Alina Gutek - Dobrawa Czocher: polska wiolonczelistka, której muzykę wybrał Sorrentino. „Już nie chcę być perfekcyjna”
00:00
Skomponowała razem z Hanią Rani utwór dla samego Paola Sorrentina, do filmu „La Grazia”. W marcu ukazał się jej najnowszy album, „State of Matter”. Dobrawa Czocher, wiolonczelistka i kompozytorka, odważnie łączy muzykę klasyczną, nowoczesną, filmową i... głos. – Jestem gotowa na to, żeby został usłyszany – mówi.
- W rozmowie ze „Zwierciadłem” Dobrawa Czocher opowiada o spełnieniu jednego z jej marzeń – wykorzystaniu jej muzyki w filmie Paola Sorrentino, a konkretnie – w „La Grazia”.
- Wiolonczelistka wspomina też, że jej najnowszy album, czyli „State of Matter” wyrasta z napięcia między ruchem a ciszą, zmianą a skupieniem.
- Dobrawa Czocher mówi również o odwadze, by po „Inner Symphonies” zacząć mówić własnym muzycznym głosem, często przy wsparciu przyjaciółki – Hani Rani i doświadczeniach, które zmieniały kierunek jej kariery.
- Rozmowę domykają refleksje: o terapii, wrażliwości i dojrzewaniu do siebie, w którym – jak podkreśla Dobrawa Czocher – kluczowe staje się nie spełnianie oczekiwań, tylko budowanie własnej drogi.
Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 04/2026.
Alina Gutek: Zaczęłaś ten rok w tempie con moto?
Dobrawa Czocher: O, jakie piękne nawiązanie! [śmiech]
To może je wyjaśnijmy: skomponowałaś razem z Hanią Rani utwór pod takim tytułem, który został wykorzystany w filmie Sorrentina „La Grazia”.
Wyznam, że to było moje ciche marzenie, żeby kiedyś dostać maila z pytaniem, czy moja muzyka mogłaby zostać wykorzystana w jego filmie. Aż się z tego śmieję, że sama sobie wyafirmowałam muzykę dla Sorrentina, to jeden z moich ukochanych reżyserów.
Jak, poza wysłaniem afirmacji, takie marzenie się realizuje?
Nie znamy się z reżyserem osobiście. Z Hanią Rani należymy do agencji publishingowej, dysponującej olbrzymią bazą muzyki, którą później muzyczni superwizorzy podsuwają reżyserom. Sorrentino wykorzystał nie tylko nasz utwór, także inne, w tym komercyjne, ale wszystkie w zderzeniu z jego intelektualnym kinem tworzą porażającą supermiksturę. Uważam, że w tym filmie muzyka to uczta dla ucha. Nie mogłam sobie wymarzyć czegoś lepszego na start w nowym roku.
Właśnie, wyczytałam, że sam termin muzyczny con moto oznacza: ruchliwie, żywo, energicznie. A ty wydajesz płytę, zaczynasz trasę koncertową, dużo się u ciebie dzieje.
Z jednej strony to są duże kroki, ale one wydarzają się w takim momencie, kiedy w zasadzie po raz pierwszy od dawna zrobiłam sobie tak długą przerwę od koncertowania. Nie tylko dlatego, żeby zająć się nową płytą. Miałam przecież takie okresy w życiu, kiedy pracowałam nad nową płytą i jednocześnie koncertowałam. Teraz to był mój wybór, żeby zebrać siły do wyruszenia w trasę z nowym albumem i żeby się z tego naprawdę ucieszyć.
Używając ponownie muzycznego języka: najpierw musiałaś wejść w senza moto, żeby potem osiągnąć con moto?
Tak, dokładnie! [śmiech]
Odsłuchałam singiel „Blue”, potem całą płytę „State of Matter” (Stan skupienia) i nie mogłam przestać, ma wyjątkowy klimat. Wprowadzasz wokół niej narracyjne wątki płynności, wody, fluktuacji. Dlatego, że pochodzisz z okolic morza, a dokładnie z Tczewa, gdzie się urodziłaś?
Masz dobrą intuicję, bo ja ten album pisałam przez rok i przez ten rok mieszkałam z moim partnerem w Sopocie, w mieszkaniu z widokiem na morze. Miałam szczęście, że codziennie budząc się, widziałam tę błękitną materię, co na pewno wpłynęło na mój odbiór rzeczywistości, było asumptem do zadawania sobie pytań, do doświadczania pewnych stanów. Patrząc na morze, zaczęłam się zastanawiać, co tak naprawdę jest po jego drugiej stronie.
W sensie geograficznym czy filozoficznym?
Także w dosłownym sensie, geograficznym. Pomyślałam sobie, że gdybyśmy jako ludzkość nie zadawali sobie takich pytań ileśset lat temu, nie odkrylibyśmy wielu kontynentów, kultur i w ogóle rzeczy, o których nie mieliśmy pojęcia. Tak więc pytanie, co jest po drugiej stronie, wydaje mi się szalenie ważne.
Ale tak naprawdę chodzi mi o to, że mamy w sobie imperatyw do zadawania pytań, odkrywania nowych rzeczy kwestionowania starych, do sprawdzania. Dla mnie pytanie o tę drugą stronę morza to też pytanie o zmianę w życiu, o to, co mnie po niej czeka.
Myślę, że płyta próbuje oddać te moje rozważania filozoficzne. Jeden z utworów nazywa się zresztą „Fluktuacja”, bo my, tak jak woda, jesteśmy w różnych stanach skupienia. I żeby dokonać pewnej zmiany i zadać sobie parę istotnych pytań, musimy wprowadzić się w stan skupienia, koncentracji. Ta płyta jest dla mnie odą do ludzkiej ciekawości. Zachwytem nad tym, że odważnie sprawdzamy, co jest po tej drugiej stronie, mamy potrzebę zmiany, jesteśmy stale w ruchu, że – jak woda – się nie zatrzymujemy. Pomyślałam sobie, że nawet, jak się okaże, że po drugiej stronie „morza” nie czeka na nas jakiś skarb, to już sama droga warta jest wysiłku.
Okładka płyty „State of Matter” (Fot. materiały prasowe)
Twoje życie zawodowe też się bardzo zmienia. Wykształciłaś się na wiolonczelistkę, grałaś w orkiestrze imienia Karłowicza, potem zostałaś kompozytorką. Komponowanie też sobie wyafirmowałaś czy zadecydował o tym przypadek?
I tak, i nie. Pamiętam taki moment – miałam dziewięć lat i od dwóch uczyłam się grać na wiolonczeli – że przychodziłam do domu, siadałam do pianina i komponowałam, oczywiście na miarę dziewięciolatki. Doskonale pamiętam różne swoje uczucia i wrażenia sprzed lat, a tamto szczególnie – czułam niesamowitą wolność i możliwość ekspresji, choć byłam za mała i ciężko było mi to nazwać. Ale myślę, że to był zalążek uczucia totalnej wolności. Potem zaczęłam zgłębiać tajniki gry na wiolonczeli i się w niej zakochałam.
Wiolonczela to był twój wybór czy nauczycieli?
Trochę też mamy, która jako skrzypaczka chyba nie chciała dla mnie tego samego instrumentu, a bardzo ceniła nauczycielkę gry na wiolonczeli w szkole muzycznej w Tczewie. Myślę, że to był dobry wybór. Ale tak naprawdę uważam, że to wiolonczela mnie wybrała.
Bardzo do siebie pasujecie! To według mnie wyjątkowy instrument, który wydobywa pierwiastek duchowy i ze słuchacza, i z muzyka. Wydaje mi się, że u ciebie ten pierwiastek bardzo dopomina się o głos.
I zawsze tak było, od dziecka, tylko że ja tego wtedy nie rozumiałam. Instrumenty, takie jak wiolonczela i pianino, pozwalały mi przebywać w przestrzeni duchowej. Potem przechodziłam kolejne etapy edukacji muzycznej: w szkole średniej w Gdańsku, co wiązało się z tym, że musiałam zamieszkać w internacie, z dala od domu, następnie były studia na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie i Hochschule für Musik Detmold w Niemczech, także rok pracy w Berlinie w młodzieżowej orkiestrze.
I kiedy wylądowałam jako etatowa wiolonczelistka w orkiestrze w Szczecinie, wydawało mi się, że to spełnienie moich marzeń. I tak było, tylko że jak to marzenie się spełniło, to moja duchowa strona, która jest bardzo silna, zaczęła – jak zauważyłaś – dopominać się o głos, chciała zostać wyrażona w indywidualny sposób, bo w orkiestrze stanowiłam część ogromnego, wspaniałego organizmu, ale jednak część.
A ja byłam głodna wyrażania siebie, co powodowało wewnętrzną frustrację.
Kto wtedy popchnął cię na tę drugą stronę „morza”?
Hania Rani, moja przyjaciółka od czasów średniej szkoły muzycznej, Hania jest niesamowitą osobą w moim życiu. Ma w sobie dużo odwagi, ona wtedy już podjęła kroki w kierunku solowego projektu, więc miałam obok siebie kogoś, kto mnie inspirował do zmiany. I w czasie pandemii postanowiłam przygotować nie kolejną symfonię Beethovena czy Straussa, tylko coś swojego. I tak powstał „Inner Symphonies”.
Wszyscy pytają cię o przyjaźń z Hanią, a ja myślę, że nawet w przyjaźni nadchodzi pora, żeby się od siebie zawodowo odkleić. Ale skoro sama zaczęłaś, to powiedz, proszę, czy ta więź, która wygląda jak siostrzeństwo, narodziła się dlatego, że jesteście do siebie podobne?
I tak, i nie. Mamy podobną wrażliwość na muzykę, ale chyba nie to chciałabym podkreślić. Poznałyśmy się w bardzo formatywnym wieku, Hania miała 14 lat, ja 13. Mieszkałam wtedy w internacie, Hania z rodzicami w Gdańsku, ale razem dojrzewałyśmy. Mam takie poczucie, że Hania i Kornelia Grądzka, obecnie skrzypaczka Filharmonii Narodowej, zastąpiły mi w jakimś sensie rodzinę. Potem pojechałyśmy na studia do Warszawy, mieszkałyśmy razem na ulicy Hożej, byłyśmy bardzo blisko.
Nie ma i nie było między wami cienia rywalizacji?
Jak się ma takie doświadczenie bycia jak rodzina, to rywalizacja czy tego typu emocje są małe wobec tego, co nas łączy, nie ma na to miejsca. Może pomaga nam też to, że Hania jest pianistką, ja wiolonczelistką, Kornelia skrzypaczką, każda ma swój świat, w którym się spełnia.
A ja odkąd komponuję, to się nie porównuję. Porównywałam się z innymi wiolonczelistami, gdy grałam, chyba dlatego, że podstawą muzyka klasycznego jest warsztat, wirtuozeria. Komponowanie to jednak praca kreatywna, opierająca się na wrażliwości i wyobraźni. Nie umiem porównywać mojej wyobraźni do wyobraźni Hani. Bezcenne jest to, że nasze światy czasem się spotykają, jak przy „Inner Symphonies”, i się wzajemnie napędzają, mimo że mamy czasem różne zdania. Bo to nie jest tak, że jesteśmy takie słodkie i się we wszystkim zgadzamy. Nie, Hania ma bardzo silny charakter, jest niezwykle odważna. Myślę, że ja też jestem odważna, ale mam inne tempo.
Pogratulowałaś Hani Europejskiej Nagrody Filmowej za muzykę do filmu „Wartość sentymentalna”?
Oczywiście! Jesteśmy prawie codziennie w kontakcie i wiemy, co się w naszym życiu dzieje, choć Hania mieszka teraz w Londynie, ja w Warszawie, więc nie mamy okazji widywać się często.
Wspólne projekty przychodzą do was czy je planujecie?
Myślę, że one przychodzą w odpowiednim momencie. Przy „Inner Symphonies” wszystko się ładnie poukładało: ja byłam gotowa, Hania nie miała wtedy na horyzoncie swojego solowego albumu i zaczęłyśmy wspólną pracę. Wierzę, że jeśli mamy jeszcze coś zrobić razem, to zrobimy. Hania zainspirowała cię do komponowania, ty otworzyłaś ją na muzykę Grzegorza Ciechowskiego, co zaowocowało płytą „Biała flaga”. Fajna wymiana. Tak, każda wnosi coś do naszej przyjaźni i do wspólnych projektów. Kiedy działamy na zasadzie duetu, to czasem mamy różne zdania, ale obie kochamy muzykę, myślę, że mogę bez przesady powiedzieć, że obie kochamy siebie nawzajem i chcemy dla siebie jak najlepiej. Przeszłyśmy we trzy, z Kornelią, tak dużo, że teraz nie wyobrażam sobie, żeby ich nie było w moim życiu.
Powiedziałaś w jednym z wywiadów, że czujesz się już kobietą, nie dziewczyną. Co to oznacza?
Myślę, że bycie kobietą oznacza wzięcie odpowiedzialności za swoje życie, za siebie, to dojrzałość, bycie dorosłą. Nie ukrywam, że byłam w terapii przez dwa lata, to spowodowało duże zmiany we mnie, przestałam uciekać przed odpowiedzialnością. Jestem coraz dojrzalsza i też chyba coraz bardziej lubię siebie.
I to łączę z tą kobietą w sobie. Już nie jestem dziewczynką, która chce spełniać oczekiwania innych, być perfekcyjna, tylko chcę być autentyczna. I im bardziej taka jestem, tym bardziej siebie lubię.
W terapii przepracowywałaś nieśmiałość?
Tak, ale też to, że nie muszę spełniać wszystkich oczekiwań ludzi, bo dziewczynki są tak wychowywane, że mają być grzeczniutkie, ładniutkie, a ja byłam taką grzeczniutką blondyneczką, która do wszystkich się uśmiechała, którą wszyscy lubili, a która nie potrafiła powiedzieć, że coś jej się nie podoba, żeby nikogo nie urazić. Teraz następuje w moim życiu naturalna weryfikacja znajomych, bo nie wszystkim podoba się ta zmiana.
Nie wstydzę się mówić o terapii, według mnie to podróż do zrozumienia siebie, odkrywanie, jakimi operuję mechanizmami, automatyzmami, i próba wyjścia z nich. To daje poczucie sprawczości.
A poczucie pewności siebie? Wydaje mi się, że jest bardzo potrzebne artystom, żeby mieli odwagę wyjść do ludzi ze swoim przekazem.
Absolutnie! Czasem człowiek czuje, że ma dużo do powiedzenia, ale się wycofuje. Ja się nie wycofywałam, szłam w to, ale koszt był olbrzymi. Tak też było przy wydaniu mojego pierwszego solowego albumu „Dreamscapes”, tuż po dużym sukcesie naszego albumu z Hanią Rani „Inner Symphonies”. Poczułam, że tego nie uniosę, jeśli nie pójdę na terapię. Tak więc to nie porażki nauczyły mnie najwięcej. W jakimś sensie najwięcej nauczył mnie sukces, którego nie umiałam unieść.
Jesteś megawrażliwa, może to dlatego? Ale to jednocześnie twoja siła. Też tak to widzisz?
Uważam, że w sztuce mocno wybrzmiewa to, jaką artysta jest osobą, czy się zastanawia nad sobą i nad światem, czy tylko uprawia rzemiosło, które może być na wysokim poziomie, ale nie porusza.
Pochodzisz z rodziny muzycznej, co zapewne mocno cię ukształtowało, ale też sprawiło, że nie miałaś za bardzo wyboru. Szkoła muzyczna wiąże się ze sporym reżimem. Czy kiedykolwiek próbowałaś się z niego wyłamać?
Było i trudno, i łatwo. Jak widzisz, cały czas odpowiadam niejednoznacznie. Jak dobry psycholog, który na ogół mówi: to zależy. Trudno mi jednoznacznie ocenić szkołę, bo mnie nauka dość łatwo przychodziła, myślę, że miałam pewien talent, który moja mama bardzo szybko zauważyła.
Tata też jest muzykiem?
Nie, ale interesował się rockiem progresywnym, słuchał Pink Floydów i tego typu zespołów, dlatego ja też pokochałam taką muzykę. Muzyka była bardzo obecna w życiu naszej rodziny, nie miałam więc marginesu na inny wybór. Jako dziewczynka czułam, że muzyka pozwala mi wyrażać się w sposób, w jaki nie potrafiłam wyrażać się inaczej, trochę też pchała mnie do świata ludzi z innej bajki, wrażliwych, odmieńców, gdzie czułam, że pasuję.
Nauka w szkole muzycznej to nie był więc trud. Trudne było to, że wyjechałam z domu w wieku 13 lat i musiałam stać się samodzielna. To również było tematem mojej pracy na terapii.
Twój brat poszedł w tym kierunku?
Nie, ale jest uzdolniony, gra na basie, lubi muzykę rockowo-punkową, to jego hobby.
Może umiał się postawić rodzicom bardziej niż ty?
Ja się nie stawiałam, nie przypominam sobie momentu, żebym cierpiała z tego powodu, że muszę iść do szkoły muzycznej. Cierpiałam dlatego, że musiałam wyjechać z domu. Myślę teraz, że wyjazd z domu i wzięcie odpowiedzialności za siebie w tak młodym wieku to było pewne przekroczenie, nie byłam na to gotowa. Ale znalazłam ujście w graniu w trio z Hanią i Kornelią. Miałam niesamowitą wirtuozkę nauczycielkę, zakochałam się w muzyce kameralnej. To wszystko dało mi dużo siły. Kiedy wyjechałam na studia do Warszawy, odżyłam.
Wiele razy zmieniałam potem miejsce zamieszkania, ale to Warszawa okazała się moim domem. Tak więc moim największym wyzwaniem nie była szkoła, ale konieczność opuszczenia domu, w związku z czym miałam potem problemy.
Innym wyzwaniem, chyba nie tylko zawodowym, była propozycja zagrania, jako aktorka, w operze „D’Arc”, do której skomponowałaś sonatę. A wszystko z okazji 80. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego.
Każdy projekt, który do mnie przychodzi, wiąże się z kolejnym wyjściem ze strefy komfortu. Zawsze trochę się wtedy boję, ale w końcu udaje mi się pokonać lęki, więc jestem szczęśliwa, że to zrobiłam. Wychodzę z tego odważniejsza, pewniejsza siebie, uczę się czegoś, poznaję nowych ludzi.
Śmieję się, że w przypadku opery „D’Arc” w reżyserii Krystiana Lady to był mój debiut aktorski obok Agnieszki Grochowskiej, którą podziwiam. Oczywiście nie chcę, żeby zabrzmiało, że uważam się teraz za aktorkę, bo tak nie jest.
Ale aktorstwo, choć nie znam go od strony rzemiosła, dało mi na scenie wolność i brak lęku. Dałam sobie przyzwolenie na błąd, bo uznałam, że nie mogę wymagać od siebie bycia profesjonalistką.
Robiłam to tak dobrze, jak mi się wydawało, że mogę robić. Gdy jestem na scenie jako muzyczka, to bardzo siebie kontroluję, chcę być perfekcyjna. Tu zobaczyłam, że mogę trochę odpuścić, mogę być bardziej spontaniczna. To bezpośrednio przeniosło się potem na moje koncerty. Pamiętam, że będąc operową Joanną, spojrzałam widowni w oczy i to zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Grając koncerty, nie mam takiej możliwości, patrzę na instrument.
Zagrałaś w tej operze trochę siebie – wiolonczelistkę, która jednak nie może realizować swojej pasji, bo trwa wojna. Brzmi porażająco aktualnie.
Myślę, że dopiero teraz moi rówieśnicy zaczynają rozumieć, co to znaczy się bać. Mam taką refleksję, że ludzie z pokolenia moich dziadków byli bohaterami. To wszystko, co się dzieje na świecie, w Ukrainie, wywołuje we mnie poczucie niesprawiedliwości, niezgodę na to, mam masę pytań, dlaczego tak jest, ale nie znam odpowiedzi.
Myślisz, że muzyka, sztuka mogą przyczynić się do tego, że świat stanie się trochę lepszy? Gdy słucha się twoich koncertów, to człowiek nie może zaciskać pięści.
Uważam że nawet muzyka bez słów, instrumentalna, ma niezwykłą moc, sięga głębiej niż tylko do intelektualnej sfery. Działa na podświadomość, przez co skłania nas do przeżycia emocjonalnego i doświadczania piękna, może też smutku. Mam poczucie, że kontakt ze sztuką nas uszlachetnia, kieruje do innych sfer niż te, którymi żyjemy na co dzień, kiedy musimy walczyć o przetrwanie, pamiętać o milionie obowiązków. A w chwili, gdy słuchamy „Blue” czy oglądamy film „La Grazia”, pozwalamy sobie na obecność w emocjach, które niesie sztuka.
Otworzyły się przed tobą drzwi do teatru, filmu, a od dawna stoją otworem do sal koncertowych, gdzie z kolei łączysz muzykę klasyczną i nowoczesną. W którą stronę chcesz pójść?
Uwielbiam tworzyć własny świat muzyczny, ale bardzo dobrze się też czuję, dopełniając czyjąś wizję artystyczną w filmie i w teatrze, zwłaszcza jeśli to fajna wymiana. Nie mam więc jedynej ulubionej materii, każda przynosi coś innego, wymaga innej gimnastyki umysłowej, żeby muzyka zadziałała najlepiej, jak to możliwe.
Kiedy tworzę swój album, to oczywiście może być bogata tkanka – dużo wiolonczeli, nawarstwiany głos, syntezatory, postprodukcja komputerowa. A kiedy muzyka do teatru i filmu jest tłem do dialogu, to staram się wspierać zastaną na scenie sytuację, a nie zabierać przestrzeń dla swojej muzyki.
Muzyka płynnie miesza się z twoim życiem. Może więc teraz życie prywatne bardziej zacznie się domagać głosu niż sztuka? Żebyś zrealizowała się jako partnerka, może mama?
To pytania, które sobie zadaję. W ogóle dochodzę do wniosku, że przez długie lata próbowałam odpowiedzieć sobie na pytanie, jak żyć mądrze. Ale zdałam sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nikt nie wie, jak żyć. I że akceptując to, można odzyskać trochę radości. Zatem odpowiadając na pytanie o rodzinę: dla mnie to ważny temat, ale chciałabym realizować go nie z planerem w ręku, tylko z uczuciem, przekonaniem, że kocham partnera i że razem chcemy w tę stronę pójść. Głęboko wierzę, że można połączyć pracę i życie rodzinne, znam takie przykłady. W tym momencie moim priorytetem jest jednak nowy album.
Twoja wewnętrzna konstytucja to delikatność, wrażliwość, a takim ludziom ciężko żyć w obecnym świecie. Czy wobec tego myślałaś o tym, żeby siebie jakoś wzmacniać? W sensie – ćwiczyć bycie twardą, odporną, mocarną?
I znowu nie mam jednoznacznej odpowiedzi. W momencie, w którym wyjechałam do internatu, musiałam stać się twarda. Potem z terapeutką trochę to odwracałyśmy. Po to, żeby znowu dotknąć jądra mnie i zrozumieć prawdę o sobie samej.
Teraz akceptuję to, że bywam bardzo krucha, delikatna, odnajduję w tym siłę. Dorosła kobieta, jaką jestem, widzi mnie w całości, ze wszystkimi moimi lękami, słabościami, ale też z niesamowitą odwagą, chęcią rozwoju i poznawania świata.
Nie próbuję tego zmieniać i naginać siebie do innych. I paradoksalnie to daje mi poczucie osadzenia w sobie i w świecie.
Nowy album oddaje to, jaka jesteś w tym momencie życia?
Bardzo. Pokazuje mnie gotową na to, żeby mój głos został usłyszany. I to tak dosłownie, bo też na tej płycie śpiewam, nie spodziewałam się, że będzie sprawiać mi to taką przyjemność. Czuję, że głos ma niesamowitą siłę dotarcia, stał się takim spojrzeniem w oczy widzów, którego doświadczyłam w „D’Arc”. Album jest pulsujący jak woda, którą obserwowałam przez okno w Sopocie – unowocześniam muzykę brzmieniem syntezatorów, dużo jest elementów perkusyjnych, które uzyskuję z pomocą wiolonczeli, dużo jest rytmiczności, sama robię chórki.
Zmierzasz w nieznane, łącząc muzykę klasyczną z nowoczesną?
Coś w tym rodzaju. Dzisiaj jestem podpisywana, że gram modern classic. Na moim albumie jest mieszanka i ambientu, i muzyki elektronicznej, i stricte klasycznej. Mieszam te światy, nie da się tego objąć jednym słowem. Wydaje mi się, że my, młodzi muzycy, nie tylko ja, w ten sposób szukamy własnego głosu.
Dobrawa Czocher, wiolonczelistka, kompozytorka. Zagrała też w operze „D’Arc” wystawionej z okazji 80. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. 27 marca ukazuje się jej nowy album „State of Matter” nakładem brytyjskiej wytwórni 130701, czyli pododdziału FatCat Records.