Angelika Kucińska - Penélope Cruz – świetnie wychodzą jej sensualne, nieobliczalne i inteligentne bohaterki. Sylwetka aktorki
00:00
Potrafi być rozbrajająco komiczna, gdy akurat potrzeba wdzięku i niedorzeczności. Ale równie często bywa intrygująco intensywna, gdy dramat na ekranie swoje waży. Zagrała prawie sto ról. Czy za tę w filmie „Zaproszenie”, gdzie wciela się w postać bezpruderyjnej i przenikliwej terapeutki, Penélope Cruz dostanie Oscara?
Zasłużyła przynajmniej na nominację. „Zaproszenie” – adaptacja sztuki teatralnej w reżyserii Olivii Wilde – to widowiskowy popis umiejętności. Czworo aktorów, wspomniana Wilde, Seth Rogen, Edward Norton i właśnie Penélope Cruz, wrzuconych w bardzo kameralny plan zdjęciowy. Gęsto, duszno, niewygodnie. Kipiąca od absurdów konfrontacja dwóch par, odmiennych chociażby w podejściu do seksualności, ma służyć już całkiem poważnej refleksji nad trudną naturą wieloletnich związków, które potrafią się rozpaść zanim zdążą się oficjalnie skończyć.
Gdy Wilde pokazała swój film po raz pierwszy na Festiwalu Sundance, widownia nagrodziła go owacjami na stojąco, a potężne hollywoodzkie studia ruszyły do zajadłej licytacji na prawa do dystrybucji tytułu. A24 zapłaciło za „Zaproszenie” 12 mln dolarów. Film w zagranicznej prasie zbiera zgodnie pochlebne recenzje, a media doceniają zwłaszcza nieoczywisty finał, bo po drodze niewiele wskazuje, by ta pyszna, energiczna komedia wyhamowała nagle do tempa subtelnego dramatu, pozostawiając rozbudzoną widownię w paraliżującej zadumie nad sensem walki o miłość.
I choć do ogłoszenia oscarowych nominacji zostało jeszcze sporo czasu, z amerykańskich mediów wybrzmiewają entuzjastyczne głosy, że „Zaproszenie” na pewno znajdzie się na radarze Akademii. Powinno. Powód? Jest kilka, ale tym najważniejszym pozostaje Penélope Cruz.
Penélope Cruz na 79. Festiwalu Filmowym w Cannes w 2026 roku (Fot. Spotlight/Launchmetrics)
Mówi po angielsku z charakternym hiszpańskim akcentem, za co amerykańska publiczność ją uwielbia. Z imponującym rozmysłem wybiera role, które pozwalają jej utrzymać status megagwiazdy światowego kina, ale jednocześnie jej dotychczasowe – bogate! – portfolio wypełniają sycące, wielowymiarowe bohaterki, doceniane przez wybredne składy jurorskie na europejskich festiwalach. Penélope Cruz z gracją balansuje na granicy między kinem komercyjnym a społecznie zaangażowaną awangardą, a potwierdzenia dla tego cudownego balansu nie trzeba szukać w archiwach IMDB, bo wystarczy rzucić okiem na listę bieżących premier z udziałem hiszpańskiej aktorki.
„Zaproszenie” to ta najszerzej komentowana, z potencjałem kasowego sukcesu. Cruz jest znakomita w roli wyemancypowanej seksuolożki, która najpierw proponuje sąsiadom wesołą orgię, a potem zmusza ich, by obejrzeli z bliska swoją nieudaną relację. Pina z „Zaproszenia” jest postacią skrojoną na miarę aktorki, której świetnie wychodzą takie sensualne, nieobliczalne, inteligentne bohaterki.
„Czarną kulę”, kolejną nowość z Cruz w jednej z głównych ról, po premierze na Festiwalu w Cannes oklaskiwano przez dwadzieścia minut – to jeden z canneńskich rekordów. Hybryda romansu wojennego i musicalu eksploruje temat nienormatywnej seksualności na przestrzeni dekad, a Penélope Cruz opowiadała w wywiadach, że akurat ten plan był dla niej wyjątkowo wymagający emocjonalnie, gdy w trakcie zdjęć o uwagę upomniało się życie.
Przed ważną sceną zadzwonił do niej lekarz z wynikami badań, które sugerowały tętniaka. „Płakałam, starając się nie zrujnować makijażu, świadoma, że czeka na mnie trzysta osób, bo trzeba dalej kręcić” – mówiła w rozmowie z hiszpańskim dziennikiem „El País”.
Cruz gra uwodzicielską piosenkarkę, która występuje dla hiszpańskich żołnierzy. „Już zawsze będę pamiętać dreszcz, który przeszył mnie, gdy usłyszałam pierwsze dźwięki utworu. Wdrapałam się na czołg. Wiedziałam, że muszę dać z siebie wszystko, a jednocześnie potwornie się bałam”. Ostatecznie lekarze wykluczyli wstępną diagnozę i szczęśliwie historia tętniaka jest już jedynie mroczną anegdotą z planu filmowego.
Penélope Cruz na 79. Festiwalu Filmowym w Cannes w 2026 roku (Fot. Spotlight/Launchmetrics)
Można powiedzieć, że praca i życie przecięły się także, gdy kręciła „Bunker” – film jest w postprodukcji, ale ma się ukazać jeszcze w tym roku – bo tu występuje u boku męża, Javiera Bardema. „Nie szukamy na siłę okazji, żeby razem pracować. To byłoby niezdrowe” – podkreślała w tym samym wywiadzie dla „El País”. „Przeciwnie, bardzo rozważnie podchodzimy do propozycji wspólnego grania i nie mamy problemu, żeby powiedzieć „nie”, jeśli scenariusz nie wydaje się wystarczająco wartościowy”.
Dziś aktorka, którą pokochał Pedro Almodóvar – to w końcu jego filmy takie jak „Volver” czy „Matki równoległe” przyniosły jej zasłużone poważanie w branży filmowej – coraz częściej mówi „nie”. „Gdy miałam dwadzieścia kilka lat, byłam straszną pracoholiczką. Grałam w czterech produkcjach rocznie. A teraz pamiętam o radzie, którą powtarzała mi mama: odpoczywaj, wysypiaj się, dbaj o siebie” – to także z „El País”.
Penélope Cruz w kwietniu skończyła 52 lata i chętnie rozlicza Hollywood z pozorowanej feministycznej rewolucji. „Mam wrażenie, że od kiedy skończyłam dwadzieścia lat, pytają mnie – zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych – czy boję się zestarzeć” – opowiadała na łamach hiszpańskiego dziennika. „I tak, coś się być może zmieniło, ale obawiam się, że niektóre pytania przestały padać nie dlatego, że jesteśmy bardziej świadomi, jak bardzo były niewłaściwe. Po prostu przyjęło się, że dziś nie wypada ich zadawać, to społecznie nieakceptowalne. Daleko nam jeszcze jednak do osiągnięcia autentycznej równości”.
Aktorka, która mieszka w Madrycie, może z dystansu obserwować amerykański przemysł filmowy, nie ma zresztą problemu wytykać środowiskom artystycznym w USA niepokojącego konformizmu. Jeśli dostanie Oscara – to byłby jej drugi po statuetce za drugoplanową rolę żeńską w filmie „Vicky Cristina Barcelona” – na pewno wykorzysta kilka minut na scenie, by powiedzieć coś o politycznym wydźwięku. Staje publicznie po stronie wolnej Palestyny, chętnie zabiera głos w dyskusji o równouprawnieniu kobiet i grup marginalizowanych, jest wielką orędowniczką systemowych regulacji, które chronią dzieci i młodzież przed zgubnym wpływem mediów społecznościowych (jej syn i córka podobno nie mają smartfonów).
„Jestem wrażliwa – na obrazy, na dźwięki, na emocje innych osób. Po to chodzę na terapię, żeby znaleźć balans i uczyć się współodczuwać tak, by mnie to nie przytłaczało” – odpowiadała kilka lat temu w wywiadzie dla amerykańskiego „Elle”, gdy rozmowa zeszła na jej gigantyczną empatię, z którą odbiera rzeczywistość, ale i przejmuje trudy granych przez siebie bohaterek. Wiadomo, że te, które gra z największym natężeniem – jak waleczna matka z „Volver” czy była żona w obłędzie z „Vicky Cristina Barcelona” – to jednocześnie te, za które najbardziej ją kochamy.