Sudan Południowy – Studnie życia

Najmłodsze państwo świata, które proklamowało niepodległość
9 lipca tego roku. I najbiedniejsze. Trudno powiedzieć, co Sudanowi Południowemu jest dziś najbardziej potrzebne, skoro nie ma tu niczego.
Na pewno – woda. Polska Akcja Humanitarna wybudowała w tym kraju
ponad 100 studni. Kiedy Sudańczycy będą budować
studnie sami – nie wiadomo.

reklama

Bilans otwarcia nowego państwa: nie ma dróg, elektrowni, kanalizacji. Struktury państwowe nie istnieją. Najwyższa na świecie umieralność kobiet podczas porodów. Tylko niecałe 40 proc. mieszkańców ma dostęp do wody pitnej. Spadek po trwającej 22 lata wojnie domowej między muzułmańską Północą a chrześcijańsko-animistycznym Południem: zginęło ponad półtora mln ludzi, ponad cztery mln musiało opuścić swoje domy. Teraz wracają z obozów dla uchodźców w Kenii, Ugandzie, Etiopii.

Niemal każdy Sudańczyk pracujący w którymś z dwóch obozów Polskiej Akcji Humanitarnej w Sudanie Południowym ma za sobą trudną wojenną historię: są wśród nich szkolone w obozach dzieci żołnierze, są tak zwani lost boys, którzy razem z tysiącami innych dzieci, uciekając przed wojną, szli miesiącami przez busz w głodowych marszach. Są tacy, którzy niemal całe życie spędzili w obozach dla uchodźców.

Pakwau: studnia przy szkole

Zanim przy szkole Ducuum pod miastem Bor zbudowano studnię, Thon Mathao Kucha, dyrektor, codziennie przynosił do szkoły 20-litrowy pojemnik wody dla dzieci. W 50-stopniowym upale starczało jej do południa, wtedy dzieci szły do domów, by się napić i na ogół do szkoły już nie wracały – były zbyt zmęczone, by znowu iść w upale kilka kilometrów. Poza tym mają obowiązki: przynoszą wodę do domów, opiekują się rodzeństwem, piorą, sprzątają. Na naukę zostaje mało czasu. W Sudanie Południowym tylko 15 procent dzieci chodzi do szkoły. Studnia powstała dzięki wpłatom polskich szkół w ramach akcji PAH „Studnia dla Południa”, a szkoła – dzięki pieniądzom uskładanym przez mieszkającą w Europie i USA rodzinę Thona. Starczyło na wybudowanie niewielkiego budynku z gliny, latryny, kupienie kilkudziesięciu plastikowych krzesełek, trochę zaczytanych podręczników i wytartej tablicy. To wciąż za mało dla 180 dzieci…

Thon uczy angielskiego, matematyki, przyrody i języka dinka za darmo, podobnie jak sześciu innych nauczycieli. Przychodzą do szkoły, kiedy mogą, bo muszą gdzie indziej zarobić na życie. Thon utrzymuje się z wypału drewna, które zbiera w buszu. Jacob Mayom, też nauczyciel, mówi: – Rząd nam nie płaci za pracę, ale to jedyne, co możemy dać tym dzieciom. Jeśli sobie sami nie pomożemy, to nikt nam nie pomoże.

Od kiedy jest studnia, z której korzysta także leżąca tuż obok wioska Pakwau i kilka innych wsi, dzieci mogą się uczyć dłużej. Coraz rzadziej chorują i umierają na wyniszczającą biegunkę i choroby skóry, bo nie piją brudnej wody z kałuż.

Chłopcy mają swoją drużynę piłkarską: na wytartych dziurawych koszulkach wypisali długopisem nazwiska słynnych piłkarzy. Od PAH dostali prawdziwą skórzaną piłkę. I listy od polskich dzieci. Aurek, dziesięć lat, odpisał: „Lubię dużo jeść, bo nikt nie może pracować bez jedzenia”. Ajak, 15 lat: „Moją ulubioną grą jest koszykówka, bo jestem wysoki jak żyrafa”. Nhial Philiph, 13 lat: „Lubię polować na dzikie zwierzęta, bo lubię jeść mięso”. Dużo w tych krótkich listach zdań o jedzeniu…

Saloma ma pięcioro dzieci. W 1992 r. uciekła do Ugandy i przez 12 lat żyła w obozie dla uchodźców. Dzisiaj jest liderką kobiet w wiosce Pakwau: została przez nie wybrana w 2009 roku, bo jest kobietą mądrą i doświadczoną. W większości sudańskich wiosek jest liderka kobiet – i lider mężczyzn, który jest jednocześnie szefem wioski.

– Teraz ludzie przenoszą się do miast, plemienne więzi zostają rozerwane. W miastach nie ma liderów, człowiek musi słuchać tylko samego siebie – mówi Saloma.

Liderki wspierają sudańskie kobiety, które na co dzień ciężko pracują: noszą wodę, gotują, piorą, zajmują się dziećmi, obrabiają pola, ścinają i suszą trawę na dachy tukulów – tradycyjnych chat lepionych z ziemi. Mężczyźni do kanistrów na wodę ani do gospodarstwa się nie dotykają, za to robią dachy i płoty, ale przede wszystkim zajmują się długorogim bydłem, które jest tu miernikiem społecznego statusu i walutą (za żonę trzeba dać minimum 30 krów).

Jeśli w szkole trzeba coś naprawić, Saloma mobilizuje rodziców. Zwołuje matki, jeśli dzieci mają problemy, mediuje, gdy dzieci się pobiją, a ich mamy pokłócą.

– Awantury były większe, gdy nie było studni. Kobiety musiały dotrzeć do Bor – długo iść zapyloną drogą lub wiele godzin czekać w słońcu na autobus – a potem jeszcze dopchać się do wody. Zdarzało się, że któraś ukradła pełny pojemnik, a zostawiała pusty. Wtedy tłumaczyłam złodziejce, że to, co robi, jest złe – mówi Saloma. I lokuje nas, gości, na plastikowych ogrodowych krzesełkach, które są w każdym sudańskim gospodarstwie. Sama siada na odwróconym
do góry dnem wiadrze. Nawet teraz wygląda dostojnie, ma modulowany, nawykły do przemówień głos. – Wioska widzi, że jest między nami większa zgoda. Nasza społeczność jest szczera – jeśli popełnię jakiś błąd, ludzie powiedzą bez ogródek: „ustąp, zrób miejsce innej!”.

Gdy dyskusja z kobietami nie łagodzi konfliktu, Saloma zwraca się o pomoc do szefa wioski i razem zastanawiają się, co zrobić. Gdy wybudowano szkołę, przyjechał do nich gubernator stanu i to ona go witała. Przed referendum w sprawie niezależności zaprosił ją i inne liderki na rozmowę – chciał, by przekonywały kobiety do głosowania. Saloma zwołała swoją społeczność i tłumaczyła, o co w referendum chodzi. Wszystkie kobiety z Pakwau i okolic głosowały – to jej wielkie osiągnięcie.

Saloma marzy o porządnej, a nie takiej, która rozmięka podczas każdej pory deszczowej, drodze do Bor. I o kolejnej studni, bo wszyscy z okolicy schodzą się do tej pod szkołą. Marzy też o rowerze.

Kuerlyot: studnia z Wałęsą

W wiosce Kuerlyot do niedawna jedynym źródłem wody był pełen insektów strumyk, który napełnia się tylko w porze deszczowej. Po czystą wodę trzeba było iść ponad godzinę, a w kolejce do studni odstać kolejne dwie, trzy. Nya, która ma sześcioro dzieci, musiała codziennie przynieść dziesięć 12-litrowych kanistrów. To jej zajmowało niemal cały dzień.

Dziś w wiosce wielkie święto – za chwilę tryśnie tu woda. Studnie wierci się mniej więcej w taki sam sposób, jak wydobywa ropę: najpierw wpuszcza się w ziemię ponad 80-metrową rurę, a gdy mechanicy dotrą do źródła, na rurze montują pompę. Na koniec wylewają platformę z betonu.

Gdy z rury w Kuerlyot wylatuje strumień – najpierw mętnej, zanieczyszczonej piaskiem, potem krystalicznie czystej wody, ludzie śmieją się, klaszczą, tańczą. Pod strumieniem tłoczą się z kanistrami kobiety i dzieci. Mechanizm studni jest łatwy w użytkowaniu, a to ważne, gdy trzeba napełnić wiele kanistrów kilka razy dziennie – mogą to robić nawet kobiety z Malek, wioski trędowatych pod Borem. Na studni w Kuerlyot mieszkańcy wioski zawiesili przywiezioną przez pracowników PAH tabliczkę poświęconą Wałęsie – na znak solidarności z narodem Sudanu Południowego, bo tak jak Polacy długo walczyli o niepodległość.

Studniami opiekują się pięcioosobowe komitety wodne, wyłonione z wioskowych społeczności: odpowiadają za czystość przy studni (nie można tu prać czy wpuszczać bydła), a jeśli pompa się zepsuje, zwracają się o pomoc do mechanika – to dobra szkoła samoorganizacji.

Do PAH-owskiego programu budowy studni dołączyły inne projekty: szkolenia dla mechaników pomp (po przeszkoleniu zostają wyposażeni w niezbędne narzędzia), szkolenia sanitarne (kobiety uczą się tego, że brudne ręce i brudna woda sprzyjają chorobom, i tego, jak powinny dbać o czystość), rozdawanie przenośnych toalet.

– Chcemy także stworzyć bank ziaren, które będą wysiewane i hodowane na specjalnych farmach. Część nasion będzie sprzedawana na targu, część przekazywana FAO, a reszta wykorzystywana do następnych zasiewów – mówi Ariel Zieliński, szef misji w Sudanie Południowym.