Robert Choiński - Helena Englert. Córka znanych rodziców czy artystka, która pisze własną historię?
00:00
Jeszcze niedawno kojarzono ją przede wszystkim z aktorstwem. Dziś rozwija karierę muzyczną jako Hela, zagrała na Open'er Festival, a już jesienią pojawi się w „Tańcu z gwiazdami”. Każdy kolejny krok Heleny Englert wywołuje dyskusję o talencie, przywileju i oczekiwaniach, jakie niesie ze sobą znane nazwisko. Kim jest młoda artystka, która od lat budzi tak skrajne emocje?
Niewielu młodych artystów w Polsce wzbudza dziś równie skrajne emocje jak Helena Englert. Dla jednych pozostaje symbolem przywileju i jedną z najbardziej rozpoznawalnych „nepo babies” polskiego show-biznesu. Dla innych – aktorką i debiutującą wokalistką, która konsekwentnie próbuje zbudować własną tożsamość artystyczną, choć od pierwszego dnia kariery funkcjonuje pod wyjątkowo surową lupą.
Prawda wydaje się znacznie bardziej złożona niż internetowe komentarze. Trudno zaprzeczyć, że urodzenie się w rodzinie Jana Englerta i Beaty Ścibakówny oznaczało dostęp do świata kultury i kontaktów, o których wielu młodych aktorów może tylko marzyć. Jednocześnie równie trudno zignorować fakt, że od kilku lat Helena Englert pracuje właściwie bez przerwy – gra w serialach, filmach, rozwija karierę muzyczną jako Hela, a jesienią zobaczymy ją również w nowej edycji „Tańca z gwiazdami”. Trudno uwierzyć, że nazwisko nie miało znaczenia. Równie trudno jednak sprowadzić całą jej dotychczasową drogę wyłącznie do rodzinnych koneksji.
Helena Englert urodziła się 14 czerwca 2000 roku w Warszawie. Jest córką sławnej aktorskiej pary – Jana Englerta i Beaty Ścibakówny – a sztuka towarzyszy jej właściwie od urodzenia. Debiutowała na ekranie już jako dwuletnie dziecko w „Superprodukcji” Juliusza Machulskiego. Później pojawiały się kolejne role filmowe i serialowe. Studiowała w Akademii Teatralnej w Warszawie, choć ostatecznie nie ukończyła studiów. To jednak nie rodzinne nazwisko stało się najważniejszym tematem rozmów o niej. Z czasem coraz częściej dyskutowano o tym, czy potrafi wyjść z cienia swoich rodziców.
Helena Englert (Fot. Piotr Tarasewicz)
Droga Heleny Englert nie przypomina historii jednej spektakularnej roli, po której wszystko przyszło samo. Przez kilka lat konsekwentnie budowała doświadczenie, pojawiając się w produkcjach takich jak „Barwy szczęścia”, „Diagnoza”, „Znaki”, „Wojenne dziewczyny”, „O mnie się nie martw” czy „W rytmie serca”. Przełom nastąpił dopiero w 2023 roku. Najpierw zagrała główną rolę w „Pokusie” Marii Sadowskiej, a chwilę później została twarzą serialu HBO Max „#BringBackAlice”. To właśnie wtedy zainteresowanie jej osobą gwałtownie wzrosło, podobnie zresztą jak liczba krytycznych komentarzy.
Sama przyznaje, że z czasem zmieniło się jej podejście do internetowych ocen.
– Nie muszę się bać hejtu, bo i tak go dostanę, więc jeżeli czuję, że coś jest dla mnie dobre, to nie ma sensu przejmować się opinią innych – mówiła parę lat temu w wywiadzie dla „Zwierciadła”.
Jednocześnie dodawała, że największym wyzwaniem jest nie zamknąć się całkowicie na konstruktywną krytykę.
Mało który młody polski aktor tak otwarcie rozmawia o własnym uprzywilejowaniu. Helena Englert nie udaje, że nazwisko nie ma znaczenia. Wręcz przeciwnie, wielokrotnie przyznawała, że dorastała w środowisku artystycznym i jest świadoma, że dla części odbiorców zawsze będzie przede wszystkim córką Jana Englerta.
Jednocześnie podkreśla, że nie zamierza przepraszać za miejsce, z którego startowała. Kilka lat temu w rozmowie z Joanną Olekszyk, redaktor naczelną „Zwierciadła”, żartowała nawet, że z chęcią założyłaby koszulkę z napisem „Nepo baby”, bo woli odpowiadać na podobne zarzuty poczuciem humoru niż niekończącymi się tłumaczeniami. To podejście jednych przekonuje, innych drażni. Być może właśnie dlatego dyskusja wokół niej nie cichnie.
Największą zmianą w jej karierze przyniósł jednak ubiegły rok. Helena Englert zaczęła funkcjonować pod pseudonimem Hela i podpisała kontrakt z wytwórnią muzyczną Polydor Records Poland. Debiutancki singiel „Pani domu” od początku wyraźnie pokazywał, że nie zamierza tworzyć bezpiecznego popu. Feministyczny manifest ubrany w klubową elektronikę, świadomie budowana estetyka i konsekwentny język wizualny sugerowały, że projekt został naprawdę dobrze przemyślany.
Kolejne single – „Milcz”, „Wszystko na nic” oraz „Przy tobie” – pokazywały różne odsłony tej samej artystki. Od chłodnej elektroniki, przez intymne ballady o wygasającej miłości, aż po pełen autoironii wakacyjny hyperpop. Materiał nie sprawiał wrażenia przypadkowego zbioru piosenek, lecz raczej konsekwentnie budowanej opowieści.
Żadne wydarzenie nie wywołało jednak tylu emocji, co tegoroczny występ Heli na Open'er Festival. Jeszcze przed koncertem pojawiały się głosy, że artystka znalazła się w line-upie przede wszystkim dzięki nazwisku. Krytycy zwracali uwagę, że miała zaledwie kilka opublikowanych utworów, a festiwal uchodzi za jedną z najważniejszych imprez muzycznych w Europie. Pojawiały się komentarze, że wielu muzyków latami buduje swoją pozycję, nie otrzymując podobnej szansy.
Z drugiej strony część dziennikarzy muzycznych podkreślała, że Open'er od lat prezentuje również nowe projekty będące na początku drogi. Ich zdaniem sprowadzanie decyzji o jej występie wyłącznie do rodzinnych koneksji było zbyt daleko idącym uproszczeniem. Sam koncert również podzielił odbiorców. W mediach społecznościowych viralowo rozchodziły się krótkie fragmenty występu, na podstawie których część internautów wydała bardzo surowe oceny. Inni zwracali uwagę, że kilkadziesiąt sekund nagrania nie oddaje atmosfery całego koncertu.
Z perspektywy osób, które rzeczywiście były pod sceną, koncert pozostawiał bardziej złożone wrażenie niż sugerowały krótkie nagrania krążące w internecie. Autor tego tekstu obserwował koncert na miejscu, dlatego warto dodać jeszcze jeden kontekst. Hela przyciągnęła liczną publiczność i od początku imponowała swobodą oraz naturalnym kontaktem z widzami. Trudno było uwierzyć, że to dopiero jej pierwszy koncert. Jednocześnie wokalnie nie był to jeszcze poziom, który mógłby uciszyć wszystkich krytyków. Było słychać niedoskonałości i momenty niepewności, ale równie wyraźnie było widać potencjał oraz sceniczną charyzmę, na której można budować kolejne występy.
W wywiadach Helena Englert otwarcie mówi o planowaniu swojej kariery. Przyznaje, że lubi mieć wszystko uporządkowane, świadomie wybiera role i nie chce zamknąć się w jednym typie bohaterek.
– Mogę być seksowną Inez, mogę być brzydką Alą, ale mogę też zagrać chłopca czy osobę starszą od siebie o kilka lat. Takie transformacje mnie bardzo interesują – tłumaczyła w „Zwierciadle”.
Opowiada również o tym, że interesuje ją różnorodność – od kina komercyjnego po bardziej wymagające role – oraz że nie wyobraża sobie wykonywania zawodu, którego nie kocha. Jednocześnie nie ukrywa własnych ambicji i tego, że lubi być w centrum uwagi. W jej wypowiedziach trudno znaleźć fałszywą skromność. Zamiast tego pojawia się raczej szczerość dotycząca własnych aspiracji i świadomość ceny, jaką płaci za publiczną rozpoznawalność.
Helena Englert (Fot. Krzysztof Szlęzak)
Jesienią 2026 roku Helena Englert dołączy do uczestników nowej edycji „Tańca z gwiazdami”. Dla wielu aktorów taki program staje się okazją do pokazania zupełnie innej strony osobowości i dotarcia do nowej publiczności. W jej przypadku będzie to również kolejny test. Każdy następny projekt zwiększa bowiem szansę na umocnienie własnej marki, ale jednocześnie sprawia, że dyskusja o przywileju i nazwisku zapewne powróci.
Być może najlepiej o tym, jak sama patrzy na swoją drogę, świadczą słowa, które padły w rozmowie ze „Zwierciadłem”:
„Chcę po prostu iść po swoje, nie krzywdząc innych. Cały czas się rozwijać, osobiście i zawodowo. Uczyć się na swoich błędach. Trzymać się ludzi, którzy ciągną mnie do góry, a nie w dół. Robić to, co kocham” – mówiła.
Największym paradoksem Heleny Englert jest to, że obie odpowiedzi mogą być jednocześnie prawdziwe. Nie sposób ignorować faktu, że przyszła na świat w wyjątkowo uprzywilejowanym środowisku. To realny kapitał, którego nie da się oddzielić od jej historii. Jednocześnie równie trudno zignorować konsekwencję, z jaką od kilku lat rozwija kolejne projekty, podejmuje artystyczne ryzyko i buduje własny język, zarówno jako aktorka, jak i wokalistka.
Można uznać, że nazwisko pomogło jej znaleźć się bliżej środowiska artystycznego i szybciej otworzyło niektóre drzwi. Trudniej jednak udowodnić, że wyłącznie ono odpowiada za wszystko, co wydarzyło się później. Gdyby zabrakło pracowitości, scenicznej charyzmy, kreatywności czy gotowości do podejmowania kolejnych wyzwań, sam przywilej prawdopodobnie nie wystarczyłby, by utrzymać zainteresowanie publiczności. Ostatecznie to nie internetowe spory ani dyskusje o nepotyzmie zdecydują o tym, jak zostanie zapamiętana. Odpowiedź przyniosą kolejne role, następne piosenki i to, czy za kilka lat Hela będzie już nie tylko córką znanych rodziców, ale przede wszystkim artystką rozpoznawalną z własnych dokonań.