Spotkania: Anna Czarnecka

fot. Rafał Masłow

Ludzie, słysząc, czym się zajmuje, wzdychają, współczują. A ona bardzo lubi swoją pracę. Anna Czarnecka. Onkolog. Naukowiec. Jeden z najmłodszych lekarzy z doktoratem w Polsce.

fot. Rafał Masłow
fot. Rafał Masłow

Bywa, że po oddziale chodzi nie w bieli, ale w kolorowych fartuchach lekarskich w rybki, pieski, Kubusie Puchatki. Kupiła je w Stanach podczas stypendium doktoranckiego. Bywa, że nowi pacjenci, jeśli Anna (rocznik 1982) nie zdąży wyjaśnić, że jest lekarką, wołają do niej: „Siostro!”, „kochanie!” (zwykle odpowiada: „Kochanie? Dziwne, nie przypominam sobie, żebyśmy się wcześniej poznali”). W sumie nie ma im się co dziwić. Wygląda na jeszcze młodszą niż w rzeczywistości, ostatnio ekspedientka na stoisku monopolowym poprosiła ją o dowód osobisty.

Jej specjalizacja jest w Polsce mocno deficytowa. W całym kraju mamy około 450 onkologów. To jakieś cztery razy mniej niż średnia w Unii Europejskiej. A onkologów takich jak Anna Czarnecka, zajmujących się jednocześnie pacjentami i prowadzących własne badania naukowe, można u nas policzyć na palcach jednej ręki.

Trzęsienie ziemi

Jej CV spokojnie można by obdarować kilka osób. Trzy kierunki studiów: biotechnologia, medycyna, zarządzanie. Z grubsza trzy, bo na MISMAP-ie (Międzywydziałowe Indywidualne Studia Matematyczno-Przyrodnicze) studiowała też chemię i psychologię. Ma na koncie stypendia Fullbrighta, Goldmana Sachsa, Fundacji Kościuszkowskiej, ministerialne, tytuł SuperTalent w medycynie polskiej, studia podyplomowe na Uniwersytecie Stanforda, udział w międzynarodowych kongresach, publikacje. Rok spędziła w Atlancie, miała też okazję prowadzić badania w laboratoriach we Włoszech, Niemczech i Japonii. Każdy z tych pobytów to inna opowieść. Na przykład o tym, jak w podtokijskiej Tsukubie Annę pierwszej nocy w pokoju w akademiku zbudził szelest. Pomyślała: „Cholera, mysz”. Wstała, zapaliła światło, a to jej rzeczy przesuwały się po drżącej podłodze. Średnio jedno trzęsienie ziemi na tydzień, można się przyzwyczaić. W tamtym laboratorium w Japonii, w którym zgromadzono sprzęt o wartości przyprawiającej o ból głowy, Anna była jedyną Europejką. Higiena pracy dla przeciętnego Europejczyka niewyobrażalna, wszyscy siedzieli od rana do pierwszej, drugiej w nocy. Dla niej nic nadzwyczajnego. Nie ukrywa, że jest wymagająca. Wobec siebie i innych. Nie uznaje wytłumaczenia: „Tego się nie da zrobić”. Albo: „To nie moja wina”. Woli komunikat wprost: „Nie umiem, zawiodłem. Ale zrobię wszystko, żeby się nauczyć”.

Naturalna ochrona przed rakiem

Miała 15 lat, kiedy zainteresowała się genetyką. Do końca liceum przeczytała prawie wszystkie książki, które były potrzebne jej potem na studiach. Czy w liceum wyróżniała się na tle rówieśników? Dorastała w Łodzi, skończyła tam słynną „jedynkę”, jedną z najlepszych szkół średnich w Polsce. Z jej 28-osobowej klasy 20 absolwentów zostało lekarzami. Jest i kolega – świetny fizyk medyczny, i koleżanka, która w Stanach zrobiła doktorat u jednego z kandydatów do Nagrody Nobla z dziedziny fizyki, wreszcie mistrz świata we wspinaczce ściankowej, syn znanego himalaisty. Anna mówi, że od kiedy skończyła szkołę, nie spotkała nigdy tak dużej grupy interesujących ludzi w jednym miejscu. I że na pewno miało to na nią jakiś wpływ, choć od kiedy pamięta, miała zdecydowane poglądy i jasno wyznaczone cele.

Jako naukowiec od pięciu lat zajmuje się badaniami nad rakiem jasnokomórkowym nerki. Jako lekarz na oddziale ma do czynienia praktycznie ze wszystkimi odmianami nowotworów.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »