Wyśnione (pierwsze) miłości: „Kochankowie z księżyca. Moonrise Kingdom”

Kochankowie z księżyca. Moonrise Kingdom
Kino Świat

Najlepsze pierwsze miłości, to najczęściej te… które nigdy się nie wydarzyły. Wymarzone, wyśnione. Trochę jak ta z nowego filmu Wesa Andersona: piękna, czysta i dziejąca się na nieistniejącej wyspie.

Kochankowie z księżyca. Moonrise Kingdom
Kino Świat/więcej w galerii

New Penzance nie znajdziecie na żadnej mapie, ale to tam swoje Księżycowe Królestwo (jak mogłoby brzmieć dosłowne polskie tłumaczenie tytułu) rozbija Anderson. Tradycyjnie już rządzi swoim małym wszechświatem jak tylko mu się podoba. Widzom na początku mówi tylko, że jest rok 1965, a poza tym do wyspy zbliża się wielki sztorm, który uderzy w nią dokładnie za trzy dni. Dwa dni po tym, gdy w rozbitym na wyspie obozie harcerskim okaże się, że zniknął 12-letni harcerz Sam Shakusky (Jared Gilman) i dzień po tym, jak Państwo Bishop, w domu po drugiej stronie wyspy, zorientują się, że ich 12-letnia córka Suzy (Kara Hayward) też zaginęła.

Ani bardzo dokładny, zmanierowany opiekun harcerzy (Edward Norton!), ani rodzice Suzy (Bill Murray i Frances McDormand!) – w domu praktykujący wzywanie dzieci na posiłki przez megafon – nie domyślają się oczywiście, że obie sprawy są połączone. Nie wiedzą, że Sam i Suzy planowali tę ucieczkę razem. Nie wiedzą, że poznali się przypadkiem, gdy znudzony Sam opuścił biblijne przedstawienie w miejscowym kościele i zawędrował do damskiej garderoby. Tam zobaczył Suzy, przebraną za Kruka. „Byłaś moim ulubionym zwierzęciem w tym przedstawieniu” – napisze do niej w późniejszym liście. Wyśle jej też kilka obrazków, które namalował; wśród nich też akty. Najładniej wychodzą ci drzewa i słupy telegraficzne” odpisze na nie Suzy. To miłość od pierwszego wejrzenia.

To tyle jeśli chodzi o pretekst do stworzenia tego filmu – fabułę. Wszystko co później (i właściwie też wcześniej), to zbiór małych przyjemności, których Wes Anderson umieścił w swoim filmie tuziny. Może nazywanie jego troski o końcowy kształt filmu obsesją to przesada, ale jest przecież jakiś powód, dla którego sam pisze scenariusz, reżyseruje i produkuje swój film. Zdjęcia pozostawia komuś innemu, ale jak przyznaje: „pracuję z moim operatorem od wielu, naprawdę wielu lat i on dobrze zdaje sobie sprawę z tego co robimy, a czego robić nie możemy. Wie, że są pewne ujęcia, które zaakceptuję i takie, o których nie ma mowy. Praca w tym samym zespole zaowocowała filmem bliskim ideału od strony technicznej. Mieszanka planów, kolorów, rekwizytów, charakteryzacji, nawet montaż i muzyka – wszystko to czyni Kochanków z Księżyca estetycznym arcydziełem.

…co nie oznacza, że filmowi jako całości też wystawiłbym taką ocenę. Historia dwójki 12-letnich zbiegów z głowami pełnymi pełnoletnich problemów jest co prawda bardzo wciągająca, a to co Suzy i Sam w sobie odkrywają, a co dorośli zwykli nazywać miłością, zostało naprawdę wyjątkowo pokazane. Podobnie ze sceną ich pierwszego spotkania i szybkim montażem listów, które do siebie pisali – zadziwiają i wzruszają wciąż, nawet podczas kolejnego seansu. Im bliżej końca, tym tempo filmu jest jednak wolniejsze, a rozwiązania jakby bardziej konwencjonalne: Anderson coraz bardziej czuł chyba presję rzeczywistości i jej rygorystycznych wymogów, bo zdecydował się na zamknięcie zupełnie nieszablonowej opowieści zupełnie szablonową klamrą.

Szkoda, bo dopóki traktował swój film zgodnie z wyidealizowaną wersją swoich wspomnień na kinowy ekran, było naprawdę dobrze i prawdziwie. To z kolei budziło wspomnienia, przypominało miłości i miłostki, kazało zastanowić się, czy my w swoich małżeństwach też śpimy już na dwóch rozdzielonych szafką łóżkach i potrafimy mówić do siebie tylko o naszej prawniczej pracy… Później jest wyraźnie gorzej, ale reżyser ma w tym filmie tyle małych atutów, że całość i tak się broni (nie wspominałem jeszcze, że w roli policjanta-samotnika cieszyć nas będzie Bruce Willis, a spersonalizowaną, bezwzględną Opiekę Społeczną, gra Tilda Swinton).

To mocne 7/10, jeden z tych filmów, które zobaczyć wypada i których zobaczenia raczej nie powinno się żałować. Warto też choćby dlatego, że nastoletni odtwórcy głównych ról są skazani na aktorskie sukcesy. Szczególnie Kara Hayward. Za kilka lat może się okazać, że dzięki temu jak dobrze poprowadził i pokazał ją Wes Anderson, na planie „Kochanków z Księżyca” narodziła się nowa gwiazda.

Więcej recenzji filmowych znajdziesz TUTAj