„Matki i synowie” w Teatrze Polonia

Teatr Polonia/ fot. Kasia Chmura

Pisałam już o tym, że Krystyna Janda ma dobrą rękę do tekstów, które często sama reżyseruje. Tym razem sięgnęła po znany i wystawiany na Brodwayu dramat Terrence’a McNally’ego „Matki i synowie”.  Jak sama powiedziała, wydał jej się ważny, aktualny i potrzebny.
Historia matki, która od 15 lat opłakuje zmarłego na AIDS syna i nie umie pogodzić się z tym, że był gejem, to prosto opowiedziana przypowieść o braku tolerancji. Katharine jest w wieku podobnym do aktorki, obie są wdowami. W tym sensie więc ta postać jest dla Jandy bliska, choć jej bohaterka mieszka w Teksasie i zupełnie inaczej myśli. Katherine 5 miesięcy wcześniej pochowała męża, sprzedała dom i stara się żyć, choć nie ma to dla niej żadnego sensu, bo – co wielokrotnie powtarza ze sceny matowym głosem – „została sama, nie ma już nikogo”. Ostatecznie decyduje się jednak poznać życiowego partnera syna (Paweł Ciołkosz) i jego męża (Antoni Pawlicki). Nie spodziewa się, że wychowują dziecko, które urodziła przyjaciółka lesbijka.

reklama

Dla tradycyjnie wychowanej i konserwatywnej w poglądach kobiety jest to nie do zaakceptowania, ale Katherine chce poznać szczegóły z ostatnich dni życia syna. André był popularnym aktorem, miał gustowny apartament w Nowym Yorku i żył po swojemu, w szczęśliwym partnerskim związku. Mimo to cierpiał na samotność odrzuconego dziecka – brak akceptacji ze strony ojca i matka, która wypierała naturalne skłonności syna, winą obarczając jego partnera, były dla niego nie do zniesienia. Dlatego właśnie nie widzieli się latami. André pisał też dziennik, do którego Katherine nie umiała po jego śmierci zajrzeć . Przywiozła go więc do Nowego Yorku, żeby pożegnać przykre wspomnienia. To się oczywiście nie udało. Atmosfera spotkania, początkowo gęsta i niezręczna, za sprawą dziecka zaczyna łagodnieć. Chłopiec bezceremonialnie i szczerze zadaje trudne pytania babci. Tak został nauczony. Dla Katherine to szok, ale i też ratunek, bo wobec takiej otwartej i życzliwej postawy trudno zachować obojętność.

Janda gra w sposób dyskretny, jest wyciszona. Cała przesiąknięta bólem, śmiertelnie zraniona, nie pozwala sobie na najmniejszy ludzki odruch, oznakę słabości. Do czasu. Doskonale wyważona emocjonalnie gra zapada w pamięć. Znam takie kobiety i współczuję im, Katherine też. Myślę, że aktorka świetnie rozumie swoją bohaterkę. Dzięki temu udało jej się wzbudzić aprobatę widzów dla tej w sumie mało sympatycznej postaci. Janda lubi stawiać przed sobą takie wyzwania, prezentuje klasę aktorską, która pozwala jej oswoić trudne, silne charaktery sceniczne. Robi to od lat i za to ją podziwiamy.

Finału spektaklu nie zdradzę, bo jest wzruszający i zostawia wszystkim bohaterom dramatu wiele możliwości. A widzom nie podsuwa gotowych rozwiązań. Choć fala zachorowań na AIDS to już historia, to brak tolerancji ciągle jest tematem aktualnym. Także dlatego warto ten spektakl zobaczyć.

„Matki i synowie”, Terrence McNally, przekł.Elżbieta Woźniak, reż. Krystyna Janda, premiera 28 kwietnia 2016, Teatr Polonia w Warszawie

Sposób przygotowania

precenre