szczerze nam podziękować za obecność. Klasa emanowała z każdego ruchu, słowa.
Czytaj także: Biowładza, medycyna niekonwencjonlana, holistyczne podejście do leczenia. Rozmowa z prof. Zbigniewem Mikołejko
Spotkałam Anię kilka tygodni później. Zaoferowałam pomoc. Od słowa do słowa, od rozmowy do rozmowy – okazało się, że pomagamy sobie obie. Ja – przy kotach, natomiast Ania służy zawsze dobrym słowem, spokojem, klasą i niesamowitym ciepłem. Wspaniale opowiada o Soni i Filipie, bo niestety – oba koty nie darzą mnie zbytnią sympatią. W sumie się im nie dziwię, bo przychodzę, zabieram do lekarza, trzymam podczas zastrzyków. Człowiek by się zdenerwował, a co dopiero zwierzę wyrwane ze swojego środowiska przez obcą osobę. Kiedy kotami zajmował się pan profesor – było inaczej, koty ufały mu, wiedziały, że nic złego się nie stanie.
Koty naprawdę tęsknią?
Dla wielu ludzi nieprawdopodobieństwem jest przyznanie faktu, że koty potrafią tęsknić. Uważane są za zwierzęta obojętne uczuciowo, nieprzyzwyczajające się do ludzi czy miejsc, a to po prostu bzdura. Koty także czują stratę, potrafią popaść w depresję, stracić apetyt, zniechęcić się do życia, kiedy ich świat zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni i odchodzi ktoś, kogo kochały. O empatii Soni i Filipa wiele słyszałam od Anny podczas naszych rozmów. Nadal szukają profesora, nadal niepokoi ich jego nieobecność. Zawsze wbiegały do jego pokoju, kiedy tylko miały taką możliwość. I nadal to robią, ale… nie przy mnie.
Profesor często powtarzał za Jerzym Pilchem, że „Panu Bogu poza kotami nic się do końca nie udało”.
Już Leonardo da Vinci twierdził, że najmniejszy kot jest dziełem sztuki i trudno się z nim nie zgodzić. Kiedy patrzymy na maleństwa zależne od matki – są przesłodkie, potem jest okres kilkutygodniowych kotów, kiedy ta słodycz wręcz się z nich wylewa. A potem koty dorastają i stają się czystą gracją i osobowością.
Filip nawet w chorobie jest pełen dostojeństwa i… buntu. Będzie leczony na własnych warunkach albo tak utrudni nam wszystkim życie, że wióry polecą. A że choroba jest śmiertelna? Tym gorzej dla choroby. Każdy kot jest inny, jest indywidualistą, jest nie do pomylenia. Jedne biegną na widok miski z jedzeniem, inne – podchodzą cicho, jakby chciały polować. Jeszcze inne – zjedzą dopiero kiedy stado się naje. I są koty nieśmiałe, które trzeba karmić oddzielnie.
W tym kontekście trudno nie przywołać wiersza Kot w pustym mieszkaniu, w którym staje się on symbolem żalu po stracie bliskiej osoby, bezradności wobec śmierci i niezrozumienia nagłego zniknięcia człowieka – bo są przecież rzeczy, których „kotu się nie robi”.
Pewnie, że tego się kotu ani kotom nie robi! Jakże to – odejść i zostawić kota, albo co gorsza, dwa koty? Odmawianie kotom uczuć takich jak empatia, tęsknota i przywiązanie trwa od dawna, od wieków. Proszę zobaczyć – jak traktowano koty w średniowieczu: papież Grzegorz IX wydał bullę Vox in Rama – niby skierowaną przeciwko heretykom, a w istocie godzącą w dobrostan kotów, szczególnie tych czarnych, w dniu Guya Fawkesa zaszywano po kilkanaście kotów w worku i wrzucano je w płonienie. Czy tak można było postąpić z kimś, kto czuje empatię i tęsknotę? Nie, uważano, że koty są złe. Do cna złe, egoistyczne, obojętne na wszystko i wszystkich. Odebrano im możliwość kochania, odczuwania. Bo wygodniej było, kiedy stanowiły cel krwiożerczych zapędów człowieka. Święty Tomasz z Akwinu dopuszczał zadawanie cierpienia zwierzętom tylko dlatego, że są niższymi bytami. Kartezjusz, powszechnie podziwiany Francuz, twierdził w Rozprawie o metodzie, że zwierzęta są tylko doskonałymi maszynami pozbawionymi rozumu. I dlatego dzisiaj, kiedy mówimy o fundacji, nie mówimy tylko o ratowaniu zwierząt, ale o przywracaniu im tego, co człowiek przez wieki tak wygodnie im odbierał: prawa do cierpienia, więzi, pamięci i miłości. Wiele się mówi o tęsknocie psów, o ich przywiązaniu. A przecież z kotami jest podobnie. Jak wspomniałam – Filip i Sonia do tej pory szukają profesora, kiedy tylko wpadną do jego pokoju, wciąż dziwi i smuci je jego nieobecność.
Zwierzęta towarzyszyły profesorowi przez całe życie. Z uśmiechem mówił, że nie przepada za gadami czy pająkami, bo nie można się do nich przytulić. Co ciekawe, niemal wszystkim swoim „stworzakom” nadawał ludzkie imiona. Jak pani odczytuje ten wyjątkowy gest?
Profesor Mikołejko zawsze powtarzał, że zwierzę jest kimś, a nie czymś. Nigdy dodatkiem do życia, raczej jego dopełnieniem. Dlatego w jego domu nie było „kota” ani „psa” – był Filip, była Sonia, wcześniej inne koty, każdy z imieniem, które się nie narzucało, tylko przyjmowało istnienie. Ludzkie imiona niosą w sobie prostą prawdę: jesteś osobą. Jesteś kimś ważnym. Masz historię, charakter, wybory, emocje. Mówienie do kota „Filipie” jest zupełnie inne niż „koteczku”. I to nie dlatego, że profesor próbował je „uczłowieczyć”. On po prostu widział człowieczeństwo tam, gdzie inni go nie dostrzegali. I przy tym wszystkim – czerpał z ich odmienności. Uwielbiał koty właśnie dlatego, że miały go w głębokim poważaniu, kiedy chciały. Że były wolne, a jednocześnie najbardziej przy nim. Że nigdy nie pozwoliły się posiąść. Koty nie żyją poza prawem, żyją na własnych prawach.
Czytaj także: Zwierzęta robią z nas ludzi. O pogłębiającym się zbliżeniu międzygatunkowym rozmawiamy z Martą Niedźwiecką
Wydaje mi się, że zwierzęta były jego czułym uchem i zwierciadłem, przefiltrowującym rzeczywistość surową i okrutną, o której tak wiele pisał. Historia i religia pokazują nam ludzi w całej ich pysze, przemocy i pogardzie wobec słabszych. Koty – przeciwnie – uczą pokory. Uczą, że można być potężnym, a nie krzywdzić. Że można być samotnym, a jednak kochać. Że można kochać, nie stając się niewolnikiem uczucia. Profesor kochał koty nie za ich podobieństwo do ludzi, ale za to, że były lepsze. Mądrzejsze w swojej prostocie. Kruche, a jednak niepokonane. Tak jak chciał, aby świat wyglądał wobec najsłabszych stworzeń – z troską, nie z przemocą. I dlatego właśnie były dla niego bratnimi duszami – cichymi, dumnymi, wiernymi temu, co niewypowiedziane.
Przez pryzmat zwierząt możemy dostrzec prawdę o nas samych – o naszym człowieczeństwie, empatii i granicach odpowiedzialności. Jak pani rozumie to przesłanie w kontekście rodzącej się Fundacji im. Anny i Zbigniewa Mikołejków „Stworzaki”?
To, kim jesteśmy wobec zwierząt, jest próbą tego, kim naprawdę jesteśmy. Zwierzę nie potrafi fałszować. Nie udaje, że jest wdzięczne, gdy nie jest. Nie kocha z wyrachowania. Nie uśmiecha się obłudnie. Dlatego tak bardzo niewygodne bywa jego spojrzenie – bo kiedy patrzy na nas kot, pies, królik czy ptak, to widzi dokładnie to, co chcielibyśmy zakryć przed światem. Jeśli potrafimy pochylić się nad kimś słabszym – to znaczy, że nasze człowieczeństwo nie jest teorią. Jeśli umiemy wziąć odpowiedzialność za istotę całkowicie od nas zależną – znaczy to, że empatia nie jest pustym słowem. Jeśli widzimy ból, zanim zamieni się w krzyk – to właśnie wtedy jesteśmy naprawdę ludźmi. W tym rozumieniu tworząca się fundacja nie jest tylko instytucją, która ratuje koty, psy czy inne „stworzaki”. To jest projekt ocalania sensu bycia człowiekiem. Bo gdy przestaniemy widzieć cierpienie zwierzęcia nie zauważymy także cierpienia drugiego człowieka.
Profesor pisał i mówił o historii, religii, o błędach i grzechach świata, ale to właśnie w relacji ze zwierzętami był najuczciwszy. Najprawdziwszy. Był człowiekiem, który nie bał się czułości – bo uważał ją za wyższą formę odwagi. My w fundacji chcemy robić to samo: patrzeć na świat tak, jak patrzył profesor – z troską o tych, których łatwo pominąć. Z szacunkiem do każdego życia. Z przekonaniem, że to, co najważniejsze, nie krzyczy, tylko tuli się do człowieka i ufa mu – czasem po raz pierwszy, czasem po raz ostatni. Tak rozumiem przekonanie profesora: że zwierzęta są naszym lustrem i wyrzutem sumienia. Sprawdzianem, czy zasługujemy na to, żeby powiedzieć o sobie: „jestem człowiekiem”. A Fundacja „Stworzaki” ma być właśnie o tym – o byciu człowiekiem z wyboru, a nie z definicji.
Profesor uważał, że zwierzęta mają „duszę” – nie w sensie dogmatycznym, lecz jako niepowtarzalność istnienia, zdolność do więzi, uczuć i pamięci.
Nie potrzebował teologii, aby wiedzieć, że zwierzęta mają duszę. Nie taką, którą się definiuje w uczonych traktatach, tylko duszę z doświadczenia, z relacji, z codzienności. Duszę, którą najlepiej widać wtedy, kiedy kot położy głowę na ludzkiej dłoni i po prostu wie, że jest bezpieczny. Mówił o duszy, jak o niepowtarzalności istnienia: o tym, że każde stworzenie ma własne pragnienia, lęki, pamięć o tym, co kochało i co je skrzywdziło. Że żałoba kota po odejściu opiekuna jest tak samo prawdziwa, jak żałoba człowieka tylko wyrażona ciszą, nie łzami. I tak, to będzie fundament Fundacji. Bo jeśli przyjmiemy, że każde zwierzę ma duszę to automatycznie nie wolno nam przejść obojętnie obok cierpienia. Nie wolno powiedzieć: „to tylko kot”. Nie ma „tylko”. Jest ktoś.
Mówił często o cichości życia zwierząt, o tej części świata, która nie krzyczy. Fundacja będzie miejscem przywracania znaczenia ich istnieniu. Tak, jak chciał profesor. Wierzymy – i będziemy o tym mówić głośno – że: każde stworzenie ma prawo do życia bez bólu, do miłości, która nie boli, do opieki, która nie zawodzi. Jeśli to nie jest dusza – to co nią jest? Nasza działalność ma być jdowodem na to, że największą wartość ma to, co słabe, niewinne i milczące. Bo właśnie tam, gdzie ludzie przez wieki nie chcieli patrzeć, profesor widział najwięcej światła.
Mikołejko twierdził, że zwierzęta są od nas – ludzi – po prostu lepsze, a ich jedyną wadą jest to, że odchodzą zbyt wcześnie. Czy ta perspektywa wpływa na pani sposób myślenia o zwierzętach, o ich miejscu w naszym życiu i w świecie?
Miał rację – zwierzęta są od nas lepsze. Nie komplikują życia bardziej, niż to konieczne. Nie krzywdzą dla przyjemności. Nie budują poczucia wartości na cierpieniu innych. Nie znają pojęcia hipokryzji. A jeśli kochają, to naprawdę. Ich jedyną wadą jest to, że odchodzą zbyt szybko. I właśnie to uczy pokory: świadomość, że dostaliśmy przywilej towarzyszenia im tylko na chwilę. Jeden ludzki rozdział życia mieści w sobie całe zwierzęce istnienie – od dzieciństwa po starość. To zobowiązuje. Jeśli zawiedziemy zwierzę, które ufało nam bezwarunkowo, to zawiedziemy również samych siebie. Jego perspektywa zmieniła moje myślenie o świecie na bardzo proste: miejsca dla zwierząt nigdy nie może zabraknąć. Nie w domu. Nie w mieście. Nie w budżecie. Nie w sercu. One były tu długo przed nami i będą po nas – w tych, którzy je kochają. Zostawiają ślady: nie tylko sierść na swetrze i rysy na kanapie, ale przede wszystkim odcisk łapki na sumieniu. Profesor widział w zwierzętach to, czego ludzie często nie chcą zauważyć: mądrość prostoty, siłę słabości i piękno wierności. I my – idąc za nim – chcemy, żeby świat, który tworzymy w Fundacji, był światem, w którym to właśnie zwierzęta uczą nas być ludźmi.
Kot – istota niezależna, kontemplacyjna, niemal filozoficzna – zajmował w życiu profesora szczególne miejsce wręcz symboliczne.
Mówił o nim jako o istocie kontemplacji – kimś, kto nie potrzebuje fajerwerków ani potwierdzania swojego istnienia, żeby naprawdę być. Koty żyją „obok”, ale nigdy „mniej”. I profesor fascynował się właśnie tą niezależną obecnością – obecnością, która niczego nie wymusza, ale wszystko przemienia. Kiedy opowiadał o Soni czy Filipie, zawsze odnosił się do ich charakteru, do tych drobnych cech, które dla innych mogłyby być nieistotne: Sonia była dla niego ciszą, która patrzy, Filip – marsowym filozofem, który dużo widzi, mało mówi, ale wszystko wie. Nie „pieszczotki”, nie „koteczki”. Osoby o wyraźnych osobowościach. Jak współlokatorzy, partnerzy do rozmowy bez słów. Kot w jego życiu nie był maskotką. Był symbolem wolności, której człowiek wciąż się uczy. Profesor często mówił, że ludzie mylą odpowiedzialność z dominacją, a bliskość z posiadaniem. Kot zaś uczy, że można być razem bez zniewolenia, kochać bez zawłaszczania, ufać bez utraty siebie.
Czytaj także: Profesor Zbigniew Mikołejko o tym, że Europa się boi
Jeśli więc spojrzeć na koty, jak na zwierciadło profesora – odbijają one jego najważniejsze cechy: niezależność myślenia, której nie da się zastraszyć, wrażliwość, która nie potrzebuje krzyku, by istnieć, mądrość, która przysiada obok i patrzy na świat bez złudzeń, pokorę wobec tajemnicy życia. Koty profesora mówią o nim więcej, niż niejedna laudacja. Bo kot wybiera swoje miejsce i swoich ludzi bardzo ostrożnie. A one wybrały jego. Sonia i Filip wciąż go szukają. A może bardziej: strzegą jego obecności, która w ich świecie się nie kończy. I to również mówi o profesorze: że był dla nich człowiekiem, któremu warto było zaufać. A koty nigdy nie mylą się w tej sprawie.
24 lipca przypada 75. rocznica urodzin profesora… Jakie są pierwsze cele Fundacji i jak wyobraża sobie pani połączenie jego głęboko humanistycznej refleksji z praktyczną pomocą „stworzakom”, które tak bardzo kochał?
On naprawdę wierzył, że dobro ma sens tylko wtedy, kiedy się nim dzielimy z najsłabszymi. I dlatego ta inicjatywa była tak głęboko zgodna z jego myśleniem i jego życiem. Dziś Fundacja ma statut, radę złożoną z ludzi wielkiego autorytetu, wizję działania i misję, która jest po prostu kontynuacją jego myślenia o świecie. Została tylko formalność – rejestracja, podpisy, papierologia, czyli wszystko to, co zawsze trwa dłużej niż powinno. Chcemy połączyć myśl humanistyczną profesora z działaniem tu i teraz – zgodnie z jego filozofią: „Czułość jest wyższą formą odwagi.” Więc działamy z odwagą. Ale też z tą czułością, o której profesor mówił tak często i tak pięknie. Fundacja jego imienia ma być żywym pomnikiem. Nie z brązu. Z miłości i odpowiedzialności. Każdy uratowany „stworzak” będzie historią opowiedzianą do końca tak, jak profesor sam by tego chciał: z troską o życie, które mogło zostać pominięte.
Kinga Korczykowska – historyk, korektor i redaktor. Od 25 lat pracuje z tekstami, głównie naukowymi. W 2020 roku dołączyła do Stowarzyszenia Koty Prezesowej, której prezesem jest Weronika Wawruszko. Wraz z Wiktorią Wyszyńską i Zosią Korczykowską opiekują się kilkudziesięcioma kotami, dwoma psami i wszystkimi innymi stworzakami, które potrzebują pomocy.
Konrad Wojtyła – literaturoznawca, krytyk literacki, poeta, publicysta i wykładowca akademicki, doktor nauk humanistycznych. Wiceprezes Fundacji im. Sławomira Mrożka. Opublikował siedem tomów poetyckich, m.in. „może boże” (2010), „Czarny wodewil” (2013), „Znak za pytaniem” (2017) oraz najnowszy – „Scherzofrenia” (2023). W 2014 roku wydał książkę „Rewersy. Rozmowy literackie” – zbiór wywiadów z czołowymi polskimi pisarzami i tłumaczami. Redaktor książek Rafała Wojaczka i znawca jego twórczości. W 2027 roku ukaże się jego książka „Zaprawdę, Mikołejko”.