Oszukiwanie siebie: jak wygląda życie na pokaz?

zycie na pokaz
123rf.com

Dobra mina do złej gry? To bardzo często słuszna strategia. Ale warto pamiętać, że nic tak skutecznie nie oddala od szczęścia jak jego udawanie. Zwłaszcza przed samą sobą.
Monika w rozmowach z przyjaciółkami tak przedstawia swoje życie: z Rafałem (to jej partner) – cudownie. Dzieci go uwielbiają. Problemy z jego córką? Żadnych. Finansowo? Znakomicie. Z kolei Ewa ma w swoim słowniku tylko dwa słowa: „szczęście” i „radość”. Szczególnie często sięga po nie na Facebooku, gdzie wrzuca swoje zdjęcia z mężem. A w każdy poniedziałek „oznacza się” na warszawskim lotnisku Chopina. „W drodze do Londynu” – podpisuje. I jeszcze: „I love my job”.

reklama

Natalia najchętniej na facebookowej tablicy zamieszcza zdjęcia z egzotycznych podróży i restauracji. Izrael, Wyspy Kanaryjskie, Portugalia, ostrygi, małże, langusty. Wiadomo, artystka, w dodatku ma bogatego męża, może żyć jak w bajce. Prawda jednak jest taka, że Natalia, z zawodu graficzka, właściwie nie ma pracy. Siebie i synka utrzymuje z dorywczych zajęć. Ma ich zresztą coraz mniej, bo kto chciałby zatrudnić dziewczynę, która na każdym kroku pokazuje, że jest za dobra, by robić to, co robi…?! Mąż też nie był dla niej wystarczająco dobry. Rozstali się przed rokiem. A zdjęcia z wakacji pochodzą sprzed czterech lat, kiedy w jej branży nie trzeba było nawet specjalnie się trudzić, a pieniądze wpadały do portfela same.

Na obrazie Moniki pod tytułem „szczęście” też widać rysę. Jej przyjaciółki widzą przecież podczas każdego towarzyskiego spotkania, jak Rafał się upija, a potem staje się wobec niej obcesowy, arogancki. Znają też jego córkę, rozpieszczoną nastolatkę, która lekceważy partnerkę swojego ojca. Jeśli chodzi o pieniądze – na dom zarabia ona. A firma, którą prowadzi, ostatnio przynosi straty (o czym zresztą bez oporów opowiada Rafał).

A Ewa? Rok temu odkryła romans męża. Wyjeżdża, bo tak jest prościej: atmosfera w domu jest nie do zniesienia. Ale o rozstaniu nawet nie myśli. Co do pracy – wcale jej nie kocha, bo od dawna ma konflikt z szefową, a w powietrzu wisi groźba redukcji.

Kim ty jesteś?

Nieustannie balansujemy między „ja” idealnym (czyli tym, jacy chcielibyśmy być) a „ja” realnym (kim naprawdę jesteśmy). Większość z nas ma tego świadomość. Znamy swoje plusy i minusy, umiemy ocenić: to mi wychodzi dobrze, to źle, to chcę poprawić, tu odpuszczam. Ale są i tacy, którzy zatracają się w wyidealizowanej wizji siebie samych. Za nic nie chcą skonfrontować się z realiami. Nie przyjmują ich do wiadomości. I wciąż udają, że w ich życiu wszystko jest idealnie.

– Autoprezentacja do pewnego stopnia jest naturalna – mówi profesor Irena Dzwonkowska, psycholog społeczny z Wyższej Szkoły Psychologii Społecznej w Katowicach. – Po pierwsze: to rodzaj mechanizmu obronnego. Dziś utrzymujemy relacje, przynajmniej pozorne, z wieloma osobami. Trudno każdej z nich zwierzać się z problemów, lęków i niepewności. To by było zresztą szkodliwe dla nas samych. Po drugie: ludzie lgną do szczęśliwych, pewnych siebie osób. Dlatego chcemy tacy być. A badania wyraźnie pokazują, że im bardziej jesteśmy postrzegani przez innych jako szczęśliwi, poukładani ludzie sukcesu, tym bardziej sami tak się czujemy. Ale czym innym jest umiejętność szukania dobrych stron w życiu, a czym innym trwanie w iluzji. To pierwsze daje nam poczucie samokontroli, drugie zabiera energię, osłabia i nie pozwala na autorefleksję, a co za tym idzie – na zmianę.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »