Wojciech Fangor: Pomysł na finał

Fangor: Pomysł na finał
East News

– Nie jestem człowiekiem wierzącym, religijnym ani zaangażowanym ideologicznie – mówi Wojciech Fangor. – To skąd pan czerpie siłę? – pyta Robert Rient.

Fangor: Pomysł na finał
East News

Czym jest zdolność zwana słuchem kolorystycznym?

Tym, czym słuch absolutny w muzyce. Niektórzy potrafią doskonale identyfikować nawet złożone barwy, wiedzą, z czego się składa kolor, jak go odtworzyć, co zrobić, by współbrzmiał, jak wykorzystać kontrast. Malowanie to operowaniem kolorem, zawsze jest oparte o jakiś pretekst, temat.

Co było pana pierwszym pretekstem?

Do trzeciego roku życia mieszkałem w kamienicy przy Nowowiejskiej w Warszawie. W łazience stała blaszana wanna, a naprzeciwko niej wysoki, okrągły piec w kolorze wiśniowym. U góry miał metalową koronę. Paliło się w nim, żeby była gorąca woda. Gdy wsadzali mnie do wanny, patrzyłem na piec, który huczał, drżał i bałem się. Mając trzy lata, rysowałem piec, by go opanować.

W oczach dzieci wszystko jest nowe, nieznane.

Przyjazne albo zagrażające. Świat wywołuje u dzieci wrażenia zmysłowe, emocjonalne. Szklana butelka, w której odbija się światło, może zachwycać. Jak jest się narażonym na działanie fenomenalne, to nie ma rozumowego usprawiedliwienia, nie wiadomo, co działa. A jak się nie wie, to pojawia się lęk. Aby opanować demony i zrozumieć, co na mnie działa, rysowałem, malowałem. Podejrzewam, że zwierzęta malowane w jaskiniach kilkadziesiąt tysięcy lat temu powstawały na tej samej zasadzie. Konieczność ujarzmienia, udomowienia zwierząt, od których zależała egzystencja tych ludzi, powodowała, że rysowali, bo jak narysowali, to mogli opanować to, co dzikie. Dzieci też rysują, by opanować to, co nieznane, uspokoić świat.

Czytaj też: Wojciech Fangor: socrealizm i psychodelia

Ładnie pan rysował jako dziecko?

Jak miałem jakieś sześć lat, matka wzięła moje rysunki, które od najmłodszych lat zbierała, i posłała na wystawę twórczości dziecięcej. Wszystkie zostały odrzucone. Już wtedy rysowałem z perspektywą, przestrzennie, moje rysunki nie miały dziecięcej naiwności, tego wdzięku, prymitywizmu.

Może to była zapowiedź tego, co się stało w 1958 roku podczas wystawy „Studium Przestrzeni”, pierwszego environmentu? Wystawa nie spodobała się widzom i krytykom.

Nikomu się nie podobało: malarzom, politykom, znajomym, tylko kilku architektów coś w tym zobaczyło.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »