1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Hanna Banaszak: "Mam za co dziękować"

Hanna Banaszak: "Mam za co dziękować"

"Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud". (Fot. Agata Preyss)
Przed dziesięciu laty zachwyciła się wierszem Wisławy Szymborskiej „Nienawiść”. Od tego czasu Hanna Banaszak myślała o płycie, na której opowie o człowieku i o planecie dźwigającej jego zło. Nagrała ją, bo wierzy w przebudzenie. „Stoję na tobie, Ziemio”, z jej autorskimi kompozycjami, właśnie się ukazała.

Pomyślałem, że pani płyta idealnie trafia w czas.
Zaczęłam ją tworzyć dziesięć, a może 11 lat temu. Tak się złożyło, że przerwałam tę pracę, ale rok temu postanowiłam skończyć. I rzeczywiście, trafia w swój czas. Zawsze trafiłaby, bo zawsze gdzieś toczy się wojna, ktoś coś dewastuje, roznieca ogień. Oczywiście, jest mnóstwo ludzi, którzy chcą coś dla planety zrobić, podczas gdy inni nawet nie myślą o następnych pokoleniach, które też przecież mają do niej prawo. Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud. Obchodzi mnie świat, obchodzi mnie Polska. Starałam się unikać moralizatorstwa. Do odbiorców należy ocena, czy to się udało. Nikogo nie pouczam, nie mówię: „Zobacz, co zrobiłeś”. Tekstami Wisławy Szymborskiej, Tadeusza Różewicza, Josifa Brodskiego, Witolda Gombrowicza, Wojciecha Młynarskiego, Doroty Czupkiewicz opowiadam o tym, co i mnie boli. Im dłużej żyję, tym bardziej męczy mnie ludzkość. Mimo wszystko ta płyta jest wołaniem o przebudzenie.

Można zatrzymać człowieka w jego obsesji czynienia zła?
Można to próbować robić większą uważnością, szacunkiem, edukacją, czułością i próbami zrozumienia, pokorą w stosunku do niego, nieocenianiem, głębszym słuchaniem… Zaczynając od siebie, mamy większe szanse na lepsze relacje. Dobrze jest się sobie przyjrzeć. Pracuję teraz nad książką o sobie, nie wiem, czy ją wydam, ale chciałam popatrzeć na siebie z dystansu, na dziecko, dziewczynkę, kobietę.

Jaka była ta dziewczynka?
Długo była nieśmiała, co trochę komplikowało jej życie. Mimo to miała dość duże poczucie własnej wartości. Potem przez przypadek zaczęła się jej muzyczna droga. Gdzieś zaśpiewała, ktoś ją zauważył, a ona wciąż nie przypuszczała, że to będzie jej zawód. Po prostu podążała za własną muzykalnością i miłością najpierw do dźwięków, a niedługo potem także do treści.

Tę nieśmiałość zamieniła pani później na osobność?
Lubię oddalać się od ludzi, co nie znaczy, że nie bywam z nimi blisko. W moim życiu to się odbywa pół na pół – obcowanie z samotnością jest twórcze i rozwijające, ale bycie z ludźmi daje też poczucie wspólnoty. Zwłaszcza gdy miewamy psychiczne upadki, potrzebujemy drugiego człowieka. Dobre bycie z ludźmi jest ważne, bo możemy się w sobie nawzajem przeglądać i uczyć, a także obdarzać niezbędnym do życia współodczuwaniem oraz czułością i serdecznością.

A jakie marzenia miała pani, będąc tamtą dziewczynką?
Nie przypominam sobie swoich marzeń. Może tylko jakieś błyski [śmiech]. W podstawówce bardzo chciałam zaśpiewać na szkolnej akademii. Jednak nikt nie wiedział, że śpiewać potrafię, a moja nieśmiałość nie pozwoliła mi się o to upomnieć. Marzyłam o dalekich podróżach, co na początku mojej kariery częściowo udało mi się zrealizować, ale zawsze były to wyjazdy połączone z koncertami. Obecnie, po milionach kilometrów, które przemierzyłam, większą atrakcją dla mnie jest zostać niż wyjechać.

W co była pani wtedy zasłuchana?
Uwielbiałam amerykańskie filmy musicalowe, z Ginger Rogers, Fredem Astaire’em, Marilyn Monroe. W domu było tylko radio i nieco później telewizor. Nie było jednak adapteru, z którego można odtwarzać płyty. Czasem udawało się złapać Radio Luxembourg, gdzie prezentowano muzykę z Zachodu, ale strasznie trzeszczało. Rodzice słuchali w nim też Radia Wolna Europa. Nie mogę powiedzieć, że swoją muzykalność kształtowałam na słuchaniu muzyki, może w pewnym stopniu. Największą muzyką była przyroda. Umiłowaniem przyrody zaraziła mnie mama. W dzieciństwie z naszego małego mieszkania wyjeżdżałam z rodzicami na całodniowe wycieczki za miasto. W okolicach Poznania jest mnóstwo pięknych miejsc. Jeździłyśmy do Puszczykowa, nad Jezioro Kierskie, i zwiedziłyśmy wszystkie okoliczne lasy.

Od kiedy stoi pani twardo na ziemi?
Dość wcześnie poczułam, że stoję na niej świadomie, ale nigdy nie przestałam mieć poczucia, że jestem w drodze. To ona jest istotna. Takim znaczącym przebudzeniem był rok 1980, kilka zdarzeń. Pierwszym był wypadek – spadłam z windą w stołecznym hotelu Warszawa. Miałam 23 lata, początek mojej popularności. Dwa dni wcześniej nakręciłam recital telewizyjny. Bardzo chwalono mnie za muzykalność. Polska telewizja chciała mnie wysłać na nauki do Londynu, ale nagle wszystko stało się nieaktualne. Szybko zrozumiałam, że tzw. sukcesy z piękną perspektywą nieoczekiwanie mogą się urwać. To dobra lekcja na początku kariery, bo od razu uczy dystansu i tłumi samozachwyty.

Miałam skomplikowane złamanie nogi. Recital oglądałam już po operacji w szpitalu, trzy tygodnie później. Mój powrót do zdrowia trwał około pół roku. Byłam po drugiej operacji i wciąż leżałam w szpitalu, kiedy umarł na serce mój ojciec, dla mnie wzór pracy i uczciwości. Wtedy stałam się dorosła. No i pojawiła się Solidarność, a wraz z nią nadzieja. To, co się działo, było wzniosłe i budujące. W lipcu 1981 roku graliśmy przez miesiąc z kabaretem Tey Zenona Laskowika w teatrze muzycznym w Gdyni. Na naszych występach pojawiały się znane solidarnościowe nazwiska, które po spektaklu odwiedzały nas za kulisami. Zdawałam sobie sprawę, że uczestniczę we fragmencie historii, dlatego wnikliwie się przyglądałam. To przykre, ale u niektórych z tych osób już wtedy dostrzegłam rodzącą się zawiść. To też mnie czegoś ważnego nauczyło. Że zawiść jest przyczynkiem do mniejszych i większych wojenek. Że ludzie nie umieją żyć skromnie, obrastają w tworzone mity, a w rzeczywistości są małymi nieszczęściami.

Mniej więcej wtedy, na początku lat 80., zdecydowała się pani na karierę solową.
Ha, ha, to raczej kariera zdecydowała się na mnie. Sama do mnie przyszła. Miałam dużo szczęścia, ale i nieskromnie powiem – talentu. Zaczęłam śpiewać muzykę i teksty, którymi mnie obdarowali wybitni twórcy. To były piękne piosenki dla młodej dziewczyny, ale w pewnym momencie dojrzałam do czegoś więcej i tu pojawił się Jonasz Kofta, który pozwolił mi się przeobrazić w artystkę znacznie dojrzalszą. Odtąd zaczęłam stawiać na głębsze treści i ich wiarygodny przekaz. Wiedziałam już, czego nie chcę.

Pani już nie chciała tamtej zalotnej?
Nie, bo z biegiem czasu stawała się coraz bardziej infantylna, a infantylizmu nie znoszę. Udało mi się wywalczyć prawo do scenicznego rozwoju. Ludzie, w tym także młodzi, przychodzą na moje koncerty, chociaż prawie nie ma mnie w mediach. Niektórzy napotkani przechodnie czasem mnie pytają, czy jeszcze śpiewam, a przecież nawet na chwilę nie przestałam, tylko ograniczyłam kontakt z mediami, które, zgodnie z moją filozofią uprawiania tego zawodu, specjalnie do niczego nie były mi potrzebne i raczej mnie męczyły, niż cieszyły. Mimo to publiczność wciąż obdarza mnie entuzjazmem, co znaczy, że chyba swój zawód wykonuję rzetelnie. Zwolennicy czynią mi wielki zaszczyt, odwiedzając mnie na koncertach. Mam dla nich czułość. Jestem wdzięczna. Ale nie traktuję śpiewania jako wielkiej misji, po prostu zapraszam do dialogu. Skoro dostałam od losu muzykalność, wrażliwość na słowo i udało mi się coś zrozumieć, to mam za co dziękować.

Fot. Agata Preyss Fot. Agata Preyss

Kiedy sobie pani uświadomiła, że może liczyć tylko na siebie?
To akurat uświadomiłam sobie dość wcześnie. Wiedziałam, że odpowiadam za całe moje życie. Nigdy nie oczekiwałam od nikogo pomocy. Musiałam sobie radzić. Dlatego nigdy nie rozpaczam z powodu chwilowej zawodowej ciszy. To zawsze świetny czas na tworzenie i głębsze przemyślenia.

Rekompensowała pani córce to, czego sama nie miała?
Córkę też nauczyłam odpowiedzialności za siebie. Nie posiadam wiele, ale do wszystkiego doszłam sama. To wielka wartość w życiu. Dając dziecku za dużo i za wcześnie, robi mu się krzywdę. Bo jaki ma mieć wtedy cel? Kiedy człowiek dorobi się czegoś sam, to szanuje innych, życie i świat.

Przez wiele lat pilnowała pani prywatności córki. A teraz?
Uważam, że to odrębny człowiek i nie mam prawa opowiadać o nim bez jego zgody. Zawsze tak uważałam, nawet jak Agata była małym dzieckiem. Niedawno zapytałam ją jednak, czy mogę coś czasem o niej napomknąć. Odpowiedziała: „Mamo, ja już urosłam, a ty sama masz wyczucie, gdzie jest granica”. Moja córka jest dziś mądrym i głębokim człowiekiem. Ma też wspaniałego synka, mojego ukochanego wnuka.

Jest znaną fotografką. Jak patrzy na mamę przez oko obiektywu?
Bardzo pięknie współpracuje. Potrafi stworzyć taką atmosferę, że osoba fotografowana czuje duży psychiczny komfort, co podczas sesji jest szalenie ważne, bo to dość intymna sytuacja. Kiedy czasami razem pracujemy, mogę rozjaśnić emocjonalnie twarz, zapomnieć o wszystkim, co problemowe, wyciszyć się. Poza tym Agata robi wspaniałe zdjęcia i zawsze w tym szuka piękna. Jak od dawna obserwuję, ludzie lubią z nią obcować zarówno w pracy, jak i w życiu.

Lubi panią na scenie?
Kiedyś powiedziała, że jest ze mnie dumna. To wielki komplement usłyszeć coś takiego od własnego dziecka. Czasem słucha moich nagrań, przy niektórych nawet się wzrusza. Pamiętam, że kiedy ją urodziłam, powiedziałam sobie, że muszę tak śpiewać i dobierać repertuar, żeby moje dziecko nigdy nie musiało się za mnie wstydzić.

Co to znaczy: „Jestem sałatką z twardych jesiennych orzechów”? To z pani wiersza.
Dalej jest tam jeszcze – „i świeżo zielonych listków”. To znaczy, że jestem silna i w drodze do mety, czyli nie stronię od świadomości śmierci. Staram się ją w sobie oswoić. Jednak te listki dopowiadają, że wciąż się czegoś uczę i miewam młodzieńczą nadzieję.

Wyobraża sobie pani życie bez śpiewania? Że scena mogłaby któregoś dnia się skończyć, widzowie – odmówić uwagi?
Scena tak, bo trochę nią jestem zmęczona, ale twórczość nie, ponieważ to paliwo dla mojej wyobraźni, napęd do spełnionego istnienia. Kocham tworzyć, różne zresztą rzeczy. A gdyby mnie opuścili widzowie, przyjęłabym to z godnością i poszukała innego zajęcia. Nie mam z tym problemu. W życiu jestem gotowa na różne ewentualności. Jestem dość mocno zahartowana.

Walczy pani o publiczność? Gusta się zmieniają, publiczność się zmienia.
Ale mówimy cały czas o tym samym – chcemy coś pięknego przeżyć, coś zrozumieć, kochać, dawać, brać… Rolą artysty jest proponować siebie widzowi, a nie dostosowywać się do jego niekoniecznie trafnych oczekiwań. Prawdziwy artysta nie wychodzi naprzeciw gustom. Raczej pracuje nad kolejnym ciekawym zaskoczeniem. To dużo trudniejsza droga, ale gdy się uda, przynosi znacznie większą satysfakcję. Ja tylko dbam o to, aby nie stawać się artystką przebrzmiałą, żeby być człowiekiem współczesnym.

Współczesnym, czyli jakim?
Takim, który dostrzega to, co dzieje się wokół niego teraz, i który do tego „teraz” ma prawo. Nie uważam, że jak się skończy ileś tam lat, to wypada się powoli wycofywać z wszystkiego. No, chyba że się tego pragnie albo nie ma się nic do powiedzenia. Dopóki jednak mamy siłę i coś sensownego do przekazania, to trzeba to robić.

Czy artysta może nie zauważyć, że przekracza granicę profesjonalizmu?
Tak, to się może zdarzyć, zwłaszcza gdy człowiek traci orientację na swój temat, a w zamglonym lustrze widzi tylko swoje piękne wspomnienie o dawnej sobie. Mam nadzieję, że zgodnie ze słowami piosenki Młynarskiego wyczuję, „kiedy w szatni płaszcz pozostał przedostatni”, i odejdę, zanim zacznę wzbudzać litość. Wierzę, że na razie tak się jeszcze nie dzieje…

Zdarza się pani patrzeć na młodych wokalistów i myśleć: „Nie tędy droga”?
Dla każdego, kto długo chce istnieć na scenie, podstawą jest być utalentowanym, pracowitym i innym niż wszyscy. To pozwala rozłożyć karierę na długie lata. Kiedy zaczynałam, stawiało się na robienie waloru z prawdy o sobie. Przykro mi to mówić, ale obecnie najczęściej odnoszę wrażenie, jakbym słuchała wokalistów z tej samej taśmy produkcyjnej. Czasem trudno odróżnić zarówno głosy, jak i wygląd. Prawie każdy kogoś naśladuje, próbuje komuś dorównać, zaśpiewać tak jak jego idol. Czasem mu nawet dorównuje, tylko po co. Szkoda, że tego rzetelnie się nie uczy. Indywidualizm w sztuce to zasada ponadczasowa. Kilka ciekawych, dobrze zapowiadających się młodych osobowości na szczęście jest. Ale na pewno mniej niż w czasach, gdy ja zaczynałam.

Kiedy w 1976 roku zaśpiewała pani „Summertime”, mówiono, że narodziła się polska gwiazda.
Ja też na początku śpiewałam znane kompozycje, ale zawsze to robiłam inaczej, od siebie. Gdy miałam 16 lat, jeden z moich starszych kolegów, muzyk Michał Szóstek, pokazał mi Gershwina, którego prawie nie znałam. Zagrał „Summertime” i od razu się w tym utworze zakochałam. Michał grał, ja śpiewałam tak, jak czułam. Nie znałam innych wersji, więc w głowie nie miałam żadnych porównań. Nie znałam nawet wykonań Elli Fitzgerald ani Janis Joplin. Dlatego z łatwością zbudowałam interpretację własną.

Hanny Banaszak na scenie i w życiu są różne?
Nie przypuszczam, ale nie mnie to oceniać. Staram się zachować równowagę pomiędzy pracą a życiem. Na scenie próbuję interpretować to, czym inspiruje mnie codzienność, a w życiu – czerpać energię ze scenicznego spełnienia. Specjalnie też nie zmieniam się wizualnie. Nie stosuję masek, staram się przekazywać prawdę.

Jakie wspomnienia, osoby, myśli pojawiają się, kiedy śpiewa pani piosenkę?
Coraz częściej brakuje mi ludzi z mojego świata. Jedni odeszli, inni odchodzą, a reszta, która została, czuje się coraz bardziej osierocona. Czasem śpiewam dla nich, myślę o nich. Odrywam się od dość smutnej rzeczywistości dźwiękami, które im posyłam na scenie.

A gdyby tak uciec światu, zgiełkowi?
Ja już trochę uciekłam. Od lat przecież jestem obok, a nie w mateczniku artystycznych zdarzeń. Sama tak wybrałam i tak mi się podoba. Podążam własnym, wytyczonym przez siebie szlakiem i nie jest mi z tym źle.

Amerykański poeta William S. Merwin, z którym rozmawiałem dla „Zwierciadła”, napisał w wierszu: „Ostatniego dnia świata chciałbym zasadzić drzewo”. Co zrobiłaby pani ostatniego dnia świata?
Przeprosiłabym za nas, bo drzewo nadziei na lepsze jutro byłoby już zasadzone.

Hanna Banaszak, ur. w 1957 r. Karierę wokalistki rozpoczęła pod koniec lat 70. Teksty i muzykę tworzyli i tworzą dla niej: Wasowski, Przybora, Kofta, Matuszkiewicz, Młynarski, Satanowski, Pawluśkiewicz, Preisner i inni. Nagrała kilkanaście płyt. Od kilku lat swe recitale dopełnia własnymi kompozycjami i tekstami. Wydała tomik wierszy, ma w dorobku trzy wystawy fotograficzne. Uhonorowano ją licznymi nagrodami i wyróżnieniami, m.in.: Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” i Bursztynowym Słowikiem.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Malta Festival Poznań powraca. "Będzie kolorowo i nostalgicznie"

W ramach tegorocznej edycji Festiwalu Malta Poznań na plenerowej scenie wystąpi m.in. Karolina Czarnecka z dziewczęcym chórem Skowronki. (Fot. Dawid Grzelak/materiały prasowe)
W ramach tegorocznej edycji Festiwalu Malta Poznań na plenerowej scenie wystąpi m.in. Karolina Czarnecka z dziewczęcym chórem Skowronki. (Fot. Dawid Grzelak/materiały prasowe)
Festiwal Malta wraca do korzeni. W tym roku między 18 a 29 czerwca Poznań ponownie zmieni się w plenerową scenę zasilaną energią widzów i zaproszonych artystów i artystek – cyrkowców, tancerzy, performerek, muzyków. Tegoroczne hasło brzmi „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.

Festiwal Malta zaprasza w czerwcu do parku Wieniawskiego w Poznaniu. 31. edycja odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”. Powraca teatr plenerowy i Generator Malta, który przygląda się społecznym kontekstom ziemi. Nowym nurtem programowym jest „Portret”, który w tym roku będzie poświęcony szwajcarskiemu reżyserowi Milo Rau. W programie m.in. konferencja o wizji teatru jako przestrzeni oporu wobec kapitalizmu, jako praktyki solidarnościowej i emancypacyjnej, spotkania publicystyczno-literackie „Ruchy oporu” oraz przegląd spektakli wyprodukowanych przez Komunę Warszawa.

31. edycja Festiwalu Malta Poznań odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.31. edycja Festiwalu Malta Poznań odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.

Festiwal Malta powstał w 1991 roku, gdy po dekadach komunizmu wolność odżywała i nabierała nowych znaczeń. Sztuka stawała się przestrzenią wolnej ekspresji i wspólnego świętowania. Maltańskie projekty, pokazywane najpierw nad Jeziorem Maltańskim, a później na ulicach, placach i skwerach całego miasta, były dostępne dla każdego widza.

Pandemia na nowo wyzwoliła potrzebę wspólnego świętowania i celebrowania bycia razem. Z wirtualnych przestrzeni powróćmy na ziemię, odzyskajmy grunt pod nogami. Będzie kolorowo i nostalgicznie - na Maltę powrócą siedzenie na trawie, piknikowanie, a także żonglerka, pantomima, klaunada i akrobacje. Szaleństwo znów przejmie kontrolę nad miastem. Zaplanowano też poranny rozruch na trawie, aby zadbać o ciała, o których istnieniu zapomnieliśmy w czasie pandemii. W ramach rozgrzewek cyrkowych będzie można nauczyć się podstaw akrobatyki, operowania frisbee czy hula-hoop. Taneczne rozgrzewki poprowadzą uznani artyści i artystki tańca współczesnego - będzie to ostatnia odsłona działań ekipy Starego Browaru Nowego Tańca na Malcie.

Na plenerowej scenie będzie można zobaczyć wyprodukowane przez Komunę Warszawa spektakle w reż. Agnieszki Smoczyńskiej, Cezarego Tomaszewskiego, Agnieszki Jakimiak i Anny Smolar oraz „Morderstwo (w) Utopii” Grzegorza Laszuka w Teatrze Polskim. W programie muzycznym prezentacja trzech europejskich scen: Berlina (Laura Lee & the Jettes), Poznania (Izzy and the Black Trees, Shyness!), Kijowa (Gurt O, Ofliyan), koncert Karoliny Czarneckiej z dziewczęcym chórem Skowronki, występ Meli Koteluk i Bartka Wąsika z poezją K. K. Baczyńskiego oraz finałowy koncert odwołujący się do tradycji polskich orkiestr jazzowych międzywojnia Jazz Band Młynarski-Masecki.

Mela Koteluk i Bartek Wąsik zaprezentują poezję K. K. Baczyńskiego. (Fot. Ksawery Zamoyski/materiały prasowe)Mela Koteluk i Bartek Wąsik zaprezentują poezję K. K. Baczyńskiego. (Fot. Ksawery Zamoyski/materiały prasowe)

Na scenie muzycznej zagrają przedstawiciele trzech europejskich scen. Poznań reprezentować będą zespoły Izzy and the Black Trees (na zdjęciu) oraz Shyness!. (Fot. materiały prasowe)Na scenie muzycznej zagrają przedstawiciele trzech europejskich scen. Poznań reprezentować będą zespoły Izzy and the Black Trees (na zdjęciu) oraz Shyness!. (Fot. materiały prasowe)

„Portret” to nowy, międzynarodowy nurt kuratorski Malty, w tym roku wokół twórczości szwajcarskiego reżysera Milo Rau, który jest dyrektorem teatru w Gandawie, NT Gent. Krytycy nazywają go „najambitniejszym” artystą naszych czasów. Teatr Milo Raua jest jednocześnie teatrem wspólnotowym, solidarnościowym, działającym na rzecz dobra wspólnego i symbolicznego Innego, a także teatrem kontrowersji, emocji i artystycznego ryzyka. W spektaklach przywołuje przede wszystkim historyczne i współczesne konflikty, zbrodnie, niesprawiedliwości, rozprawia się ze współczesnymi tabu. Reżyser wykorzystuje materiały archiwalne, stara się poznać jak najwięcej punktów widzenia: powołuje świadków, oddaje głos ofiarom albo ich bliskim, a także ekspertom. Aktorzy i aktorki (profesjonalni i nieprofesjonalni, pochodzący z różnych środowisk i kultur, mówiący różnymi językami) uczestniczą w poszukiwaniach, zbierają informacje, są zawsze współtwórcami scenariusza spektaklu. Na Malcie zaprezentowany będzie głośny spektakl o pierwszym w Belgii morderstwie na tle homofobicznym.

Wyjątkowym wydarzeniem będzie premiera koncertu Projekt Krynicki, który tworzy trzech wybitnych i uznanych kompozytorów – Paweł Mykietyn, Alek Nowak i Paweł Szymański. Każdy z nich przygotowuje muzykę do wierszy Ryszarda Krynickiego – prawykonanie utworów usłyszymy 24 czerwca na Międzynarodowych Targach Poznańskich. Jedną z kompozycji wykona Sinfonia Varsovia pod batutą Bassema Akiki.

Festiwal ogłosił również dwa konkursy dla środowisk artystycznych – Chodźmy w plener / Let’s hit the outdoors na działania plenerowe – od krótkich form teatralnych i muzycznych po formy nowocyrkowe oraz nabór Zaklepane / Ground Rules na projekty artystyczne do Generatora Malta skupione wokół społecznych kontekstów ziemi. Jury wyłoniło łącznie 17 projektów, które zobaczymy na festiwalu.

Malta zaprezentuje twórców, zespoły teatralne i instytucje kultury z Poznania i Polski. W programie premiera widowiska Teatru Biuro Podróży „Eurydyka”, spektaklu o Grzegorzu Ciechowskim „Kombinat” Teatru Muzycznego, spektaklu Polskiego Teatru Tańca z Moniką Błaszczak i performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego.

W programie m.in. premiera performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego. (Fot. Fundacja Teatru Śląskiego)W programie m.in. premiera performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego. (Fot. Fundacja Teatru Śląskiego)

Widzowie obejrzą również spektakl „Morderstwo (w) Utopii” w reżyserii Grzegorza Laszuka. (Fot. Pat Mic/materiały prasowe)Widzowie obejrzą również spektakl „Morderstwo (w) Utopii” w reżyserii Grzegorza Laszuka. (Fot. Pat Mic/materiały prasowe)

To dopiero początek ogłoszeń – całość programu zostanie opublikowana na konferencji prasowej pod koniec maja. W programie m.in. teatr w przestrzeni publicznej, teatr krytyczny i teatr familijny, koncerty na świeżym powietrzu, działania dla dzieci, joga na trawie, taneczne rozgrzewki, premiery sztuki zaangażowanej, koncert finałowy, instalacje i interwencje artystyczne, warsztaty, spotkania i debaty. „Wciąż jesteśmy w sytuacji pandemii. Wierzymy, że odpowiedni dystans, przestrzeganie reżimu sanitarnego pozwolą nam oglądać sztukę na żywo. Zapiszcie daty w kalendarzu 18-29.06.2021 – do zobaczenia na Malcie!” - informują organizatorzy Festiwalu.

  1. Kultura

Nowości muzyczne – płyty, których warto posłuchać

Fot. iStock
Fot. iStock
Nasza płytoteka powiększyła się o kilka pozycji. Sprawdźcie, co polecamy w tym miesiącu.

Na równych prawach

Ta bardzo przyjemna płyta dowodzi, że żywiołem Stinga są duety. „Nie spotkaliśmy się, pracowaliśmy na odległość, śpiewając w różnych studiach, więc to była taka pandemiczna relacja aż do czasu kręcenia teledysku” – tak Sting opowiada o nagrywaniu wspólnie z Melody Gardot singla „Little Something”. To akurat nowość na „Duets”, które zasadniczo jest płytą wspominkową.

Jeden z utworów na płycie Duets Sting nagrał z Zucchero. (Fot. materiały prasowe)Jeden z utworów na płycie Duets Sting nagrał z Zucchero. (Fot. materiały prasowe)

69-letni muzyk zebrał tu swoje ulubione duety z ostatnich dwóch dekad. Pojawiają się więc i Mary J. Blige, i Annie Lennox, Herbie Hancock i Eric Clapton, Julio Iglesias i Charles Aznavour, Zucchero, Shaggy… To zarazem festiwal różnych oblicz Stinga: jazzowego, soulowego i popowego, w stylu reggae, włoskim i latynoskim. No i algierskim w „Desert Rose”, które nagrał z pieśniarzem Chebem Mamim. Wszystkie te duety pokazują też, że Sting nie ma w zwyczaju w nich dominować, pozostawiając odpowiednią przestrzeń swoim drugim połówkom.

Sting, 'Duets' (Fot. materiały prasowe)Sting, "Duets" (Fot. materiały prasowe)

Niemal debiutanci

Gitara, fortepian, głos i blues. Pola Chobot i Adam Baran znają się już z grupy Jabłonka, ale dwa lata temu zadebiutowali w parze, a innych muzyków dopraszają w miarę potrzeb. Na minialbumie „Trzeba mi” snują tajemnicze, senne opowieści, a prowadzi nas przez nie niebywale nastrojowy wokal Chobot. Wciąż są na tym etapie, gdy cieszą się każdą nową słuchaczką i każdym nowym słuchaczem, serdecznie więc zachęcam, żeby dołączać do tego grona.

Pola Chobot&Adam Baran 'Trzeba mi'. (Fot. materiały prasowe)Pola Chobot&Adam Baran "Trzeba mi". (Fot. materiały prasowe)

Wreszcie

Premierę opóźniła najpierw pandemia, potem był problem, żeby zdążyć z wytłoczeniem wersji winylowej. Ale wreszcie poznaliśmy siódmy już album dopiero 35-letniej Amerykanki, która nigdy nie lubiła opuszczać studia na zbyt długo. Nie lubi też podwójnych standardów w show-biznesie, porusza tu więc podobne kwestie co Brytyjka z recenzji po prawej. A muzycznie? Trwa przy nienachalnym popie z folkową podszewką, to ostatnie akcentując na koniec coverem „For Free” Joni Mitchell.

Lana Del Ray 'Chemtrails over the country club'. (Fot. materiały prasowe)Lana Del Ray "Chemtrails over the country club". (Fot. materiały prasowe)

Przejąć kontrolę

„To płyta o zyskiwaniu kontroli nad własnym życiem” – deklaruje jasno wokalistka London Grammar Hannah Reid. Bo gdy inni gratulują ci sukcesów, ty wciąż sama siebie pytasz: kto tym wszystkim kieruje? I zastanawiasz się, jak przetrwać w kranie mizoginii, jaką jest pop. O tym, jak się z tym czuje, postanowiła powiedzieć światu z pomocą kolegów z zespołu – i tak trzecią płytę angielskie trio potraktowało jako swego rodzaju terapię. Co nie kłóci się z tym, że ten album to zestaw solidnych przebojów.

London Grammar 'Californian Soil'. (Fot. materiały prasowe)London Grammar "Californian Soil". (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

62. sezon Koncertów Chopinowskich w Łazienkach Królewskich po raz drugi online

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Niebywały sukces Koncertów Chopinowskich w wersji online z ubiegłego roku oraz trwające ograniczenia dotyczące organizacji imprez skłoniły organizatorów wydarzenia do kontynuowania recitali w formie online.

Koncert inauguracyjny odbędzie się w niedzielę 16. maja, tradycyjnie o godz. 12:00. Transmisja będzie dostępna na www.facebook.com/koncertychopinowskie, a także na Youtube i stronach internetowych www.koncerty-chopinowskie.pl i www.estrada.com.pl. Spacerujący w Łazienkach Królewskich będą mogli wysłuchać muzyki Chopina z głośników rozstawionych w głównych miejscach królewskiego parku w każdą niedzielę w południe.

W koncercie inauguracyjnym wystąpi amerykański pianista Kevin Kenner, uznawany za jednego z najwybitniejszych wykonawców muzyki Chopina. Zdobył najwyższą nagrodę na XII Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Jest również laureatem Międzynarodowego Konkursu im. Piotra Czajkowskiego w Moskwie i wielu innych.

Kevin Kenner (Fot. materiały prasowe)Kevin Kenner (Fot. materiały prasowe)

Ten pochodzący z Kalifornii pianista wcześnie miał okazję zapoznać się z polskimi tradycjami muzyki klasycznej – w wieku kilkunastu lat studiował pod kierunkiem wybitnego polskiego profesora Ludwika Stefańskiego w Krakowie. Kenner jest również wybitnym pianistą studyjnym – czasopismo „Grammophone” określiło wszystkie jego interpretacje utworów Paderewskiego i Chopina mianem nagrań miesiąca. Inne jego nagrania zostały wyróżnione przez „Diapason”, „Fanfare” i Polskie Radio. Przez ponad dziesięć lat Kevin Kenner był zatrudniony na stanowisku profesora w Royal College of Music w Londynie. Obecnie pracuje na wydziale muzycznym Uniwersytetu Miami (Frost School of Music), gdzie przygotowuje młodych, utalentowanych pianistów do występów na scenach świata. Zasiadał w jury wielu międzynarodowych konkursów pianistycznych, w tym Konkursu im. Ferruccio Busoniego we włoskim Bolzano i Konkursu im. Fryderyka Chopina w Warszawie.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Sala Balowa w Pałacu na Wyspie, Łazienki Królewskie (Fot. materiały prasowe)Sala Balowa w Pałacu na Wyspie, Łazienki Królewskie (Fot. materiały prasowe)

Plenerowe koncerty muzyki Chopina zorganizowano po raz pierwszy w 1959 r., po zrekonstruowaniu pomnika kompozytora. Z biegiem czasu wielokrotnie zmieniały swoją formułę. W tym roku, po raz kolejny pianiści nie zagrają pod pomnikiem Chopina, lecz wystąpią dla słuchaczy online. Recitale zarejestrowane zostały w wyjątkowym wnętrzu Sali Balowej w Pałacu na Wyspie, zbudowanej pod koniec XVIII wieku, z dekoracyjnymi marmurowymi kominkami z rzeźbą Herkulesa i Apolla Belwederskiego. Koncerty w tej formule będą kontynuowane w każdą niedzielę o godz. 12:00, a jeżeli sytuacja na to pozwoli Stołeczna Estrada powróci do organizacji koncertów w tradycyjnej formie – na żywo.

Kalendarz najbliższych koncertów:

MAJ

16 maja – koncert inauguracyjny, godz. 12.00 - Kevin Kenner (USA)

23 maja – Łukasz Byrdy

30 maja – Aleksandra Hortensja Dąbek

CZERWIEC

6 czerwca – Mateusz Tomica

13 czerwca – Viet Trung Nguyen (Wietnam/Polska)

20 czerwca – Maciej Wota

27 czerwca – Edward Wolanin

LIPIEC

4 lipca – Mateusz Krzyżowski

Wszystkie koncerty dostępne będą bezpłatnie.

Cykl koncertowy finansowany jest ze środków Miasta st. Warszawy.

koncerty-chopinowskie.pl

  1. Kultura

Mistrzowskie skrzypce

Mistrzowskie skrzypce
Mistrzowskie skrzypce
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Już jutro 8 maja rozpoczyna się Międzynarodowy Konkurs Lutniczy im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu.

Najlepsi lutnicy z 14 krajów na całym świecie, m.in. z Włoch, Francji, Belgii, Korei Południowej, Chin, Japonii oraz Polski, zgłosili do konkursu 88 instrumentów. To nieco mniej niż zwykle – ze względu na pandemię, część ze zgłoszonych wcześniej skrzypiec nie dojechała. Poznański konkurs lutniczy odbywa się co 5 lat od 1957 r., jest najstarszym na świecie i jednym z najważniejszych obok Cremony, Mittenwaldu i Pekinu.

Międzynarodowe jury w skład którego wchodzą zarówno lutnicy, jak i muzycy, już niedługo rozpocznie oględziny instrumentów. Oceniane będą zarówno walory lutnicze instrumentów, jak i barwa dźwięków, które wydają. W finale instrumenty zagrają podczas przesłuchań kameralnych i orkiestrowych. To dla nich najsurowszy sprawdzian. Siła (głośność), barwa i nośność dźwięku robią różnicę. Najlepsze zostaną docenione. Na finalną punktację przypada ocena lutnicza - 50 proc, i drugie 50 proc. na ocenę dźwiękową. Dlatego w jury obok lutników zasiadają muzycy, m.in. Laura Hamilton – koncertmistrzyni Metropolitan Opera w Nowym Jorku i pedagog NY University oraz Bartosz Bryła, jeden z wybitnych współczesnych polskich wiolinistów i wykładowców.

(Fot. Piotr Waniorek /materiały prasowe MKL w Poznaniu)(Fot. Piotr Waniorek /materiały prasowe MKL w Poznaniu)

(Fot. materiały prasowe MKL w Poznaniu)(Fot. materiały prasowe MKL w Poznaniu)

Jan Spidlen, juror poprzednich edycji konkursu. (Fot. materiały prasowe MKL w Poznaniu)Jan Spidlen, juror poprzednich edycji konkursu. (Fot. materiały prasowe MKL w Poznaniu)

Główną nagrodą w tegorocznym Międzynarodowym Konkursie Lutniczym jest 16 tysięcy euro. To nagroda fundowana przez Ministerstwo Kultury. Zwycięskie instrumenty zasilają Narodową Kolekcję Instrumentów Lutniczych, której zasoby są wypożyczane najzdolniejszym krajowym muzykom. Kolekcja istnieje od lat. Pomogła zbudować światową karierę m.in. Wandy Wiłkomirskiej, Piotra Janowskiego czy Bartłomieja Nizioła.

W tegorocznym składzie jury zasiada Marcin Krupa, lutnik wielokrotnie nagradzany na międzynarodowych konkursach lutniczych, m.in. w Cremonie, Moskwie, Londynie, Baltimore i Poznaniu, ze znanej lutniczej poznańskiej rodziny. Również jego brat - Krzysztof wybrał ten zawód. Synów wykształcił ojciec, Antoni Krupa, który założył pracownię lutniczą w Poznaniu wiele lat temu. To jedno z tych miejsc, w których czas się zatrzymał i dziś możemy odczuć tam prawdziwą atmosferę ręcznej pracy w drewnie.

„Tradycje rodzinne w tym zawodzie nie są rzadkością. W Polsce, podobnie jak w innych krajach, zawód lutnika często  przechodzi z pokolenia na pokolenie. Wychowałem się w pracowni ojca, od małego złapałem bakcyla – lubiłem mu pomagać, przebywać tam i nasiąkałem wiedzą na temat sztuki budowania instrumentów. Ojciec ułatwił mi wejście w lutniczy świat. To dzięki niemu znam tajniki tego zawodu, był moim mistrzem. Każdy lutnik stara się na początku znaleźć takiego mistrza na początku swej drogi, który wskaże mu swoje sposoby na uzyskanie wyjątkowego dźwięku budowanego instrumentu. Tato przekazał mi wiele ze swoich głęboko skrywanych tajemnic. Dzięki temu miałem łatwiejszy start, choć oczywiście musiałem odebrać gruntowne wykształcenie”. - mówi Marcin Krupa.

(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)

(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)

Lutnik to fach z tradycją, przekazywany z pokolenia na pokolenie. Rzemieślnik-artysta, który, w dobie automatyzacji i superszybkich maszyn, wciąż wykonuje swoją mozolną pracę ręcznie i to czyni ją wyjątkową. Lutnik to zawód, który może wykonywać osoba mająca wiele talentów: muzykalność, zdolności manualne, umiejętności plastyczno-rzeźbiarskie, cierpliwość, ale i zmysł techniczny, niezbędny do zbudowania misternej konstrukcji. Bez wątpienia ci, których instrumenty znajdą się w finale poznańskiego konkursu – to artyści tworzący arcydzieła. Takie skrzypce to skarb dla muzyka.

„Kiedyś lutnik nie zawsze był muzykiem, jednak gdy umie się grać – ułatwia to pracę nad instrumentem. Zna się lepiej oczekiwania wiolinisty, jego perspektywę, bo przecież instrument wykonujemy dla skrzypka.” – wyjaśnia Marcin Krupa.

Współczesne kształcenie lutnicze to średnia szkoła muzyczna z kierunkiem lutniczym (Poznań lub Zakopane), a później studia na wydziale lutniczym Akademii Muzycznej w Poznaniu – to jedyna uczelnia w Polsce, która kształci lutników. Właśnie tutaj Marcin Krupa został wykładowcą lutnictwa. Kolejnym krokiem jest praktyka u mistrza i udział w konkursach lutniczych. One pozwalają na międzynarodowy start, wysokie miejsca w rankingach konkursowych przyciągają klientów z całego świata. Kolejne zbudowane instrumenty i zadowoleni skrzypkowie uruchamiają następne zlecenia, w ten sposób buduje się swoje nazwisko i opinię w tym świecie, jednak swój warsztat trzeba cały czas doskonalić, co wymaga cierpliwości i czasu.

„Dla mnie ważny jest bieżący kontakt z muzykami. Wiele od nich się uczę, słucham ich uwag. Pomaga w tym lokalizacja mojej pracowni w Poznaniu – blisko opery i filharmonii” – mówi Marcin Krupa.

Do budowy skrzypiec wykorzystuje się tylko klon jawor oraz świerk. Drewno musi być lekkie i elastyczne. Poszukiwanie odpowiedniego kawałka drewna to temat na oddzielną opowieść. Specjalizują się w tym firmy, drewno sprzedawane jest na specjalistycznych targach, a nawet bywa nagrodą na konkursach lutniczych. Wielu lutników m.in. dlatego wybiera życie blisko natury, lasów, gór. Tak jest  w przypadku Joanny Plęs, która wraz z mężem Tomaszem Linką prowadzi pracownię w Ustrzykach Dolnych. Tu łatwiej o ciszę, spokój, koncentrację na pracy z dala od zgiełku wielkiego miasta. Blisko są Bieszczady, lasy, łatwiej nawiązać bezpośrednią relację z dostawcami drewna, a klienci i tak przyjadą do renomowanego lutnika. Instrumenty z pracowni Joanny Plęs doceniono m.in. na konkursach w Moskwie, Mittenwaldzie i Poznaniu - wiele lat temu jej skrzypce ze względu na wybitne walory dźwiękowe zostały zakupione przez Towarzystwo Muzyczne im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu, organizatora Międzynarodowych Konkursów Lutniczych.

(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)

(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)

„Zawód lutnika wymaga zdobycia wszechstronnych umiejętności w zakresie rysunku, rzeźby, ogólnego wyczucia proporcji. Bardzo ważne jest duże doświadczenie oraz wykształcenie muzyczne, które pomaga sprostać wysokim wymaganiom muzyków. - mówi  Joanna Plęs. Lutnik stara się nadać wszystkim instrumentom piętno swej indywidualności dlatego każdy instrument jest niepowtarzalny. Drewno (jawor i świerk) musi sezonować się przez długie lata, a lakier składający się z wyselekcjonowanych naturalnych żywic każdy mistrz sporządza sam według tylko sobie znanej receptury, by nałożyć go później na swe dzieło w kilku, a nawet kilkudziesięciu cieniutkich, transparentnych warstwach” – przekonuje Joanna Plęs.

Więcej na  lutniczy.wieniawski.pl

Planowane są transmisje online przesłuchań instrumentów. Po MKL najlepsze instrumenty będą dostępne dla publiczności na wystawie w Muzeum Narodowym w Poznaniu przez 2 tygodnie.

  1. Kultura

Rzuć to wszystko, wszystko co złe, co gnębi cię... Wspominamy Zbigniewa Wodeckiego

Zbigniew Wodecki, sesja dla Zwierciadła (2016). (Fot. Marta Wojtal)
Zbigniew Wodecki, sesja dla Zwierciadła (2016). (Fot. Marta Wojtal)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
- Żyjemy w czasach, kiedy ludzie bardziej szanują aktora, który gra skrzypka, niż skrzypka, bo wolą światło odbite. A tymczasem wystarczy zgasić te reflektorki i już po gwiazdach. My dziś nie widzimy, że jeśli nagle wyłączą nam komputery i Internet, to już po nas - mówił Zbigniew Wodecki, który dziś obchodziłby swoje 71. urodziny. Z tej okazji przypominamy jego ostatni wywiad na łamach "Zwierciadła". 

Szybki i frenetyczny, ale w branży mówią o nim: kawał dobrego chłopa, i trudno się dziwić, bo pocieszy, poklepie, parę groszy pożyczy. Skubnął życia i kariery w komunie, nie dał się transformacji, a dziś? - Cały ten showbiznesowy sznyt życia musi zdechnąć i na tym gnoju wyrosną jeszcze kwiatki, czego dowodem jest choćby Mitch&Mitch, bo to czyste dzieciaki - mówi Zbigniew Wodecki.

Słuchasz dużo muzyki? Nie znoszę tego robić, ponieważ jeśli mi się coś nie podoba, to szlag mnie trafia, że w ogóle to słyszę, a jeśli ktoś świetnie gra? To wściekam się, że to nie ja skomponowałem. Całe to moje śpiewanie wzięło się zresztą z komponowania, bo wciąż siedziałem przy fortepianie i wyśpiewywałem wszystkie istniejące „ewrybady”, a później tworzyłem z nich piosenki. Własnie tak powstało „Zacznij od Bacha”, „Lubię wracać tam, gdzie byłem”, „Izolda”, po latach duża forma na orkiestrę symfoniczną i dwa chóry dla Niepołomic, na którą to okazję kupiłem sobie specjalny program do pisania nut, ale... Widzisz, technika mnie zabiła... Jednak nie do końca, bo jednak migiem poleciałem do papierniczego po części do mojego nowego komputera: ołówek, ekierkę, gumkę.

Nie boisz się z takim ekwipunkiem grania z Mitch & Mitch? Ja się wszystkiego boję, nawet jutra, ale miałem już tyle w życiu wpadek, że... Raz na przykład w Domu Kultury w Dąbrowie Górniczej odbywała się uroczystość barbórkowa. Do dziś nie wiem czemu, wtedy nie wpadłem na to, by nauczyć się na pamieć tekstu. Pamiętałem jedynie pierwszą linijkę: „Odjeżdżają pociągi daleko”, a dalej? „La, la, la, la, la”. Cztery minuty i tylko to „la, la, la, la”, masakra. Prawie tam padłem ze strachu i stresu. Trochę mnie to co prawda zahartowało, ale do dziś za każdym razem, nawet jeśli wszystko dobrze pamiętam, boję się zupełnie tak samo jak w tym domu kultury, tym bardziej teraz, bo tak szczerze mówiąc, nie do końca potrafię sprecyzować to, co razem z tymi Mitchami tworzymy. Chłopaki, znane z tego, że są nieznane, i z tego, że oficjalnie przyznają się, że nie śpiewają, wynaleźli gdzieś moją starą płytę, która powstała w czasie, gdy byłem gościem płodnym i zadurzonym w muzyce Burta Bacharacha i tworzyłem trochę pod niego. Tak powstały dwie typowe bakarakówy „Parę słów” i „Rzuć to wszystko co złe” – od razu wiedziałem, że są fajne, nietuzinkowe, aranż dobrze zgrany z linią melodyczną, a mnie się jeszcze w dodatku wtedy zdawało, że jestem świetnym kompozytorem i do usranej śmierci będę na topie. No, ale widzisz, żeby się tego od świata dowiedzieć, musiałem czekać 40 lat, aż Mitche to wszystko wygrzebią, a najpierw się w ogóle urodzą. Zrobili mi tym naprawdę wielką przyjemność. Zagraliśmy w Trójce – zrobił się mały szmerek, na offie – szum, później większy, gdy wyszła płyta. A grzmot największy, kiedy piosenka „Rzuć to wszystko co złe” pojawiła na pierwszym miejscu listy przebojów...

A teraz jest już chyba regularny huk. Dostałeś dwa Fryderyki. Tak. Fryderyki są dwa: jeden z Mitch & Mitch Orchestra and Choir w kategorii album roku pop za płytę „1976: A Space Odyssey”. Oraz drugi w kategorii utwór roku za piosenkę „Rzuć to wszystko co złe”. I ja się ciesze! Ale też i dziwię, że dzięki Mitchom zacząłem „zdobywać świat”, i to z powodu płyty, która jest starsza nawet od mojej „Izoldy”. Za co zresztą dziękuje także Wojtkowi Trzcińskiemu, który w 1976 roku wpadł na to, żeby tę płytę w ogóle nagrać. A dziwię się, bo nie wiem, jakie mechanizmy społeczne czy kulturowe zagrały, żeby po takim czasie nagle to wszystko ruszyło. I skąd chłopcy wiedzieli, że to zadziała? A wiedzieli od początku, że będzie dobrze, choć ja im nie wierzyłem, i jeśli mogę być szczery, do dziś nie wierzę, że to wszystko się stało. Ukoronowany sukcesem rozdział z chłopakami uważam już jednak za zamknięty, choć będziemy jeszcze dużo koncertować. Ja tymczasem pracuję nad moją nową płytą, którą wyda Agora, a producentem będzie Rafał Stępień, świetny pianista i aranżer. I to będzie coś miedzy Alem Jarreau a Philem Collinsem, bo taki klimat mnie ostatnio kręci. Widzisz, jak to jest? Ja się bez roboty po prostu zapadam, nie ma mnie. Jest dokładnie tak, jak powiedział kiedyś Krzysztof Piasecki: „Stary, to, co nas trzyma, to adrenalina. Jak zejdziemy ze sceny, to się natychmiast sypniemy”.

Swoje pierwsze występy na scenie wspominasz czule? No, a jak! 1968 rok, na świecie cię jeszcze, kwiatuszku, nie było. Marek Grechuta i Jan Kanty Pawluśkiewicz założyli Anawę i poprosili mnie, bym z nimi grał. Na skrzypeczkach. To była muzyka, ale i niesamowita aura tego wszystkiego, co się działo dookoła. Przy barku w Piwnicy pod Baranami zawsze o 15.00 na posterunku był już Skrzynecki, Konieczny, Kwinta, Litwin, Demarczyk. Wszyscy jak jeden mąż palili papierosy i jakoś nikomu to nie szkodziło. Wszyscy pili i to też nie było nic okropnego. A teraz jakoś tak ludziom nagle wszystko zagraża... Do rana graliśmy sobie w tej Piwnicy i było to genialne uzupełnienie mojej szkolnej edukacji typu Paganini i Czajkowski. Wreszcie mogłem improwizować, czyli cieszyć się instrumentem jak głupi pudełkiem zapałek. Bo w sztuce ten dar od Boga, jakim jest gotowość i umiejętność improwizacji, jest najistotniejszy. I do tego dobra, autentyczna radość i zabawa.

No tak, tu akurat trudno cię chyba prześcignąć? Wystarczy wspomnieć trasy z Ewą Demarczyk. Wspólnie przeszliśmy swoje. Wspólne tremy, wspólne garderoby, wspólne konserwy, bo kto by wtedy wydawał niemieckie marki na jedzenie, skoro za cztery można było w Polsce przeżyć miesiąc? Albo w Peweksie sobie kupić dobrą wódeczkę czy ortalionowy płaszcz. Pamiętam, gdy byliśmy pierwszy raz w życiu w Kolonii. Szok! Święta, gdzie okiem sięgnąć wesołe światełka, a w PRL-u w tym czasie wszędzie to ponure i smutne 40 vatów. Nikt w tej Kolonii chyba wtedy nie spał, a nas po prostu zatkało. Spaliśmy tam zresztą w hotelu przy zapalonym świetle, bo kto by tam wiedział, jak nacisnąć niemiecki prztyczek? Pamiętam tez Kubę dziesięć lat po Zatoce Świń. Wyruszyliśmy tam starym iłem w szóstkę: wiolonczela, perkusja, gitara klasyczna, dwoje skrzypiec i Ewa Demarczyk. Oraz likier. Bananowy, ananasowy, cytrynowy... dalej już nie wiem. I cygara, bo wtedy można było jeszcze palić na pokładzie. Kuba, z pełną euforią – dlaczego, nie wiem – przyjęła nasz osobliwy repertuar, składający się głównie z wojennych wierszy Baczyńskiego i poezji Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, który graliśmy w koszulach non-iron, a na to czarne fraki i żar – 40 stopni C. Półtora miesiąca minęło jednak z szybkością strzały i teraz tak. Strach wracać tamtejszymi liniami, bo po dwóch godzinach lotu pojawiał się w nich komunikat „usterka”, pojazd wracał i sześc godzin czekania, bo remont... Co można zatem zrobić z taką mądrością? Jedno. Cała nasza szóstka nabyła na lotnisku po komplecie souvenir from Cuba. Czyli dwie butelki rumu, kilka likierów i cygara z głębokim postanowieniem, że wszystko to spożyjemy na pokładzie, ale nie po to, by się znieczulic. Koncepcja była taka, że jak najszybciej opróżniamy butelki, szczelnie je zatykamy i w razie czego, jakby – odpukać – samolot spadał do oceanu, to butelki będą pełnić funkcje kamizelek ratunkowych (bo wtedy jeszcze nie istniało coś takiego na pokładzie), uniosą nas na wodzie i wreszcie prędzej czy później, ale zdecydowanie lepiej prędzej, ktoś nas może na tej tafli odnajdzie. I tak to coraz mniej nerwowo ściskając coraz bardziej ubogie komplety pamiątkowe, dolecieliśmy z kubańskich tropików prosto do Campbell, by zatankować paliwo, a tam? Minus dziesięć stopni, ale myśmy już tego w ogóle nie czuli...

Myślisz, ze to młodość? Czy artystom za komuny w ogóle było lepiej? Widzisz, komuna dawała kasę na transmisję szopenowskich festiwali, Jazz Jamboree, Warszawska Jesień, teatry. A dziś? Koncert Wieniawskiego o drugiej w nocy puszczą, więc kto ma to niby oglądać? Lunatycy? Artystom kiedyś nie było źle, mimo że zawsze byli przecież „przeciw”, bo nawet gdyby czerwoni byli superdobrzy, to i tak nie wypadało być „za”. Wszyscy więc napieprzaliśmy na te komunę i każdy z nas stawiał sobie za punkt honoru, żeby go przymknęli choć na jedną dobę hotelową. Piotr Skrzynecki chodził na przykład w tym celu godzinami po krakowskim Rynku, ale zawsze wracał do Piwnicy przygnębiony, bo jednak znów ZOMO go nie spałowało. A ja z kolei, pamiętam, też chciałem się postawić i już miałem szczeknąć „czerwone świnie”, ale nie zdążyłem. „Te, to Pszczółka Maja przecież” – usłyszałem spod mundurów, omal nie zaczęli mnie z radości całować, więc wróciłem do Piwnicy w podobnym stanie co na ogół Skrzynecki. W komunie było bardziej czarno-biało, ale dawało się przeżyć na grząskiej i mglistej powierzchni show-biznesu, bo w statku obok płynął zawsze jakiś Szymanowski czy też Rachmaninow. A dziś? Pozycja artysty w wolnej Polsce zdziadziała do tego stopnia, że mówią o nim grajek. Żyjemy w czasach, kiedy ludzie bardziej szanują aktora, który gra skrzypka, niż skrzypka, bo wolą światło odbite. A tymczasem wystarczy zgasić te reflektorki i już po gwiazdach. My dziś nie widzimy, że jeśli nagle wyłączą nam komputery i Internet, to już po nas. Staliśmy się leniwi, wygodni. Za chwile już nawet ognia nie będziemy umieli rozpalić, bimbru pędzić, chleba upiec, dziury zacerować. A ile warte będzie to przysłowiowe wiadro złota, jeśli system padnie? Nic, bo złota nie zjemy. Stąd prosty wniosek: ten cały showbiznesowy sznyt życia musi zdechnąć i na tym gnoju wyrosną jeszcze kwiatki, czego dowodem jest choćby Mitch & Mitch, bo to czyste dzieciaki.

A co na tę twoją współpracę z Mitchami twoje dzieciaki? Syna nie pytałem jeszcze, bo to straszny indywidualista, wiec aż się boję, a córki lubią takie rzeczy. Każda po swojemu. Kaśka ze swoim dobrze wyważonym spokojem. Joaśka pośpiesznie, bo jest babką, która nawet na rodzinnym obiedzie spędza trzy minuty i ustępuje z pola widzenia.

Ale ty jesteś taki sam jak ona. [Śmiech]. No tak, ja też się non stop śpieszę. Zawsze chodziłem po cztery schody i do dziś, gdy ktoś zaczyna mi coś opowiadać, to ja już jestem na etapie konkluzji i naprawdę mam ochotę oszaleć, że muszę jeszcze słuchać tego perorowania. I wiesz co? Nic na to nie mogę poradzić. Nic, choć wiem, że to okropne i że moja rodzina była przez to kiedyś kilka razy na granicy wydolności. Przeprosiłem dzieci, głównie syna Pawła, za mój fatalny temperament, za to, że się nad nim pastwiłem, gdy grał na fortepianie, choć to w ogóle nie była jego bajka. Byłem młody, durny. Facet moim zdaniem powinien mieć dzieci dopiero po czterdziestce, a poza tym z powodu nadmiaru pracy w domu pojawiałem się tylko od wielkiego dzwonu i od razu rzucałem się, żeby nadać mu swój rytm. Tak jest zresztą do dziś, że większa porcja mojego życia dzieje się gdzieś tam, w świecie, ale dbam o to, żeby wszyscy moi bliscy mieli to, czego im trzeba.

Powiedziałeś kiedyś, że każdy jest do kupienia, pytanie tylko za ile. Piękny dowcip mi się przypomniał, pisz, jak chcesz. Facet podchodzi do eleganckiej kobiety: „Przepraszam, czy pani by mi się oddała za 5 milionów dolarów?” „No, wie pan... Chyba tak”. On na to: „A czy pani by mi się oddała za sto złotych?”. Ona: „No, wie pan! Za kogo pan mnie ma?”. „To żeśmy już ustalili, teraz negocjujemy cenę” – brzmiała jego odpowiedź. Pytałaś o show-biznes – no, to masz szybki przykład od szybkiego faceta. A im jestem starszy, tym jestem szybszy. I biegam po tym świecie z tą swoją wiecznie poważną miną, na którą nic poradzić nie mogę, bo nawet gdy jestem wyluzowany, i tak wyglądam, jakbym chciał kogoś ukatrupić.

Po śmierci Andrzeja Zauchy stwierdziłeś: kara śmierci dla morderców. Zmieniłeś zdanie przez te 20 lat? A skąd! Jeśli tylko ktoś zamordowałby mi kogoś bliskiego, nie tylko przegryzłbym mu własnymi zębami grdykę, ale i pieczołowicie obserwowałbym, jak bardzo się męczy. Czy tak jest po chrześcijańsku? Raczej tak, bo w Starym Testamencie jest „oko za oko”. Jestem zresztą pewien, że każdy normalny człowiek ma w sobie taką pierwotną siłę, choć oficjalnie powie, że nadstawi drugi policzek, no ale to jest tylko hipokryzja. Zupełnie taka jak u pewnego pasterza z Torunia, który swoim wężowym sykiem radzi ludziom, jak najlepiej na świecie znienawidzić bliźniego i jak najskuteczniej mu źle życzyć. Cóż, szkoda tylko, że ten naród taki głupi. No ale co?! Nie będę walił głową w mur. Już nie dziś. Mam rodzinę, ręce, nogi, mam co jeść i umiem się podzielić – to podstawa. I głęboko współczuję tym, którzy barykadują się w luksusowych willach i w samotności liczą te swoje pieniądze, nie wiedząc, że to taka frajda komuś coś dać. Jak to śpiewał Alosza Awdiejew: „Sąsiadowi się spaliła stodoła, niby obcy człowiek, a tyle radości”. My, Polacy, mamy ten mental opracowany do perfekcji.

Ciebie akurat każdy lubi, a jeśli nie lubi, to na pewno szanuje, wiem, bo pytałam. Dlaczego tak jest? Przypuszczalnie trochę z powodu tego, co w życiu zaśpiewałem, w szczególności „Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie”. Ale też wcale nie zdumieliby mnie ci, którzy pamiętają mnie z festiwali w latach 70., 80., i szczerze mnie nie cierpią. Sam bym się chętnie dezaktywował, choćby za tamte wizerunkowe akcje typu: ciemne okulary, kawa z mlekiem, wolne tempa, ulizane fale. Boże jedyny, masakra! Wszystko rzewne takie, do szlagtrafienia ckliwe, mdłe. I to jest w ogóle dość dziwne, wiesz, że wtedy mi się tak stało, bo naturę mam raczej subtelnego świra, choć może tego nie widać.

Widać. A to doskonale, wszystko jasne, dziękuje!

Wiem, że cię już o to kiedyś pytałam, ale może coś się zmieniło? Wziąłbyś udział w reklamie szamponu do włosów? Nic się nie zmieniło. Szampon? Bardzo chętnie, ale nie przeciwłupieżowy. Maści przeciwko mendom też bym nie promował oraz takiej na hemoroidy, to na pewno nie, do widzenia. Kwiatuszku, zasady to jedno, ale ja przecież jestem estetą.

Zastanawiałeś się, co by było, gdybyś był łysy? Choć nic okropniejszego niż takie włosy jak moje nie może się facetowi w życiu przytrafić, to bez tych włosów?! Nie, nie. Gdybym był łysy, musiałbym wszystko zaczynać od początku. Bo włosy to moje logo. Włosy to ja.