Keith Donohue „Skradzione dziecko”

Materiały prasowe

reklama

Być może gdzieś na świecie straszy się dzieci chochlikami, które je porwą do lasu. I być może o niejednym niegrzecznym dziecku myśli się jako o „podmienionym”. A jeśli nawet takie straszaki odeszły już w niepamięć, to dzięki Keithowi Donohue mają szansę się odrodzić i wejść do kanonu dyżurnych opowieści na dobranoc.

Baśń ta wprawdzie przeznaczona jest dla dorosłych, ale wspaniale nadaje się do złagodzonej adaptacji. Zacząć można tak: w pewnym lesie żyła sobie gromadka chochlików. Wyglądały jak dzieci, ale każdy z nich miał co najmniej sto lat. By zapewnić sobie wieczne życie, stworki co jakiś czas porywały ludzkie dziecko, którego miejsce w domu rodzinnym zajmował jeden z nich, przeobraziwszy się najpierw tak, by rodzina dziecka nie zorientowała się w podmianie. Uprowadzone dziecko natomiast zamieniało się w chochlika. Aż pewnego razu jeden z uprowadzonych chłopców postanowił złamać obowiązujące reguły i wrócić do swojej rodziny.

Choć „Skradzione dziecko” jest urzekającym popisem fantazji autora, można w nim odnaleźć echa opowieści o dzieciach, które albo nie chciały dorosnąć (jak Piotruś Pan), albo zmuszone zostały do przyspieszonego dojrzewania (jak bohaterowie „Władcy much”). Ale także odbicie odwiecznych wyobrażeń na temat losu alternatywnego – ładnie ujęte w baśniowe ramy.

przełożyła Agnieszka Sokołowska, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2008, s. 406