Przyczółek łagodnie zbuntowanych

fotochannels.com

reklama

Nad Goa wciąż unosi się legenda tropikalnego raju, którego bramy otwarte są dla każdego. Stworzyli ją hippisi, współcześni odkrywcy dawnej portugalskiej kolonii, uciekający tutaj spod szarego nieba Europy i Ameryki

Ostatnia fala zaczęła narastać, kiedy enklawę upatrzyli sobie fani muzyki trance. Stworzyli tam – oparty na dudnieniu plemiennych bębnów – prawdziwy szamański rytuał ery cyfrowej. Świat usłyszał wtedy o imprezach przy pełni księżyca i wspomaganiu psychodelicznych pigułek. Wieści o kilometrach piaszczystych plaż, na których odbywały się masowe rave parties, nie uszły uwadze speców branży turystycznej. W kilka lat zamienili oni senne wioski w kurorty: zatłoczone i banalne jak ich klony na całym świecie. Dlatego wiedziałem, że przy planowaniu wyjazdu nie mogę liczyć na szczęśliwy traf ani na popularne przewodniki. Pozostał Internet: bazar opinii z pierwszej ręki i postrach hotelowych PR-owców.

Kolorowe jarmarki

Lądujemy w Goa 1 marca, u schyłku sezonu, i kierujemy się na północ, gdzie „wszystko się zaczęło”.
W soboty odbywają się w Arporze nocne jarmarki. Na oświetlonych rzędach stoisk jest wszystko, od bajecznie kolorowych kaszmirskich tkanin po wyroby z mosiądzu, wonne przyprawy, kadzidła, jutowe torby i ajurwedyjskie kosmetyki. Sprzedawcy pochodzą z Radżasthanu, Kaszmiru, Pendżabu i Kerali, indyjskich mocarstw rękodzieła. Jest też spora grupa osiadłych w prowincji Goa Europejczyków i Izraelczyków. Opanowali wzgórze, które tętni rytmem goańskiej elektroniki. Ich kramy mienią się biżuterią i fantazyjną odzieżą. Obok uzdrowiciele wszelkiej maści zapraszają do swych gabinetów.

Plaże Aswem, Mandrem i Agondy (na południu stanu) są niemal puste i bez końca. Nie ma tam wielkich hoteli, tylko domki – od mikroskopijnych po przestronne i luksusowe. W pewnej odległości od morza trafiają się pensjonaty, niektóre prowadzone przez artystów i projektantów. Ich domy to właściwie pracownie w stanie ciągłego aktu twórczego, do którego zapraszani są goście.

Odwiedzamy Arambol, pełne dekadenckiej urody miasteczko. Kto chciałby poczuć atmosferę dawnego Goa z lat 60., niech wstąpi wieczorem na jam session do Loeki Café lub przejdzie się przed zachodem słońca po plaży. Wśród tłumu krążą współcześni asceci i ekscentrycy, sporo ludzi medytuje, rybacy przygotowują łodzie do kolejnego rejsu. Jeśli obowiązuje tu jakakolwiek zasada, to jest nią bezwarunkowa akceptacja. Dlatego kiedy słońce znika za horyzontem, pojawia się żal, że pora odejść. I nie ma znaczenia, że krowy, psy i śmieci. Skarbem Arambolu jest absolutna bezpretensjonalność, która udziela się każdemu, kto na to pozwoli.

 Pustelnia pod chmurami

Łagodne wzniesienia pasa nadmorskiego przechodzą w grań Ghatów Zachodnich. Tam, na granicy stanów Goa, Karnataka i Maharasztra, leży prywatny rezerwat przyrody Wildernest. Ostatni odcinek do ośrodka badawczego i pensjonatu na zboczu Lasni Temb (817 m n.p.m.) pokonuje się odkrytym jeepem. W promieniu kilku kilometrów nie ma osad.

Kiedy siadam na tarasie naszego domu, z doliną Swapnagandha u stóp, mam poczucie pełnego odcięcia od świata. Dwie ściany budynku są szklane, co pozwala przyrodzie swobodnie wnikać do wnętrza. Cywilizacja w Wildernest zeszła pod ziemię. Nie widać żadnych instalacji technicznych, do mycia używa się tylko naturalnych kosmetyków, a masaż bierze w środku lasu na łożu z wydrążonego pnia drzewa! Młodzi pracownicy są jednocześnie przewodnikami, przyrodnikami, masażystami i kucharzami. Dziewczyny potrafią jeszcze malować tradycyjne wzory na dłoniach. Wszyscy zameldowali się do naszej dyspozycji, a obiad był znowu ucztą złożoną z 20 potraw. Prosimy, by zamiast nad wodospad zawieźć nas do najbliższej wioski. W małej Chorla Ghat uderza niemal sterylna – całkiem nieindyjska – czystość. Nie widać samochodów i anten satelitarnych. Pod wielkim drzewem bananowym zebrali się mężczyźni. Będą radzić w jakiejś ważnej sprawie. Kobiety zgromadziły się nad rzeką, na wspólnej przepierce, i na poletkach warzywnych. Chorągwie na świątyni przypominają o niedawnych obchodach urodzin boga Sziwy. Czy to nie dzieci kwiaty z pobliskich plaż postulowały terapię poprzez wspólną pracę, zbiorowe medytacje i gromadne muzykowanie?

Goa wchłonęło portugalską kolonię, po której zostały hacjendy, barokowe kościoły i hinduscy wyznawcy Chrystusa. Wchłania też coraz to nowych poszukiwaczy ziemi obiecanej i zwyczajnie zmęczonych życiem w miejskich dżunglach całego świata. Niezmienna popularność tego zakątka świadczy o tym, że jedni i drudzy znajdują to, po co przyjechali.

Niezbędnik globtrotera
Kiedy jechać? Sezon trwa od listopada do kwietnia, kiedy upały stają się nieznośne. Na wizę czeka się do 3 tygodni.

Jak dolecieć?
Najszybciej: Turkish Airlines, z Warszawy, przez Istambuł, do Mumbaju (2,2 godz. plus 6 godz.) i przesiadka na lot krajowy do Diabolim (50 min). Bezpośrednie loty oferuje Condor z Frankfurtu.

Gdzie spać?
Mandrem: Rivercat Villa (www.villarivercat.com),
Siolim: Siolim House (www.siolimhouse.com),
Arambol: Elsewhere (www.aseascape.com),
Anjuna: Casa Anjuna,
Agonda i okolice: Cola Beach, (www.colabeach.com),
Chorla Ghat: www.wildernest-goa.com.

Jakie miejsca ominąć?
Calangute, Baga, Candolim, Bogmalo, Majorda, Varca.

Jak podróżować po Goa?
Taksówkami, które są znacznie tańsze niż w Polsce, oraz powszechnie dostępnymi skuterami.
Szczepić się? Zdrowy rozsądek podpowiada zaszczepienie się na WZW A i B oraz tężec. Nasze dzieci będą standardowo zaszczepione na większość prawdopodobnych chorób, ale koniecznie sprawdź to przed wyjazdem.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »