Sztuka nie do rozumienia

Wilhelm Sasnal "Las"

Z prawdziwą przyjemnością obserwuję dialog między pisarzem Krzysztofem Vargą a poetą Jasiem Kapelą, który toczy się na łamach kolejno Gazety Wyborczej i Krytyki Politycznej. Oczywiście, to rozrywka prosta niczym oglądanie debaty przedwyborczej, ale istota tkwi w doborze tematów. Wierzę, że obu panom idzie o coś ważnego, a nie o samo zainteresowanie własną osobą.

Wilhelm Sasnal "Las"

reklama

O co poszło? O tekst Vargi „Naiwność Nieznalskiej czyli felieton umoralniający”, gdzie autor zwierza się, że sztuki współczesnej nie rozumie oraz przyznaje, że katolicy mają prawo czuć się urażonymi moralnie i artyści muszą mieć to na uwadze. Wszystko, jak zwykle, z Dorotą Nieznalską w tle, która w debacie publicznej zajmuje niekoronowane miejsce „dziewczyny od penisa na krzyżu”.

Jaś Kapela odpowiedział tekstem „Knur polski” zarzucając poprzednikowi, że „Varga dumnie broni bogatej tradycji knurów polskich, wg której należy być dumnym ze swojej niewiedzy i niechęci do rozumienia”.

Gdyby powyższa polemika była jakimś meczem, na przykład ping pongiem, to z pewnością znalazłabym swojego faworyta. O czym innym jednak myślę po lekturze tekstów kolegów spierających się o rozumienie sztuki.

Pomijając kwestie cenzury, urażania i wartości nasuwa się tu pytanie o to, na ile sztuka (a także literatura, filmu, muzyka) może być w ogóle rozumiana. Tak jak matematyka. Jak wzór. I po co nam te żonglerki przypisami i bibliografią.

W przypadku zapierającego dech w piersi obrazu Wilhelma Sasnala (bez tytułu, las) z 2002 roku to uczucia są najważniejsze. W przypadku twórczości innych wymienionych w artykule Vargi artystek: Kozyry czy Janin chodzi również o kontekst i wiedzę ogólną. Po to, aby nie tylko nacieszyć oko efektownym obrazkiem (chociaż, coraz częściej, obrazami video) ale i odnaleźć w dziele rodzaj podejmowanego dialogu. Z tradycją, z przyzwyczajeniami. A nawet, niech będzie górnolotnie, ze społeczeństwem. Kategorie prymitywne: ładne albo brzydkie nie są wcale złe. Słusznie więc zauważa Varga, że wstydzić się nie ma czego, jak sztuka przemawia lub nie. I wcale coming out w stylu „uwielbiam malarstwo impresjonistów” nie jest potrzebny. Bo to nie turniej z lubienia najbardziej awangardowych i odpałowych produktów kultury. Jeden sobie na biurku stawia pocztówkę z obrazem Leonardo da Vinci, a inny wycięty z gazety fragment „Piramidy zwierząt”. Co tam sobie kto lubi. Nie ma się też co obrażać na współczesnych artystów, że tworzą tak, aby niezbędny był kurator, który szeptałby nam do ucha znaczenia w czasie zwiedzania galerii. Jaś Kapela zauważa w swoim polemicznym tekście, że sztukę nie zawsze trzeba rozumieć. “Czasem wystarczy na nią patrzeć i również może to być przeżyciem”. W związku z tym jedni sobie kupują katalogi wystaw, aby dowiedzieć się historii powstania danego obrazu, a inni czerpią czysto estetyczne przyjemności nie wiedząc czasem, kto jest autorem i dlaczego akurat namalował czerwoną kropkę na zielonym tle. Czy go tata bił w dzieciństwie? A może całość ma symbolizować przemoc? Nieważne- jeśli nie mamy chęci ROZUMIEĆ, może sobie chociaż popatrzymy? Nie ma w takim patrzeniu nic zdrożnego.

Wyobraźmy sobie nas w obrazie, idźmy za artystą, intuicyjnie przyjmując jego wizję świata. Choćby wcześniej wywołany „Las” Sasnala: zielone kłębowisko liści i gałęzi, na dole malutkie postaci idące przed siebie. Są dość blisko, być może rozmawiają ze sobą. Nie widać ich rysów twarzy, same plamy, jakieś kropki zrobione pędzlem. Dziwna kolorystyka. Niepokojąca samotność jest dzięki niej nieco przygaszona. Właściwie, to taki ciepły zielony, bardziej wiosenny niż jesienny.Miękkie maźnięcia pędzlem sprawiają również wrażenie chmur zrobionych z liści, konarów drzew. Że zamiast nieba mamy wszędzie las, na płótnie nie ma skrawka innego koloru tła. Trochę klaustrofobicznie.

Ten obraz jest jakiś. On nam robi. O to chodzi w odbiorze każdego dzieła kultury. Dla mnie „Las” to zagrożenie mimo pozornie przyjaznej kolorystyce czy braku ostrych linii. Groza w nadmiarze mimo mikroskopijnych postaci, zagubionych na tle wszędobylskiej zieleni. Niby takiej łagodnej, przyrodniczo-uspokajającej, ale w rezultacie przytłaczającej i dominującej. Zieleń zagarnia nam historię, nie daje możliwości oddechu czy wyboru innej części obrazu. Gdzie się nie spojrzymy, tam ona. Królowa zieleń.

Oczywiście, o wiele prościej jest rozumieć (jakby tego chciał Varga) całość, kiedy zna się kontekst. Ja go znam- oto Wilhelm Sasnal stworzył cykl obrazów inspirowanych wielogodzinnym dokumentem „Shoah” Claude’a Lanzmanna. Reżyser przeprowadził wywiady z świadkami Zagłady – Żydami, Polakami i Niemcami. Na obrazi widzimy jednego ze świadków obozu w Treblince oraz samego reżysera I jego tłumaczkę. Skąd to wiem? Bo znam inne obrazy z tego cyklu, gdzie tłumaczka ma podobne ubranie. Skąd wiem, że to Treblinka? Bo oglądałam “Shoah”. Skąd wiem, że to las? Bo znam tytuł tego obrazu oraz pamiętam kadr z filmu. I tak dalej. Gdybym była historyczką sztuki, to mogłabym takich wyjaśniaczy dodać więcej. Wiązałyby się z pewnością z samą techniką malarską.

Powiem tylko, że obraz robi na mnie wrażenie niezależnie od kontekstów. Podoba mi się. Nie muszę go rozumieć, ale przyznam, że dobrze jest mieć odpowiednie „narzędzia”, jak nazywa Varga cały wachlarz skojarzeń i odniesień. Umówmy się, średnio wykształcony człowiek je posiada. Do niego też zwykle trafia sztuka. Nie ma sensu żądać od wszystkich artystów, żeby tworzyli dla ludu, bo to nie te czasy. Jedni malują zachód słońca, drudzy las przy Treblince. Nie widzę tu nic do awantury, bo rozumienie sztuki, to nie to samo co jej odczuwanie.

Zależne od wielu spraw, ale przede wszystkim od jednej- od wrażliwości.